Uncategorized

Strona główna Uncategorized

Małe i średnie firmy i ryzyko

3

Wśród zalewu informacji o kłopotach wielkich korporacji umyka fakt, że małe i średnie przedsiębiorstwa są coraz częściej narażone na oddziaływanie takich samych rodzajów ryzyka jak wielkie firmy. Przykładem są skutki nieudanych operacji na opcjach walutowych wielu polskich małych i średnich przedsiębiorstw. A przecież możliwość zakupu tak ryzykownych i skomplikowanych instrumentów finansowych była jeszcze niedawno niedostępna dla mniejszych przedsiębiorstw.

Wciąż jednak zakłada się że, metody kontroli ryzyka mogą być stosowane wyłącznie w dużych przedsiębiorstwach. Są bowiem skomplikowane, czasochłonne i kosztowne. Początkowo trudno jest wyobrazić sobie zabieganego właściciela małej firmy transportowej dokonującej analizy ryzyka, procedury kojarzonej przede wszystkim z bankowością? Jakie mu to przyniesie korzyści? Kolejne papiery ?

Trzeba przy tym pamiętać że termin „małe i średnie” obejmuje firmy zatrudniające 1-250 osób o maksymalnych przychodach 40 mln euro. Jak na Polskie warunki mogą to być już naprawdę „duże” firmy, często największe w regionie. Jednocześnie nawet te mniejsze firny mają coraz bardziej skomplikowane operacje, prowadzą handel międzynarodowy, sięgają po skomplikowane instrumenty finansowe.
Podstawowy katalog ryzyka, które należy Zidentyfikować, Oszacować i nim Kierować mógłby zawierać następujące kategorie.


Oczywiście, to jedynie propozycja i każdy może ją zmodyfikować zależnie od swoich potrzeb.

Przed ambitnym przedsiębiorcą planującym zarządzać ryzykiem pojawiają się oczywiście Wyzwania. Jednym z nich jest przekonanie (siebie, wspólnika, pracowników), że czas i koszty poświęcone na zarządzanie ryzykiem mają sens. Najlepsze jest oczywiście przekonanie się na przykładzie, zdobycie „dowodu” (tzw. business case) słuszności prowadzonych działań. Można przekornie zauważyć, że brak takiego „dowodu” sam w sobie powinno świadczyć o skuteczności wprowadzonego zarządzania ryzykiem.

Niestety dzisiejsze, burzliwe czasy dostarczają dostatecznie dużo przykładów firm, dla których business case z powodu braku odpowiedniej kontroli ryzyka zamienił się w przysłowiowy gwóźdź do trumny.

Kolejną wyzwaniem przy wprowadzaniu zarządzania ryzykiem jest fakt, że choć menadżerowie małych i średnich przedsiębiorstw są z natury rzeczy specjalistami od podejmowania ryzyka, to o samym ryzyku wiedzą niewiele. A częściej je „czują”, (niejednokrotnie zresztą doskonale), niż rozumieją. Przykład opcji walutowych wskazuje jednak, że dzisiaj popularny „czuj” już niestety, nie wystarczy.

Coraz częściej również, rozwiązania w zakresie zarządzania ryzykiem gospodarczym są projektowane w ten sposób, aby po odpowiednim dostosowaniu mogłyby być łatwo wykorzystane zarówno przez duże, jak i małe przedsiębiorstwa. Tak jest w przypadku standardu zarządzania ryzykiem COSO II, który jest łatwo „skalowalny” do wielkości firmy. Podobnie elementy innych norm zarządzania ryzykiem jak AS NZS, czy IRM łatwo dostosować do potrzeb średniej, a nawet małej firmy.

Na przykład skandynawscy przedsiębiorcy mają natomiast do dyspozycji portal stworzony specjalnie dla wspomagania zarządzania ryzykiem oferujący zautomatyzowanie podstawowych czynności w tym zakresie.

Niestety! Śpieszę donieść, że źródeł internetowych zawierających know-how z zarządzania ryzykiem dla MSP w polskim necie prawie nie ma… jeśli nie liczyć streszczeń różnych badań typu „Olaboga!-jak-to-zła-jest-nasza-biurokracja-odpowiedziało-na kolanie 1234,5-respondentów

Sam będąc małym przedsiębiorcą nie próbuję przekonywać do tworzenia stanowisk Menadżera ds Ryzyka w małych a nawet średnich firmach. Bez wątpienia natomiast menadżerowie i wlasciciele firm poinni – co najmniej – podstawową wiedzę o ryzyku posiadać. Większe MSP mogłyby się oczywiscie pokusić o skorzystanie z usług konsultantów, o zgrozo.
Bo na inicjatywy choćby naszych szkół biznesu, czy stowarzyszeń przedsiębiorców w celu popularyzacji idei Zarządzania Ryzykiem w MSP przyjdzie nam jeszcze poczekać..

Tymczasem wszystkim Przedsiębiorcom życzę Trafnego Przewidywania Wszystkich możliwych Szans i Zagrożeń w 2010 roku…

500

0
Biorąc do ręki właśnie opublikowaną listę 500 największych polskich przedsiębiorstw już się  zastanawialiśmy, co tam znajdziemy o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem.
To już chyba aberracja zawodowa , która nam się nawet w czasie tradycyjnej święconki objawiła. Otóż, stojąc w zatłoczonej po brzegi wykorzystywanej na rożne okoliczności sali naszego kościoła
nerwowo spoglądaliśmy na ołtarz udrapowany okolicznościowo pomalowanym papierem i oświetlony płomieniem świec,  a naokoło ciekawskie malce harcujące.
A wyjścia z sali były dwa (2), wąskie i gaśnica w zasięgu wzroku chyba tylko jedna. Jakby te świece na ten papier…  pożar , panika, 300 luda, matki, dzieci i tylko dwa małe korytarzyki, masakra dla  CNN tu by była, tak sobie myśleliśmy od pobożnego celu przybycia odbiegając.  A może jednak ks. Proboszcz o ERM w kościele na Ryzykonomii wcześniej czytał i tajne plany awaryjne jednak przygotował ?

Nie rozsądziwszy tych rozterek świętującego Risk Managera ostatecznie ryzykiem przez zrezygnowaną akceptację zarządziliśmy, choć wyznamy lekko podstępnie przed końcem się w kierunku wyjścia przesuwając, żeby choć o parę %-cent  P zmniejszyć.  Czy to „normalne” zachowanie, kto o tym jeszcze tam pomyślał, sami już nie wiemy….
No,  ale do  tytułowych „500” wracając to Rz cała gazetkę z listą  wydało, różne wynóżenia dyżurnych specjalistów na omastę również były.
Taka nam się też ogólniejsza refleksja nasunęła, że wśród czołówki Ciężki Olej, gaz i Prąd  królują, tu chyba nasze szanse narodowe są pokładane nadzieje a  innowacje, polskie nokie to przesądy światło ćmiące może kiedyś, kiedyś, kiedyś naturalnie.   
W sumie o ryzyku co najwyżej można między wierszami przeczytać ogólnie jest z polskimi przedsiębiorstwami git,  jakim tam ryzykiem zarządzać, ale też mogłoby być gorzej , jak u innych, kiedyś.
Właściwie to o ryzyku dla owych „500” jednak coś w towarzyszącym liście artykule wygrzebaliśmy, a mianowicie o wyzwania dla top menadżerów zagranicznych i polskich pytano.
Dające do myślenia są to wyniki, o ile miarodajne oczywiście.
Źródło: Rzeczpospolita
Ciekawe, że dla badanych rodzimych menadżerów regulacje odwrotnie niż wszędzie małym są wyzwaniem ( a dlaczego nie mówić ryzykiem, denerwują nas trochę te eufemizmy) . Po prawdzie jednak to i „odwrotne” wyniki analiz też już widzieliśmy….
Podobnie potencjał ludzki jakby małe znajduje u rodzimych CEO poważanie i to nas czasami nie dziwi, niestety. Wogóle, to cała para zarządzających w optymalizację kosztów jakby idzie, za nią marka i reputacja firmy następuję , dziwny to strategiczny misz –masz, bardzo przepraszamy bateria nam się dyplomatycznie w laptopie kończy, niestety…

Napoleon nie żyje !

0

Jakiś czas temu telewizja Planete emitowała program „Yes man-i naprawiają świat” o grupce dość antykapitalistycznie nastawionych, acz raczej sympatycznych aktywistów, którzy organizują różne brawurowe mistyfikacje. Mistyfikacje, których ofiarami padały takie firmy jak Halliburton, Shell czy Dow Chemicals posądzane o różne nieetyczne postępki.
No i mamy kolejny temat do zarządzania ryzykiem… 

Hoaxy, czyli mistyfikacje w wykonaniu Yes Manów, to sam w sobie dość zabawny szoł, choć jest tam wiele pouczających wątków, kto chce może sobie na You tube polską wersję filmu wyklikać. („Yes Meni Naprawiaja Swiat part-1 Lektor PL”). Chętnym szczególnie polecamy hoax na konferencji Halliburton (cz.4) o „Jajachratunkowych”, boki zrywać…
Choć wspomniani  „fikcjonerzy” o korzyściach dla siebie najwyrażniej nie myślą, to nie zawsze tak jest…. 

Mistyfikacje, mające przynieść mistyfikatorom określone korzyści to nie temat nowy. Pamiętna jest mistyfikacja z 1814 roku, kiedy to mistyfikatorzy rozpuścili informacje o sieci Napoleona Bonaparte, w celu spekulacji na londyńskiej giełdzie. Hoaxmani, w tym jeden członek Parlamentu, skończyli za kratami ale pokusa pozostaje.
Dzisiaj wielką pokusą mistyfikatorów może być również chęć zaszkodzenia różnym „złym ” firmom.
Zreszta,  jak każdy już przedszkolak wie,  plotki i różne mistyfikacje swoim własnym życiem żyją i często nawet nie wiadomo kto – i po co – za nimi stoi.
Ostatnio ofiarą mistyfikacji a może plotki padł koncern Nestle – a pierwotną przyczyną  było wykrycie kawałka szkła w słoiku odżywki dla dzieci sprzedanej we Francji.
 W Polsce podobno 3 miliony internautów powtórzyło informację o rzekomym zagrożeniu , cześć zresztą zaczynających się dość surrealistycznie   >>>Nie wiem, czy to prawda, ale kopiuję: Nestle ……”  
Kolejny przykład bieżący: na początku sierpnia świat obiega nieprawdziwa informacja o planowanym downgradzie ratingu inwestycyjnego Francji. I choć S&P, Fitch  i Moodys szybko dementują, a cały francuski rząd na czele z mężem reprezentacyjnej żony (ach, żebyśmy takie reprezentacyjne żony oficjeli mieli – no właśnie, dlaczego nie mamy ? przyp. red.)  protestuje, CAC 40 ( 40  żabojadowych spółek o największej kapitalizacji)  spada chwilowo  o 4,7 % . Wtóruje mu niemieckie DAX (minus 5% ) , a nawet japoński NIKKEI – 2%. No o rodzimych  WIG20 nie wspiminając – w pewnym momencie „zjechał” o w dół o 7,2%  …

Źródło: CNN

To są gigantyczne straty… choć ostatecznie informacja o obniżeniu ratingu okazuje się nieprawdziwa,  a czy to plotka czy mistyfikacja,  badają do dzisiaj stosowne nadzory finansowe .
Hoaxów najwyraźniej coraz więcej się mnoży i stanowią rosnące zagrożenie.
W dzisiejszym nerwowym świecie milionów facebookowych przyjaciół – przyjaciół- przyjaciół informacje rozchodzą się błyskawicznie.
Hoaxowych czy plotkowych  zagrożeń najwyraźniej przewidzieć się po prostu się nie da, pytanie nawet czy można się na nie wogóle przygotować. Zapewne dobre procedury reagowania na kryzysy coś tu mogą pomóc. Choć wspomniane Nestle zdaje się rozpaczliwie o istocie problemu informowało, ale zdaje się facebokowy matrix mało na te informacje zwracał uwagę…
Mamy więc kolejne ryzyko miękkie, a właściwie super miękkie. Bo istotą jest zagrożenie, które w istocie nie istnieje…

Zarządzanie ryzykiem w szpitalu, klinice, przychodni, ZOZ (cdn.)

0

Jako, że w poprzednim artykule tematy „zdrowotne” w naszej podróży po zarządzaniu ryzykiem zgłębialiśmy, dzisiaj, za ciosem idąc o zarządzaniu ryzykiem w szpitalu, klinice, przychodni, a  najogólniej mówiąc ZOZ (żeby bardziej „ustawowo” podmiot naszego zainteresowania nazwać).

Więcej na te temat
przeczytasz w „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu” .  Strona bloga  
http://www.ryzykonomia.pl/p/e-booki.html

Ważny Kontekst zarządzania ryzykiem

2
Jak już być może P.T. Czytelnicy dostrzegli Redakcja Bloga Ryzykonomia równą wagę do kwestii praktycznych jak i metodologicznych Tematu Przewodniego przykłada. Ów teoretyczno-praktyczny ying- yang naszym zdaniem  zapewnia największy sukces w skutecznym wdrażaniu zarządzania ryzykiem . O metodologii więc będzie jeszcze niejednokrotnie .  Dziś natomiast, w tym kontekście, garść uwag – o Kontekście.
Jak zapewne wiesz Czytelniku, co znańsze normy zarządzania ryzykiem przerobienie tematu „kontekstu”, „warunków” czy też „środowiska” na samym początku wdrażania procesu zarządzania ryzykiem postulują
Nam w Redakcji najbardziej się termin „Kontekst” i tego terminu zawartość przez międzynarodówkę isotrzydzieścijedentysięcy podany podoba.

Kontekstów przy aplikowaniu procesu zarządzania ryzykiem jest zwykle wiele: a to strategiczny, organizacyjny, społeczny, polityczny a nawet kontekst samego zarządzania ryzykiem. Jakby nie było , to zdaje się,  Kontekst – Kontekstu.  
Ciekawe, że ten krok procesu zarządzania ryzykiem twórcy co ważniejszych standardów podkreślają i – nie bez powodu !
Zadanie analizy kontekstu ma dla wdrażającej zarządzanie ryzykiem organizacji metodologicznie „miękki charakter” bo tu o jakiś twardych technikach czy narzędziach nie ma raczej mowy. Przez ową „miękkość”  jest,  zdaje się,  podatny na pominięcie, jako że na horyzoncie czeka już „konkretne” zadanie identyfikacji ryzyka. Po co więc tracić czas na jakieś „konteksty”…
„Twardą” naturę i znaczenie ujawnia Kontekst przy rzeczywistym przećwiczeniu tego punktu wdrażania zarządzania ryzykiem, co niejednokrotnie w odwiedzanych organizacjach empirycznie potwierdzić mogliśmy.
Na etapie „Kontekstu” jest też zresztą bdb czas i miejsce na przygotowanie fundamentów pod budowę procesu zarządzania ryzykiem w organizacji, wyznaczenie ścieżek komunikacji  i zasadzenie trawników porozumienia. Tak, żeby i sam proces jakąś mordęgą nieludzką nie był. 
Ciekawa nam się tu w Redakcji Bloga autorefleksja  pojawiała, że i samo  pisanie o Kontekście tak precyzyjne jakbyśmy chcieli niekoniecznie jest i być musi  stąd i z lekka filozoficzny wniosek  – kontynuując- – że metodologiczny yang w dzisiejszym tekście przeważać zaczął…
Żeby wiec postulowaną na wstępie dzisiejszego wystąpienia  równowagę utrzymać nasz praktyczny punkt widzenia na zakończenie dobitnie jedynie wyrazimy:  Praktykujmy Kontekst w Kontekście. O!

O zarządzaniu ryzykiem – konferencyjnie

0
W ubiegłym tygodniu delegat Redakcji Bloga Ryzykonomia na zaproszenie sympatycznych studentówz Koła Naukowego Finansów i Bankowości  z Uniwersytetu Gdańskiego wziął udział w Konferencji Naukowej pod znamiennym tytułem „No risk – no fun” .
Ufff…. tak sobie od razu pomyślałem, że tylko studenty mogą sobie wziąc taką maksymę za patrona. No bo, Redakcja Bloga z niejednego już pieca chleb jadła i pewien bagaż ryzykownych doświadczeń posiadła, stąd obecnie preferuje raczej korelację ujemną tzn. „no risk – more fun” i dobrą herbatkę z cytryną przy spokojnej lekturze porannej gazetki zamiast włosów przed ekranem kompa z przerażenia stojących.

No, ale studenckość ma swoje prawa i żeby naukowo powiedzieć poziom awersji do ryzyka, tudzież wyobrażenie o możliwości nim zarządzania zawsze i wszędzie inny wtedy jest …

Do przebiegu eventu wracając to, co ciekawe padały tam, do pełnej Sali, od Czynników Sprawczych deklaracje, że czas się na dobre nauczaniem Zarządzania Ryzykiem zająć.

Takie deklaracje zawsze wzbudzają dziki entuzjazm Redakcji, choć trzeba powiedzieć realizmem studzony…jak bowiem z nauczaniem całościowego zarządzania ryzykiem na rodzimych uczelniach jest, stare przysłowie parafrazując, każdy koń widzi.

Klu programu stanowiły referaty koncentrujące się wokół ryzyka finansowego. Było o modelowaniu ryzyka finansowego i strategiach inwestycyjnych a nawet kulisy manipulacji giełdowej nieznacznie odsłonięto. Trochę się nad salą duch Wall Street unosił, co z drugiej strony zrozumiałe jest, biorąc pod uwagę, że organizatorem byli studenci finansów i bankowości.

Dobrze by pewnie jednak studentom w kajetach wypalić, że zarządzanie ryzykiem to nie tylko strategie inwestycyjne, czy migające kursy walut ale i pożyteczne procesy zabezpieczające przed nieprzyjemnymi niespodziankami, jak choćby przed efektom chorobliwego zainteresowania nabijaniem kasy kosztem bliźniego, jak się okazuje ze szkodą dla nabitych i nabijających.

Trzeba z kronikarskiego obowiązku zauważyć jednak, że jeden z najszacowniejszych mówców o całościowym, a więc bliskim sercu Redakcji Bloga Zarządzaniu Ryzykiem trochę również wspomniał.

Temat ERM delegat Redakcji Bloga dzielnie i z pewnym sukcesem po przerwie obiadowej pociągnął – nooo, przynajmniej nikt pomidorami nie rzucał.

O tym zaś wszystkim dyplom otrzymany zaświadcza, który z pewną dumą na zakończenie tego artykułu zamieszczamy.

Jak to się robi w US Armed Forces – czyli zarządzanie ryzykiem dla żołnierzy

1

Więcej na te temat
przeczytasz w „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu” .  Strona bloga  
http://www.ryzykonomia.pl/p/e-booki.html

Mapa ryzyka

3
 Mapa Ryzyka 2011 by Ryzykonomia

Mapa ryzyka >>>

Więcej na te temat
przeczytasz w „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu” .  Strona bloga
http://www.ryzykonomia.pl/p/e-booki.html

E-booki Ryzykonomii w sprzedaży !

0
e-booki
e-booki Ryzykonomii !!!

Śpieszymy poinformować naszych Czytelników i wszystkich zaglądających na nasz blog, że po 2 miesięcznej przerwie spowodowanej problemami technicznymi nasze e-booki są znowu dostępne w sprzedaży !!!

Przerwa była spowodowana wycofaniem się Virtualo, największego zdaje się polskie wydawnictwa self-publishingu, spółka córka empik.com z wspierania niezależnych wydawców (takich jak Ryzykonomia). Jest to skądinąd znak czasu, naszego rodzimego czasu, raczej słabo świadczący o rynku czytelniczo-wydawniczym, ale przecież nie bez powodu jesteśmy w czarnym czytelniczym ogonie Europy …
No ale, akurat na Czytelników Zarządzanie Ryzykiem Ryzykonomia, nie mamy co narzekać i schedę po Virtualo przejęło ambitne wydawnictwo e-bookowo, gdzie nasze e-booki są ponownie dostępne,  podbie dzięki umowom e-bookowo z empik. com można je znowu nabyć także w tej księgarni. Jednym słowem wszystko powróciło do poprzedniego stanu, może po drodze zginęły formaty ePub i Mobi (książki są dostępne w PDF), ale pracujemy nad tym.
Także, życzymy przyjemnej lektury i zachęcamy do nabywania e-booki Ryzykonomii.
Więcej informacji o naszych książkach znajdziesz na naszym blogu (link) 

Nasze atrakcyjne, ciekawe, zajmujące, unikatowe w treści książki, e-booki o zarządzaniu ryzykiem kupisz tutaj (linki poniżej). 
Ew. aby zobaczyć wszystkie pozycje, e-booki Ryzykonomii w wyszukiwarkach na stronach księgarni należy wpisać imię i nazwisko Autora):

 

Sztuka wojny ryzykonomiczna

0
sztuka wojny o ryzyku

Wielokrotnie już na tym forum poruszaliśmy tematykę ryzyka w kontekście „wojennym” i „armijnym”. Już w naszym bestsellerze „Zombie atakują” (zobacz tutaj) zamieściliśmy słynny tu i ówdzie wywiad z amerykańskim generałem, z którym rozmawiał jeden z wysłanników Działu Obronności redakcji naszego Portalu.

Nasze teksty znalazły się również w bibliografii przyszłych adeptów szkoły oficerskiej wojsk lądowych. A i nie zdziwiłoby nas zupełnie, gdyby były również w cichości i tajności studiowane były w najtajniejszych kazamatach West Point czy Gosudarstwiennej Szkoły Pancernych Tankistow im. tow. GG Kanareinki.

Bo przecież, jeżeli jest obszar ludzkiej aktywności, gdzie ryzyko jest w centrum zainteresowania, to na pewno ten związany z niechlubną, wojowniczą przywarą naszego gatunku. 

Uczmy się od najlepszych !

Dość wąski poza „profesją” obronną i „bezpiecznikową” krąg osób zdaje sobie sprawę, że „armia” jako organizacja jest doskonałym przykładem dobrych i złych praktyk w zarządzaniu. Nie tylko ryzykiem. Każdy ciura obozowy na przykład wie, że wojny wygrywa się przez pełne żołądki i suche buty żołnierzy.  Natomiast ta cała strzelanina i bohaterstwo jest w zasadzie na pokaz, dobra do oglądania w kinie pogryzając popcorn w zestawie kinomana.

Podobnie, jeżeli szukamy jakiś praktycznych wzorów przywództwa, „leadarshipu” to najlepiej poczytać biografie wodzów: Aleksandra, Napoleona, Rommla, Pattona.

sztuka wojny patton

 

Zamiast snuć teorie na LinkedIn, czy warsztatach coachingowych lepiej pochylić się nad żywotami wielkich mężów; tam znajdziemy odpowiedzi, co czyni z dowódcy i kierownika leadera i jakie umiejętności i cechy przydają się ludziom w obliczu ryzyka podejmowania decyzji. 

A ponad wszystko,  to w sytuacjach ekstremalnych, a to codzienność wojny, potwierdza się, że „jedynym sposobem na zrozumienie przywództwa, jest bycie przywódcą”.

 

Podobnie, jeżeli szukamy jakiś praktycznych wzorów przywództwa, „leadarshipu” to najlepiej poczytać biografie wodzów: Aleksandra, Napoleona, Rommla, Pattona.

Nie powtarzajcie jednak tej mądrości zbyt głośno, bo mógłby to być śmiertelny cios dla co znacznej części przemysłu coachingowego, bo zdaje się ta prosta reguła ogólnowojskowa pasuje doskonale także do rzeczywistości biznesowej. 

Sztuka wojny wspólna

W ogóle pomiędzy biznesem, a prowadzeniem dział zbrojnych jest wiele ciekawych paraleli, choć niekoniecznie chcemy zniszczyć przeciwnika na rynku, ale pokonać na pewno już tak.
W biznesie, tak jak na wojnie, kluczowe znaczenie odgrywa człowiek i najogólniej mówiąc to, co ma w głowie. A analiza tego zagadnienia przeżywa poważny renesans. 

Przekonuje nas o tym lektura książki „Psychologa wojny, strach i odwaga na polu bitwy” (Leo Murray, wyd. RM) , którą zresztą polecił nam znajomy były wojak, saper i ekspert od zabezpieczeń imprez masowych i terroryzmu, Tomasz Goleniowski z EoD Tech. Tomasz gościł jakiś czas temu na tych łamach artykułem poświęconym arcyważnej problematyce Active Shooter (cz. 1 i 2). 

Nawiasem mówiąc oboje jesteśmy zdania, że temat bezpieczeństwa (mimo oficjalnych deklaracji) jest u nas traktowany lekce. Biznes słabo rozumie wpływ ekstremalnych zdarzeń na organizację i swoją pozycję rynkową, temat na kolejną ryzykonomię…

W rozważaniach o psychologii wojny uderzają  podobieństwa zachowań żołnierzy w obliczu ekstremalnych, wojennych sytuacji i tych spotykanych w „walce” rynkowej.  

Ciekawe, że wojskowi o wiele wcześniej zainteresowali się psychologią walki niż biznes ekonomią behawioralną. Już antyczni wodzowie zdawali sobie sprawę jak ważne jest osobiste przywództwo, ton płynący z góry w obliczu ryzyka – własny przykład.

Podobnie rozumują analitycy psychologii wojskowej, bo jak czytamy w lekturze na wojnie z wrogiem aktywnie walczy może 10-15 % żołnierzy.

Podobnie jak w biznesowej rekrutacji, w analizowaniu kwestii psychologicznych na wojnie chodzi o uchwycenie cech idealnego żołnierza. Ah, gdybyż nasze zespoły zaludnić wyselekcjonowanymi sprzedawcami z tej części Pareto, która naprawdę sprzedaje i robi nam wynik! Marzenie. Sztuka wojny rynkowej !

ryzyko wojsko

Podobnie rozumują analitycy psychologii wojskowej, bo jak czytamy w lekturze na wojnie z wrogiem aktywnie walczy może 10-15 % żołnierzy. Co robią inni? Generalnie boją się i chowają się, uciekają gdy da się. Albo po prostu udają, że walczą. 

Menadżer oficer

Pewnie niejeden sfrustrowany menadżer sprzedaży ma podobne wrażenie. Oczywiście, na wojnie kluczowe znaczenie odgrywa strach, ale i takie typowe dla ekonomii behawioralnej kwestie jak stadność, owczy pęd, awersja do ryzyka, osobiste kalkulacje. 

I tu kluczowa rola leadera- przywódcy, który w książce jest nawet gdzieś nazywany społecznym „dewiantem”. No bo w sumie bycie przywódcą, tak jak innowatorem jest dewiacją, czasami bardzo poważną. Nikt przecież normalny nie próbowałby wmówić normalnym ludziom, że da się latać na metalowych maszynach czy mieć bibliotekę w metalowym pudełku, albo obalić komunę.

I tu kluczowa rola leadera- przywódcy, który w książce jest nawet gdzieś nazywany społecznym „dewiantem”.

Przy okazji psychologiczno-wojennych analiz pojawia się również szokujący wątek kosztowy, a nikt nie powie, że koszty to nie jest kwestia biznesowa. 

Na przykład z analiz z wojny w Afganistanie wynika, że do zabicia jednego taliba amerykańscy chłopcy wystrzeliwali średnio nawet 300 000 pocisków. Nie mówiąc o naszpikowanych elektroniką bombach wartości nowego Porsche za szt.  zrzucanych na glinianie lepianki bronione przez porzuconą kozę. 

Szaleństwa kosztowe nie są w końcu czymś wyjątkowym, bo i w biznesie się zdarzają, podobnie jak pyrrusowe zwycięstwa. Jak widzimy podobieństw ryzyk wojenno-biznesowych nigdy nie brakuje…Bo sztuka wojny i biznesu często wspólna jest…

 

Księgarnia Ryzykonomii