Kryzys

Home Kryzys

Active shooter, jak się zachować, video (ang.)

0
active shooter jack się zachować

Active shooter, jak się zachować, video (ang.)>>>
Dopiero co publikowaliśmy (poniżej) dwu częściowy artykuł Tomasza Goleniowskiego “w temacie”. A teraz dorzucamy ciekawe video z USA. Warte obejrzenia z współpracownikami i rodziną. (po angielsku).
Co ciekawe pochodzi ze strony administracji samorządowej USA. U nas są oczywiście różne sztaby antykryzysowe, Redakcja Ryzykonomii nie jest pewna jednak, co robią dla popularyzacji wiedzy i jak to “sprzedają” ludności. Chyba słabo…
ps. Mam nadzieję eksperci nie skrytykują załączonych treści, bo źródło wydaje się wiarygodne..

Noego marnotrawni synowie

0
noego

Na pewno nikt tak dobrze jak ubezpieczeniowcy nie rozumie, że świat jest dzisiaj pełen nowych „fikuśnych” ryzy, bo to i cyber i odpowiedzialność cywilna, i własność intelektualna i regulacje coraz bardziej udziwniane… Ale też zawsze pamiętają i z tą wiedzą dzielą się z klientami, że fundamentem ryzykonomii jest adresowanie ryzyk starych jak świat, których źródłem jest Matka Natura. Ot choćby pogoda, a w tym stare jak świat ryzyko powodzi, którym już Noe zarządzał z nienajgorszym przecież skutkiem.  Ale czy my, nad Wisłą czegokolwiek nie tylko z Potopu (haha, nie tylko tego) sie nauczyliśmy ?

3 500 000 000 i rośnie

Powodzi, prawie biblijnych nie brakuje nam również w Polsce; pamiętamy powódź tysiąclecia z 1997 roku, 56 ofiar i straty szacowane na 3,5 miliarda dolarów. Potem pomniejszych powodzi też wystarczyło ba, wydarzają się one w coraz mniej oczekiwanych miejscach. Tak, jak ostatnie zalanie centrum Gdańska, wielu domów i biznesów. I co mniej znane, przerwanie na kilka tygodni w efekcie tegoż nawalnego deszczu funkcjonowania odcinka Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, dopiero co szumnie otwartej miliardowej inwestycji współfinansowanej z funduszy unijnych.

Klimat nadchodzi

Oczywiście zmiany klimatu to jedna sprawa, ta hipoteza ma swoich zwolenników i wiernych przeciwników, ale nie ma przy tym wątpliwości, że samych powodzi będzie coraz więcej. Choćby z tego powodu, że wszystko naokoło zabetonowujemy, woda nie wsiąka (ot, truizm) w ziemię, płynie gdzie chce, przelewając się z wciąż zbyt małych zbiorników retencyjnych i nieuregulowanych rzek. Więc powodzi będzie więcej, tak jak na nowo wykreowanych działalnością ludzką terenach zalewowych w Gdańsku. Koszty ekonomiczne powodzi też rosną, kraj się bogaci, powstają fabryki, sklepy i mieszkania, infrastruktura.
Oczywiście, ubezpieczenia majątku na wypadek powodzi to jedna sprawa, z tym jak zawsze u nas słabo. Ale inna sprawa, to podejmowanie działań, przede wszystkim zaradczych, budujących naszą narodową i lokalną odporność na wodne ryzyko. Tematu gospodarki wodno-kanalizacyjnej i wiekowych zaniedbań nie będziemy tutaj poruszać, przypomnijmy jednak, że doskonałym i przecież nie aż tak drogim pomysłem (w stosunku do potencjalnych strat) miało stać się zewidencjonowanie ryzyk powodziowych kraju za pomocą tak zwanych map zagrożenia powodziowego.

Imperatywy Noego odrzucone

Imperatyw mapowanie zagrożenia powodziowego pochodzi jeszcze z regulacji Unii Europejskiej z 2007 roku, a powtórzony w nowelizacji rodzimego Prawa Wodnego z roku 2011. Niezwykle pożyteczne ćwiczenie, które już do 2017 roku miało dać obywatelom i inwestorom wszelkiej maści i rodzaju, wiedzę na przykład o tym, z jakim ryzykiem powodzi musimy się liczyć na terenie, na którym żyjemy i pracujemy lub pracować i żyć planujemy. Co kluczowe, mapy takie miały być obowiązkowo brane pod uwagę przy sporządzaniu planów zagospodarowania przestrzennego. Wszystko łatwo dostępne i skomputeryzowane w ramach Informatycznego System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami (ISOK).

Oczywista oczywistość, żeby nie budować tam, gdzie będzie wielka woda, choć są i tacy, co by woleli, bo taniej, bliżej lub wygodniej, co ma być to będzie, ale cena takiej lekkomyślności jest wysoka i w dłuższym okresie czasu nieuchronna.

Niestety miało być dobrze, ale wyszło jak zawsze, bo już w ubiegłym roku nowelizacja ustawy Prawo Wodne wprowadziła fakultatywność „brania pod uwagę” sporządzonych już map ryzyka powodziowego przy planach zagospodarowania przestrzennego. Miało to wynikać z możliwej ich niewiarygodności, które to podejrzenie samo w sobie jest ciekawe, bo jak można było zauważyć, od jakiegoś czasu praca nad pożytecznym ćwiczeniem mapowania powodzi wrzała powszechnie i jak się domyślamy nie bez kosztowo.

Jak zawsze

Niedawno zaś przypłynęła z kręgów około ministerialnych kolejna informacja, że nie ma (na razie) pieniędzy na sporządzenie „poprawnych” map ryzyka powodziowego, więc obecne mapy można, ale nie trzeba brać pod uwagę przy planowaniu rozwojów miast i wsi. Trzeba też zauważyć, że oprócz wyjaśnień kosztowych pojawiają się i takie, że to również efekt presji wywieranej na regulatora ze strony samorządów, którym owe mapy ograniczały możliwości rozbudowy i rozwoju. Ale czy obecni inwestorzy zalani przyszłą wodą, którą przewidywały owe „nieobligatoryjne” mapy ryzyka popowodziowego nie wytoczą w przyszłości samorządom procesów o odszkodowania, oto kolejne pojawiające się pytanie. Ciekawe też jak do kwestii mapowania podejdą ubezpieczyciele, mając świadomość, że inwestycja powstaje na terenie uznanym, choćby wstępnie, za teren zalewowy.

Jak by nie było, nie chce się wierzyć w aż taką narodową lekkomyślność i lekceważenie dla wielkiej wody. Argument antyrozwojowy i kosztowy zmyje zaś nieuchronnie gromadząca się w chmurach, czekająca na kolejną ulewę stu lub tysiąclecia, woda. Ani od Noego, ani nikogo innego nic się nie nauczyliśmy, niestety.

Ziemniaki, kasza, ryż, zarządzanie ryzykiem

0
ziemniaki

 

Albo kartofli, zależy gdzie czytacie. I nie 5, ale żeby być precyzyjnym to 4,9 kilograma pożywnych warzyw Bundesregirung, czyli rząd federalny Niemiec sugeruje zgromadzić swoim obywatelom na wypadek wojny, czy jakiegokolwiek innego kryzysu.

Ta głośna enuncjacja niemieckich władz obiegła zupełnie niedawno media światowe, ale też i polskie. Ja się wydaje w polskiej opinii publicznej wywołała burzę emocji. Niedowierzenie i zapewne wystraszenie, ale też w dużej mierze skrywaną nutą podziwu wobec naszego tradycyjnie lepiej zorganizowanego zachodniego sąsiada. Dla ryzykonomii zaś, to kolejny dowód jak poważnie w rozwiniętych krajach traktuje się kulturę zarządzania ryzykiem i jak daleko „w lesie”, powiedzmy wprost jesteśmy „w temacie” powszechnej ryzykonomii.

Niemcy (o zgrozo) proponują

Oczywiście ta propozycja rządu Niemiec wywołała też pytania, dlaczego pojawia się właśnie teraz. Naiwne, bo odpowiedzi można znaleźć w dowolnym programie informacyjnym zarówno w kategoriach Podwórko, Europa jak i Świat. Wszystko wskazuje na to, że wieje wiatr historii i choć nie ma jeszcze pewności, co do jego kierunków i siły, to jak na każdą siłę wyższą, naturalną i sprawioną przez człowiek dobrze jest być przygotowanym.

Oczywiście zarządzanie ryzykiem na poziomie przedsiębiorstwa, ubezpieczania się, zarządzanie kryzysowe to jedna sprawa, ale trzeba pamiętać, że od zawsze grożą nam niebezpieczeństwa, które mogą dotyczyć całych społeczności, krajów, regionów. W przypadku ich wystąpienia dotykają równo naszego biznesowego jak i prywatnego życia. Naiwnością nieprawdopodobną jest sądzić, że strusie chowanie głowy w piasek i wyśmiewanie nawet dzisiaj mniej prawdopodobnych zagrożeń zmieni nasz ryzykonomiczą rzeczywistość.

OC? OC!

Coraz częściej, więc odkurza się stare zaszyty z napisem „Obrona cywilna” szukając sprawdzonych przecież wielokrotnie rozwiązań, które umożliwiają zarządzania ryzykiem nadchodzących kryzysów. Lista jest przecież długa i rosnąca. Wojny i konflikty asymetryczne, terroryzm, niepokoje społeczne, ataki cybernetyczne na infrastrukturę, „zwykłe” awarie, katastrofy naturalne.

Zastanówmy się przez chwilę, co się stanie, jeżeli na skutek masywnego energetycznego black-outu spowodowanego na przykład atakiem Kogoś na bliżej nieokreślny czas, dajmy na to tydzień, w naszej okolicy wysiądzie prąd. A na prąd jest dzisiaj wszystko. Staną sklepy, apteki, wodociągi, wszystko. Na pomoc przyjdzie poczekać. Wówczas nawet najskromniejsze zapasy zachomikowane w bezpiecznym miejscu mogą być bardzo pomocne, a być może na wagę złota.

Oczywiście kraje rozwinięte zarówno na poziomie makro ja i mikro doskonale rozumieją potrzebę bycia przygotowanym, a nawet jak nie rozumieją to szybko do takiego wniosku dochodzą. Wspominaliśmy już na tych łamach jak w takich krajach Europy Zachodniej wzmacnia się obronę cywilną i przygotowuje społeczeństwo na różne kryzysy. U nas nawet dostęp do studni z wodą na wypadku kryzysu będzie, o zgrozo, wielką rzadkością. Media donosiły ostatnio na przykład, ze w magazynach OC nie za bardzo wiadomo, co w ogóle jest (sic), a jeżeli coś jest, to stare i często nadaje się na śmietnik. Takie informacje zbiegły się z obserwacjami, że w trakcie ostatniego trzęsienia ziemi we Włoszech na miejscu bardzo szybko pojawiły się pomocnicze oddziały obrony cywilnej z kocami, wodą, sprzętem pomocniczym; choć u nas wciąż pokutuje zupełnie nieprawdziwy obraz włoskiej organizacji rodem z nieodżałowanego Franka Dolasa.

LISTA TBD

Jakimś pocieszeniem jest, że dyskusja o obronie cywilnej nieznacznie się ożywiła, ale jakie będą jej efekty i w którym kierunku pójdzie można oczekiwać z niepewnością. No, więc, żeby nie być gołosłownym i dać dobry przykład poniżej w skrócie za braćmi Niemcami skrócona checklista niezbędności na wypadek kryzysów prezencie:

Woda mineralna: około dwóch litrów dziennie na osobę, soki owocowe w kartonie lub w szklanej butelce.
Podstawowe produkty spożywcze: makaron, ryż, ziemniaki, pieczywo chrupkie, suchary lub konserwowany chleb, mąka, cukier, groch, marchew, fasola, kukurydza, pomidory w puszkach lub słoikach. Brzoskwinie, morele i czereśnie z puszki. Świeże owoce: jabłka i orzechy są łatwe do przechowywania. Jajka, mleko UHT, budyń, miód, dżem, bulion, majonez, ketchup, musztarda, zupy w puszkach, olej słonecznikowy, margaryna, ocet, alkohol (także, jako waluta wymienna), kawa i herbata (instant), muesli, konserwy rybne, kabanosy.
Energia: latarki, lampy przenośne, krzesiwo, zapałki, podgrzewacze, baterie.
Higiena: papier toaletowy, ręczniki papierowe, worki na śmieci, mydło, detergent, pasta do zębów i szczoteczki, środek dezynfekujący.
Leki: przypisane przez lekarza, tabletki witaminowe, środki opatrunkowe.
Dokumenty: kopie najważniejszych dokumentów, zabezpieczone przed wilgocią, zniszczeniem.

Oczywiście to tylko ogólna lista na wypadek kryzysu. Różne propozycje “list awaryjnych” można wyszukać na formach preppersów czy anty – kryzysowców. Pozostaje mieć nadzieję, że i u nas pojawią się poważne informacje jak należy się przygotowywać samodzielnie do kryzysu. Który nadejdzie, teraz lub później, taki lub inny.

ziemniaki kasza ryż zarządzanie ryzykiem

Ryzyko reputacyjne Marsa

0
ryzyko reputacyjne Marsa

Ryzyko reputacyjne Marsa zażegnane, tak można chyba podsumować głośny product recall na początku tego roku spowodowany według doniesień, kontaminacją drobinami plastiku partii batoników produkowanych w jednej z europejskich fabryk koncernu Mars. W trakcie dochodzenia kazało się, że winna była uszkodzona maszyna.

Jak się dowiadujemy, dzięki szybkim i bezkompromisowym działaniom wydarzenie, potencjalnie bardzo niebezpieczne dla reputacji firmy, nie będzie miało znaczącego wpływu na sprzedaż powszechnie chrupanych batoników Mars, Snickers i Milky Way (dla mnie za słodkie) i co ważniejsze branża zarządzania ryzkiem wydaje się potwierdzać, że nie spowoduje to utraty zaufania konsumentów do tego strategicznego produktu.

Analitycy podkreślają kluczowe sukces factors, które przyczyniły się do wyjścia firmy obronną ręką z ataku tego podstępnego czarnego łabędzia czyhającego typowo na producentów żywności, leków etc. :

  • bardzo szybka reakcja (od pierwszych sygnałów o problemie w styczniu do recall-a w lutym. W 55 krajach !

  • przejrzystość (“transparency”) w rozwiązywaniu problemu i zarządzaniu kryzysem  

Ryzyko reputacyjne Marsa to nie byle co bo, przypomnimy tylko, że Mars Incorporated to globalny potentat w branży FMCG (Mars, Snickers, Milky Way, Twix, M&M, Royal Canin, Pedigree, Whiskas) zatrudniający ponad 70 tysięcy pracowników i notujący sprzedaż rzędu 33 miliardów dolarów. Milky i Snickersy zostały wynalezione jak donoszą archeolodzy około 1923 roku.

ryzyko reputacyjne Marsa

W sieci spisków, w sieci ryzyka

0
w sieci spisków

Taka historyjka na weekend, nie wiadomo czy straszna, czy śmieszna, ale piszą o niej najważniejsze amerykańskie media. Pod pizzerię Comet Ping Pong, w stołecznym Waszyngtonie DC, specjalizującą się w obsłudze milusińskich wpada człowiek z automatycznym karabinem i zaczyna strzelać w powietrze. Nikomu się nic nie stało, policja łapie szaleńca. Jak się tłumaczy?

Pizzeria szaleńca

Otóż od pewnego czasu po Ameryce krąży spiskowa teoria jakoby niedoszły prezydent z ramienia Demokratów i jej doradca John Podesta są członkami spisku pedofili działającego wokół sieci pizzerii w Waszyngtonie. Szaleniec ów śledzący informacje o spisku na Facebooku i twitterze (łatwo znaleźć w sieci) przejechał bite 350 mil, żeby, w swoim mniemaniu ratować dzieci, zagrożone wpadnięciem w szpony mafii Clintonowej i Podesty. Pizzagate jak cały ten trudny do uwierzenia bałagan nazywają amerykańskie media, ma swój dziwaczny początek w ujawnieniach Wikileaks. Portal ten posądzany zresztą o podejrzane sympatie polityczne, wspominał w kontekście fundraisingu na kampanię wyborczą o pizzeri Comet Ping Pong, która stala się czarną wołgą kampanii spiskowej.

Wszystko to byłoby równie straszne jak i śmieszne, gdyby jeszcze nie sama Hillary Clinton, która wydała oświadczeni i zwróciła uwagę na potężniejące zagrożenie różnego rodzaju teoriami spiskowymi, dezinformacja czy zwykłymi kłamstwami, które jak huragan ogarniają świat. Jak słyszeliśmy Ruch Pięciu Gwiazd na czele z komikiem, który właśnie święci triumfy we Włoszech, bardzo choćby lubi różne ruchy antyszczepionkowe. Jego zwolennicy gromadzą na liczących miliony like-ów portalach rozprzestrzeniających masowo, jak donoszą „tradycyjne” media, po różne spiskowe teorie i po prostu zwykłe kłamstwa.

No więc Clinton apeluje, że to już przekracza ludzkie pojęcie i jak przypadku gunmana w Waszyngtonie realnie zagraża bezpieczeństwu fizycznemu. Pewnie przemawia przez nią też gorycz po przegranej z Donaldem Trumpem, notorycznym konfabulatorem. Miliarder pełen współczucia dla biedaków, jak słyszymy wycofuje się wlaśnie rakiem z kolejnych swoich absurdalnych koncepcji, które sprzedał spragnionemu ludowi nawijając mu tonami makaron na uszy w czasie wyborów. Po prostu i wyłącznie w celu zdobycia głosów. Przykład: ratujmy miejsca pracy w górnictwie, total coś 75000 w calym US… vs. ponad stworzonych 500 000 miejsc pracy w energii odnawialnej w samej tylko Kaliforni….

W sieci spisków – zza kurtyny

Ryzykonomii osobiście ten huragan dezinformacji na świecie na kilometry pachnie ruską dezinformacją i szerzeniem zamętu kierowanym przez służby specjalne z Kremla, to w stylu prowokacji carskiej Ochrany i jej kolejnych imperialnych następców i założe się, że tacy glupi w Ameryce i Europie nie są żeby tego nie widzieli. Zresztą coraz głośniej o tym mowa… Szczególnie że wszystkie te działania mają ewidentnie ukryty cel.
I jak, choćby w przypadku Włoch mogą się przyczynić do dalszego osłabienia Unii Europejskie, o przegranej Clinton nie wspominając. Gra idzie o dużą stawkę na geopolitycznej scenie. Oczywiście ryzyka biznesowe z tym związane są gigantyczne, żyjemy w świecie ryzyka niestety. Także tego kreowanego przez tak zwaną, robiącą dziś wielką karierę postprawdę. Inna sprawa nie jest to nic nowego, wystarczy sięgnąć po 1984, Orwella….

Zainteresowanym szczegółową tą nieprawdopodobną (sic) historią podrzucamy linki poniżej:

w sieci spisków w sieci spisków w sieci spisków