Kryzys

Strona główna Kryzys Strona 2

Ryzyko Carringtona atakuje w Ubezpieczeniowej

0
ryzyko carringtona

Ryzyko Carringtona to tekst Redakcji Naczelnej RYZYKONOMII opublikowany w ostatnim numerze Gazety Ubezpieczeniowej nr 48(920) z dnia 29.11.16 

Jest rzeczą całkiem nie do pomyślenia, jak bardzo ludzie przeceniają prawdopodobieństwa niektórych zdarzeń, a nie doceniają innych. To skądinąd obiekt zdziwień ekonomii behawioralnej i odwiecznej praktyki ubezpieczeń, które zaprzęgają ludzkie niedoskonałości kognitywne w służbie idei ubezpieczenia się.

Ziemia obiecana? Nie!

Skoro o tym mowa, to gdzie znajdziecie taką usługę, gdzie obie strony, i kupujący, i sprzedający są najszczęśliwsi, jeżeli nigdy nie dojdzie do jej realizacji. No, chyba że wyłączymy biznesmenów z „Ziemi obiecanej”, którzy palili swoje fabryki dla zamieniania polis na gotówkę.

Weźmy takie katastrofy naturalne; tak bardzo naturalne, że aż się nie chce wierzyć, że w ogóle mogą nastąpić, albo jak zmiany klimatu są efektem spisku mającego na celu przejęcie przez Chińczyków władzy nad Ameryką, jak sądzi nieoceniony nowy Prezydent USA. A przecież nie ma bardziej oczywistych ryzyk pod słońcem jak powódź, wiatr, deszcz, śnieżyca. No, właśnie pod słońcem. A co ze słońcem?!

Oczywiście dość odległa jest chwila, aż słońce się wypali i zapadając się w czarną dziurę wciągnie Ziemię. Macie więc jeszcze trochę czasu, żeby zaprenumerować Ubezpieczeniową na kolejny rok… Ale są i inne oddziaływania, a wśród nich stosukowo „nowe”, ale o rosnącym znaczeniu dla ziemskiej energetyki, oddziaływanie elektromagnetyczne burze słonecznych, czyli tak zwany efekt Carringtona.

Ryzyko Carringtona dla niewtajemniczonych

Nie wtajemniczonym, a nie interesującym się ryzykami kosmicznymi sprawa może się wydawać z gatunku science-fiction, ale jest jak najbardziej realna i opisana przez naukę ścisłą. Wcześniej problem zasadniczo nie istniał lub miał małe znaczenie, a to z tej prostej przyczyny, że taki Bolesław Chrobry, a nawet Gomułka nie mieli gospodarek tak uzależnionych od wytwarzania i przesyłania energii elektrycznej jak dzisiaj. Dziś nawet szczoteczka do zębów jest na prąd, nie mówiąc o sieciach komputerowych i całym Internecie. Samych obywateli z rozrusznikiem serca mamy w Polsce 100 tys.! Więc, choć wzmaganie się aktywności słonecznej jest cykliczne i prehistoryczne, to wpływ na świat elektryczności mamy zupełnie od niedawna.

Tego rodzaju burze magnetyczne, o których mowa noszą miano efektu Carringtona (Richarda, nie mylić z Blakiem). Od nazwiska brytyjskiego obserwatora, który zapoznał je w 1859 roku. Od tego czasu mamy już zewidencjonowany potencjalnie katastroficzny, a często zupełnie rzeczywisty wpływ „Carringtonów” na sieci. Jak na przykład 9 godzinna przerwa w dostawie prądu w kanadyjskiej prowincji Quebec w 1989. Czy 1 godzinne wydarzenie obejmujące zakłóceniami w dostawie energii i działaniu telekomunikacji całą Szwecję w roku 2003 (tak zwany Halloween Storm).

Problem jest całkiem poważny, ba Megapoważny, bo sztormy słoneczne występują regularnie, a scenariusze, które można znaleźć w źródłach szacują potencjalne straty gospodarcze Ziemi, przy worst case, najgorszym ryzyku nawet na 3,9 % GDP, ca. 2,693 mld dolarów globalnie. Więc jak coś się wydarzy, a naukowcy nie tyle przewidują, co są pewni, że się wydarzy, dobrze nie będzie. Polecamy tu ciekawy raport Lloydsa „w temacie” gdzie zwraca się uwagę na łańcuch zdarzeń które „efekt” może wywołać. Co może spowodować konieczność wypłaty gigantycznych odszkodowań przez ubezpieczycieli, na przykład związanych z przerwaniem globalnych łańcuchów dostaw. ryzyko carringtona

Jest i Obama

 

Oczywiście zaraz się ktoś zapyta, jak tu zarządzać takim ryzykiem, a „słoneczko tak wysoko” i mnie bez polisy źle. Jak się wydaje, ze względu na masywność i strategiczny charakter tego ryzyka konieczne są działania na szczeblu państwowym, a nawet globalnym. Bo, jak tu dowodzimy nawet ze świadomością zagrożenia jest bardzo źle. I od razu możemy dać przykład z najwyższej półki, bo dopiero co przed wyborami w USA Barack Obama podpisał specjalne rozporządzenie prezydenckie dotyczące właśnie podjęcia zorganizowanych działań antysłonecznych. Mają one na celu przygotowanie się na szczeblu państwowym do ataku Carringtona. Taki administracyjny impuls dla administracji rządowej byłby bez wątpienia bardzo ważny również w naszym kraju, zasadniczo równie bliskim słońcu jak Ameryka. Szczególnie że jak wiadomo i tak Amerykanie mają znacznie lepiej rozwinięte służby antykryzysowe „na zaś” czegokolwiek. U nas trudno znaleźć zainteresowanie Carringtonem zarówno na szczeblu rządowym jak i biznesowym, choć nie wykluczamy, że jakieś przygotowania są; choć, jak to u nas bywa tak głęboko utajnione, że nikt o nich nie wie. Ostatecznie można sobie wyobrazić, że „ogólne” plany zarządzania ryzykiem, ciągłością działania i zarządzania kryzysowego w waszej fabryce czy biurze. To byłoby już coś, o ile w ogóle takie macie.

Jakby nie było mamy nadzieję, że skromnie zwróciliśmy uwagę Czytelnika na problem i nawet jak prąd w końcu wysiądzie będzie mógł pomyśleć, że nie było nic bardziej jasnego jak zaistnienie ryzyka Carringtona pod słońcem.  ryzyko carringtona

 

 

 

Na słońcu plamy zarządzenie Obamy

0
na słońcu plamy

Barack Obama, odchodzący wkrótce po zwycięstwie (…) w wyborach prezydenckich w USA ciągle jeszcze urzęduje i 13 października tego roku podpisał Executive Order, czyli jak rozumiemy prezydenckie rozporządzenie, dyrektywę, dotyczący działań jaki rząd USA planuje podjąć w związku z rosnącym zagrożeniem wynikającym z aktywności slonecznej. W szczególności plam na Słońcu, które wywołują burze elektromagnetyczne. Te z koleji mogą wpływać na działanie urzadzeń na matce Ziemi (oraz w kosmosie jak to satelity wszelkiej maści i rodzaju), a w szczególności elektrowni i sieci energetycznych. Awarie tychże grożą krótszymi, a może i dluższymi wyłączeniami prądu na wielką skalę, słowem mniej lub bardziej totalnym black-outem, zgaśnieciem świateł w mistach i wściach i wyłaczeniem wszelkiego biznesu.

Science nie fiction

Nie wtajemniczonym, a nie interesującym się ryzykiem sprawa może się wydawać z gatunku science-fiction, ale jest jak najbardziej realna i opisana przez naukę. Wcześniej problem nie istniał lub miał o wiele mniejsze znaczenie, a to z tej prostej przyczyny, że taki Aleksander Wielki, a nawet Napoleon nie mieli jeszcze gospodarek opartych na energii elektrycznej i choć wzmaganie się aktywności słonecznej jest cykliczne i prehistorycze, to sieci energetyczne mamy zupełnie od niedawna.

Na słońcu plamy od Carringtona

Tego rodzaju burze magnetyczne, o ktorych mowa noszą rownież miano efektu Carrington od nazwiska brytyjskiego obserwatora amatora, który zapoznał je w 1859 roku. Od tego czasu mamy już zewidencjonowany potencjalnie katastroficzny, a często zupełnie rzeczywisty wpływ „Carringtonów” na siecie jak to na przyklad 9 godzinna przerwa w dostawie prądu w kanadyjskiej prowincji Quebec w 1989, czy 1 godzinne wydarzenie w roku 2003 obejmujące zakloceniami w dostawie energi i dzialaniu telekomunikacji, które objęło całą Szwecję w roku 2003 (tak zwany Hallowen Storm).

No więc problem jest całkiem poważny, ba Megapoważny bo sztormy słoneczne występują regularnie, a scenariusze, które można znaleźć w źródłach szacują potencjalne straty gospodarcze Ziemi, przy worst case nawet na 3,9 % GDP, c. 2,693 mld dolarów. A dla pewnosci potwierdzimy przypuszcenia P.T. Czytelników Ryzykonomii, że OWU ubezpieczeń takich lub innych generalnie szkód z tytułu Carringtona wogóle nie ujmują.

Dla zainteresowanych, link do rozporządzenia Prezydenta Obamy zamieszczamy poniżej. Warto obejrzeć, bo jest to dokument

profesjonalnie napisany. Dodam, że my w Polsce planu na okoliczność Carringtona nie mamy, i ile mi wiadomo, nic się w temacie specjalnie nie podejmuje. Oczywiście na Słońce wpływu mieć nie będziemy póki co, ale na kryzys zawsze należy sie przygotowywać, szczególnie że nie jest to żaden czarny łąbądź.
https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2016/10/13/executive-order-coordinating-efforts-prepare-nation-space-weather-events

 

 

Noego marnotrawni synowie

0
noego

Na pewno nikt tak dobrze jak ubezpieczeniowcy nie rozumie, że świat jest dzisiaj pełen nowych „fikuśnych” ryzy, bo to i cyber i odpowiedzialność cywilna, i własność intelektualna i regulacje coraz bardziej udziwniane… Ale też zawsze pamiętają i z tą wiedzą dzielą się z klientami, że fundamentem ryzykonomii jest adresowanie ryzyk starych jak świat, których źródłem jest Matka Natura. Ot choćby pogoda, a w tym stare jak świat ryzyko powodzi, którym już Noe zarządzał z nienajgorszym przecież skutkiem.  Ale czy my, nad Wisłą czegokolwiek nie tylko z Potopu (haha, nie tylko tego) sie nauczyliśmy ?

3 500 000 000 i rośnie

Powodzi, prawie biblijnych nie brakuje nam również w Polsce; pamiętamy powódź tysiąclecia z 1997 roku, 56 ofiar i straty szacowane na 3,5 miliarda dolarów. Potem pomniejszych powodzi też wystarczyło ba, wydarzają się one w coraz mniej oczekiwanych miejscach. Tak, jak ostatnie zalanie centrum Gdańska, wielu domów i biznesów. I co mniej znane, przerwanie na kilka tygodni w efekcie tegoż nawalnego deszczu funkcjonowania odcinka Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, dopiero co szumnie otwartej miliardowej inwestycji współfinansowanej z funduszy unijnych.

Klimat nadchodzi

Oczywiście zmiany klimatu to jedna sprawa, ta hipoteza ma swoich zwolenników i wiernych przeciwników, ale nie ma przy tym wątpliwości, że samych powodzi będzie coraz więcej. Choćby z tego powodu, że wszystko naokoło zabetonowujemy, woda nie wsiąka (ot, truizm) w ziemię, płynie gdzie chce, przelewając się z wciąż zbyt małych zbiorników retencyjnych i nieuregulowanych rzek. Więc powodzi będzie więcej, tak jak na nowo wykreowanych działalnością ludzką terenach zalewowych w Gdańsku. Koszty ekonomiczne powodzi też rosną, kraj się bogaci, powstają fabryki, sklepy i mieszkania, infrastruktura.
Oczywiście, ubezpieczenia majątku na wypadek powodzi to jedna sprawa, z tym jak zawsze u nas słabo. Ale inna sprawa, to podejmowanie działań, przede wszystkim zaradczych, budujących naszą narodową i lokalną odporność na wodne ryzyko. Tematu gospodarki wodno-kanalizacyjnej i wiekowych zaniedbań nie będziemy tutaj poruszać, przypomnijmy jednak, że doskonałym i przecież nie aż tak drogim pomysłem (w stosunku do potencjalnych strat) miało stać się zewidencjonowanie ryzyk powodziowych kraju za pomocą tak zwanych map zagrożenia powodziowego.

Imperatywy Noego odrzucone

Imperatyw mapowanie zagrożenia powodziowego pochodzi jeszcze z regulacji Unii Europejskiej z 2007 roku, a powtórzony w nowelizacji rodzimego Prawa Wodnego z roku 2011. Niezwykle pożyteczne ćwiczenie, które już do 2017 roku miało dać obywatelom i inwestorom wszelkiej maści i rodzaju, wiedzę na przykład o tym, z jakim ryzykiem powodzi musimy się liczyć na terenie, na którym żyjemy i pracujemy lub pracować i żyć planujemy. Co kluczowe, mapy takie miały być obowiązkowo brane pod uwagę przy sporządzaniu planów zagospodarowania przestrzennego. Wszystko łatwo dostępne i skomputeryzowane w ramach Informatycznego System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami (ISOK).

Oczywista oczywistość, żeby nie budować tam, gdzie będzie wielka woda, choć są i tacy, co by woleli, bo taniej, bliżej lub wygodniej, co ma być to będzie, ale cena takiej lekkomyślności jest wysoka i w dłuższym okresie czasu nieuchronna.

Niestety miało być dobrze, ale wyszło jak zawsze, bo już w ubiegłym roku nowelizacja ustawy Prawo Wodne wprowadziła fakultatywność „brania pod uwagę” sporządzonych już map ryzyka powodziowego przy planach zagospodarowania przestrzennego. Miało to wynikać z możliwej ich niewiarygodności, które to podejrzenie samo w sobie jest ciekawe, bo jak można było zauważyć, od jakiegoś czasu praca nad pożytecznym ćwiczeniem mapowania powodzi wrzała powszechnie i jak się domyślamy nie bez kosztowo.

Jak zawsze

Niedawno zaś przypłynęła z kręgów około ministerialnych kolejna informacja, że nie ma (na razie) pieniędzy na sporządzenie „poprawnych” map ryzyka powodziowego, więc obecne mapy można, ale nie trzeba brać pod uwagę przy planowaniu rozwojów miast i wsi. Trzeba też zauważyć, że oprócz wyjaśnień kosztowych pojawiają się i takie, że to również efekt presji wywieranej na regulatora ze strony samorządów, którym owe mapy ograniczały możliwości rozbudowy i rozwoju. Ale czy obecni inwestorzy zalani przyszłą wodą, którą przewidywały owe „nieobligatoryjne” mapy ryzyka popowodziowego nie wytoczą w przyszłości samorządom procesów o odszkodowania, oto kolejne pojawiające się pytanie. Ciekawe też jak do kwestii mapowania podejdą ubezpieczyciele, mając świadomość, że inwestycja powstaje na terenie uznanym, choćby wstępnie, za teren zalewowy.

Jak by nie było, nie chce się wierzyć w aż taką narodową lekkomyślność i lekceważenie dla wielkiej wody. Argument antyrozwojowy i kosztowy zmyje zaś nieuchronnie gromadząca się w chmurach, czekająca na kolejną ulewę stu lub tysiąclecia, woda. Ani od Noego, ani nikogo innego nic się nie nauczyliśmy, niestety.

Map ryzyka powodziowego nie będzie

0
map ryzyka

Map ryzyka powodziowego nie będzie w gminach… póki co, a w każdym razie powszechnych i „poprawnych”, jak się dowiadujemy w źródłach zbliżonyych do Ryzykonomii.
Ciekawa sprawa, bo miało to być lekarstwo na trapiące, szczególnie południe kraju (ale ostatnio na przykład Gdańsk) regularne potopy. Takie mapy to rzecz ważna zarówno dla obywatela jak i biznesu, sprawa oczywista i roziwjane na całym, w każdym razie cywilizowanym świecie. Miało więc być pięknie a wyszło, jak zawsze…

Już w ubiegłym roku nowelizacja ustawy Prawo Wodne wprowadziła fakultatywność „brania pod uwagę” sporządzonych już map ryzyka powodziowego przy planach zagospodarowania przestrzennego. Miało to wynikać z ich możliwej niewiarygodności, które to stwierdzenie jest same w sobie jest ciekawe, bo Ryzykonomia na swoim ekranie radarowym odnotowała, że od jakiegoś czasu praca nad tym pożytycznm ćwiczeniem wreła zakulisowo i jak się domyślamy nie bez-pieniężnie.
A plan zagospodarowania to także kwestia kluczowa dla każdego inwestora, wiadomo.

Teraz czytamy, że Ministerstwo Środowiska nie ma (na razie) pieniędzy na sporządzenie „poprawnych” map ryzyka powodziowego….

Więc ze spokojem czytamy, że map ryzyka nie będzie i pozostaje nam czekać na kolejny wodny dopust boży. Polacy nic się nie stało, Polacy nic…. lalalala

Ziemniaki, kasza, ryż, zarządzanie ryzykiem

0
ziemniaki

 

Albo kartofli, zależy gdzie czytacie. I nie 5, ale żeby być precyzyjnym to 4,9 kilograma pożywnych warzyw Bundesregirung, czyli rząd federalny Niemiec sugeruje zgromadzić swoim obywatelom na wypadek wojny, czy jakiegokolwiek innego kryzysu.

Ta głośna enuncjacja niemieckich władz obiegła zupełnie niedawno media światowe, ale też i polskie. Ja się wydaje w polskiej opinii publicznej wywołała burzę emocji. Niedowierzenie i zapewne wystraszenie, ale też w dużej mierze skrywaną nutą podziwu wobec naszego tradycyjnie lepiej zorganizowanego zachodniego sąsiada. Dla ryzykonomii zaś, to kolejny dowód jak poważnie w rozwiniętych krajach traktuje się kulturę zarządzania ryzykiem i jak daleko „w lesie”, powiedzmy wprost jesteśmy „w temacie” powszechnej ryzykonomii.

Niemcy (o zgrozo) proponują

Oczywiście ta propozycja rządu Niemiec wywołała też pytania, dlaczego pojawia się właśnie teraz. Naiwne, bo odpowiedzi można znaleźć w dowolnym programie informacyjnym zarówno w kategoriach Podwórko, Europa jak i Świat. Wszystko wskazuje na to, że wieje wiatr historii i choć nie ma jeszcze pewności, co do jego kierunków i siły, to jak na każdą siłę wyższą, naturalną i sprawioną przez człowiek dobrze jest być przygotowanym.

Oczywiście zarządzanie ryzykiem na poziomie przedsiębiorstwa, ubezpieczania się, zarządzanie kryzysowe to jedna sprawa, ale trzeba pamiętać, że od zawsze grożą nam niebezpieczeństwa, które mogą dotyczyć całych społeczności, krajów, regionów. W przypadku ich wystąpienia dotykają równo naszego biznesowego jak i prywatnego życia. Naiwnością nieprawdopodobną jest sądzić, że strusie chowanie głowy w piasek i wyśmiewanie nawet dzisiaj mniej prawdopodobnych zagrożeń zmieni nasz ryzykonomiczą rzeczywistość.

OC? OC!

Coraz częściej, więc odkurza się stare zaszyty z napisem „Obrona cywilna” szukając sprawdzonych przecież wielokrotnie rozwiązań, które umożliwiają zarządzania ryzykiem nadchodzących kryzysów. Lista jest przecież długa i rosnąca. Wojny i konflikty asymetryczne, terroryzm, niepokoje społeczne, ataki cybernetyczne na infrastrukturę, „zwykłe” awarie, katastrofy naturalne.

Zastanówmy się przez chwilę, co się stanie, jeżeli na skutek masywnego energetycznego black-outu spowodowanego na przykład atakiem Kogoś na bliżej nieokreślny czas, dajmy na to tydzień, w naszej okolicy wysiądzie prąd. A na prąd jest dzisiaj wszystko. Staną sklepy, apteki, wodociągi, wszystko. Na pomoc przyjdzie poczekać. Wówczas nawet najskromniejsze zapasy zachomikowane w bezpiecznym miejscu mogą być bardzo pomocne, a być może na wagę złota.

Oczywiście kraje rozwinięte zarówno na poziomie makro ja i mikro doskonale rozumieją potrzebę bycia przygotowanym, a nawet jak nie rozumieją to szybko do takiego wniosku dochodzą. Wspominaliśmy już na tych łamach jak w takich krajach Europy Zachodniej wzmacnia się obronę cywilną i przygotowuje społeczeństwo na różne kryzysy. U nas nawet dostęp do studni z wodą na wypadku kryzysu będzie, o zgrozo, wielką rzadkością. Media donosiły ostatnio na przykład, ze w magazynach OC nie za bardzo wiadomo, co w ogóle jest (sic), a jeżeli coś jest, to stare i często nadaje się na śmietnik. Takie informacje zbiegły się z obserwacjami, że w trakcie ostatniego trzęsienia ziemi we Włoszech na miejscu bardzo szybko pojawiły się pomocnicze oddziały obrony cywilnej z kocami, wodą, sprzętem pomocniczym; choć u nas wciąż pokutuje zupełnie nieprawdziwy obraz włoskiej organizacji rodem z nieodżałowanego Franka Dolasa.

LISTA TBD

Jakimś pocieszeniem jest, że dyskusja o obronie cywilnej nieznacznie się ożywiła, ale jakie będą jej efekty i w którym kierunku pójdzie można oczekiwać z niepewnością. No, więc, żeby nie być gołosłownym i dać dobry przykład poniżej w skrócie za braćmi Niemcami skrócona checklista niezbędności na wypadek kryzysów prezencie:

Woda mineralna: około dwóch litrów dziennie na osobę, soki owocowe w kartonie lub w szklanej butelce.
Podstawowe produkty spożywcze: makaron, ryż, ziemniaki, pieczywo chrupkie, suchary lub konserwowany chleb, mąka, cukier, groch, marchew, fasola, kukurydza, pomidory w puszkach lub słoikach. Brzoskwinie, morele i czereśnie z puszki. Świeże owoce: jabłka i orzechy są łatwe do przechowywania. Jajka, mleko UHT, budyń, miód, dżem, bulion, majonez, ketchup, musztarda, zupy w puszkach, olej słonecznikowy, margaryna, ocet, alkohol (także, jako waluta wymienna), kawa i herbata (instant), muesli, konserwy rybne, kabanosy.
Energia: latarki, lampy przenośne, krzesiwo, zapałki, podgrzewacze, baterie.
Higiena: papier toaletowy, ręczniki papierowe, worki na śmieci, mydło, detergent, pasta do zębów i szczoteczki, środek dezynfekujący.
Leki: przypisane przez lekarza, tabletki witaminowe, środki opatrunkowe.
Dokumenty: kopie najważniejszych dokumentów, zabezpieczone przed wilgocią, zniszczeniem.

Oczywiście to tylko ogólna lista na wypadek kryzysu. Różne propozycje „list awaryjnych” można wyszukać na formach preppersów czy anty – kryzysowców. Pozostaje mieć nadzieję, że i u nas pojawią się poważne informacje jak należy się przygotowywać samodzielnie do kryzysu. Który nadejdzie, teraz lub później, taki lub inny.

ziemniaki kasza ryż zarządzanie ryzykiem

TERROR – CZAS NA ZARZĄDZANIE RYZYKIEM

0
terror czas
kryzys

TERROR po raz kolejny pokazuje swoje straszne oblicze. To rzeczywistość naszego życia prywatnego, rodzinnego, biznesowego. Bruksela 22.03.2016

Odporność, czyli przygotowanie

Trzeba być przygotowanym. Analizować ryzyko na każdym poziomie. Przygotowywać swój kraj, swoją organizację, rodzinę, siebie na fukcjonowanie w Nowym Gorszym Świecie.
Obrona cywilna o której za chwilę będziemy pisać na blogu, szkolenie w sytuacjach kryzysowych, zachowaniu się przy aktach terroru, udzielanie pierwszej pomocy rannym, a także samemu sobie. Właściwe zachowanie się w obliczu zamachu lub nawet jego niezbezpieczeństwa. Tak musi być dzisiaj. Bądźmy przygotowani.
Terror to czas na zarządzanie ryzykiem, najwyższy…

Od razu na myśl nam przychodzi jak bardzo jako społeczeńtwo jesteśmy nieprzygotowani na nowe zagrożenia. Brak edukacji, brak procesów i procedur, a przede wszystkim brak kultury zarządzania ryzykiem, brak świadomoście że „żyjemy w społeczeństwie ryzyka”. Terror czas na przemyślenia

Szczyt NATO

Zbliża się szczyt NATO w Warszawie, ale dużo czarniejsze wyzwania są związane ze Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Tu może zdarzyć się wszystko.

Wielokrotnie obserowałeem jak na polskich lotniskach, bo już nie wpsominam już o dworcach czy innych miejsach publicznych nikt nie interesuje się pozostawionym bagażem, czy dziwnym zachowaniem współpasażerów.

Kraków 2016

Co może się wydarzyć jeżeli w Krakowie zgromadzi się miliony młodych ludzi kiedy widmo terroru grasuje po Europie ? To nie jest czarny łabądź to ryzyko ataku terrorystycznego o wielkim prawopodobieństwie i gigantycznych skutkach. Mówią o tym wszyscy specjaliści od zarządzania ryzykiem, zarządzania bezpieczeństwem, zarządzania kryzysem. Ale kto ma zarządzać tym ryzykiem skoro zapomina się o wymianie starych opon w pancernym aucie zwierzchnika sił zbrojnych. I nie chodzi tu o wskazywanie winnych, wielokrotnie wskazywaliśmy na niewłaściwość „kultury obwiniania” i jej sprzeczności z „kulturą zarządzania ryzykiem”.

Tu konieczne jest podejście procesowe, systemowe, budowanie od podstaw, tylko czy do lata czasu wystarczy? Mamy w sektorze publicznym zarządzanie ryzykiem w ramach tak zwanej kontroli zarządczej ale chyba jasno już widać, że to o wiele, wiele za mało. Pozostaje chyba tylko rzeczywiście modlitwa, choć o tym standardy zarządzania nic nie mówią, niestety….

Terror czas…

Ryzyko reputacyjne Marsa

0
ryzyko reputacyjne Marsa

Ryzyko reputacyjne Marsa zażegnane, tak można chyba podsumować głośny product recall na początku tego roku spowodowany według doniesień, kontaminacją drobinami plastiku partii batoników produkowanych w jednej z europejskich fabryk koncernu Mars. W trakcie dochodzenia kazało się, że winna była uszkodzona maszyna.

Jak się dowiadujemy, dzięki szybkim i bezkompromisowym działaniom wydarzenie, potencjalnie bardzo niebezpieczne dla reputacji firmy, nie będzie miało znaczącego wpływu na sprzedaż powszechnie chrupanych batoników Mars, Snickers i Milky Way (dla mnie za słodkie) i co ważniejsze branża zarządzania ryzkiem wydaje się potwierdzać, że nie spowoduje to utraty zaufania konsumentów do tego strategicznego produktu.

Analitycy podkreślają kluczowe sukces factors, które przyczyniły się do wyjścia firmy obronną ręką z ataku tego podstępnego czarnego łabędzia czyhającego typowo na producentów żywności, leków etc. :

  • bardzo szybka reakcja (od pierwszych sygnałów o problemie w styczniu do recall-a w lutym. W 55 krajach !

  • przejrzystość („transparency”) w rozwiązywaniu problemu i zarządzaniu kryzysem  

Ryzyko reputacyjne Marsa to nie byle co bo, przypomnimy tylko, że Mars Incorporated to globalny potentat w branży FMCG (Mars, Snickers, Milky Way, Twix, M&M, Royal Canin, Pedigree, Whiskas) zatrudniający ponad 70 tysięcy pracowników i notujący sprzedaż rzędu 33 miliardów dolarów. Milky i Snickersy zostały wynalezione jak donoszą archeolodzy około 1923 roku.

ryzyko reputacyjne Marsa

Epidemia, pandemia, virus Zika

0
epidemia zika

1.Epidemia virusa Zika.
2.Kolejne ostrzeżenie.

Co pewien czas, ale od pewnego czasu regularnie dochodzą poważne informacje na temat nowego zagrożenia epodmią, a co gorsza w naszym globalnym świecie – pandemią. Tym razem to virus Zika przenoszony przez komary, ma to być pierwsze tak poważne ostrzeżenie dla świata od czasu wirusa Ebola.

Temat już ćwiczyliśmy kilka lat temu, komentowany także na Ryzykonomii, między innymi nawoływaliśmy do przemyślenia przygotowania planów awaryjnych, nawet najmniejszych planików, choćby maciupkich, na najmniejszej karteczce, tyci-tyci,  także w biznesach na wypadek wystąpienia szerszego zagrożenia epidemiologicznego. Tak czyni wiele światowych korporacji. Mam wrażenie, że u nas w wogóle rozważanie takiego ryzyka wydaje się organizacjom jakimś science-fiction. Obawiamy się – do czasu. Oczywiście ta uwaga nie dotyczy naszych służb odpowiednich, które jak wiemy do wszystkiego są zawsze dosonale przygotowane, no risk, no fear.

Tymczasem nowy virus Zika powoduje kilka tysięcy przypadków deformacji płodów. Jak donoszą źródła virus, przenoszony przez komary nie jest „nowy”, ale staroafrykański, ale od 2007 roku obserwuje sie jego gwałtowną ekspancję. Teraz przede wszytskim do Ameryki. I znowu – nasza chata z boku, gdyby nie to że tak dużo dzisiaj ludzi podróżuje, sam dopiero kilka dni temu rozmawiałem z odwiedzającymi Meksyk.

epidemia zika

Epidemia Zika to oprócz ludzkich dramatów, to są oczywiście potencjalne koszty i ryzyka do zarządzania, nie mówiąc o tym, że to kolejna wskazówka którą być może dostajemy, że ryzyko pandemii należy traktować poważnie.

Ostrzeżenia i FAQ-i można znaleźć na stronach :
– WHO (link)
– niezawodnego CDC (link)
– i u nas da coś się wygrzebać, ale póki co nic nie widzimy na stronach MSZ  z ostrzeżeniami dla podróżujących…

Oczywiście pojawiają się też liczne teorie spiskowe z straszliwymi „koncernami farmaceutycznymi” w roli głównej,  co szczególnie w naszym oświeconym społeczeństwie nie dziwi, i może nie byłoby to wcale niepoważne, gdyby choroby nie były tak realne.

[wysija_form id=”1″]

Cyberataki i pentesty, ogólny zarys.

0
cyberataki

Pentesty: bezpieczeństwo teleinformatyczne jest w dzisiejszych czasach bardzo ważne i nie może być lekceważone zarówno przez duże firmy, jak i zwyczajnych użytkowników internetu.

Nieodpowiedni poziom bezpieczeństwa w sieciach firm i innych organizacji może mieć fatalne konsekwencje, takie jak

Dramat poza-ustawowy

0
act

Już wielokrotnie pisaliśmy na Ryzykonomii, a także w naszych e-bookach o szczególnym przypadku ryzyk związanych z imprezami masowymi oraz konieczności położenia większego nacisku na zarządzanie ryzykiem w tym obszarze. Niestety z przykrością zauważamy, że w Polsce doszło kilka dni temu do dramatycznej manifestacji tego ryzyka, gdzie podczas otrzęsin na bydgoskiej uczelni zginęły dwie młode osoby.

To dramat, i żadne słowa nie będą dobre do opisu tej tragedii. Z wciąż niepotwierdzonych opisów wyłania się „klasyczny” obraz dramatu i scenariusz tragedii, wielokrotnie już urzeczywistniony z równie tragicznymi skutkami (choćby w Duisburgu na „Love parade” 2010).

Brak oszacowania sytuacji i kontroli nad liczba uczestników, zbyt mała i być może nieodpowiednio przygotowana ochrona ( świadkowie, o zgrozo sugerują rozpylenie środków chemicznych w celu zapanowania nad tłumem, efekt łatwy do przewidzenia). I bezpośrednia przyczyna: stłoczenie uczestników w wąskim przejściu, w tym przypadku w łączniku między budynkami.

To naprawdę dramatycznie klasyczny scenariusz dla wybuchu paniki i tratowania ofiar. Oczywiście „po” jest mnóstwo mądrych i ktoś może Ryzykonomii zarzucić to samo, ale zaplanowania (pisemnego rejestru ryzyka!) takiego wydarzenia, oszacowanie ryzyk i przygotowanie planów działań to jest naprawdę przedszkole zarządzania imprezami masowymi.

Martwi nas przy tym, że komentatorzy przede wszystkim wskazują na brak (o ile) spełnienia wymogów Ustawy o bezpieczeństwo imprez masowych, którym to wydarzenie miałoby podlegać. Zapewne zastosowanie stosownych paragrafów zwiększyłoby bezpieczeństwo, a być może zapobiegło tragedii.

Ale, szanowni Państwo to nie ustawa i paragrafy zarządzają ryzykiem, ale każdy menadżer, kierownik, organizator.

Wiara w cudowną moc ustaw jest całkowicie złudna, bez świadomości, kultury zarządzania ryzykiem, nawet najlepsza ustawa nie pomoże, ah gdyby jeszcze była najlepsza.

 Z niepokojem też, jak to menadżer ryzyka patrzymy na nadciągające w przyszłym roku wielkie wydarzenia w Krakowie, bo skądinąd pojawiają się  całkiem sensownie uzasadnianie opinie, że biorą pod uwagę obecną sytuację w Europie i na świcie, mogą się tam zdarzyć bardzo niedobre sprawy. Czy jesteśmy przygotowani do zarządzania ryzykiem masowych, i to tak masowych wydarzeń?. Czy wystarczą nam ustawy?