Kryzys

Home Kryzys

Ziemniaki, kasza, ryż, zarządzanie ryzykiem

0
ziemniaki

 

Albo kartofli, zależy gdzie czytacie. I nie 5, ale żeby być precyzyjnym to 4,9 kilograma pożywnych warzyw Bundesregirung, czyli rząd federalny Niemiec sugeruje zgromadzić swoim obywatelom na wypadek wojny, czy jakiegokolwiek innego kryzysu.

Ta głośna enuncjacja niemieckich władz obiegła zupełnie niedawno media światowe, ale też i polskie. Ja się wydaje w polskiej opinii publicznej wywołała burzę emocji. Niedowierzenie i zapewne wystraszenie, ale też w dużej mierze skrywaną nutą podziwu wobec naszego tradycyjnie lepiej zorganizowanego zachodniego sąsiada. Dla ryzykonomii zaś, to kolejny dowód jak poważnie w rozwiniętych krajach traktuje się kulturę zarządzania ryzykiem i jak daleko „w lesie”, powiedzmy wprost jesteśmy „w temacie” powszechnej ryzykonomii.

Niemcy (o zgrozo) proponują

Oczywiście ta propozycja rządu Niemiec wywołała też pytania, dlaczego pojawia się właśnie teraz. Naiwne, bo odpowiedzi można znaleźć w dowolnym programie informacyjnym zarówno w kategoriach Podwórko, Europa jak i Świat. Wszystko wskazuje na to, że wieje wiatr historii i choć nie ma jeszcze pewności, co do jego kierunków i siły, to jak na każdą siłę wyższą, naturalną i sprawioną przez człowiek dobrze jest być przygotowanym.

Oczywiście zarządzanie ryzykiem na poziomie przedsiębiorstwa, ubezpieczania się, zarządzanie kryzysowe to jedna sprawa, ale trzeba pamiętać, że od zawsze grożą nam niebezpieczeństwa, które mogą dotyczyć całych społeczności, krajów, regionów. W przypadku ich wystąpienia dotykają równo naszego biznesowego jak i prywatnego życia. Naiwnością nieprawdopodobną jest sądzić, że strusie chowanie głowy w piasek i wyśmiewanie nawet dzisiaj mniej prawdopodobnych zagrożeń zmieni nasz ryzykonomiczą rzeczywistość.

OC? OC!

Coraz częściej, więc odkurza się stare zaszyty z napisem „Obrona cywilna” szukając sprawdzonych przecież wielokrotnie rozwiązań, które umożliwiają zarządzania ryzykiem nadchodzących kryzysów. Lista jest przecież długa i rosnąca. Wojny i konflikty asymetryczne, terroryzm, niepokoje społeczne, ataki cybernetyczne na infrastrukturę, „zwykłe” awarie, katastrofy naturalne.

Zastanówmy się przez chwilę, co się stanie, jeżeli na skutek masywnego energetycznego black-outu spowodowanego na przykład atakiem Kogoś na bliżej nieokreślny czas, dajmy na to tydzień, w naszej okolicy wysiądzie prąd. A na prąd jest dzisiaj wszystko. Staną sklepy, apteki, wodociągi, wszystko. Na pomoc przyjdzie poczekać. Wówczas nawet najskromniejsze zapasy zachomikowane w bezpiecznym miejscu mogą być bardzo pomocne, a być może na wagę złota.

Oczywiście kraje rozwinięte zarówno na poziomie makro ja i mikro doskonale rozumieją potrzebę bycia przygotowanym, a nawet jak nie rozumieją to szybko do takiego wniosku dochodzą. Wspominaliśmy już na tych łamach jak w takich krajach Europy Zachodniej wzmacnia się obronę cywilną i przygotowuje społeczeństwo na różne kryzysy. U nas nawet dostęp do studni z wodą na wypadku kryzysu będzie, o zgrozo, wielką rzadkością. Media donosiły ostatnio na przykład, ze w magazynach OC nie za bardzo wiadomo, co w ogóle jest (sic), a jeżeli coś jest, to stare i często nadaje się na śmietnik. Takie informacje zbiegły się z obserwacjami, że w trakcie ostatniego trzęsienia ziemi we Włoszech na miejscu bardzo szybko pojawiły się pomocnicze oddziały obrony cywilnej z kocami, wodą, sprzętem pomocniczym; choć u nas wciąż pokutuje zupełnie nieprawdziwy obraz włoskiej organizacji rodem z nieodżałowanego Franka Dolasa.

LISTA TBD

Jakimś pocieszeniem jest, że dyskusja o obronie cywilnej nieznacznie się ożywiła, ale jakie będą jej efekty i w którym kierunku pójdzie można oczekiwać z niepewnością. No, więc, żeby nie być gołosłownym i dać dobry przykład poniżej w skrócie za braćmi Niemcami skrócona checklista niezbędności na wypadek kryzysów prezencie:

Woda mineralna: około dwóch litrów dziennie na osobę, soki owocowe w kartonie lub w szklanej butelce.
Podstawowe produkty spożywcze: makaron, ryż, ziemniaki, pieczywo chrupkie, suchary lub konserwowany chleb, mąka, cukier, groch, marchew, fasola, kukurydza, pomidory w puszkach lub słoikach. Brzoskwinie, morele i czereśnie z puszki. Świeże owoce: jabłka i orzechy są łatwe do przechowywania. Jajka, mleko UHT, budyń, miód, dżem, bulion, majonez, ketchup, musztarda, zupy w puszkach, olej słonecznikowy, margaryna, ocet, alkohol (także, jako waluta wymienna), kawa i herbata (instant), muesli, konserwy rybne, kabanosy.
Energia: latarki, lampy przenośne, krzesiwo, zapałki, podgrzewacze, baterie.
Higiena: papier toaletowy, ręczniki papierowe, worki na śmieci, mydło, detergent, pasta do zębów i szczoteczki, środek dezynfekujący.
Leki: przypisane przez lekarza, tabletki witaminowe, środki opatrunkowe.
Dokumenty: kopie najważniejszych dokumentów, zabezpieczone przed wilgocią, zniszczeniem.

Oczywiście to tylko ogólna lista na wypadek kryzysu. Różne propozycje “list awaryjnych” można wyszukać na formach preppersów czy anty – kryzysowców. Pozostaje mieć nadzieję, że i u nas pojawią się poważne informacje jak należy się przygotowywać samodzielnie do kryzysu. Który nadejdzie, teraz lub później, taki lub inny.

ziemniaki kasza ryż zarządzanie ryzykiem

Piraci !

0
Piraci
Piraci i ryzyko.

Jakiś czas temu znajomy Kapitan Żeglugi Wielkiej zamieścił na swoim fejsie zdjęcie „na żywo” (ta technika!) załogi zajętej rozwijaniem dosłownie zasieków z drutu kolczastego wokół burt statku wyjaśniając, że zbliżają się do wybrzeży Nigerii. Można się było również dowiedzieć, że to przeszkody tylko dla tych mniejszych i gorzej wyposażonych piratów, bo na większych działają tylko wystrzałowe argumenty.

Zasadniczo problem piractwa morskiego odkąd uznaliśmy, że flota handlowa i rybacka niespecjalnie jest nam potrzebna właściwie nas bezpośrednio nie dotyczy, choć zostało nam jeszcze parę staków w Szczecinie oraz tu i ówdzie. Inna sprawa, że mostki statków handlowych i „offshore-ów” zaludniają tysiące wyszkolonych w rodzimych szkołach morskich (ot zagadka, floty prawie nie ma, a szkoły są) znakomitych polskich nawigatorów i mechaników. Nie można też zapomnieć, że statki przewożą towary, również polskie towary i tu już atak piratów na wodach Somalii, czy Nigerii może nas bezpośrednio dotyczyć. No więc piractwo morskie to dzisiaj światowy problem, może nie tak romantyczny jak pokazano w „Piratach z Karaibów”, ale równie ważny i znacznie, znacznie bardziej kosztowny.

International Maritime Bureau, wyspecjalizowana agenda Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) podaje, że częstotliwość pirackich wybryków osiągnęła właśnie na świecie najniższy poziom od 8 lat, spadek 44%, co oznaczało w 2014 roku 245 różnych incydentów. Tak duży spadek pirackiego ryzyka wynika przede wszystkim ze zmniejszenia się zagrożenia atakami u wybrzeży Somalii, przybliżonych szczurom lądowym na całym świecie przez zajmujący thriller „Kapitan Phillips” z Tomem Hanksem. Nawiasem mówiąc opartym na prawdziwej historii kontenerowca Maersk Alabama. Już samo skojarzenie z Somalią wyjaśnia skąd się we współczesnym świecie tak licznie odrodzili piraci, już nie tylko z pałaszami, ale kałasznikowami, GPSami i napędzanymi potężnymi silnikami łodziami motorowymi, czyhający na najbardziej zatłoczonych szlakach handlowych świata. Piractwo morskie to w dużej mirze pochodna pogłębiającej się przepaści między bogatymi a biednymi, upadku władz państwowej targanej politycznym i religijnym separatyzmem. Jak problemy w światowej wiosce przekładają się na nasze kłopoty można właśnie obserwować w przypadku zalewu nielegalnych emigrantów z Afryki; nikt dziś nie jest samotną wyspą.

Natężenie Somalijskich ataków oczywiście nie zmalało samo z siebie. Jest to przede wszystkim efekt globalnej współpracy i wysłania na tamtejsze wody marynarek największych mocarstw. Przykładem jest NATO-wska operacja wojskowo-morska Atalanta i aż dziw, że naszych tam nie ma, choć po prawdzie niespecjalnie mieliby czym tam popłynąć. Sami armatorzy zakupili zresztą nie tylko drut kolczasty, ale także wynajmują uzbrojonych ochroniarzy i dramatyczne przykłady ich skuteczności może każdy podejrzeć na you tube.

Niestety natura nie znosi próżni i ostatnio notuje się wzmożoną aktywność piratów w cieśninie Malakka, w południowo-wschodniej Azji, na drugim najważniejszym szklaku transportu ropy naftowej świata, gdzie obiektem ataków stały się mniejsze tankowce. Tankowce czy kontenerowce, piratom chodzi o przewożony towar i same statki z załogą, a raczej ich wartość idącą w milionach, a to wszystko starają się spieniężyć drogą okupu. Współcześni piraci to brutale i rabusie, okradają załogi, mordują marynarzy, podpalają zajęte statki, ale najważniejsze są zawsze finanse. Według danych Banku Światowego koszty okupów zapłaconych piratom wyniosły w latach 2005-2013 od 315 do 380 milionów dolarów, a same tylko piractwo somalijskie kosztowało światową gospodarkę od 5 do 9 miliardów dolarów.

Oczywiście kluczową rolę w zabezpieczaniu pirackich ryzyk odgrywają ubezpieczenia: „zwykłe” H&M (hull and machinery) i „specjalne” K&R (kidnap and ransom) i ubezpieczenia ryzyk wojennych (war risk). Ubezpieczeniowy underwriting to w przypadku pirackich ryzyk skomplikowana sprawa, dość powiedzieć, że regulacje wielu krajów uniemożliwiają płacenie czegokolwiek terrorystom, którzy często są mocodawcami piratów.

Piraci prosperują stąd i sami ubezpieczyciele nie mogą być szczęśliwi ze wzrostu problemu, dlatego można się domyśleć, że i od nich pochodziły naciski na rządy, żeby przegonić piratów. Jest przecież tyle „prostszych” ryzyk do ubezpieczenia, na przykład rosnący (jak donoszą ubezpieczeniowe źródła) równie globalny problem z okradaniem trucków z towarami przywiezionymi szczęśliwie do portów…

Wielki kryzys reputacyjny VW

0
D&O

Światowe media informują! Wielki kryzys reputacyjny Volkswagena.

Grupa Volkswagen (VW, Audi, Skoda, Seat, Lamborghini, Bentley, Bugatti, Scania)  jest drugim producentem samochodów na świecie (10,4 milionów w 2014) . Koncern jest oskarżany o celowe fałszowanie wyników badań emisji spalin niektórych modeli VW i Audi sprzedawanych na rynku amerykańskim. Skutki finansowe ryzyka (jak na dzisiaj) to 20% spadek wartości akcji oznaczający “wyparowanie” 16 miliardów Euro, konieczność utworzenia rezerw na pokrycie kosztów ewentualnych zmian w sprzedawanych pojazdach szacowane od 6 do 18 miliardów dolarów. Amerykański regulator nakazał product recall nawet 500 000 pojazdów. Sprawa wydaje się być”rozwojowa”, więcej analiz wkrótce…

Brexit Pandory jak lokomotywa niepewności

0
Brexit Pandory

Brexit Pandory >>>
Brexit rozpoczęty…! Brytyjski Premier Theresa May podpisała właśnie list zgodnie z którym Zjedniczone Królestwo zgodnie z artykułem 50 traktatu UE rozpoczyna 2 letni proces wychodzenia tego kraju z Unii Europejskiej.

Moment to niezwykle doniosły a naszym zdaniem może nawet tragiczny w historii Unii, bo nie tylko zmniejsza się ona po raz pierwszy w historii. Otwiera się gigantyczny obszar niepewności nie tylko dla samej Brytanii, ale całej Europy. Bo nikt nie wie jak to się zakończy, kiedy zakończy i w jakim kierunku właściwie podąży.

Puszka Pandory zotała otwarta.

Pandory, bo oprócz niestrudzonej grupy zwolenników niewidzialnej ręki mitycznego rynku i nieskrępowanej wolności od regulacji zastąpionych wolą Suwerena (piszemy o tym z przekąsem jako Czytelnik róznych teoretyków liberalizmu i nie tylko), mamy wrażenie że zupełnie inni “szatani” jak powiedział to kiedyś klasyk grają tu na skrzypcach. Mało to Brytole rozumieją, my natomiast w powietrzy czujemy tak dobrze znany swąd wschodniej prowokacji.

Trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek pozytywne ryzyka związane z Brexitem, ale może cud nastąpi, choć wątpliwe. Już za chwilę ha, ha na Brexit odpowiedzą Szkoci i by, by UK. 

Oczywiste, że jest polityka, ale i jest gospodarka, jest handel, jest ruch ludności. Jest cały łańcuch nieuniknionych wydarzeń, o któych w Polsce mowi się jakoś cichutko, choćby dotyczący funduszy unijnych, doplat dla rolników, funduszy infrastrukturalnych, to wszystko będziemy żegnać już za chwileczkę, może nawet w przyszlym roku.

Brexit, cały ten powrót do “żeby było tak jak bylo” to jest zawracanie globalizacji wiosłem i nie uda się to, nie uda.

Przede wszystkim zaś szaleni zwolennicy różnych Exitów nie pamiętają albi nigdy nie czytali historii Europy i nie rozumieją, że na końcu tej ścieżki, na wejście na która czekają olejni szaleńcy, są spalone miasta, wojna , pożoga, wrogość, nienawiść.  Oby to nie była prawda.

United we stand divided we fail.

Brexit Pandory, Brexit Pandory

Ryzyko reputacyjne Marsa

0
ryzyko reputacyjne Marsa

Ryzyko reputacyjne Marsa zażegnane, tak można chyba podsumować głośny product recall na początku tego roku spowodowany według doniesień, kontaminacją drobinami plastiku partii batoników produkowanych w jednej z europejskich fabryk koncernu Mars. W trakcie dochodzenia kazało się, że winna była uszkodzona maszyna.

Jak się dowiadujemy, dzięki szybkim i bezkompromisowym działaniom wydarzenie, potencjalnie bardzo niebezpieczne dla reputacji firmy, nie będzie miało znaczącego wpływu na sprzedaż powszechnie chrupanych batoników Mars, Snickers i Milky Way (dla mnie za słodkie) i co ważniejsze branża zarządzania ryzkiem wydaje się potwierdzać, że nie spowoduje to utraty zaufania konsumentów do tego strategicznego produktu.

Analitycy podkreślają kluczowe sukces factors, które przyczyniły się do wyjścia firmy obronną ręką z ataku tego podstępnego czarnego łabędzia czyhającego typowo na producentów żywności, leków etc. :

  • bardzo szybka reakcja (od pierwszych sygnałów o problemie w styczniu do recall-a w lutym. W 55 krajach !

  • przejrzystość (“transparency”) w rozwiązywaniu problemu i zarządzaniu kryzysem  

Ryzyko reputacyjne Marsa to nie byle co bo, przypomnimy tylko, że Mars Incorporated to globalny potentat w branży FMCG (Mars, Snickers, Milky Way, Twix, M&M, Royal Canin, Pedigree, Whiskas) zatrudniający ponad 70 tysięcy pracowników i notujący sprzedaż rzędu 33 miliardów dolarów. Milky i Snickersy zostały wynalezione jak donoszą archeolodzy około 1923 roku.

ryzyko reputacyjne Marsa

Na słońcu plamy zarządzenie Obamy

0
na słońcu plamy

Barack Obama, odchodzący wkrótce po zwycięstwie (…) w wyborach prezydenckich w USA ciągle jeszcze urzęduje i 13 października tego roku podpisał Executive Order, czyli jak rozumiemy prezydenckie rozporządzenie, dyrektywę, dotyczący działań jaki rząd USA planuje podjąć w związku z rosnącym zagrożeniem wynikającym z aktywności slonecznej. W szczególności plam na Słońcu, które wywołują burze elektromagnetyczne. Te z koleji mogą wpływać na działanie urzadzeń na matce Ziemi (oraz w kosmosie jak to satelity wszelkiej maści i rodzaju), a w szczególności elektrowni i sieci energetycznych. Awarie tychże grożą krótszymi, a może i dluższymi wyłączeniami prądu na wielką skalę, słowem mniej lub bardziej totalnym black-outem, zgaśnieciem świateł w mistach i wściach i wyłaczeniem wszelkiego biznesu.

Science nie fiction

Nie wtajemniczonym, a nie interesującym się ryzykiem sprawa może się wydawać z gatunku science-fiction, ale jest jak najbardziej realna i opisana przez naukę. Wcześniej problem nie istniał lub miał o wiele mniejsze znaczenie, a to z tej prostej przyczyny, że taki Aleksander Wielki, a nawet Napoleon nie mieli jeszcze gospodarek opartych na energii elektrycznej i choć wzmaganie się aktywności słonecznej jest cykliczne i prehistorycze, to sieci energetyczne mamy zupełnie od niedawna.

Na słońcu plamy od Carringtona

Tego rodzaju burze magnetyczne, o ktorych mowa noszą rownież miano efektu Carrington od nazwiska brytyjskiego obserwatora amatora, który zapoznał je w 1859 roku. Od tego czasu mamy już zewidencjonowany potencjalnie katastroficzny, a często zupełnie rzeczywisty wpływ “Carringtonów” na siecie jak to na przyklad 9 godzinna przerwa w dostawie prądu w kanadyjskiej prowincji Quebec w 1989, czy 1 godzinne wydarzenie w roku 2003 obejmujące zakloceniami w dostawie energi i dzialaniu telekomunikacji, które objęło całą Szwecję w roku 2003 (tak zwany Hallowen Storm).

No więc problem jest całkiem poważny, ba Megapoważny bo sztormy słoneczne występują regularnie, a scenariusze, które można znaleźć w źródłach szacują potencjalne straty gospodarcze Ziemi, przy worst case nawet na 3,9 % GDP, c. 2,693 mld dolarów. A dla pewnosci potwierdzimy przypuszcenia P.T. Czytelników Ryzykonomii, że OWU ubezpieczeń takich lub innych generalnie szkód z tytułu Carringtona wogóle nie ujmują.

Dla zainteresowanych, link do rozporządzenia Prezydenta Obamy zamieszczamy poniżej. Warto obejrzeć, bo jest to dokument

profesjonalnie napisany. Dodam, że my w Polsce planu na okoliczność Carringtona nie mamy, i ile mi wiadomo, nic się w temacie specjalnie nie podejmuje. Oczywiście na Słońce wpływu mieć nie będziemy póki co, ale na kryzys zawsze należy sie przygotowywać, szczególnie że nie jest to żaden czarny łąbądź.
https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2016/10/13/executive-order-coordinating-efforts-prepare-nation-space-weather-events

 

 

Ryzyko Carringtona atakuje w Ubezpieczeniowej

0
ryzyko carringtona

Ryzyko Carringtona to tekst Redakcji Naczelnej RYZYKONOMII opublikowany w ostatnim numerze Gazety Ubezpieczeniowej nr 48(920) z dnia 29.11.16 

Jest rzeczą całkiem nie do pomyślenia, jak bardzo ludzie przeceniają prawdopodobieństwa niektórych zdarzeń, a nie doceniają innych. To skądinąd obiekt zdziwień ekonomii behawioralnej i odwiecznej praktyki ubezpieczeń, które zaprzęgają ludzkie niedoskonałości kognitywne w służbie idei ubezpieczenia się.

Ziemia obiecana? Nie!

Skoro o tym mowa, to gdzie znajdziecie taką usługę, gdzie obie strony, i kupujący, i sprzedający są najszczęśliwsi, jeżeli nigdy nie dojdzie do jej realizacji. No, chyba że wyłączymy biznesmenów z „Ziemi obiecanej”, którzy palili swoje fabryki dla zamieniania polis na gotówkę.

Weźmy takie katastrofy naturalne; tak bardzo naturalne, że aż się nie chce wierzyć, że w ogóle mogą nastąpić, albo jak zmiany klimatu są efektem spisku mającego na celu przejęcie przez Chińczyków władzy nad Ameryką, jak sądzi nieoceniony nowy Prezydent USA. A przecież nie ma bardziej oczywistych ryzyk pod słońcem jak powódź, wiatr, deszcz, śnieżyca. No, właśnie pod słońcem. A co ze słońcem?!

Oczywiście dość odległa jest chwila, aż słońce się wypali i zapadając się w czarną dziurę wciągnie Ziemię. Macie więc jeszcze trochę czasu, żeby zaprenumerować Ubezpieczeniową na kolejny rok… Ale są i inne oddziaływania, a wśród nich stosukowo „nowe”, ale o rosnącym znaczeniu dla ziemskiej energetyki, oddziaływanie elektromagnetyczne burze słonecznych, czyli tak zwany efekt Carringtona.

Ryzyko Carringtona dla niewtajemniczonych

Nie wtajemniczonym, a nie interesującym się ryzykami kosmicznymi sprawa może się wydawać z gatunku science-fiction, ale jest jak najbardziej realna i opisana przez naukę ścisłą. Wcześniej problem zasadniczo nie istniał lub miał małe znaczenie, a to z tej prostej przyczyny, że taki Bolesław Chrobry, a nawet Gomułka nie mieli gospodarek tak uzależnionych od wytwarzania i przesyłania energii elektrycznej jak dzisiaj. Dziś nawet szczoteczka do zębów jest na prąd, nie mówiąc o sieciach komputerowych i całym Internecie. Samych obywateli z rozrusznikiem serca mamy w Polsce 100 tys.! Więc, choć wzmaganie się aktywności słonecznej jest cykliczne i prehistoryczne, to wpływ na świat elektryczności mamy zupełnie od niedawna.

Tego rodzaju burze magnetyczne, o których mowa noszą miano efektu Carringtona (Richarda, nie mylić z Blakiem). Od nazwiska brytyjskiego obserwatora, który zapoznał je w 1859 roku. Od tego czasu mamy już zewidencjonowany potencjalnie katastroficzny, a często zupełnie rzeczywisty wpływ „Carringtonów” na sieci. Jak na przykład 9 godzinna przerwa w dostawie prądu w kanadyjskiej prowincji Quebec w 1989. Czy 1 godzinne wydarzenie obejmujące zakłóceniami w dostawie energii i działaniu telekomunikacji całą Szwecję w roku 2003 (tak zwany Halloween Storm).

Problem jest całkiem poważny, ba Megapoważny, bo sztormy słoneczne występują regularnie, a scenariusze, które można znaleźć w źródłach szacują potencjalne straty gospodarcze Ziemi, przy worst case, najgorszym ryzyku nawet na 3,9 % GDP, ca. 2,693 mld dolarów globalnie. Więc jak coś się wydarzy, a naukowcy nie tyle przewidują, co są pewni, że się wydarzy, dobrze nie będzie. Polecamy tu ciekawy raport Lloydsa „w temacie” gdzie zwraca się uwagę na łańcuch zdarzeń które „efekt” może wywołać. Co może spowodować konieczność wypłaty gigantycznych odszkodowań przez ubezpieczycieli, na przykład związanych z przerwaniem globalnych łańcuchów dostaw. ryzyko carringtona

Jest i Obama

 

Oczywiście zaraz się ktoś zapyta, jak tu zarządzać takim ryzykiem, a „słoneczko tak wysoko” i mnie bez polisy źle. Jak się wydaje, ze względu na masywność i strategiczny charakter tego ryzyka konieczne są działania na szczeblu państwowym, a nawet globalnym. Bo, jak tu dowodzimy nawet ze świadomością zagrożenia jest bardzo źle. I od razu możemy dać przykład z najwyższej półki, bo dopiero co przed wyborami w USA Barack Obama podpisał specjalne rozporządzenie prezydenckie dotyczące właśnie podjęcia zorganizowanych działań antysłonecznych. Mają one na celu przygotowanie się na szczeblu państwowym do ataku Carringtona. Taki administracyjny impuls dla administracji rządowej byłby bez wątpienia bardzo ważny również w naszym kraju, zasadniczo równie bliskim słońcu jak Ameryka. Szczególnie że jak wiadomo i tak Amerykanie mają znacznie lepiej rozwinięte służby antykryzysowe „na zaś” czegokolwiek. U nas trudno znaleźć zainteresowanie Carringtonem zarówno na szczeblu rządowym jak i biznesowym, choć nie wykluczamy, że jakieś przygotowania są; choć, jak to u nas bywa tak głęboko utajnione, że nikt o nich nie wie. Ostatecznie można sobie wyobrazić, że „ogólne” plany zarządzania ryzykiem, ciągłością działania i zarządzania kryzysowego w waszej fabryce czy biurze. To byłoby już coś, o ile w ogóle takie macie.

Jakby nie było mamy nadzieję, że skromnie zwróciliśmy uwagę Czytelnika na problem i nawet jak prąd w końcu wysiądzie będzie mógł pomyśleć, że nie było nic bardziej jasnego jak zaistnienie ryzyka Carringtona pod słońcem.  ryzyko carringtona

 

 

 

Cyberataki i pentesty, ogólny zarys.

0
cyberataki

Pentesty: bezpieczeństwo teleinformatyczne jest w dzisiejszych czasach bardzo ważne i nie może być lekceważone zarówno przez duże firmy, jak i zwyczajnych użytkowników internetu.

Nieodpowiedni poziom bezpieczeństwa w sieciach firm i innych organizacji może mieć fatalne konsekwencje, takie jak

TERROR – CZAS NA ZARZĄDZANIE RYZYKIEM

0
terror czas
kryzys

TERROR po raz kolejny pokazuje swoje straszne oblicze. To rzeczywistość naszego życia prywatnego, rodzinnego, biznesowego. Bruksela 22.03.2016

Odporność, czyli przygotowanie

Trzeba być przygotowanym. Analizować ryzyko na każdym poziomie. Przygotowywać swój kraj, swoją organizację, rodzinę, siebie na fukcjonowanie w Nowym Gorszym Świecie.
Obrona cywilna o której za chwilę będziemy pisać na blogu, szkolenie w sytuacjach kryzysowych, zachowaniu się przy aktach terroru, udzielanie pierwszej pomocy rannym, a także samemu sobie. Właściwe zachowanie się w obliczu zamachu lub nawet jego niezbezpieczeństwa. Tak musi być dzisiaj. Bądźmy przygotowani.
Terror to czas na zarządzanie ryzykiem, najwyższy…

Od razu na myśl nam przychodzi jak bardzo jako społeczeńtwo jesteśmy nieprzygotowani na nowe zagrożenia. Brak edukacji, brak procesów i procedur, a przede wszystkim brak kultury zarządzania ryzykiem, brak świadomoście że “żyjemy w społeczeństwie ryzyka”. Terror czas na przemyślenia

Szczyt NATO

Zbliża się szczyt NATO w Warszawie, ale dużo czarniejsze wyzwania są związane ze Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Tu może zdarzyć się wszystko.

Wielokrotnie obserowałeem jak na polskich lotniskach, bo już nie wpsominam już o dworcach czy innych miejsach publicznych nikt nie interesuje się pozostawionym bagażem, czy dziwnym zachowaniem współpasażerów.

Kraków 2016

Co może się wydarzyć jeżeli w Krakowie zgromadzi się miliony młodych ludzi kiedy widmo terroru grasuje po Europie ? To nie jest czarny łabądź to ryzyko ataku terrorystycznego o wielkim prawopodobieństwie i gigantycznych skutkach. Mówią o tym wszyscy specjaliści od zarządzania ryzykiem, zarządzania bezpieczeństwem, zarządzania kryzysem. Ale kto ma zarządzać tym ryzykiem skoro zapomina się o wymianie starych opon w pancernym aucie zwierzchnika sił zbrojnych. I nie chodzi tu o wskazywanie winnych, wielokrotnie wskazywaliśmy na niewłaściwość “kultury obwiniania” i jej sprzeczności z “kulturą zarządzania ryzykiem”.

Tu konieczne jest podejście procesowe, systemowe, budowanie od podstaw, tylko czy do lata czasu wystarczy? Mamy w sektorze publicznym zarządzanie ryzykiem w ramach tak zwanej kontroli zarządczej ale chyba jasno już widać, że to o wiele, wiele za mało. Pozostaje chyba tylko rzeczywiście modlitwa, choć o tym standardy zarządzania nic nie mówią, niestety….

Terror czas…

Dramat poza-ustawowy

0
dramat

Już wielokrotnie pisaliśmy na Ryzykonomii, a także w naszych e-bookach o szczególnym przypadku ryzyk związanych z imprezami masowymi oraz konieczności położenia większego nacisku na zarządzanie ryzykiem w tym obszarze. Niestety z przykrością zauważamy, że w Polsce doszło kilka dni temu do dramatycznej manifestacji tego ryzyka, gdzie podczas otrzęsin na bydgoskiej uczelni zginęły dwie młode osoby.

To dramat, i żadne słowa nie będą dobre do opisu tej tragedii. Z wciąż niepotwierdzonych opisów wyłania się „klasyczny” obraz dramatu i scenariusz tragedii, wielokrotnie już urzeczywistniony z równie tragicznymi skutkami (choćby w Duisburgu na „Love parade” 2010).
Brak oszacowania sytuacji i kontroli nad liczba uczestników, zbyt mała i być może nieodpowiednio przygotowana ochrona ( świadkowie, o zgrozo sugerują rozpylenie środków chemicznych w celu zapanowania nad tłumem, efekt łatwy do przewidzenia). I bezpośrednia przyczyna: stłoczenie uczestników w wąskim przejściu, w tym przypadku w łączniku między budynkami.
To naprawdę dramatycznie klasyczny scenariusz dla wybuchu paniki i tratowania ofiar. Oczywiście „po” jest mnóstwo mądrych i ktoś może Ryzykonomii zarzucić to samo, ale zaplanowania (pisemnego rejestru ryzyka!) takiego wydarzenia, oszacowanie ryzyk i przygotowanie planów działań to jest naprawdę przedszkole zarządzania imprezami masowymi.
Martwi nas przy tym, że komentatorzy przede wszystkim wskazują na brak (o ile) spełnienia wymogów Ustawy o bezpieczeństwo imprez masowych, którym to wydarzenie miałoby podlegać. Zapewne zastosowanie stosownych paragrafów zwiększyłoby bezpieczeństwo, a być może zapobiegło tragedii. Ale, szanowni Państwo to nie ustawa i paragrafy zarządzają ryzykiem, ale każdy menadżer, kierownik, organizator.
Wiara w cudowną moc ustaw jest całkowicie złudna, bez świadomości, kultury zarządzania ryzykiem, nawet najlepsza ustawa nie pomoże, ah gdyby jeszcze była najlepsza.
 Z niepokojem też, jak to menadżer ryzyka patrzymy na nadciągające w przyszłym roku wielkie wydarzenia w Krakowie, bo skądinąd pojawiają się  całkiem sensownie uzasadnianie opinie, że biorą pod uwagę obecną sytuację w Europie i na świcie, mogą się tam zdarzyć bardzo niedobre sprawy. Czy jesteśmy przygotowani do zarządzania ryzykiem masowych, i to tak masowych wydarzeń?. Czy wystarczą nam ustawy?