prekariat
wojsko

Po wojskowemu

ryzyko pokemona

Ryzyko pokemona

Briana Tracy
dron

Dron Rudolf Czerwononosy

Varia

Home Varia

Cytaty Ryzykonomiczne teraz

0
cytaty ryzykonomiczne teraz

Jak P.T. Czytelnicy Ryzykonomii na pewno zauważyli już od lat (tak, tak) gromadzimy różne cytaty i myśli o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem.
Nie jesteśmy jakimś strasznym zwolennikiem “mądrości narodów” (niektórzy twierdzą, że to “głupota narodów” typu “wyjątek potwierdza regułę” nielogiczne przecież…) ale lubimy też celne bon moty i trafne spostrzeżenia obrane w giętkie słowa.

Nasze ryzyko-cytaty znajdziecie też w Newsletterze Ryzykonomii, który ma już ponad 245 abonentów i szybko rośnie ta liczba dziękujemy, dziękujemy, dołaczcie do subskrybentów teraz Wy, którzy byliście niedołeczeni wcześniej, bezpłatnie i jeżeli chcecie zupełnie anonimowo…

http://www.ryzykonomia.pl/newsletter-zarzadzania-ryzykiem/

cytaty ryzykonomiczne teraz

Dziękujemy !

2
dziękujemy

Dziękujemy stałym i nowym P.T. Czytelnikom bloga Zarządzanie ryzykiem Ryzykonomia, bo jak widzimy po statystykach ilość odsłon naszej strony od początku roku wzrosła 30-40%. Bardzo nas to cieszy.

Nowa platforma, nowi Czytelnicy

Mamy nadzieję, że to także rezultat przejścią na nową platformę (WordPress) co dało nam wiele nowych możliwości (jak na przykład newsletter, na który od stycznia zapisało się już prawie 200 osób).

Jak mam nadzieję Czytelnicy zauważyli, wzmogliśmy też naszą aktywność publikując znacznie częściej, choćby w nowo powołanej rubryce Monitor Ryzykonomii, gdzie przyglądamy się najświeższym developmentom ryzykonomii w biznesie, w kraju, na świecie i nie tylko.

Wierzymy, że…

Wierzymy, że nasze teksty spotykają się z Państwa zainteresowaniem. Zawsze oczywiście zachęcamy do komentarzy, uwag, skarg i wniosków. Pod każdym tekstem można znaleźć właśnie włączony-ulepszony dziecinnie prosty system komentowania.

Mamy oczywiście nadzieję być coraz bardziej poczytni dla dobra powszechnej Ryzykonomii, choć oczywiście łatwo nie jest.

Choćby walczymy z wszechmocnym i niesłychanie roziwniętym nad Wisłą SEO, różnymi płatnymi szachu-machu świadczonymi przez cały przemysł pozycjonowania co powoduje, że strony ciekawe (jak mamy nadzieję Ryzyknomia, gdzie zamieszcza się unikatowe treści) są spychane przez sztucznie pompowane stragany usługowe.

POLECAJCIE NAS ! DZIĘKUJEMY !

Dlatego będzie nam zawsze strasznie miło jeżeli polecicie Państwo RYZYKONOMIĘ swoim partnerom biznesowym, kolegom, przyjaciołom, dzieciom a może nawet kotu jezeli tylko potrafi czytać, a jak wiadomo dzisiaj koty są bardzo inteligentne.

Zatem klikajcie lajki i udostępniajcie Ryykonomię, o co nieustannie uprasza Was

Wasz Wydawca Ryzykonomii
Jerzy Podlewski

ps. Więcej Ryzykonomii, już za chwilę, za momencik, teraz….

dziękujemy, dziękujemy

Migracjo-transformacja ryzykonomiczna

0
migracjo

migracjo…

Drodzy Czytelniczki i Czytelnicy!

W najbliższych dniach i tygodniach Wasz blog o zarządzaniu ryzykiem będzie przechodził gruntowne zmiany związane z przejściem na inną platformę i w ogóle. Redakcja Ryzykonomii uprasza uprzejmie o cierpliwość i pozostanie oddanym ideji powszechnej Ryzykonomii, ucieleśnianej w naszym blogu o zarządzaniu ryzykiem.

Bo wszystko to – mówiąc językiem naszych ukochanych posłów – dla Was robimy, Kochani Czytelnicy! Postaramy się zarządzić tym ryzykiem – jak najlepiej… 

migracjo migracjo migracjo

Mor Świnka

0
morświn

Zupełnie niedawno jedna z organizacji pro-ekologicznych przeprowadziła ogólnopolski sondaż dotyczący morświna. Na zasadnicze pytanie „co to jest morświn”, ponad połowa ankietowanych rodaków zaznaczyła „nie wiem”, a były i podobno nieodosobnione odpowiedzi identyfikujące tajemniczego morświna jako rodzaj morskiej świnki. A tymczasem przecież każdy wie, że morświn to… No właśnie, żeby nie stresować Czytelnika oczywistymi odpowiedziami, „definicję” naszego bohatera zamieszczamy na końcu. A ten felieton, jak już pewnie każdy się domyślił, dotyczy największego z wszystkich możliwych źródeł ryzyka: ignorancji.

Oczywiście, zjawisko ignorancji ma również nieodłączny związek z jeszcze bardziej ryzykotwórczym czynnikiem, którą jest głupotą; szczególnie, że jak zauważył Albert Einstein są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota. Przecież jednak nie trzeba być wcale głupcem, żeby wykazywać się ignorancją, brakiem wiedzy, bo w dzisiejszym złożonym świecie jest zbyt wiele rzeczy, o których nie wiemy (jak i takich, o których wiemy, ale wolelibyśmy szybko zapomnieć).

Mogłoby się wydawać, że w świecie internetowej sieci ignorancja powinna być w odwrocie. Przecież mamy dziecinnie łatwy i praktycznie nieograniczony dostęp do wiedzy na dowolny temat. Nic, tylko klikać i „informować się”. Niestety wiele wskazuje na to, że świat Big Data jest również światem Wielkiej Ignorancji. I tak, na popularnym na świecie portalu „głoszenia wartościowych idei” TED (polecam, także po polsku) karierę robi przemówienie Hansa Roslinga, szwedzkiego socjologa, który zirytowany wszechobecnymi stereotypami postanowił sprawdzić, jak to naprawdę jest z wiedzą dzisiejszych ludzi o świecie. Jednym z takich „klasycznych” stereotypów odczuwanym przecież również przez Polaków, jest wkładanie o jednej szufladki krajów „rozwijających się”. Brazylii,
Tajlandii, Polski, Afganistanu, Mozambiku itd. Jakie są różnice w stopniu rozwoju (i nie tylko) nie trzeba Czytelnikowi wyjaśniać, choć też należy przyznać, że przyjeżdżający do polski „expaci” już nie zabierają ze sobą przysłowiowych futer i pułapek na białe niedźwiedzie. No więc prof. Rosling zadał szereg pytań ankietowanym na różnych kontynentach i odkrył, że poziom wiedzy o realnym „stanie świata” jest bardzo, bardzo niski. Pytając na przykład o dostępność szczepień odkrył on, że większość Szwedów uważa, że kraje Afryki są w rozumieniu zwykłego Szweda o wiele bardziej zacofane niż w rzeczywistości. Żeby dodać dramatyzmu temu badaniu, szwedzki badacz zadał te same pytania „grupie kontrolnej” z tym, że złożonej z …szympansów. O wstydzie okazało się, że odpowiedzi szympansów były nawet o połowę częściej trafne niż odpowiedzi ich ludzkich konkurentów.

Nawiasem mówiąc podobny „podmiotowo” test przeprowadzili jakiś czas temu naukowcy z Cass Business School zasponsorowani przez AoN Hewitt. Zbudowali oni „kontrolny” portfel inwestycyjny, w którym czynnikiem wyboru walorów były zmiany kapitalizacji 1000 spółek giełdowych z USA w latach 1968-2011. Ich referencyjną „małpą” stał się program komputerowy, który do swego małpiego portfela dobierał walory przez losowanie. Żeby nie być posądzonym o przypadkowość wyników, działania te powtórzono 10 milionów razy, dla każdego z 43 badanych lat. I cóż…Okazało się o zgrozo, że prawie w każdym (!) przypadku „małpi” menadżer inwestycyjny poradził sobie lepiej niż hipotetyczny analityk kalkulujący indeksy giełdowej kapitalizacji. Póki co jednak prosimy, nie mówcie o tym głośno, bo przecież z giełdowym analitykiem można pójść na kulturalny lunch i pogadać o pogodzie, jest to jednak kolejny przykład na to, że gromadzenie i przetwarzanie coraz ogromniejszej wiedzy, mitycznej Big Data, niekoniecznie przybliży nas do poznania prawdy. I dotyczy to najwyraźniej tak samo „ogólnej” wiedzy o świecie jak i świata finansów w szczególności.

Oczywiście i w pierwszym i w drugim z przetoczonych przykładów ignorancji (a jest ich zacznie więcej) przyczyn napięcia między wiedzą prawdziwą, a wiedzą domniemaną można doszukiwać się gdzie indziej. Wspólne dla obu przypadków jest na pewno fałszywe założenie, przesąd, przekonanie, że wiemy więcej niż w rzeczywistości. Podobnie jak Amerykanin sądzi, że Polak to taki Rosjanin, my oceniamy naszego partnera biznesowego na podstawie zupełnie fałszywych przesłanek i przesądów. Analityk finansowy buduje swój portfel inwestycyjny wykorzystujący modele zakładające regularne, możliwe do przewidzenia zachowanie się rynków, podczas gdy jest dostatecznie wiele dowodów na to, że „grube ogony” rozkładów prawdopodobieństwa, są o wiele grubsze niż zakładają to modele. A jakby co, to wszystkie „modele ryzyka” idą w rozsypkę. Oczywiście modele naszej wiedzy o świecie bywają pożyteczne choć nie są idealne i w zasadzie to wiemy, ale dla wygody i z czystego lenistwa zakładamy, że są prawdziwe.

A jaki związek ma ignorancja z zarządzaniem ryzykiem? Oczywisty i bardzo prosty, bo jednym z kluczowych elementów zarządzania ryzykiem jest identyfikacja ryzyka. Bez właściwej, prawdziwej informacji o szansach i zagrożeniach żadna decyzja menadżera nie będzie trafna. Co więcej i zawsze najgorzej, prawdziwe ryzyko pozostanie niezidentyfikowane i zamieni się , choć wcale by nie musiało, w przysłowiowego biznesowego „czarnego łabędzia”.

Morświn – gatunek walenia spokrewniony z delfinami. Żyje samotnie lub w małych grupach na półkuli północnej. W polskiej części Bałtyku w 1994 przebywało do 600 osobników, jednak populacja tego gatunku gwałtownie maleje. W 2014 populację morświnów żyjących w Morzu Bałtyckim oszacowano na 447 osobników.

Reputacja pozycjonowana

0
reputacja pozycjonowana
reputacja

Reputacja pozycjonowana być może, bo takie mamy czasy, że dzisiaj niejeden dyrektor międzynarodowej korporacji bardziej się zamartwia „czarnym piarem” w necie , niż dajmy na to spadkiem sprzedaży, czy odejściem 10 kluczowych pracowników. A propos mała zasłyszana złośliwość: „nie ma takiego eksperta, którego zarząd nie byłby w stanie zastąpić dowolną liczbą pracowników czasowych”.

Wieje grozą…

No więc, o ile ryzyka reputacyjne budzą powszechną grozę u menadżerów dużych i małych, to praktyka uczy, że zrozumienie natury tego rodzaju zagrożeń jest wciąż w biurach zarządów niedostateczne. Na przykład, jak się wydaje menadżerom trudno zrozumieć, że materializacja zagrożeń reputacyjnych wcale nie musi być obiektywnie uzasadniona, bo wystarczy, że jest uzasadniona subiektywnie. Czyli komuś-gdzieś tylko się wydaje, że sprawy mają się nie tak, jak powinny, związek zaś takiego osądu z rzeczywistością może być luźny, a nawet dowolny.

Tym oceniającym są dziś zwykle media i różni „liderzy opinii”; bloggerzy, vlogerzy, fora internetowe i inne dziwadła, które mogą bardzo skutecznie zatruć życie naszej firmy i o najwyższa zgrozo, wpływać nawet na nasz rachunek wyników. Żeby zrozumieć, że związek „prawdy materialnej” (używając języka prawniczego), z „prawdą medialną” może być dowolny trzeba wiedzieć, że współczesne media prowadzą dzisiaj najbardziej brutalną walkę o przetrwanie „ever”, rządzi widownia, jednym kliknięciem zmieniający w sekundę swoje preferencje. Widownią zaś rządzi google i pozycjonowanie, wszechmocne SEO (search engine optimization), czyli optymalizacje tekstów pod kątem jak najwyższej pozycji w wyszukiwarkach internetowych. To dzisiaj cała nauka, zakryta dla nieświadomych szaraczków, w której trenowani są internetowi dziennikarze i bloggerzy. W olbrzymim skrócie, w SEO rządzą tak zwane słowa kluczowe, najlepiej o jak największej sile rażenia, powtarzane z odpowiednią częstotliwością i w odpowiedni, pożądany przez wyszukiwarki sposób.

Wielki jest Google

Nagrodą jest wysoka pozycja w wyszukiwarce, co daje upragnioną odpowiednią czytalność i przekłada się na odpowiednie wpływy z reklam czy w płatne subskrypcje. Nie dziwmy się więc, że są i profesjonalne programy, które sprawdzają teksty pod względem ich „pozycjonowalności”, potencjalnej dostrzegalności przez kilkusekundowego czytelnika, który (mamy nadzieję) wróci do nas zwabiony stosownym słowem kluczowym i odpowiednio wielkimi nagłówkami, reputacja pozycjonowana być może.

Jak już Czytelnik zgaduje, kwestie merytoryczne schodzą na coraz dalszy plan i już nie tylko forma ale i treść zaczyna być podporządkowana tajemniczemu SEO, o którym jeszcze XX wieczny dziennikarza nie miał zapewne, i na szczęście, najmniejszego pojęcia. Reputacja pozycjonowna? Kto by wpadł na taki pomysł!
Oczywiście, nie oczekujemy od kilku-sekundowych mediów specjalnego artyzmu, ale staje się też rzeczą oczywistą, że w pogoni za wysoką pozycją newsów, prawda ekranu staje się prawda czasu, przynajmniej zanim nie zastąpi jej prawda kolejna.

To zapewne dość pesymistyczny obraz, nie wspominamy tu nawet o mediach społecznościowych, bo są tu ostatnio arcyciekawe badania, które pokazują, jakie ogłupienie niosą one Czytelnikom, o tym jeszcze mamy nadzieję wspomnieć na blogu.

Nie są to wcale jakieś filozoficzne rozważania nad marnością świata, bo każdy zdaje sobie sprawę, jaki wpływ mają dzisiaj media na świat biznesu biznes. Choćby ubezpieczeniowych mogą się tylko cieszyć, że podobnie jak bracia w finansach bankowcy nie są wzywani póki co na dywaniki, to na przykład ciekawe jest, jaki rozgłos uzyskał ostatnio „żarcik” na temat twardych serc bankowych prezesów. I ta informacja zdaje się osiągnęła wysokie wyniki pozycjonowania, choć wciąż niepotwierdzona co najmniej z medycznego punktu widzenia; na pewno nie przysporzyła dobrej prasy niezbyt chyba lubianemu przez media sektorowi finansowemu.

Oczywiście nie występujemy tu w obronie tych, czy innych bankowych posunięć, ale też od razu zauważamy, w nawiązaniu do tematu, że już kiedyś prezesi EIOPA skarżyli się publicznie, że są nagminnie kojarzeni z problemami sektora bankowego, choć pomijając pewne wyjątki, trudno byłoby wskazać ubezpieczycieli, jako winnych głośnych finansowych skandali.

Przykład ubezpieczeń 

To oczywiście tylko ogólniejsza konstatacja, bo przechodząc już na stricte ubezpieczeniowe podwórko, to i tu reputacja chadza swoimi ścieżkami i każdy menadżer musi być wiadomy, bardzo dowolnymi. Klasycznym przykładem wielowarstwowych „triggerów” zagrożeń dla reputacji są cyberryzyka, bo jak wiadomo w finansach, także ubezpieczeniowych, najważniejsza jest informacja, i kiedy zostaje zniszczona lub skradziona, mało kto wie, co się z nią dalej dzieje, wielu jest niezadowolonych, a pole dla spekulacji medialnych olbrzymie.

Oczywiście nie jest tak, że ryzyko reputacyjne wymyka się jakiejkolwiek analizie. Analizować i zarządzać reputacją można i trzeba. Choćby renomowany brytyjski AIRMIC, powszechnie słuchane stowarzyszenie zarządzania ryzykiem proponuje w swoim niezwykle ciekawym przewodniku „Definiowanie ryzyka reputacyjnego 2015. Przewodnik dla menadżerów ryzyka” analizę zagrożeń w siedmiu kategoriach. Pierwsza to ryzyko reputacyjne w obszarze produktów i usług, kolejna to innowacje, następne środowiska pracy, governance, otoczenie społeczne, przywództwo, i wreszcie efektywności.

Reputacja pozycjonowana

 

Nie wchodząc w szczegóły tej propozycji analizy lektury której zachęcamy trzeba wierzyć, że każdy pogłębiona ocena pozwoli nam lepiej zrozumieć, jakie są źródła zagrożeń reputacji, prawdziwe czy zmyślone, a co za tym idzie będziemy w stanie odpowiednio na nie zareagować.

W końcu zaś, wzrost zagrożeń reputacyjnych, to doskonałe pole do innowacji w ochronie ubezpieczeniowej, możliwość sprzedaży nowych produktów i nowe przychody. I to jest ta dobra wiadomość na dzisiaj, mamy nadzieję wysoko wypozycjonowana.

reputacja pozycjonowana

 

Rudolf Czerwononosy Ryzykant

0
Ryzykant

Ponieważ z prostej kalkulacji wychodziło Waszej Redakcji, że tekst ten powinien ukazać się w okolicy Świąt, stąd i myśl twórcza, żeby temat był i świąteczny, ale i w duchu tej rubryczki ryzykonomiczny. Tu zasępił się autor, bo już wcześniej brał Świętego Mikołaja „na tapetę” analizy ryzyka i powiedzieć trzeba, że prasa branżowa już tradycyjnie pełna jest pseudo biznesowych analiz Świętego z Laponii, w tym oceny jego wyimaginowanych ryzyk, to już nie jest nawet w przenośni dowcip z brodą. Ale nie wszystko jeszcze stracone, nie smuć się Czytelniku! Jest jeszcze nadzieja! Jest Rudolf Czerwononosy Renifer!

Ryzykant !

W tej nie ukrywajmy drugoplanowej, choć jakże ważnej świątecznej postaci, jak w soczewce ogniskują się szanse i zagrożenia, a więc i ryzyka związane z pożądanym przebiegiem  najważniejszego dla wierzących i sieci sprzedaży czasu. Analiza przypadku Rudolfa Czerwononosego jest nawet większym wyzwaniem, niż wspomniane już ograne case study Mikołaja, o Dziadku Mrozie, znajdującego się pod nieustannie śledzoną przez analityków presją rynków walutowych i energetycznych nie mówiąc. Nie wspominamy także nawet, żeby nie narazić się feministkom, o mało jednak u nas znanej włoskiej wiedźmie Befanie, podobnie jak o holenderskim Sinterklassie, który z kolei mógłby skojarzyć się zabieganym rodzicom z zamkniętymi na cztery spusty w święta klasami.

W ogóle nie powinno nikogo dziwić, że w czasach „szybkiej informacji” wokół świątecznych postaci pojawiają się mniej lub bardziej ryzykowne skojarzenia choćby takie, że renifer to przecież zwierzę, więc czy nie powinniśmy go chronić? Czy on, aby na pewno ze swojej zaprzęgowej roli jest zadowolony? Gdzie tu miejsce na prawa pracownicze, czy to nie szeroko oprotestowana praca w Wigilię, czy może zupełnie nieuregulowany wolontariat?
Choćby brytyjscy obrońcy praw zwierząt z organizacji PETA właśnie głośno wołają, że problem pobratymców Rudolfa jest w święta lekceważony i oprotestowują wykorzystywanie żywych reniferów w brytyjskich galeriach handlowych. W odpowiedzi organizatorzy tych wątpliwie świątecznych eventów, w tym organizacja hodowców, która dostarcza niewolników-pracowników bronią się przed protestami….prosząc na Facebooku o nie-udostępnianie statusu obecnej lokalizacji wystawowych reniferów. Oczywiście, aby uniknąć protestów ekologów, dziwaczna trzeba to przyznać i jakże nieskuteczne PR-owa strategia..

Sprawa Rudolfów wykorzystywanych w handlu detalicznym i ryzyka z tym związane wcale nie są takie znowu błahe, jeżeli jeszcze dodać, że renifery nie tylko w święta pokazujemy, ale także ze smakiem konsumujemy! Tu kolejne case study znanej w całej Europie sieci zbierania naklejek na noże, której zarzucono w ubiegłym roku wspieranie „zjadania Rudolfa” przez rzucenie na świąteczne półki mrożonego mięsa reniferów. Zdaje się, że żadnym dramatycznym produkt recallem się to nie skończyło, bo podobno Rudolf Ryzykant jest dość delikatny i dobry w sosie, ale kto wie, co z marketingiem tego dania dalej będzie, bo przecież ruchy obrońców praw zwierząt rosną w siłę…i dobrze!. Bo jeżeli, jak każdy dorzeczny człowiek rozumiemy, że zwierzęta mówią prawdę w Wigilię to, co by nam mógł powiedzieć taki smażony Rudolf Renifer?

Skoro już zapędziliśmy się w ekologiczne rejony, to jeszcze ważny apel: nigdy nie kupujcie zwierząt (na święta) w prezencie! Pies, kot, świnka czy chomik to nie zabawka, choć zabawek po świętach do lasu przynajmniej się nie wyrzuca, a zwierzęta tysiącami tradycyjnie, jak pokazują statystyki, owszem. Biznes pseudo hodowlany też świetnie się kręci, zróbcie mu na Święta porządne ryzyko, solidny business interruption! Rudolf Ryzykant mówi: proszę!

Wracając do głównego nurtu naszej analizy, jak wspomniano w tezie artykułu, postać Rudolfa Nosoświecącego może być ważnym punktem odniesienie do szeroko rozumianej ryzykonomii, która przecież nie koncentruje się tylko na zagrożeniach. Dla utrwalenie zacytujmy standard ISO 31000: „zarządzanie ryzykiem to sposób na osiąganie celów reniferów (ups) organizacji”.

Skoro o osiąganiu celów, tej istocie pracy menadżera mowa, to jak na dłoni widać, że ścieżka kariery Rudolfa doskonale pokazuje typowe wzloty i upadki dzisiejszego sprzedażowca, lidera, kierownika zespołu. Weźmy wczesne „zahamowania” naszego bohatera, wyrażane w klasycznych wątpliwościach i niedocenianiu własnych przewag. „Jestem niedostatecznie dobry, moja specyfika (ten nos!) nie pasuje do team-u Mikołaja i jest niemile widziana w zaprzęgu”. „Nie dam rady!”
Rudolf jednak pod grubą reniferzą skórą czuje, ze posiada ukryte talenty, możliwości, które pomimo chwil zwątpienia, przysłowiowo „lewaruje” nieustannym treningiem. Choć na tym etapie kariery nie stać go jeszcze na popularny dzisiaj coaching, nie słucha Briana Tracy i nie buduje swojej marki w grupie logistyka na LinkedIn, podświadomie czuje że to, co jest powszechnie postrzegane, jako jego słaby punkt, jest tym co jednocześnie wyróżnia go na rynku. To właśnie wyśmiewany Czerwony Nos w odpowiedniej chwili ma stać się jednym z najważniejszych „brandów” wyróżniających nadchodzące rozdawanie prezentów.
Kiedy więc przychodzi chwila próby odważnie podejmuje ryzyko i …. osiąga sukces! No, risk, no fun! Kto nie ryzykuje, ten nie przewodzi! Czas na innowacje w zaprzęgu! Każdy musi przyznać, że trudno o bardziej motywującą, zrozumiałą dla każdego menadżera historię. Ho-ho-ho woła Rudolf Ryzykant !

Narciarska Ryzyko Mania

0
narciarska ryzyko

Narciarska Ryzyko Mania czyli lessons learned.

Białe szaleństwo ryzykowne jest…no, to chyba oczywiste, co oczywiście żadnego z wielbicieli od stoku nie odciąga, i dobrze….

Taka historia….

Na chopokowym stoku pomagamy Bratu-Słowakowi, chyba uszkodzona kość podudzia, paskudna sprawa. Stajemy obok innego pomocnika z Polski (Słowacy przejeżdżają!). Chwilę walczymy z dodzwonieniem się na ichnich ratowników. Od razu wychodzi, że numery zamieszczone na mapce stoku, które wozimy w plecaku to niekoniecznie te właściwe, zapamiętany się nie sprawdza chyba czeski nomen omen błąd, nie zapisaliśmy, kurczę błąd! Wreszcie dodzwaniamy się, rozmawia poszkodowany, bo może, uff, podobno już wysyłają ratowników, w końcu nie jest daleko….

Robimy, co możemy, gość próbuje się poruszać z pozycji bocznej, chyba nie za dobrze, ale podtrzymujemy jak możemy, gadamy, wiadomo ważne jak w filmach wojennych, żeby był kontakt, nie idź w tę stronę, dalej czekamy, gość mówi żeby jechać zostajemy, szkoda go chyba doświadczony narciarz jakiś młodziak zajechał drogę i pojechał, stok cały czas pełen pędzących narciarzy, jadą na pałę wiadomo niebieski stok, najgorzej, oczywiście narty, kijki postawiliśmy skrzyżowane, na grupę zawsze trudniej najechać. Czekamy.

Zimno, znowu plujemy sobie w brodę, mieliśmy wziąć koc-folię ratowniczą, wozimy w aucie. Koniecznie polecamy. Także młotek do rozbijania szyby, nóż do przecinania pasów, maniak prawdziwy. Folii nie mogliśmy znaleźć w pośpiechu wyjazdu, pewnie się nie narciarska ryzykoprzyda i tak uważają szalony Ryzyko Maniak a teraz bardzo by się właśnie przydała, srebrną stroną do ciała, cholernie musi ten śnieg wyziębiać, cholera dowód Ryzykonomii, lessons learned again…No młotka nie żałujemy oczywiście w góry nie bierzemy choć niektórym narciarzom chciałoby się puknąć w pusty łeb.

Teraz pojawia się jakiś lokalny narciarz, znowu dzwonimy z nim, no podobno już na pewno jadą, o co kurde chodzi, jednak decydujemy zostawić się gościa pod opieką już trzech osób, jest bezpieczny nic więcej nie zrobimy, my musimy gonić naszych nieletnich, odpowiadamy na pytanie leżącego Słowaka: Jerzy, odjeżdżamy, za chwilę zamkną wyciągi.

Cholera teraz wychodzi oddaliśmy telefon, one-hundred-years-storm, kolejna godzina nerwówki i gonienia się po zamykanych stokach, ciemnieje pod górę znowu jakieś skutery na sygnale jadą, stoki oblodzone w tym roku jak cholera. W końcu z pożyczonego telefonu dodzwaniamy się, czekają na przystanku skibusa na zupełnie innej stacji. Uff…..

Lessons learned… znowu cholera wychodzi igła z worka, bądź przygotowany, na stoku, na ulicy, w biznesie, w domu, ryzyko nie śpi, nie przejmuj się, że uważają cię za lekko szalonego Ryzyko Maniaka…

Taka historia….

Dołącz do 512 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w formularzu subskrybcji dla potrzeb niezbędnych do wysyłki Newslettera Ryzykonomii (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o Ochronie Danych Osobowych; tekst jednolity: Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.).

Narciarska Ryzyko Mania…

Profesora Dariusza Filara “Jeszcze jedna podróż Guliwera”

2
Profesora Dariusza Filara

Profesora Dariusza Filara kolejna książka….
Zawsze uważaliśmy, ale w sumie nie jest to zupełnie odkrywcze, że człowiek wykształcony i nawet tak średnio inteligenty jak Wasza Redakcja, który ma ambicje wychodzące poza „tłuczenie kasy” powinien czymś więcej niż tylko „kasą” się interesować. Ot, choćby Czytaniem. Z tym jak właśnie donosiły media jest u nas bardzo źle, tragicznie o zgrozo, znowu jesteśmy na szarym końcu, choć jakoby w tym roku spadek czytelnictwa została zahamowany, ale przecież i w dno można pukać od spodu…

Wróć!  (jak mawiał znajomy sierżant na musztrze).
Mamy szczerą wiarę (o naiwny!), że wykształcenie i przy „tłuczeniu” kasy się przydaje a przynajmniej, jeżeli chce się stworzyć społeczeństwo mądre i nowoczesne, a nie przaśne, oparte na darciu mordy i nieposkromionej frustracji. No, sami sporo kiedyś czytaliśmy zanim nas nie dopadła mamona, zarządzanie ryzykiem i bogactwo… (Wróć!)

No dość tej FILOZOFII i po tym wstępie tajemniczym być może dla P.T. Czytelników (bloga o zarządzaniu ryzykiem przecież) z radością donoszę, że zupełnie niedawno korzystając z zaproszenia naszych przyjaciół, biegłych rewidentów z firmy audytorów finansowych „ESO Audit” (link) znanej w coraz szerszych kręgach nie tylko z najwyższego finansowego profesjonalizmu , ale i niestrudzonej animacji środowiska biznesowego, wzięliśmy udział w…..

….spotkaniu z autorem nowo wydanego zbioru opowiadań science-fiction, profesorem Dariuszem Filarem. Ekonomista to w kraju znany, często goszczący w mediach, ceniony dla jasności przekazu i rozważnych wypowiedzi, wcześniej Członek Rady Polityki Pieniężnej, ekonomiczny autorytet z uwagą słuchany przez biznes, wykładowca nieopuszczany przez studentów, etcetera.

Mało kto wie natomiast, no a może nie tak mało, że Dariusz Filar w młodości był wziętym autorem
opowiadań science – fiction, wysoko ocenianych przez krytykę i wydawanych, choć inne to były czasy w kilkudzisięciotysięcznych nakładach. My zresztą dwie książki s-f z opowiadaniami na spotkanie z Autorem przynieśliśmy i zaprezentowaliśmy, dobre ponad 30 lat temu jak z rozrzewnieniem wyliczyliśmy, książki te zdobyliśmy z niemałym trudem…

No więc spotkanie było poświęcone tej mało znanej pasji znanego ekonomisty, była i ciekawa rozmowa z Autorem i czytanie fragmentów na nowo wydanego  wyboru wcześniejszych opowiadań Profesora Dariusza Filara pt.”Jeszcze jedna podróż Guliwera”  i pytania od publiczności (no gadatliwi jesteśmy, zgadłeś Czytelniku), wśród której nie zabrakło ludzi biznesu, dyrektorów finansowych i kilku wiceprezesów też widzieliśmy.

Można? Można! Mariaż biznesu i kultury nie jest żadnym odkryciem (no i tu dodatkowo w wydaniu znanego ekonomisty podwójny) i tak sobie myślimy gdyby u nas (także) różni prezesi i dyrektorzy więcej czytali może ten nasz biznes byłby bardziej ludzki, przyjemniejszy i także z punktu biznesowego lepszy. Naiwność…? Nie, bo kultura łagodzi obyczaje!

A dla zilustrowania, korzystając z uprzejmości organizatora załączamy kilka zdjęć w formie fotorelacji z tego godnego naśladowania wydarzenia….

ps. Link dla zainteresowanych przeczytaniem książki Profesora Dariusza Filara znajdzie Czytelnik tutaj (link)

 

Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 Profesora Dariusza Filara, Profesora Dariusza Filara…

Finisz ryzyk wakacyjnych z morałem

0
finisz ryzyk

Finisz ryzyk (onomii) wakacyjnej póki co się zbliża….wakacje są ex definitione poświęcone wypoczynkowi, nie można jednak nie wspomnieć, że to okres pełen różnego rodzaju ryzyk systematycznych i specyficznych. Ponad wszystko zaś, to idealny okres do czynienia obserwacji na temat kondycji powszechnej ryzykonomii, oczywiście przez tych, którzy tak szalone rozważania w czasie wakacji podejmują. No, bo przecież ma być sielsko i beztrosko, gdzie tu czas na zarządzanie ryzykiem?

Ryzyka kaszubskie zarządzone

Do takich przemyśleń zostaliśmy spowodowani przez pewnego znajomego w czasie kilkudniowego pobytu nad przepięknym kaszubskim jeziorem. No, więc znajomy Warszawiak z Lęborka udał się na naszych oczach pływać w jeziorze, przepasany linką połączoną z małym plastikowym pływakiem, takim pomarańczowym, jakich używali piękni ratownicy z serialu Baywatch. Na moje (pełne podziwu) milczenie kolega objaśnił, że „pływa dobrze, ale…”. „Więc tylko nie ja jestem szalony i myślę o ryzyku wszędzie” pomyślałem. Są jeszcze inni wariaci na świecie!

Obóz był „późno harcerski”, więc nikt się nie śmiał, ale pomyślcie ilu ludzi by nie utonęło, jak co roku, gdyby o ryzyku myślało? W czerwcu 83, w lipcu 76, w sierpniu…? I cóż z tego, że się ostrzega, i nawołuje, i straszy? Dam radę na drugi brzeg, jakie ryzyko, jaka asekuracja ha, ha! Gul, gul, gul….

Ryzyka wakacyjne są man-made

Od razu, więc trzeba przypomnieć, że większość ryzyk w ogóle, tak i tych wakacyjnych jest „man-made”, wykreowanych przez człowieka. No, bo nawet takie uderzenie pioruna latem zwykle jest efektem braku reakcji na standardowe ostrzeżenia meteo, a przecież postępy pogody można już obserwować na darmowych radarowych apkach na smartfonach.
Jest tu też dobra dla Pań i zła dla Panów wiadomość: według amerykańskiego Krajowego Laboratorium Burz “Demografia wypadków w wyniku rażenia piorunem w latach 1959-1994”, mężczyźni stanowią aż 84 proc. ofiar śmiertelnych piorunów. Jako przyczynę niektórzy naukowcy wskazują testosteron, który ma działać jak “magnes”…Mamy też i ryzyko krzyżowe, bo czynnikiem zagrożenia jest przebywanie w czasie burzy na otwartej przestrzeni, w tym pływanie w wodzie. A tak lubimy pławić się w czasie deszczu!

Oczywiście, żeby doświadczyć ryzyka na wakacjach trzeba wpierw na te wakacje dotrzeć. I tu mamy cała masę pięknych ryzyk komunikacyjnych. Samochody wiadomo, to nasz narodowy środek mordu. Mając świadomość mega korków na bramkach na morską „jedynkę” polski kierowca (tu znacząco pomijamy przyrostek „–my”) grzeje z rodziną jak szalony najniebezpieczniejszymi (jak mówią statystki) w Europie autostradami, a potem dojazdówkami do Helu. Tu nie obwiązują nie tylko zasady kodeksu drogowego, czy wyśmiewanej kultury, tu nie działają nawet prawa dynamiki Newtona. Co z tego, że policja złośliwie ostrzega, że droga hamowania typowego pojazdu osobowego jadącego setką to ca. 40 metrów? Widzieliście kiedyś białka oczu kierowcy za wami na autostradzie przy znacznie większej prędkości? Ba, nam się zdawało nieraz, że ktoś siedzi na tylnym siedzeniu! No, więc już w czerwcu było 272 pogrzebów, właśnie zamyka się lipiec. Na pewno dogonimy….na finisz ryzyk wakacyjnych !

Ryzykowny kalejdoskop

Potem mamy samolot, w dzisiejszych czasach wciąż najbezpieczniejszy środek, być może „dzięki” zagrożeniu terrorystycznemu. Ale są jeszcze lotniska, więc pewnie miła, wakacyjna atmosfera ogólnie w lotnictwie nie jest. Oczywiście mogą wam też nie dolecieć bagaże, więc się nie zdziwcie, bo każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, europejskie linie lotnicze według danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA) gubią 10-20 % bagażu. Dobra wiadomość jest dla was taka, że 85 % dociera po 48 godzinach. Wierzcie jednak, da się żyć bez bagażu, sprawdziliśmy!
Potem w wakacyjnej ryzykonomii idą pociągi, pewnie bardzo bezpieczne, o ile dróżnik nie gra w Pokemon Go czy inną gierkę na smartfonie, jak to okazało się po katastrofie kolejowej w Bad Aibling w Bawarii wiosną…

Są rowery, motorysąwszędzie, autostopy i może nawet hulajnogi, tu przyznajemy gorzej ze statystyką. Ale załóżmy, że jesteśmy już „na miejscu”. Na początek idą różne choroby i zatrucia, typu „zemsta faraona”. Nawet, jeżeli faraon jest tylko ze smażalni we Władysławowie, gdzie zawsze podają dorsza najświeższej świeżości. Trochę ta nieustająca świeżość dziwi, szczególnie, że dorsza nie łowi się cały rok, taka prawda, a na przykład w pewnej sławnej smażalni nad zatoką ryb się podobno wcale nie smaży tylko, z braku miejsca, podgrzewa. I tak w ogóle znajomy technolog z branży rybnej klaruje, że kupuje tylko ryby mrożone, bo są… najświeższe, ha, ha.

Morał płynie taki…

Urazy na wakacjach też mamy różne, bo można się wywalić na rowerze (kaski!), rolkach (ochraniacze!), czy pośliznąć na bananie wracając po biesiadzie z grillem (żona!). Dobrze jeszcze, gdy rękę złamiemy w kraju, gorzej będzie z poważną choroba w Hiszpanii a jeszcze gorzej jeszcze dalej. Media ku przestrodze donoszą o turystach, którzy utknęli z gigantycznymi rachunkami ze szpitali za granicą, czasami idącymi w setki tysięcy złotych.

Więc na koniec bo mamy już zaraz finisz ryzyk wakacyjnych na ten rok. Żeby nie straszyć wakacjami, idzie pozytywny przekaz: trzeba zarządzać wakacyjnymi ryzykami !

finisz ryzyk

Mów nigdy nie

0
mów nigdy

Dopiero co za pośrednictwem naszego profilu na LinkedIn (zapraszamy Czytelników Ryzykonomii do kontaktu, będzie nam bardzo miło) otrzymaliśmy informację “techniczną” od jednego z naszych, jak myślimy stałych Czytelników (pozdrawiamy !).

Otóż Czytelnika nieznacznie (tak sobie mamy nadzieję) zirytowało okienko, które wyskakuje na otwieranych stronach naszego bloga z propozycją zapisu na nasz cotygodniowy, bezpłatny, jedyny taki w Polsce (poważnie) Newsletter.

No więc jest dobra wiadomość, jakby jej ktoś jeszcze nie znał. 

W wyskakującym okienku pop-upu znajdziecie Państwo na dole opcję “Never see this massage again”.  Wystarczy klinąć i…. okienko … zniknie mamy nadzieję na zawsze !!! I po kłopocie.

Mamy nadzieję, że aż tak bardzo naszych P.T. Czytelników jednak nie zirytują nasze małe kryptoreklamy, skromne przejawy  własnej czy zaprzyjażnionej autopromocji (zawsze wspieramy ciekawe inicjatywy, oczywiście niekonkurencyjne…) bo jak myślimy robimy to rzadko i bez intencji spamowania. mów nigdy

To samo zresztą dotyczy się opcji zasłaniania części niektórych tekstów z prośbą o bezpłatne odsłonienie przez udostępnieie nazych artykułów w sieci. O co zresztą zawsze i w każdym artykule upraszamy i jesteśmy wdzięczni.

Jak mamy nadzieję nasi Czytelnicy pamiętają, Ryzykonomia jest zupełnie za darmo a i wyszukiwanie informacji, pisanie wpisów kosztuje nas sporo czasu, pozostając w nadziei, że nasz blog jest wartościowym źródłem informacji i wiedzy o ryzyku i służy choć odrobinkę szerzeniu powzechnej Ryzykonomii.

Także klikajcie, odsłaniajcie, czytajcie. Pozdrawiamy ! Mów nigdy ale nie nigdy…