Polityczne

Strona główna Polityczne

Polityczne ryzyko cdn

0
polityczne

 

Ryzyko polityczne, podgrupa terroryzm i jego idntyfikacja rozumiana jak działania „mające na celu poznanie charakteru ryzyka” jest skądinąd zaawansowany i prowadzony przez coraz liczniejsze bezpiecznościowych think tanki, które ze swadą wyjaśniają całą nierozwiązywalną złożoność sytuacji geopolitycznej. Tej nie łudźmy się, rozgrywanej na zimno partii szachów, gdzie ofiarami staje się przygodny mieszkaniec Paryża, który umówił się na lampkę wina, a wraca w czarnej torbie na zwłoki.

Społeczeństwa Zachodu, choć z wielkim trudem i niechętnie zaczynają przyswajać sobie świadomość, że to może spotkać każdego, w czasie wyjazdu na wakacje, na spotkanie biznesowe, wszędzie, tutaj. Przykładem tego wypierania ryzyka jest wołanie na puszczy ostrzegających, że i w Polsce bomba w końcu wybuchnie. I może nie aż tak długo będziemy czekać, bo nadchodzący big event w Krakowie jest idealnym celem dla żądnych rozgłosu terrorystów. Jak to zresztą u nas bywa, jesteśmy „zwarci i gotowi” i już same takie deklaracje powinny jeżyć włos na głowie przywołując historyczne reminiscencje.

Deklarowanie bezpieczeństwa jest zresztą samo w sobie po prostu szkodliwe. Sam paradygmat bezpieczeństwa jest dzisiaj skompromitowany, jest czas zarządzania ryzykiem, optymalizacji niemożliwego do wyeliminowania ryzyka, gdzie postępowanie ważone jest kosztami – korzyściami wyboru dalekich od ideału opcji. Globalne społeczeństwa są coraz bardziej narażone na polityczne i ekonomiczne szoki wywołane aktami terroru, choć zapewne akurat nasza tragiczna historia daje nam pewien mentalny handicap do potencjalnych zdarzeń z ofiarami liczonymi nawet setkami i całe szczęście nasz chata z kraja.

Ale już nadchodzące utrudnienia w transferach ludzkich, a więc i w handlu, fragmentacja niby zjednoczonej Europy musi wpłynąć na naszą gospodarkę jako ryzyko polityczne, jeżeli nie wprost, to drogą ekonomicznego zarażania w sieci międzynarodowych łańcuchów dostaw. I znowu, wielkość ryzyk ewokowanych przez obklejonych semtexem szahidów jest trudna do oszacowania, bo ta naprawdę nikt nie wie, w jakim przebraniu się do nas przedzierają, choć są tacy, którzy mówią, że już tu są.

W końcu jednak to i owo wiemy choćby, co nas może czekać. Będą nowe, niespodziewane formy ataku, a ich ultymatywnym celem będzie antagonizacja społeczeństw, choć oczywiście spadki kursów akcji też są pożądane, ale to raczej efekt uboczny, podobnie jak ofiary.

Skoro o ofiarach mowa, to dobrze byłoby rozważyć jaki jest akceptowalny poziom ryzyka, ile to wyniesie w jednostkach pieniężnych. Póki co, możemy na pewno powiedzieć, że koszty finansowe są te bezpośrednie i te, które ujawnią się w dłuższym okresie. Amerykańskie źródła twierdzą na przykład że, przy tamtejszych regulacjach, (niedawno przedłużyli Terrorism Risk Insurance Act) są w stanie ubezpieczeniowo rozproszyć ryzyko związane z aktami terroru do kwoty 27 miliardów dolarów, powyżej koszty będzie musiało wziąć na siebie państwo. Na tą kwotę potrzebny byłby jakiś big event, typu brudna bomba w centrum miasta, czy inne zdarzenia z charakteru masowego ataku ABC.

My w Polsce nie mamy ani tej świadomości, ani szacunków, o zarządzaniu ryzykiem wciąż mówi się, że jest modne i… tylko się mówi. Ustawy mamy na papierze, ale to nie ustawy zarządzają ryzykiem, nie ustawami buduje się świadomość społeczną i resiliance na kryzysy, także terrorystyczne.

Zresztą, zostawiając ryzyki polityczne i schodząc na przyziemny poziom, to zarządzanie ryzykiem w czasach terroru powinno się budować od dołu, choć ton powinien być nadawany z góry. Zwiększenie naszych szans przetrwania o kilka, a może i więcej procent, kiedy się już „to” wydarzy jest możliwe . Eksperci od terroryzmu wskazują na kształcenie w sobie świadomości potencjalnego zagrożenia, zrozumienia gdzie jesteśmy, w jakim otoczeniu, jakie mogą być tego reperkusje. Jeszcze niedawno ludzie, którzy zastanawiali się na imprezie gdzie są wyjścia awaryjne (które regularnie bywają zamknięte), jakie są potencjalne drogi ucieczki mogli być traktowani jako niespełna rozumu. Dzisiaj takie „sytuacyjne” zarządzanie ryzykiem może być potrzebne każdemu z nas. I szczerze mówiąc, wybaczcie Czytelnicy tę osobistą dygresję na koniec, choć zdarza mi się „bywać”, nigdy nie lubiłem ciasnych sal, tysięcy ludzi stłoczonych, z dala od bezpiecznego wyjścia.

Powódź ryzyk 2016

0
powódź ryzyk

W Gazecie Ubezpieczniowej właśnie ukazał się  duży artykuł na temat trendów w ryzyku i zarządzaniu ryzykiem w 2016 roku. W przyszłym tygodniu opublikujemy na blogu cały tekst, póki co kilka cytatów:

Paryż – Europa 13.11.15

0
Paryż tragedia w piątek
wydarzenia

Powiedzmy sobie jasno. To, co stało się w Paryżu 13 listopada musiało się stać i będzie jeszcze więcej, znacznie więcej.

Zasadniczo to nie koncentrujemy się na Ryzykonomii na komentarzach politycznych, ale z drugiej strony dzisiaj mamy nieustannie rosnące mega ryzyka polityczne ważne dla każdego

Dlaczego lubię Węgrów !

0
Węgry
Węgry… 

Lengyel, Magyar ket jo borat, czyli Polak, Węgier dwa…

Dlaczego lubię Węgry i Węgrów?
Na Węgrzech pierwszy raz byłem chyba w 1994 roku, jeszcze z plecakiem jadąc przez trzy granice sypialnym, kiedy na każdej granicy polskiej, czechosłowackiej i węgierskiej budzili nas natarczywi celnicy… Chodziłem wtedy pierwszy raz po Budapeszcie, potem znalazłem swoje ulubione miejsce nad północnym, pięknym (nie mylić z południowym) brzegiem Balatonu. Do tej pory byłem w kraju naszych bratanków coś 5 razy, także biznesowo i na pewno tam wrócę, bo to miejsce, do którego mam prawdziwy sentyment i co dziennie przekonuję się, że uzasadniony.
Truizmem jest powiedzieć, że narody polski i węgierski łączą wyjątkowe więzi przyjaźni i gorzka jest bardzo obserwacja jak w ostatnich latach na fali prymitywnej, tabloidowej i obcej naszej narodowej tradycji propagandy zapominamy o jedynych prawdziwych przyjaciołach, bo jeżeli są tacy na bożym świecie wogóle są to są nimi na pewno Węgrzy. Udowodnili to dobrze.

Historia przyjaźni polsko – węgierskiej jest dosłownie stara jak świat. I choć tradycyjna przypowieść, że Adelajda siostrą Mieszka I była matką Świętego Stefana, pierwszego koronowanego króla Węgrów okazała się apokryfem, to historie Polski i Węgier są splecione przez wieki w wielopoziomowym uścisku. No więc nie będziemy się tu rozwodzić ani nad średniowiecznymi nieustannymi koligacjami i aliansami, węgierskimi żakami masowo na Jagiellonce, sojuszami i czasami też, najazdami. Ani wspominać o królu Stefanie Batorym, o którym mówił nawet staromodny dziecięcy wierszyk. Truizmem jest mówić o powstaniach niepodległościowych, generale Bemie i Sandorze Petofim, Dembińskim, Polskim Legionie, czy Mihaly Kovacs-u, który z Pułaskim
walczył za wolność w Ameryce (i zginął podobnie). Ale niech ktoś nie myśli, że Węgrzy mają wobec nas jakiś dług. Jest wręcz odwrotnie i mało o tym niestety kto w Polsce pamięta. Bo kiedy w 39-tym Hitler zażądał od Węgier udziału w inwazji na Polskę premier Węgier  odpowiedział…

Węgry

Zresztą to sprawa ciekawa, że nasi bratankowie mieli chyba zawsze bardziej realistyczne podejście do rzeczywistości, bo pomni własnych słabości wybrali kolaborację, zamiast tak jak nasi jak zawsze optymistycznie i „jakośtobędzie” przywódcy wydać naród na bezprzykładną rzeź, gwałty, zniszczenie, kataklizm opiewane teraz na niekończącej się fali „odlotu rozumu”, jak to ładnie ujął w swej znanej książce Paul Johnson o intelektualistach jako „zwycięstwo przegranych”.
I żeby, kto nie myślał, że Węgrzy to tchórze, bo naród to waleczny jak żaden i co drugi mężczyzna ma tam na imię Attilla, nie przypadek to zdaje się jest. Więc jak trzeba było to i zastawiali przed Niemcami polskich partyzantów i choć do Powstania nie przystąpili to nigdy przeciw Polakom broni nie obrócili.

A ponad wszystko – o wstydzie, wstydzie – mało, kto pamięta i nic się o tym młodym nie mówi, że w trakcie II wojny na Węgrzech schronienie znalazło 140 000 tysięcy emigrantów z okupowanej Polski. I to, jakie schronienie! Na Węgrzech w czasie II wojny światowej działało 27 szkół podstawowych i nawet polskie Liceum w Balatonboglar ! Były biblioteki, drużyny harcerskie, Polacy otrzymywali schronienie, stały zasiłek, dzieciom umożliwiano naukę i studia. Nie mówiąc o kanałach ucieczkowych organizowanych przez Josefa Antalla zwanego Ojcem Polaków m.in. dla polskich żołnierzy idących na zachód, któremu jak wiadomo ciągle mamy coś do spłacenia. I to wszystko za płotem u Hitlera, nawet tamtejsze zeituingi pisały, że „trzeba skończyć z nieuzasadnionym sentymentalizmem Węgrów do Polaków”. I nie skończyli….
A Polacy nigdy zaciągniętych wtedy długów nie spłacili.

No, więc za co ja lubię Węgry….
Przede wszystkim mówię zawsze i wszystkim, że jeżeli my, Polacy mamy jakiś przyjaciół na świecie to są nimi Węgrzy i powinniśmy, jak to przyjaciele zawsze trzymać się razem. Bo prawdziwy przyjaciel nigdy cię nie zdradzi, szczególnie taki, który to i owo w przeszłości udowodnił.

No, ale na tym podłożu historyczno-wdzięcznościowych są i inne zupełnie trywialne tematy. Lubię Węgry bo lubię słyszeć, że przypadkowi ludzie odnoszą się do mnie z sympatią, ot po prostu dowiadując się skąd jesteś, nie myląc cię z Holandia, na przykład. Lubię węgierską kuchnię, a przede wszystkim, jakość i powszechność gastronomii i profesjonalną obsługę uśmiechającą się za najmniejszy napiwek. Lubię piękny Budapeszt i zawsze wspaniałą pogodę, tramwaje wodne na Dunaju i różne zakamarki w Budapeszcie. Lubię ugryźć sławnego dlaczegoś wśród turystów langosa, taką madziarską pizzę, choć nie aż tak żeby zjeść całego. Lubię przepiękny Balaton, spokojny i tak teraz czysty, że aż pozazdrościć (o ciepłej wodzie nie wspominając.) Bawi mnie też język niezrozumiały kompletnie, gdzie nazywają nas „lengjelami” tak jak w tym sławnym powiedzeniu o przyjaźni:
„”Lengyel-magyar két jó barát / Együtt harcol s issza borát / Vitéz s bátor mindkettője / Áldás szálljon mindkettőre.” Polak – Węgier…

I nie było nic o zarządzaniu ryzykiem tym razem, tak wyszło…

Węgry…
A, jeszcze parę fotek…
Budapeszt z Dunaju…

Węgry

Balatońska impresja…

Węgry

Langos (jedna z wersji)

Węgry

Falconetti: ryzyko demograficzne was (…) !

0
ryzyko demograficzne

Pewnie niewielu spośród co młodszych P.T. Czytelników Bloga pamięta bijący onegdaj rekordy popularności serial „Pogoda dla bogaczy” . Tamże padło owo słynne , powtarzane wówczas na podwórkach i szkolnych placach całego Kraju zdanie, które parafrazujemy w tytule (celem podstępnego przyciągnięcia czytelników do lektury) . Groźba i najwyraźniej nie na wiatr wypowiedziana przez niejakiego Falconettie’go wobec jednego z głównych i potem poległego w walce z mafią bohatera serialu, chyba Tom mu było ?…..

No ale my tu przecież nie o serialu chcemy, ale o innym ryzyku, co do którego użycie mocnego określenia  kol. Falconettie’go wydaje się całkiem uzasadnione. Już zgadliście ? Tak, chodzi o ryzyko
ludzkie, demograficzne.
Tu przy okazji od razu pojawia się to stare pytanie: jaki ma być horyzont czasowy naszej korporacyjnej analizy ryzyka? Czy tylko „teraz” czy rok najbliższy, a może 2, 3, 5 lat? Co nas w firmie obchodzą ryzyka które wydarzą się kiedy nas w firmie już nie będzie, będziemy na emeryturze…ach kiedyż to będzie, kiedyż….
Oczywiście, wątpliwość ta jest najbardziej zasadna ale wydaje się, że odpowiedź nie jest aż tak skomplikowana bo:
Po pierwsze – czym innym jest (a przynajmniej powinien być) horyzont czasowy nasz , a czym innym naszej organizacji. Nie jest to może Watykan, ale korporacja, organizacja powinna spoglądać dalej i bardziej perspektywicznie;
Po drugie – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jednym słowem (to banalne) zarządy powinny mieć dłuższe i strategiczniejsze spojrzenie na ryzyko;
Po trzecie – ryzyko może po bliższym przyjrzeniu, okazać się wcale nie aż tak odległe.
I tu, hyc, od razu powracamy do tytułowego demograficznego tsunami, bo taką już, całkiem zgrabną nazwę ukuto dla nadchodzącego szybkimi krokami GIGANTYCZNEGO problemu  kadrowego w Polsce. Temat jest, co ciekawe bardzo dobrze znany, każdy wie, że w Polsce od lat rodzi się dramatycznie mało małych Polaków i co gorsza – kontynuując – tych, którzy się już NIE urodzili w czasie trwającego już 20 lat demograficznego kryzysu na rynku pracy, bo o HR tu przecież nam chodzi, na waszych interview, już za chwilę NIE będzie.
O dziwo, z tego determinizmu mało jakby kto zdaje sobie sprawę, albo panuje jakieś milczące lekceważenie problemu. Pomijam już wyzwania polityki społecznej i gospodarczej, nas interesują problemy czysto ryzykonomiczne i biznesowe.
Ale i w tym obszarze nie można zapominać o horyzoncie makro: starzenie się społeczeństwa, deficyt budżetowy na poziomie „naście” procent, upadek systemu ubezpieczeń społecznych, rosnące nierówności, reperkusje podatkowe, wreszcie nieuchronne niepokoje społeczne. No, to wszystko są mega ryzyka, także w skutkach arcy-biznesowe, a…..może nawet i nie ryzyka, bo choćby ISO 31000 mówi wyraźnie, że zarządzanie ryzykiem zajmuje się niepewnością , a tu mamy 100 procentową pewność, niestety.
Co ciekawe już pierwsze fale demografii dobijają do brzegu, widać to już teraz na uczelniach wyższych, a firmy badające nadwiślański rynek pracy pokazują, że czas pracodawcy stanowczo się kończy i to tuż, tuż za rok, dwa .
Nie jest to więc jakaś „kosmiczna” perspektywa do analizy. Pewnie to i niezła wiadomość dla pracujących, jednak jeżeli dodamy do tego rynkowe niedopasowania systemu kształcenia do wymagań rynku jako-takiego wzrostu gospodarczego , a pewnie i stagflacji, to jawi nam się naprawdę już „tu i teraz” olbrzymie ryzyko strategiczne do analizowania i zarządzania – na pewno na poziomie grup czy zarządów. A co z tym ryzykiem można zrobić, jak się do niego przygotowywać, to już oczywiście inna historia.

ryzyko demograficzne, ryzyko demograficzne, ryzyko demograficzne

Konferencyjny maj cz.II

0
konferencyjny maj ryzyko

Maj konferencyjnym miesiącem jest i kiedy możemy bierzemy udział, dlaczego nie. Ze dwa tygodnie temu, widzicie nawet nie ma czasu siąść i coś skrobnąć na bieżąco wzięliśmy udział proszeni w spotkaniu z okazji kolejnej edycji konkursu Dyrektor Finansowy Roku magazynu Forbes. Zapraszani jesteśmy regularnie, kiedyś występowaliśmy tam, z pewnym sukcesem jako prelegent i panelista, mówiąc o… zarządzaniu ryzykiem, naturalnie.
Nie będziemy się rozwodzić o czym było spotkanie, jakoś nami  nie wstrząsnęło, choć networking był niezły,  tylko wspomnimy o jego części, która nas zainteresowała z ryzykonomicznego punktu widzenia.

Otóż, w trakcie jednego z paneli (szczerze mówiąc strasznie się te panele rozpleniły, każdy może siąść i poględzić, a do prezentacji czy przemówienia trzeba się jednak przygotować i tu chyba tkwi tajemnica ich popularności) w fotelach zasiadło kilku menadżerów, którzy, tak się składa mieli jakieś biznesy na Wschodzie, w tym na Ukrainie. Jak to zwykle u nas bywa i w tym kontekście o ryzyku sporo się mówiło, wszyscy też deklarowali pełne zarządzanie ryzykiem.
W trakcie sesji pytań z sali, jak to u nas bywa nie ma ich zwykle zbyt wiele, tak nas przecież już uczą od przedszkola, żeby się „nie wychylać”, z sali jednak padło pytanie: jak to  zarządzanie ryzykiem w firmach panelistów przebiega, czy ma jakiś systemowy wyraz? 
Odpowiedź brzmiała….
Tu przypomniał mi sie podobny panel 3 lata wcześniej, na tej samej imprezie, jak wspomniałem brałem udział. I tam o ryzyku mówiono nie mało, i tam i tu, jednak okazało się, że zarządzanie ryzykiem ma co najwyżej formę „omawiania”, „spotkania zarządu” i „różnych regulaminów”. 
Niestety, mało najwyraźniej u nas się w tym temacie zmienia…a kończąc tę krótką konferencyjną relacyjkę dodam, że padło jeszcze jedno pytanie „o ryzyku”. A zadał je z sali zdaje się ktoś z branży ubezpieczeniowej, zaraz po nieśmiałym wynurzeniu panelisty, że niestety! Został naciągnięty niezadawno przez „partnera ze wschodu”, który nie ma najwyraźniej ochoty spłacać swojego długu.
No więc pytanie dotyczyło ochrony ubepieczeniowej, z której firma korzysta robiąc interesy na Wschodzie, w tym ewentualnie ochrony ubezpieczniowej ryzyka politycznego.
Odpowiedź brzmiała ” my z polityką nie chcemy mieć nic wspólnego”. I to chyba dość dobrze charakteryzuje na jakim etapie wiedzy z zarządzania ryzykiem jesteśmy.
To tyle o konferencjach majowych, póki co, na dziś.

konferencyjny maj ryzyko, konferencyjny maj ryzyko, konferencyjny maj ryzyko

PRA, fopa i ankieta zarządzania ryzykiem politycznym

0
PRA

Najwyraźniej wojny póki co nie będzie a szkoda, bo przecież
jak zawsze jesteśmy przygotowani, sojusznicy wierni, nawet jeżeli przypadkowo wychodzą małe fopa al’a 39, chyba nasz hasło przewodnie bloga zdejmiemy z witryny, póki co właśnie Naczelny Bloga drapnął kolejny artykuł do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, gdzie ledwie co ukazała się poprzedni, o świecie compliance’u, tym razem Naczelny sporządził krótka historię zarządzania ryzykiem politycznym, PRA, Political Risk Assessment, długą i zawiłą ma historię ten phenomen i pięknie to Naczelny w 5000 znakach (ze spacją) uchwycił.  Nie jest tak łatwo z tym ryzykiem politycznym jak się naszym dyżurnym gadającym głowom wydaje, ale od czego Wasza Ryzykonomia więc czytajcie, śledźcie, artykuł o PRA ukaże się mamy nadzieję, niebawem.

Póki, co w atmosferze lekkiej demilitaryzacji, ale zawsze w
temacie zauważamy, że już niedługo  rozpocznie się kolejny europejski survey FERMy o najnowszych developmentach risk manadżmentu, więc i my pozwolimy sobie na mały quizik, lubią je Czytelnicy już zauważyliśmy wcześniej, więc tym razem zapytamy „w temacie” Ryzyka politycznego.
Prosimy o zaznaczanie odpowiedzi a opcje decyzyjne znajdziecie na prawym pasku bloga, (kiedy stoicie PRZED komputerem naturalnie).

Zapraszamy, a oficjalne wyniki za jakiś czas omówimy.

PRA
SZUKAJ W EMPIK.COM

PRA

Ryzyko polityczne w centrum zainteresowania

0
ryzyko polityczne w centrum

 „Ja was przepraszam, panowie. Ja was bardzo przepraszam, tak nie miało być” (do ukraińskich oficerów po traktacie ryskim 1921)

Ryzyko polityczne w centrum uwagi: jeżeli do tej pory ktokolwiek miał wątpliwości, co do wagi ryzyka politycznego to ostatnie wydarzenia u naszych wschodnich sąsiadów  powinny go z takich wątpliwości wyleczyć. W czysto gospodarczym wymiarze Ukraina jest naszym 8 rynkiem eksportowym wartości 5,7 miliardów dolarów w 2013 a import 2,2 miliarda jak podają źródła, więc nadwyżka warta Zachodu, z Ukrainą handluje kilkanaście tysięcy Polskich firm głownie z lekka zaniedbywanej przez Centralę Polski B, a czarny scenariusz V-ce Piechocińskiego mówi nawet o 30-40% spadku obrotów w razie pogłębienia kryzysu.  No trudno, tu nie mówić o ryzyku, ryzyku politycznym, gdyż jest ono ogromne.W ogóle to podobnie jak i w innych obszarach, zawsze i tu w swojej skromnej ryzykonomiczności zwracamy uwagę na konieczność analizy ryzyka na wszystkich także i gospodarczych poziomach.

Bo bez tego tylko płacz i zgrzytanie zębów jak zawsze wychodzi.
Mamy też wrażenie, że dość słaba jest u nas i znajomość Historii począwszy od zabiegów Jedynego, Co Się Niczego Nie  Dorobił PrzyOkazji Oprócz Kasztanki żeby nas buforować od Wschodu, ciągle nas się straszy bandami UPA, a zapytamy czy – z czysto biznesowego punktu widzenia – nie lepiej sobie siedzieć za cudzym okopem i zamiast wydać kilka miliardów pomocy Teraz wyrzucać  kilkadziesiąt czy kilkaset na wydatki zbrojeniowe Za Chwilę, to przecież efekt i gospodarczy i budżetowy dla wszystkich.

Chyba, że uwierzymy w „koniec historii”, ale nawet w TV nie znajdziemy potwierdzenia tej marnej jak się okazało koncepcji. Moglibyśmy też za Kisielem powiedzięć , że nie mamy poglądów politycznych a jedynie gospodarcze ale i w tym i w naszym przypadku byłby to lekko nieszczery cynizm.

No więc znowu przydałaby się solidna analiza ryzyka, korzeni, skutków, kosztów i korzyści i trochę dłuższy niż do kolejnych wyborów horyzont czasowy. Oczywiście, o ile opcją naszej reakcji na ten Kryzys, to Ryzyko nie pozostaje emigracja reszty Narodu, do tej części już zasiedziałej za granicą (o tym mega ryzyku demograficznym, mega tsunami gospodarczo-ubezpieczeniowym powinno się pisać codziennie wielkimi zgłoskami, ale się…  nie pisze).
A zresztą jak donoszą Źródła emigrowanie staje się powszechnie modne wśród przedsiębiorców, którzy już nawet nie dla zmniejszenia ryzyka biurokracji, ale dla świętego spokoju masowo przenoszą swoje firmy za granicą.

Nie będziemy się tu oczywiście bawili w żałosne politykowanie, bo rzeczywiście ma ono u nas zwykle bardzo żałosny wymiar, bo najwyraźniej, kiedy inni szacują, kalkują i zarządzają swoimi politycznym ryzykami u nas jak zawsze pełna partyzantka i najwyraźniej w partyzantce wciąż z  naszymi ukraińskimi sąsiadami siedzimy w jeden ławce na historii.

ryzyko polityczne w centrum
Wreszcie, żeby Redakcji ktoś o zupełne jarzenia w temacie wschodnim jednak nie posądzał dodamy, że w 1/8 pochodzimy Stamtąd, więc klimaty historyczne są nam nieobce a i parę książek się w życiu przeczytało i jakieś, nietelewizyjne pojęcie o
temacie mamy. (No może to i nie najlepiej w końcu bo zmniejsza to nasze szane zostania Sławnym Bloggerem z 100 tysiącem przyjaciół jak Piecyk, Ciotka Kaczka czy Ubranelka.)
Ale też i przecież Waszej Redakcji nie chodzi o ot żeby swoje poglądy polityczne suflować, ale zachęcać do zarządzania ryzykiem, także politycznym. Dla biznesu i profitu, wspólnego, naturalnie. Ryzyko polityczne w centrum zainteresowania być po prostu musi…

Jak zresztą pewnie Czytelnicy wiedzą, więc tylko z skromne go obowiązku podpowiadamy, jest trochę źródłem oceniających polityczne ryzyka, które między innymi tworzą Mapy Ryzyka politycznego jak AoN czy Maplecroft.
Na pewno takie źródła informacje mogą się przydać, pytanie na ile warto za nie płacić, bo  choćby przyglądając się podejściu Zachodu do tematu Ukrainy i Wschodu w ogóle zawsze mamy wrażenie, że w gruncie rzeczy, co by nie mówić, aż tak wiele rzeczy się od dawna nie zmieniło….

ryzyko polityczne w centrum