Polityczne

Strona główna Polityczne

Ryzyko francuskie i francusko-polskie

0
ryzyko francuskie

Ryzyko francuskie >>>

Kiedy piszemy te słowa jeszcze nie ważą się wybory prezydenckie we Francji, to będzie jutro. Oczywiście to dopiero pierwsza tura ale i tak najprawdopodobniej wygrana przez kandydatkę Frontu Narodowego Marine Le Pen. Co będzie w drugiej turze, zobaczymy. Są jeszcze inni kandydaci prowadzący (wg. oficjalnych niepewnych sondaży) Macron, Fillon jeszcze Melenchon (ten od podatków dla bogatych). Naszym zdaniem istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, może nawet 80% , że wygra Le Pen. Po Brexitcie i Trumpie wszystko jest możliwe.

Jest jeszcze polski wątek. Wygrana Le Pen będzie oznaczała najwyraźniej całkowite odwrócenie się Francji od Unii Europejskiej i może Frexit. Dla Polski będzie to już nie ryzyko, ale katastrofa. Zostaniemy sami bez Europy, bez funduszy unijnych (i tak już zaraz będzie ich znacznie mniej i to wcale nie w 2020, ale wcześniej), wyautowani politycznie na peryferiach Unii. O ile coś jeszcze w ogóle z niej zostanie. Na pewno wielu się to i u nas spodoba. Oj, naiwni cena będzie wielka…

A geopolitycznie staniemy się zdani na łaskę i niełaskę zbrojących się jak szaleni braci Słowian wyzwolicieli. Bo Ameryka daleko, daleko i z zupełnie innymi preferencjami dzisiaj.

Więc, zobaczmy, ryzyko NIE DO PRZECENIENIA, choć jak zwykle większość Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy….

Ryzykonomii cały czas się wydaje, że ludziom w Europie znudził się pokój i ciepła woda w kranie. Oby nie nadszedł czas na bicie w werble i powiewanie sztandarów…

ryzyko francuskie

Ryzyko francuskie

Dlaczego lubię Węgrów !

0
Węgry
Węgry… 

Lengyel, Magyar ket jo borat, czyli Polak, Węgier dwa…

Dlaczego lubię Węgry i Węgrów?
Na Węgrzech pierwszy raz byłem chyba w 1994 roku, jeszcze z plecakiem jadąc przez trzy granice sypialnym, kiedy na każdej granicy polskiej, czechosłowackiej i węgierskiej budzili nas natarczywi celnicy… Chodziłem wtedy pierwszy raz po Budapeszcie, potem znalazłem swoje ulubione miejsce nad północnym, pięknym (nie mylić z południowym) brzegiem Balatonu. Do tej pory byłem w kraju naszych bratanków coś 5 razy, także biznesowo i na pewno tam wrócę, bo to miejsce, do którego mam prawdziwy sentyment i co dziennie przekonuję się, że uzasadniony.
Truizmem jest powiedzieć, że narody polski i węgierski łączą wyjątkowe więzi przyjaźni i gorzka jest bardzo obserwacja jak w ostatnich latach na fali prymitywnej, tabloidowej i obcej naszej narodowej tradycji propagandy zapominamy o jedynych prawdziwych przyjaciołach, bo jeżeli są tacy na bożym świecie wogóle są to są nimi na pewno Węgrzy. Udowodnili to dobrze.

Historia przyjaźni polsko – węgierskiej jest dosłownie stara jak świat. I choć tradycyjna przypowieść, że Adelajda siostrą Mieszka I była matką Świętego Stefana, pierwszego koronowanego króla Węgrów okazała się apokryfem, to historie Polski i Węgier są splecione przez wieki w wielopoziomowym uścisku. No więc nie będziemy się tu rozwodzić ani nad średniowiecznymi nieustannymi koligacjami i aliansami, węgierskimi żakami masowo na Jagiellonce, sojuszami i czasami też, najazdami. Ani wspominać o królu Stefanie Batorym, o którym mówił nawet staromodny dziecięcy wierszyk. Truizmem jest mówić o powstaniach niepodległościowych, generale Bemie i Sandorze Petofim, Dembińskim, Polskim Legionie, czy Mihaly Kovacs-u, który z Pułaskim
walczył za wolność w Ameryce (i zginął podobnie). Ale niech ktoś nie myśli, że Węgrzy mają wobec nas jakiś dług. Jest wręcz odwrotnie i mało o tym niestety kto w Polsce pamięta. Bo kiedy w 39-tym Hitler zażądał od Węgier udziału w inwazji na Polskę premier Węgier  odpowiedział…

Węgry

Zresztą to sprawa ciekawa, że nasi bratankowie mieli chyba zawsze bardziej realistyczne podejście do rzeczywistości, bo pomni własnych słabości wybrali kolaborację, zamiast tak jak nasi jak zawsze optymistycznie i „jakośtobędzie” przywódcy wydać naród na bezprzykładną rzeź, gwałty, zniszczenie, kataklizm opiewane teraz na niekończącej się fali „odlotu rozumu”, jak to ładnie ujął w swej znanej książce Paul Johnson o intelektualistach jako „zwycięstwo przegranych”.
I żeby, kto nie myślał, że Węgrzy to tchórze, bo naród to waleczny jak żaden i co drugi mężczyzna ma tam na imię Attilla, nie przypadek to zdaje się jest. Więc jak trzeba było to i zastawiali przed Niemcami polskich partyzantów i choć do Powstania nie przystąpili to nigdy przeciw Polakom broni nie obrócili.

A ponad wszystko – o wstydzie, wstydzie – mało, kto pamięta i nic się o tym młodym nie mówi, że w trakcie II wojny na Węgrzech schronienie znalazło 140 000 tysięcy emigrantów z okupowanej Polski. I to, jakie schronienie! Na Węgrzech w czasie II wojny światowej działało 27 szkół podstawowych i nawet polskie Liceum w Balatonboglar ! Były biblioteki, drużyny harcerskie, Polacy otrzymywali schronienie, stały zasiłek, dzieciom umożliwiano naukę i studia. Nie mówiąc o kanałach ucieczkowych organizowanych przez Josefa Antalla zwanego Ojcem Polaków m.in. dla polskich żołnierzy idących na zachód, któremu jak wiadomo ciągle mamy coś do spłacenia. I to wszystko za płotem u Hitlera, nawet tamtejsze zeituingi pisały, że „trzeba skończyć z nieuzasadnionym sentymentalizmem Węgrów do Polaków”. I nie skończyli….
A Polacy nigdy zaciągniętych wtedy długów nie spłacili.

No, więc za co ja lubię Węgry….
Przede wszystkim mówię zawsze i wszystkim, że jeżeli my, Polacy mamy jakiś przyjaciół na świecie to są nimi Węgrzy i powinniśmy, jak to przyjaciele zawsze trzymać się razem. Bo prawdziwy przyjaciel nigdy cię nie zdradzi, szczególnie taki, który to i owo w przeszłości udowodnił.

No, ale na tym podłożu historyczno-wdzięcznościowych są i inne zupełnie trywialne tematy. Lubię Węgry bo lubię słyszeć, że przypadkowi ludzie odnoszą się do mnie z sympatią, ot po prostu dowiadując się skąd jesteś, nie myląc cię z Holandia, na przykład. Lubię węgierską kuchnię, a przede wszystkim, jakość i powszechność gastronomii i profesjonalną obsługę uśmiechającą się za najmniejszy napiwek. Lubię piękny Budapeszt i zawsze wspaniałą pogodę, tramwaje wodne na Dunaju i różne zakamarki w Budapeszcie. Lubię ugryźć sławnego dlaczegoś wśród turystów langosa, taką madziarską pizzę, choć nie aż tak żeby zjeść całego. Lubię przepiękny Balaton, spokojny i tak teraz czysty, że aż pozazdrościć (o ciepłej wodzie nie wspominając.) Bawi mnie też język niezrozumiały kompletnie, gdzie nazywają nas „lengjelami” tak jak w tym sławnym powiedzeniu o przyjaźni:
„”Lengyel-magyar két jó barát / Együtt harcol s issza borát / Vitéz s bátor mindkettője / Áldás szálljon mindkettőre.” Polak – Węgier…

I nie było nic o zarządzaniu ryzykiem tym razem, tak wyszło…

Węgry…
A, jeszcze parę fotek…
Budapeszt z Dunaju…

Węgry

Balatońska impresja…

Węgry

Langos (jedna z wersji)

Węgry

Konferencyjny maj cz.II

0
konferencyjny maj ryzyko

Maj konferencyjnym miesiącem jest i kiedy możemy bierzemy udział, dlaczego nie. Ze dwa tygodnie temu, widzicie nawet nie ma czasu siąść i coś skrobnąć na bieżąco wzięliśmy udział proszeni w spotkaniu z okazji kolejnej edycji konkursu Dyrektor Finansowy Roku magazynu Forbes. Zapraszani jesteśmy regularnie, kiedyś występowaliśmy tam, z pewnym sukcesem jako prelegent i panelista, mówiąc o… zarządzaniu ryzykiem, naturalnie.
Nie będziemy się rozwodzić o czym było spotkanie, jakoś nami  nie wstrząsnęło, choć networking był niezły,  tylko wspomnimy o jego części, która nas zainteresowała z ryzykonomicznego punktu widzenia.

Otóż, w trakcie jednego z paneli (szczerze mówiąc strasznie się te panele rozpleniły, każdy może siąść i poględzić, a do prezentacji czy przemówienia trzeba się jednak przygotować i tu chyba tkwi tajemnica ich popularności) w fotelach zasiadło kilku menadżerów, którzy, tak się składa mieli jakieś biznesy na Wschodzie, w tym na Ukrainie. Jak to zwykle u nas bywa i w tym kontekście o ryzyku sporo się mówiło, wszyscy też deklarowali pełne zarządzanie ryzykiem.
W trakcie sesji pytań z sali, jak to u nas bywa nie ma ich zwykle zbyt wiele, tak nas przecież już uczą od przedszkola, żeby się „nie wychylać”, z sali jednak padło pytanie: jak to  zarządzanie ryzykiem w firmach panelistów przebiega, czy ma jakiś systemowy wyraz? 
Odpowiedź brzmiała….
Tu przypomniał mi sie podobny panel 3 lata wcześniej, na tej samej imprezie, jak wspomniałem brałem udział. I tam o ryzyku mówiono nie mało, i tam i tu, jednak okazało się, że zarządzanie ryzykiem ma co najwyżej formę „omawiania”, „spotkania zarządu” i „różnych regulaminów”. 
Niestety, mało najwyraźniej u nas się w tym temacie zmienia…a kończąc tę krótką konferencyjną relacyjkę dodam, że padło jeszcze jedno pytanie „o ryzyku”. A zadał je z sali zdaje się ktoś z branży ubezpieczeniowej, zaraz po nieśmiałym wynurzeniu panelisty, że niestety! Został naciągnięty niezadawno przez „partnera ze wschodu”, który nie ma najwyraźniej ochoty spłacać swojego długu.
No więc pytanie dotyczyło ochrony ubepieczeniowej, z której firma korzysta robiąc interesy na Wschodzie, w tym ewentualnie ochrony ubezpieczniowej ryzyka politycznego.
Odpowiedź brzmiała ” my z polityką nie chcemy mieć nic wspólnego”. I to chyba dość dobrze charakteryzuje na jakim etapie wiedzy z zarządzania ryzykiem jesteśmy.
To tyle o konferencjach majowych, póki co, na dziś.

konferencyjny maj ryzyko, konferencyjny maj ryzyko, konferencyjny maj ryzyko

Polityczne ryzyko cdn

0
polityczne

 

Ryzyko polityczne, podgrupa terroryzm i jego idntyfikacja rozumiana jak działania „mające na celu poznanie charakteru ryzyka” jest skądinąd zaawansowany i prowadzony przez coraz liczniejsze bezpiecznościowych think tanki, które ze swadą wyjaśniają całą nierozwiązywalną złożoność sytuacji geopolitycznej. Tej nie łudźmy się, rozgrywanej na zimno partii szachów, gdzie ofiarami staje się przygodny mieszkaniec Paryża, który umówił się na lampkę wina, a wraca w czarnej torbie na zwłoki.

Społeczeństwa Zachodu, choć z wielkim trudem i niechętnie zaczynają przyswajać sobie świadomość, że to może spotkać każdego, w czasie wyjazdu na wakacje, na spotkanie biznesowe, wszędzie, tutaj. Przykładem tego wypierania ryzyka jest wołanie na puszczy ostrzegających, że i w Polsce bomba w końcu wybuchnie. I może nie aż tak długo będziemy czekać, bo nadchodzący big event w Krakowie jest idealnym celem dla żądnych rozgłosu terrorystów. Jak to zresztą u nas bywa, jesteśmy „zwarci i gotowi” i już same takie deklaracje powinny jeżyć włos na głowie przywołując historyczne reminiscencje.

Deklarowanie bezpieczeństwa jest zresztą samo w sobie po prostu szkodliwe. Sam paradygmat bezpieczeństwa jest dzisiaj skompromitowany, jest czas zarządzania ryzykiem, optymalizacji niemożliwego do wyeliminowania ryzyka, gdzie postępowanie ważone jest kosztami – korzyściami wyboru dalekich od ideału opcji. Globalne społeczeństwa są coraz bardziej narażone na polityczne i ekonomiczne szoki wywołane aktami terroru, choć zapewne akurat nasza tragiczna historia daje nam pewien mentalny handicap do potencjalnych zdarzeń z ofiarami liczonymi nawet setkami i całe szczęście nasz chata z kraja.

Ale już nadchodzące utrudnienia w transferach ludzkich, a więc i w handlu, fragmentacja niby zjednoczonej Europy musi wpłynąć na naszą gospodarkę jako ryzyko polityczne, jeżeli nie wprost, to drogą ekonomicznego zarażania w sieci międzynarodowych łańcuchów dostaw. I znowu, wielkość ryzyk ewokowanych przez obklejonych semtexem szahidów jest trudna do oszacowania, bo ta naprawdę nikt nie wie, w jakim przebraniu się do nas przedzierają, choć są tacy, którzy mówią, że już tu są.

W końcu jednak to i owo wiemy choćby, co nas może czekać. Będą nowe, niespodziewane formy ataku, a ich ultymatywnym celem będzie antagonizacja społeczeństw, choć oczywiście spadki kursów akcji też są pożądane, ale to raczej efekt uboczny, podobnie jak ofiary.

Skoro o ofiarach mowa, to dobrze byłoby rozważyć jaki jest akceptowalny poziom ryzyka, ile to wyniesie w jednostkach pieniężnych. Póki co, możemy na pewno powiedzieć, że koszty finansowe są te bezpośrednie i te, które ujawnią się w dłuższym okresie. Amerykańskie źródła twierdzą na przykład że, przy tamtejszych regulacjach, (niedawno przedłużyli Terrorism Risk Insurance Act) są w stanie ubezpieczeniowo rozproszyć ryzyko związane z aktami terroru do kwoty 27 miliardów dolarów, powyżej koszty będzie musiało wziąć na siebie państwo. Na tą kwotę potrzebny byłby jakiś big event, typu brudna bomba w centrum miasta, czy inne zdarzenia z charakteru masowego ataku ABC.

My w Polsce nie mamy ani tej świadomości, ani szacunków, o zarządzaniu ryzykiem wciąż mówi się, że jest modne i… tylko się mówi. Ustawy mamy na papierze, ale to nie ustawy zarządzają ryzykiem, nie ustawami buduje się świadomość społeczną i resiliance na kryzysy, także terrorystyczne.

Zresztą, zostawiając ryzyki polityczne i schodząc na przyziemny poziom, to zarządzanie ryzykiem w czasach terroru powinno się budować od dołu, choć ton powinien być nadawany z góry. Zwiększenie naszych szans przetrwania o kilka, a może i więcej procent, kiedy się już „to” wydarzy jest możliwe . Eksperci od terroryzmu wskazują na kształcenie w sobie świadomości potencjalnego zagrożenia, zrozumienia gdzie jesteśmy, w jakim otoczeniu, jakie mogą być tego reperkusje. Jeszcze niedawno ludzie, którzy zastanawiali się na imprezie gdzie są wyjścia awaryjne (które regularnie bywają zamknięte), jakie są potencjalne drogi ucieczki mogli być traktowani jako niespełna rozumu. Dzisiaj takie „sytuacyjne” zarządzanie ryzykiem może być potrzebne każdemu z nas. I szczerze mówiąc, wybaczcie Czytelnicy tę osobistą dygresję na koniec, choć zdarza mi się „bywać”, nigdy nie lubiłem ciasnych sal, tysięcy ludzi stłoczonych, z dala od bezpiecznego wyjścia.

Paryż – Europa 13.11.15

0
Paryż tragedia w piątek
wydarzenia

Powiedzmy sobie jasno. To, co stało się w Paryżu 13 listopada musiało się stać i będzie jeszcze więcej, znacznie więcej.

Zasadniczo to nie koncentrujemy się na Ryzykonomii na komentarzach politycznych, ale z drugiej strony dzisiaj mamy nieustannie rosnące mega ryzyka polityczne ważne dla każdego

W oparach postprawdy

0
w oparach postprawdy

W oparach postprawdy >>>
Make America great again, kiedy jak pokazują analizy o których mówi między innymi notorycznie słuchany przez Ryzykonomię Fareed Zakaria w swoim programie Global Public Square… Kiedy hrabstwa, które głosowały na Hillary produkują 64% PKB USA, a te które poparły kandydata Grand Old Party raptem 34%. Pozamiatać Europę, która przyniosła nam bezprecedensowe kilkadziesiąt lat pokoju. A Polsce nieprawdopodobny skok cywilizacyjny. Prawda, nieprawda, who cares? Bezdobre, bezprawda jak mówili do Johna Smitha w pamiętnej nabierającym teraz jeszcze bardziej proroczy wyraz powieści.

Coś dziwnego dzieje się z światem czego ucieleśnieniem jest nieprawdopodobna kariera nowego pojęcia.

W oparach postprawdy

Definicja post prawdy, o której mówi anglojęzyczna Wikipedia brzmi mniej więcej tak:

Post-polityka prawdy (zwane również polityką postfaktyczną) jest kulturą (..), w którym debata jest w dużej mierze odwołaniem do emocji. Jest w znacznej mierze odłączona od faktów, a przez nieustanne powtarzane stwierdzeń prowadzi do ustaleń, których okoliczności faktyczne są ignorowane. Post-prawda różni się od tradycyjnego kwestionowania jak i falsyfikowania prawdy nadając jej „wtórne” znaczenie.

Post prawda jest w wielkiej mierze kontestacją opinii różnego rodzaju ekspertów i profesjonalistów. I to w olbrzymiej liczbie dziedzin. Prawie, medycynie, socjologii, przyrodzie. I oczywiście także w ekonomii, i już jesteśmy w Ryzykonomii.

Jak identyfikować i analizować ryzyka, skoro zobaczymy, kto to wie, jeden myśli tak a drugi siak. Ne ma nic stałego pożyjemy zobaczymy. Co za wielka, antyoświeceniowa niewiara w osiągnięciom Nauki i Postępu.

W oparach postprawdy

Coś dziwnego dzieje się z całym światem i kto słucha różnego rodzaju mediów, także tych zagranicznych znajduje zadziwiające podobieństwa procesów, które dzieją się równolegle w różnych krajach i na różnych kontynentach. A przede wszystkim w naszym Starym Zachodnim świecie. Czyżby to był jego zmierzch?

Proponenci prawdy jak zawsze nie zdają sobie sprawy, gdzie nas zaprowadzi ich nowa wiara, niestety, jak ktoś już kiedyś zauważył, kto nie zna historii jest skazany na jej powtórzenie.

W oparach postprawdy

O postprawdzie i strasznym Wietrze Historii, który już wieje piszą już nawet w najnowszym Global Risk Report 2017, publikowanym przez światowe forum ekonomiczne. Niedługo zreferujemy ten szczególny w tym roku dokument mapujący ryzyka naszego świata.

A zainteresowany, którzy wątpiliby że to temat mało ekonomiczny podrzucamy link do bardzo ciekawego podcastu z London School of Economics poświęcony karierze postprawdy:

W oparach postprawdy
W oparach postprawdy
W oparach postprawdy
W oparach postprawdy

prawdy

prawdy

pr

p

Irański deal a sprawa polska

0
Irański deal

Irański deal, a właściwie jego wypowiedzenie wczoraj przez Donalda-Twitter-Trumpa to zdaje się fakt geopolityczny słabo dostrzegany przez krajową opinię publiczną. Redakcja Monitora Ryzykonomii obawia się, że również przez rodzimą opinię biznesową.

Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA), bo tak oficjalnie nazywa się to porozumienie, to wydarzenie o bardzo doniosłym znaczeniu dla świata. Podpisane 14 lipca 2015 przez Iran z jednej strony i USA, Francję, Niemcy, Wielką Brytanię, Chiny i Rosję z drugiej strony.
Jego celem miało być zastopowanie programu nuklearnego Iranu, którego oczywistym celem było dołączenie do klubu posiadaczy broni jądrowej.

Irański deal
W ramach porozumienia Iran miał zaprzestać militarnej części swojego programu nuklearnego, a przede wszystkim wzbogacania Uranu 235. Działalność irańskich zakładów produkcyjnych i badawczych został poddana ścisłej kontroli i nieustannemu monitoringowi Międzynarodowych Agencji Energi Atomowej (IAEA).
To znaczące naszym zdaniem osiągnięcie wpływające na stabilizację w od zawsze niestabilny region Bliskiego Wschodu, było już w kampanii wyborczej kwestionowane przez Donalda Trumpa.

Po zawarciu Porozumienia, takie kraje jak Niemcy czy Francja błyskawicznie wykorzystały możliwość wznowienia pełno skalowego handlu z Iranem. To potężny rynek, jak na dzisiejsze czasy wręcz rynkowa tabula rasa z ludnością ponad 80 000 000, łakomy kąsek.
Deal JCPOA na pewno wzbudził wysokie podniecenie w światowych korporacjach. Czy Polski biznes takie szanse dostrzega… przecież mieliśmy zdaje się sporo kontaktów onegdaj z Iranem. Faktem jest, że po podpisaniu dealu obroty Polska – Iran wzrosły nawet 5 krotnie, ale jeszcze w całym 2015 był to poziom raptem około 50 milionów dolarów (podobna kwota „do” i „z”). Niewiele…

„W ramach porozumienia z 14.07.2015 Iran miał zaprzestać militarnej części swojego programu nuklearnego…” 

Porozumienie z 14 lipca 2015 było od samego początku kontestowane przez Izrael, który tradycyjnie nie jest przyjazny (i vice versa) Iranowi. Ten drugi zresztą trzeba przyznać, wielokrotnie zapowiadał pozbycie się Izraela z mapy świata, co oczywiście wśród zamieszkujących Izrael żydów musi budzić naturalny sprzeciw.

Co będzie dalej i jaki może być wpływ sytuacji na Polskę? 

Prognozy są bardzo różne od „złamania się” Iranu pod presją USA i przystanie na dodatkowe bardziej restrykcyjne warunki kontroli. I zaprzestanie rzekomych, ukrytych i tajnych działań pro – nuklearnych, o co oskarża Iran Trump i Izrael.
Dodajmy, że pozostali sygnatariusze JCPOA już  wyrazili swoje zdania odrębne w stosunku do posunięcia Trumpa. I tu robi się ciekawie, bo zdaje się Francja i Niemcy nie mają zamiary rezygnować z handlowych zdobyczy. O Chinach i Rosji ie wspominając. Stargana Brexitem Wielka Brytania to inny temat, niby tradycyjny przyjaciel Stanów Zjednoczonych, ale…

Już dzisiaj obserwujmy jak zareagują rynki, a na pewno nie zareagują dobrze. Pytanie będzie o skalę tej reakcji i co będzie dalej. Nie musimy oczywiście dodawać, że sprawa dotyczy i handlu międzynarodowego i cen najważniejszych surowców i kursów walut. I światowej koniunktury. A pojawiają się  już sygnały, że może wejść w fazę spadku. Czy sprawa Iranu przyśpieszy tę nieuchronną zmianę?
Czy na Bliskim Wschodzie wybuchnie konflikt? Wojna?
Trudno sobie wyobrazić następstwa biorąc pod uwagę siłę ewentualnych adwersarzy.

A i Izrael lubi się nie pytać i robić swoje.

Co dalej ? Oto jest wielkie pytanie, bo nie wiadomo co Trump zamierza. Wysoce prawdopodobne, ze sam jeszcze tego nie wie…Faktem też, że w Porozumienie wpisano dodatkowe okresy przejściowe jego wypowiedzenia, więc sprawa nie jest taka „automatyczna”, że układ przestaje od razu działać.
Czy Irański deal jest już jednak historią? Unia, Francja, Niemcy zaprzeczają.

Stratfor o Polsce 2017 po argentyńsku

0
Stratfor o Polsce 2017

Stratfor o Polsce 2017 i sytuacji na świecie.
Przełom roku to idealny czas na kolejne analizy ryzyka i….możecie być pewni , że Wasza Redakcja Ryzykonomii nie oprze się tej pokusie. Ale też będziemy przyglądali się co „w temacie” przewidywania przyszłości (która to szczytna aktywność jest jak wiadomo niesłychanie karkołomną) piszą i mówią inni.

Skoro „inni”, to nie możemy wspomnieć o czytanym na całym świecie think-tanku Stratfor, specjalizującym się między innymi w ocenie ryzyk politycznych. Jest to, jak ledwie szepczą w tajemnicy wikipedyści, zespól analityków nazywany „cieniem CIA”. Stąd najwyraźniej, z samej tylko tej „służbowej” konotacji darzony, jak nam się zdaje dość nabożną uwagą.
Choćby przez rynki finansowe, no bo powiedzcie: jak by tu nie wierzyć byłym agentom i analitykom CIA?
No, nie ukrywamy trochę nas to bawi, bo trudno pewnie znaleźć organizację, która by tak często się myliła w swoich prognozach jak CIA. I nie będziemy się tu powoływać na bogatą filmografię Hollywood, bo to nieprofesjonalne. Ale przecież można spojrzeć na różne sukcesy amerykańskich służb, od zamierzchłej Iran – Contras, niezauważenia alkejdy czy państwa islamskiego. To wszystko chyba była działka CIA? Czyż nie?

Oczywiście my specjalistami od specsłużb bynajmniej nie jesteśmy i nie udajemy, że jesteśmy. Ale jak się domyśla już Czytelnik nie bez powodu nam się zebrało dzisiaj na złośliwości wobec analityków Stratfora. Bo to przecież think-tank wręcz globalny, jasne, że tak, szanujemy.

Na złośliwości nam się zebrało po lekturze powszechnie dostępnych analiz Stratfora na 2017 rok, w każdym razie tych nietajnych, jeżeli takowe istnieją. Stratfor o Polsce 2017

Link do analizy Stratfora znajdzie Czytelnik tutaj:

No więc co tam w noworocznych przewidywaniach Stratfora znajdziemy?

Naszym zdaniem nic specjalnie odkrywczego. To znaczy nic, o czym media, te trochę bardziej poważne niż prasa i media ludowe by nie trąbiły, a więc:

– że, już niedługo wybory we Francji, Niemczech, Holandii i może Włoszech i bój się boga co z tego może wyniknąć. Może być naprawdę nieciekawie
– że będzie Brexit iii nikt nie wie co z tego wyniknie, raczej nieciekawie
– że nie wiadomo co dalej z Unia, albo tak, albo tak, albo jeszcze gorzej
– że Donald Trump…nikt nie wie co i on sam pewnie też
– że Rosja czuje swoje „momentum” do uszczęśliwiania ludzkości, czyli jak zawsze, niestety.

Nam się w Ryzykonomii po prostu wydaje, mówiąc wprost że ludziom, szczególnie w Europie znudził się spokój i dobrobyt i znowu mają sobie ochotę pomaszerować i pomachać fłagami z wielokrotnie już wypróbowanym wcześniej skutkiem (przyp. red)

Nie powiemy, wszystkie te przewidywania tak przez nas streszczone (i więcej) u Stratfora są fajnie napisane, naprawdę polecamy. Ale może my w Redakcji Ryzykonomii jesteśmy zbyt złośliwi, że wszystko to – już wiemy.

Jest też, co szczególnie ciekawe i cały wątek dotyczący Polski, które Czytelnik może sobie łatwo ścignąć ze strony Stratfora. (link można znaleźć w omawianym artykule, Stratfor wysyła artykuł na podany email) I to pewnie ten artykuł nas dzisiaj tak krytycznie nastawił do 2017-owych analiz tak szacownego think-tanku.

Nie będziemy z premedytacją wyjawiać naszych opinii na temat tej „polskiej” części analizy. Tyle powiemy, że nazym zdaniem daleko jest ojczyzna autora stratforowych wynurzeń, słodka Argentyna, jak czytamy w jego biogramie, od Polski. Daleko…

Stratfor o Polsce 2017