Varia

Home Varia

Dziękujemy !

2
dziękujemy

Dziękujemy stałym i nowym P.T. Czytelnikom bloga Zarządzanie ryzykiem Ryzykonomia, bo jak widzimy po statystykach ilość odsłon naszej strony od początku roku wzrosła 30-40%. Bardzo nas to cieszy.

Nowa platforma, nowi Czytelnicy

Mamy nadzieję, że to także rezultat przejścią na nową platformę (WordPress) co dało nam wiele nowych możliwości (jak na przykład newsletter, na który od stycznia zapisało się już prawie 200 osób).

Jak mam nadzieję Czytelnicy zauważyli, wzmogliśmy też naszą aktywność publikując znacznie częściej, choćby w nowo powołanej rubryce Monitor Ryzykonomii, gdzie przyglądamy się najświeższym developmentom ryzykonomii w biznesie, w kraju, na świecie i nie tylko.

Wierzymy, że…

Wierzymy, że nasze teksty spotykają się z Państwa zainteresowaniem. Zawsze oczywiście zachęcamy do komentarzy, uwag, skarg i wniosków. Pod każdym tekstem można znaleźć właśnie włączony-ulepszony dziecinnie prosty system komentowania.

Mamy oczywiście nadzieję być coraz bardziej poczytni dla dobra powszechnej Ryzykonomii, choć oczywiście łatwo nie jest.

Choćby walczymy z wszechmocnym i niesłychanie roziwniętym nad Wisłą SEO, różnymi płatnymi szachu-machu świadczonymi przez cały przemysł pozycjonowania co powoduje, że strony ciekawe (jak mamy nadzieję Ryzyknomia, gdzie zamieszcza się unikatowe treści) są spychane przez sztucznie pompowane stragany usługowe.

POLECAJCIE NAS ! DZIĘKUJEMY !

Dlatego będzie nam zawsze strasznie miło jeżeli polecicie Państwo RYZYKONOMIĘ swoim partnerom biznesowym, kolegom, przyjaciołom, dzieciom a może nawet kotu jezeli tylko potrafi czytać, a jak wiadomo dzisiaj koty są bardzo inteligentne.

Zatem klikajcie lajki i udostępniajcie Ryykonomię, o co nieustannie uprasza Was

Wasz Wydawca Ryzykonomii
Jerzy Podlewski

ps. Więcej Ryzykonomii, już za chwilę, za momencik, teraz….

dziękujemy, dziękujemy

Profesora Dariusza Filara “Jeszcze jedna podróż Guliwera”

2
Profesora Dariusza Filara

Profesora Dariusza Filara kolejna książka….
Zawsze uważaliśmy, ale w sumie nie jest to zupełnie odkrywcze, że człowiek wykształcony i nawet tak średnio inteligenty jak Wasza Redakcja, który ma ambicje wychodzące poza „tłuczenie kasy” powinien czymś więcej niż tylko „kasą” się interesować. Ot, choćby Czytaniem. Z tym jak właśnie donosiły media jest u nas bardzo źle, tragicznie o zgrozo, znowu jesteśmy na szarym końcu, choć jakoby w tym roku spadek czytelnictwa została zahamowany, ale przecież i w dno można pukać od spodu…

Wróć!  (jak mawiał znajomy sierżant na musztrze).
Mamy szczerą wiarę (o naiwny!), że wykształcenie i przy „tłuczeniu” kasy się przydaje a przynajmniej, jeżeli chce się stworzyć społeczeństwo mądre i nowoczesne, a nie przaśne, oparte na darciu mordy i nieposkromionej frustracji. No, sami sporo kiedyś czytaliśmy zanim nas nie dopadła mamona, zarządzanie ryzykiem i bogactwo… (Wróć!)

No dość tej FILOZOFII i po tym wstępie tajemniczym być może dla P.T. Czytelników (bloga o zarządzaniu ryzykiem przecież) z radością donoszę, że zupełnie niedawno korzystając z zaproszenia naszych przyjaciół, biegłych rewidentów z firmy audytorów finansowych „ESO Audit” (link) znanej w coraz szerszych kręgach nie tylko z najwyższego finansowego profesjonalizmu , ale i niestrudzonej animacji środowiska biznesowego, wzięliśmy udział w…..

….spotkaniu z autorem nowo wydanego zbioru opowiadań science-fiction, profesorem Dariuszem Filarem. Ekonomista to w kraju znany, często goszczący w mediach, ceniony dla jasności przekazu i rozważnych wypowiedzi, wcześniej Członek Rady Polityki Pieniężnej, ekonomiczny autorytet z uwagą słuchany przez biznes, wykładowca nieopuszczany przez studentów, etcetera.

Mało kto wie natomiast, no a może nie tak mało, że Dariusz Filar w młodości był wziętym autorem
opowiadań science – fiction, wysoko ocenianych przez krytykę i wydawanych, choć inne to były czasy w kilkudzisięciotysięcznych nakładach. My zresztą dwie książki s-f z opowiadaniami na spotkanie z Autorem przynieśliśmy i zaprezentowaliśmy, dobre ponad 30 lat temu jak z rozrzewnieniem wyliczyliśmy, książki te zdobyliśmy z niemałym trudem…

No więc spotkanie było poświęcone tej mało znanej pasji znanego ekonomisty, była i ciekawa rozmowa z Autorem i czytanie fragmentów na nowo wydanego  wyboru wcześniejszych opowiadań Profesora Dariusza Filara pt.”Jeszcze jedna podróż Guliwera”  i pytania od publiczności (no gadatliwi jesteśmy, zgadłeś Czytelniku), wśród której nie zabrakło ludzi biznesu, dyrektorów finansowych i kilku wiceprezesów też widzieliśmy.

Można? Można! Mariaż biznesu i kultury nie jest żadnym odkryciem (no i tu dodatkowo w wydaniu znanego ekonomisty podwójny) i tak sobie myślimy gdyby u nas (także) różni prezesi i dyrektorzy więcej czytali może ten nasz biznes byłby bardziej ludzki, przyjemniejszy i także z punktu biznesowego lepszy. Naiwność…? Nie, bo kultura łagodzi obyczaje!

A dla zilustrowania, korzystając z uprzejmości organizatora załączamy kilka zdjęć w formie fotorelacji z tego godnego naśladowania wydarzenia….

ps. Link dla zainteresowanych przeczytaniem książki Profesora Dariusza Filara znajdzie Czytelnik tutaj (link)

 

Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 Profesora Dariusza Filara, Profesora Dariusza Filara…

Dron Rudolf Czerwononosy

0
dron

 

Dron to już nie nowinka, bo XXI wiek mamy już dobrze zaawansowany i to widać chociażby po tym, jak na dobre roboty weszły do naszej rzeczywistości (a w zasadzie wleciały).  

UAV (unmanned aerial vehicle), bezzałogowe statki powietrzne, drony, trutnie (ah, dlaczego ta malownicza nazwa nie przyjęła się u nas) są dzisiaj masowo wykorzystywane w wielu dziedzinach życia i gospodarki. Najczęściej słyszymy o dronach unoszących się nad obszarami najgorętszych konfliktów, zajęte nieustanym kamerowaniem i odpalaniem rakiet we wrogów, a w każdym razie tych, którzy przez oko kamery takimi się wydają. O zgrozo, coraz częściej mówi się o „usamodzielnieniu” dronów w ich morderczych misjach; wzorem latających terminatorów z szwarcegennerowych przebojów miałyby samodzielnie decydować, kogo zaatakować. Ciekawe, że nazwy nadawane militarnemu plemieniu dronów ujawniają sentyment ich twórców do Hollywoodu i reklamowego copy writingu: Łupieżca (Predator), Kosiarz (Reaper), Ciemna Gwiazda (Dark Star). Zauważyć tu z dumą należy, że i nasza armia sięga dzisiaj po (niestety) importowane UAV-y, choć rodzimi konstruktorzy zdecydowani są zaproponować polskie, udomowione trutnie o swojsko brzmiących nazwach: Orlik, Wizjer czy Gryf.

Choć wojsko to matecznik latających robotów, to znajdują one rosnące zastosowanie w innych dziedzinach. Przykładowo, straż graniczna za jedne 100 milionów zakupiła właśnie cztery drony mające chronić nasze wschodnie granice przed oczekiwanym wzmożeniem ruchu pieszego Afryka-Bieszczady. Drony to zresztą najlepszy przyjaciel różnych służb do podpatrywania i inwigilacji i może niedługo przyjdzie nam czekać na droniątka zapuszczające żurawia do naszych okien.

Całe szczęście wzorem atomistyki, dronistyka znajduje wiele pokojowych zastosowań, z których, jakże inaczej, płyną szanse, ale i zagrożenia. Globalna księgarnia przymierza się do rozsyłania przesyłek automatycznymi posłańcami, podobnie jak znany producent pizzy, choć pozostaje niejasne czy duża Capriciosa plus dron wleci do nas oknem, czy drzwiami wejściowymi. Tradycyjnie, wszystko planuje połknąć wielka przeglądarka, której planowana dronia sieć ma umożliwić dostęp do jeszcze niezgooglowanych prowincji.

Mówi się o rewolucji w mediach i reklamie, nie mówiąc o trzymaniu drona na własne potrzeby, żeby sobie polatać gdzie można i nie można. Czego przykładem były nieautoryzowane, a jakże niebezpieczne loty trutni nad Okęciem.

Drony są idealnym narzędziem do zbierania informacji dla biznesu. W budownictwie pozwalają tworzyć mapy 3D obszarów i konstrukcji, docierać tam, gdzie człowiekowi byłoby niebezpiecznie. Tu jawią się świetne zastosowania dla biznesu ubezpieczeniowego przy szacowaniu mienia, później monitorowaniu jego stanu i likwidacji szkód. „Tam sięgaj gdzie wzrok nie sięga” pisał poeta i możliwości, jakie przynoszą drony stanowią kolejne potwierdzenie proroczego geniuszu wieszcza, być może niedostrzegane przez zakuwających, mamy nadzieję na całego, maturzystów.

Latające trutnie, jak to w dzisiejszym świecie bywa, gdzie coraz więcej ryzyk jest „man-made” są źródłem wielu nowych ryzyk, tych dobrze znanych jak i nowych, dronowych. Regulatorzy nie nadążają w gwałtownie rozwijającym się „temacie”, przy czym na samej górze dronami zarządza konwencja chicagowska o lotnictwie cywilnym. Eksperci o dziwo wskazują przy okazji, że rodzime regulacje w zakresie ruchu trutniowego należą do najmniej restrykcyjnych.

Ubezpieczenie dronów staje się bardzo smakowitym kąskiem dla ubezpieczycieli, ale póki co underwriterzy wskazują najpierw na polisy oferowane w ruchu lotniczym: aerocasco i OC od różnych zdarzeń, które może wygenerować operator drona. Inna sprawa, że ryzyko jest mało zapoznane i wciąż trudne do szacowania, stąd bardziej zaawansowane polisy są drogie i wymagają szczegółowych negocjacji. Od razu też widać, jakie mogą tu być potencjalne ekspozycje cywilne i nawet karne, o czym zapewne przekonają się wkrótce liczni domorośli piloci pilotujący maszyny zakupione w marketach za rogiem.

Ponieważ mamy okres okołoświąteczny nie powinno nas również zdziwić, jeżeli i paczki pod choinkę zaczną do nas przylatywać przenoszone przez ucharakteryzowany na Rudolfa Czerwononosego dron. W końcu Mikołaj zawsze szedł z duchem czasu, o czym może świadczyć jego oferta mailingowa przygotowana w konsorcjum poczty rodzimej i biegunowej. Odbierając paczkę od wlatującego przez komin trutnia przyjdzie nam jedynie pozostawać w wierze, że za sterami pod drugiej stronie wciąż pozostaje rubaszny Mikołaj wraz z gnomią ekipą, a nie dajmy na to, operatorzy CIA. Wesołych Świąt!

 

Mor Świnka

0
morświn

Zupełnie niedawno jedna z organizacji pro-ekologicznych przeprowadziła ogólnopolski sondaż dotyczący morświna. Na zasadnicze pytanie „co to jest morświn”, ponad połowa ankietowanych rodaków zaznaczyła „nie wiem”, a były i podobno nieodosobnione odpowiedzi identyfikujące tajemniczego morświna jako rodzaj morskiej świnki. A tymczasem przecież każdy wie, że morświn to… No właśnie, żeby nie stresować Czytelnika oczywistymi odpowiedziami, „definicję” naszego bohatera zamieszczamy na końcu. A ten felieton, jak już pewnie każdy się domyślił, dotyczy największego z wszystkich możliwych źródeł ryzyka: ignorancji.

Oczywiście, zjawisko ignorancji ma również nieodłączny związek z jeszcze bardziej ryzykotwórczym czynnikiem, którą jest głupotą; szczególnie, że jak zauważył Albert Einstein są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota. Przecież jednak nie trzeba być wcale głupcem, żeby wykazywać się ignorancją, brakiem wiedzy, bo w dzisiejszym złożonym świecie jest zbyt wiele rzeczy, o których nie wiemy (jak i takich, o których wiemy, ale wolelibyśmy szybko zapomnieć).

Mogłoby się wydawać, że w świecie internetowej sieci ignorancja powinna być w odwrocie. Przecież mamy dziecinnie łatwy i praktycznie nieograniczony dostęp do wiedzy na dowolny temat. Nic, tylko klikać i „informować się”. Niestety wiele wskazuje na to, że świat Big Data jest również światem Wielkiej Ignorancji. I tak, na popularnym na świecie portalu „głoszenia wartościowych idei” TED (polecam, także po polsku) karierę robi przemówienie Hansa Roslinga, szwedzkiego socjologa, który zirytowany wszechobecnymi stereotypami postanowił sprawdzić, jak to naprawdę jest z wiedzą dzisiejszych ludzi o świecie. Jednym z takich „klasycznych” stereotypów odczuwanym przecież również przez Polaków, jest wkładanie o jednej szufladki krajów „rozwijających się”. Brazylii,
Tajlandii, Polski, Afganistanu, Mozambiku itd. Jakie są różnice w stopniu rozwoju (i nie tylko) nie trzeba Czytelnikowi wyjaśniać, choć też należy przyznać, że przyjeżdżający do polski „expaci” już nie zabierają ze sobą przysłowiowych futer i pułapek na białe niedźwiedzie. No więc prof. Rosling zadał szereg pytań ankietowanym na różnych kontynentach i odkrył, że poziom wiedzy o realnym „stanie świata” jest bardzo, bardzo niski. Pytając na przykład o dostępność szczepień odkrył on, że większość Szwedów uważa, że kraje Afryki są w rozumieniu zwykłego Szweda o wiele bardziej zacofane niż w rzeczywistości. Żeby dodać dramatyzmu temu badaniu, szwedzki badacz zadał te same pytania „grupie kontrolnej” z tym, że złożonej z …szympansów. O wstydzie okazało się, że odpowiedzi szympansów były nawet o połowę częściej trafne niż odpowiedzi ich ludzkich konkurentów.

Nawiasem mówiąc podobny „podmiotowo” test przeprowadzili jakiś czas temu naukowcy z Cass Business School zasponsorowani przez AoN Hewitt. Zbudowali oni „kontrolny” portfel inwestycyjny, w którym czynnikiem wyboru walorów były zmiany kapitalizacji 1000 spółek giełdowych z USA w latach 1968-2011. Ich referencyjną „małpą” stał się program komputerowy, który do swego małpiego portfela dobierał walory przez losowanie. Żeby nie być posądzonym o przypadkowość wyników, działania te powtórzono 10 milionów razy, dla każdego z 43 badanych lat. I cóż…Okazało się o zgrozo, że prawie w każdym (!) przypadku „małpi” menadżer inwestycyjny poradził sobie lepiej niż hipotetyczny analityk kalkulujący indeksy giełdowej kapitalizacji. Póki co jednak prosimy, nie mówcie o tym głośno, bo przecież z giełdowym analitykiem można pójść na kulturalny lunch i pogadać o pogodzie, jest to jednak kolejny przykład na to, że gromadzenie i przetwarzanie coraz ogromniejszej wiedzy, mitycznej Big Data, niekoniecznie przybliży nas do poznania prawdy. I dotyczy to najwyraźniej tak samo „ogólnej” wiedzy o świecie jak i świata finansów w szczególności.

Oczywiście i w pierwszym i w drugim z przetoczonych przykładów ignorancji (a jest ich zacznie więcej) przyczyn napięcia między wiedzą prawdziwą, a wiedzą domniemaną można doszukiwać się gdzie indziej. Wspólne dla obu przypadków jest na pewno fałszywe założenie, przesąd, przekonanie, że wiemy więcej niż w rzeczywistości. Podobnie jak Amerykanin sądzi, że Polak to taki Rosjanin, my oceniamy naszego partnera biznesowego na podstawie zupełnie fałszywych przesłanek i przesądów. Analityk finansowy buduje swój portfel inwestycyjny wykorzystujący modele zakładające regularne, możliwe do przewidzenia zachowanie się rynków, podczas gdy jest dostatecznie wiele dowodów na to, że „grube ogony” rozkładów prawdopodobieństwa, są o wiele grubsze niż zakładają to modele. A jakby co, to wszystkie „modele ryzyka” idą w rozsypkę. Oczywiście modele naszej wiedzy o świecie bywają pożyteczne choć nie są idealne i w zasadzie to wiemy, ale dla wygody i z czystego lenistwa zakładamy, że są prawdziwe.

A jaki związek ma ignorancja z zarządzaniem ryzykiem? Oczywisty i bardzo prosty, bo jednym z kluczowych elementów zarządzania ryzykiem jest identyfikacja ryzyka. Bez właściwej, prawdziwej informacji o szansach i zagrożeniach żadna decyzja menadżera nie będzie trafna. Co więcej i zawsze najgorzej, prawdziwe ryzyko pozostanie niezidentyfikowane i zamieni się , choć wcale by nie musiało, w przysłowiowego biznesowego „czarnego łabędzia”.

Morświn – gatunek walenia spokrewniony z delfinami. Żyje samotnie lub w małych grupach na półkuli północnej. W polskiej części Bałtyku w 1994 przebywało do 600 osobników, jednak populacja tego gatunku gwałtownie maleje. W 2014 populację morświnów żyjących w Morzu Bałtyckim oszacowano na 447 osobników.

O Bon Jovi w delegacji

2
bon jovi

Obiecaliśmy przecież P.T. Czytelnikom Bloga Ryzykonomia (nawiasem mówiąc ostatnio coś często  słyszymy lekko przeinaczone na Ryzykomania, nie mamy nic przeciwko, co Wy na to ryzykomaniacy…?), obiecaliśmy, że zrelacjonujemy naszą niedawną bywszość na koncercie Bon Jovi w gdańskiej Ergo Arenie, i choć jesteśmy na kolejnej delegacji, siedzimy w hotelu lekko skatowani po całodziennym, ale dobrym, ryzykowarsztacie  – piszemy.

Żebyśmy jednak nie wyszli na prawdziwych ryzykomaniaków, żeby nie rzec – ryzykowariatów, to na Koncert Jovi poszliśmy nie dla śledzenia ryzyk, ale dla czystej rozrywki, ot tak sobie.
Wyznamy też co bardziej koncertowo nastawionym ryzykoczytelnikom ( ot, mania….) , że na
słuchanie udaliśmy się (samodwój, jak mawiali bohaterzy Sienkiewicza), dzięki hojności pewnego nieocenionego sponsora (O, dzięki Ci Wielki i Dobry Sponsorze, jesteś Wielki i Dobry !).

Ergo Arena to rzeczywiście piękny obiekt w pięknym miejscu, przy dojeździe co prawda policja zablokowała drogi “jak leciało”, a szczerze nas rozczulili niebiescy blokersi zapytani o parking odpowiedzią “my nietutejsi”. No, ale trzeba przyznać był też darmowy pociąg.
Od razu nam się po tym policyjnym bon mocie humor przed koncertem poprawił, ale nawet nie musiał bo koncert był przedni, 50 letni “dziadkowie” (tak mówiła zazdrosna młodzież) czadzili 3 godziny aż strach ! Życzę niniejszym wszystkim ryzykczytelnikom takiej kondycji i zapału.

Nie jestesmy jakimiś specjalnymi fanami tej muzy, ale muzycy i leader byli przedni niejeden mega przebój i to co nas zawsze wzrusza – pełen profesjonalizm. To jest prawdziwy kapitalizm i wolny rynek, jesteś najlepszy, wygrywasz, tak jak Messiemu nie  zazdrościmy fortuny i niepłacenia. Należy się. Szacun.
Przyznajemy kiszki nam nie marsza ale Bon Jovi grały bo huczało z 1000 decybeli, zdjęć też parę porobiliśmy ku uciesze swojej i nieobecnych i można je choćby obejrzeć na facecebookowym fan pejdżu RyzykoManiii nomii (ups…) link

bon jovi

ps.
Żeby nie było, żeśmy żadnych ryzyk nie dostrzegli to były. Dwa.
Jedno to Niby-kontrola przy bramkach; niby zaglądali do bagażu ale z takim zainteresowaniem, że możnaby (przy niewielkim rozłożeniu) przenieść na koncert pancerzownicę Karl Gustaw. 

I drugie, czysto finansowe: mini hot dogi po 9 złotych sztuka…. Zgroza!


Koncert był okej, super, wartobyło, na dziś tyle o Bon Jovi, siedzimy w hotelu na delegacji, tramwaje szurają po bruku na skrzyżowaniu, nie myślimy o ryzyku, a miasto które widzimy za oknem nazywa się Wrocław. 

 

Narciarska Ryzyko Mania

0
narciarska ryzyko

Narciarska Ryzyko Mania czyli lessons learned.

Białe szaleństwo ryzykowne jest…no, to chyba oczywiste, co oczywiście żadnego z wielbicieli od stoku nie odciąga, i dobrze….

Taka historia….

Na chopokowym stoku pomagamy Bratu-Słowakowi, chyba uszkodzona kość podudzia, paskudna sprawa. Stajemy obok innego pomocnika z Polski (Słowacy przejeżdżają!). Chwilę walczymy z dodzwonieniem się na ichnich ratowników. Od razu wychodzi, że numery zamieszczone na mapce stoku, które wozimy w plecaku to niekoniecznie te właściwe, zapamiętany się nie sprawdza chyba czeski nomen omen błąd, nie zapisaliśmy, kurczę błąd! Wreszcie dodzwaniamy się, rozmawia poszkodowany, bo może, uff, podobno już wysyłają ratowników, w końcu nie jest daleko….

Robimy, co możemy, gość próbuje się poruszać z pozycji bocznej, chyba nie za dobrze, ale podtrzymujemy jak możemy, gadamy, wiadomo ważne jak w filmach wojennych, żeby był kontakt, nie idź w tę stronę, dalej czekamy, gość mówi żeby jechać zostajemy, szkoda go chyba doświadczony narciarz jakiś młodziak zajechał drogę i pojechał, stok cały czas pełen pędzących narciarzy, jadą na pałę wiadomo niebieski stok, najgorzej, oczywiście narty, kijki postawiliśmy skrzyżowane, na grupę zawsze trudniej najechać. Czekamy.

Zimno, znowu plujemy sobie w brodę, mieliśmy wziąć koc-folię ratowniczą, wozimy w aucie. Koniecznie polecamy. Także młotek do rozbijania szyby, nóż do przecinania pasów, maniak prawdziwy. Folii nie mogliśmy znaleźć w pośpiechu wyjazdu, pewnie się nie narciarska ryzykoprzyda i tak uważają szalony Ryzyko Maniak a teraz bardzo by się właśnie przydała, srebrną stroną do ciała, cholernie musi ten śnieg wyziębiać, cholera dowód Ryzykonomii, lessons learned again…No młotka nie żałujemy oczywiście w góry nie bierzemy choć niektórym narciarzom chciałoby się puknąć w pusty łeb.

Teraz pojawia się jakiś lokalny narciarz, znowu dzwonimy z nim, no podobno już na pewno jadą, o co kurde chodzi, jednak decydujemy zostawić się gościa pod opieką już trzech osób, jest bezpieczny nic więcej nie zrobimy, my musimy gonić naszych nieletnich, odpowiadamy na pytanie leżącego Słowaka: Jerzy, odjeżdżamy, za chwilę zamkną wyciągi.

Cholera teraz wychodzi oddaliśmy telefon, one-hundred-years-storm, kolejna godzina nerwówki i gonienia się po zamykanych stokach, ciemnieje pod górę znowu jakieś skutery na sygnale jadą, stoki oblodzone w tym roku jak cholera. W końcu z pożyczonego telefonu dodzwaniamy się, czekają na przystanku skibusa na zupełnie innej stacji. Uff…..

Lessons learned… znowu cholera wychodzi igła z worka, bądź przygotowany, na stoku, na ulicy, w biznesie, w domu, ryzyko nie śpi, nie przejmuj się, że uważają cię za lekko szalonego Ryzyko Maniaka…

Taka historia….

Dołącz do 512 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w formularzu subskrybcji dla potrzeb niezbędnych do wysyłki Newslettera Ryzykonomii (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o Ochronie Danych Osobowych; tekst jednolity: Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.).

Narciarska Ryzyko Mania…

Jak pobiliśmy Briana Tracy

2
Briana Tracy

Reklama dźwignią handlu jest i my tak uważamy, chętnie byśmy zarządzania ryzykiem, ryzykonomię wszystkim zareklamowali, bo już sam początek roku pokazuje, że dramatycznie nam jej brakuje…Wystarczy wspomnieć niegasnące i coraz to nowe ryzyka polityczne, na które jak widać słusznie już w ubiegłym roku zwracaliśmy uwagę. Czy o nowej dramatycznej odsłonie terroryzmu, która nam się objawiłą w Europie, coś nam to pachnie długotrwałą walką cywilizacji, o której zresztą już wcześniej poza polityczną poprawnością mówiono. Żaden czarny łabędź, ale do tematu powrócimy na pewno jeszcze.

Dalej idzie pierwszo-stronnicowa bańka kredytów hipotecznych, temat też do zaadresowania wkrótce, bo na pewno różne wpływy na gospodarkę tu będą. Zauważamy też złośliwie że ci sami, co wcześniej przyrzekali, że nie będzie „wyżej” teraz zaklinają się, że zaraz będzie „ niżej”. Także z pewną czarną satysfakcją odnotowujemy, że jeszcze w 2012 proponując wciąż niepodchwyconą przez Czynniki inicjatywę narodowej Mapy Ryzyka (2012) wskazywaliśmy na ryzyko związane z kredytami hipotecznymi, i nikt nas wtedy nie słuchał, mane, tekel , fares…

Ale też i od razu pocieszamy Wiernych Ryzykonomii P.T. Czytelników, że nasze kolejne „doroczne”
Mapy Ryzyka publikujemy dalej i… właśnie na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej ukazała się kolejna. Niedługo na blogu, szukajacie nas też na LinkedIn i Twitterze. 

No, pisać nie przestajemy, właśnie starujemy z nowym Dużym Projektem wydawniczym (póki co powiemy tajemnicz). Ponadto (ponadto!) już zaliczyliśmy nowe risk manadżmentowe eventy, jak ten na GPW organizowany nomen-omen przez Szwajcarów, a dotyczący kwestii Ładu Korporacyjnego w tym oczywiście zarządzania ryzykiem, relacja wkrótce.

Wracając dyskretnie do tematów marketingowych i frapującej być może Czytelnika obecności na łamach Pana Briana Tracy, to jak ostatnio z radością rzuciło nam się w oczy nasz książkowy, e-bookowy bestseller jeszcze wczoraj w rankingu księgarni internetowe empik.com w kategorii „Ekonomia” zajmował I miejsce. Tak się bije Briana Tracy !!!

Briana Tracy
Kliknij się do księgarni !

Do zobaczenia w kolejnych odsłonach Ryzykonomii, za chwilę…..

Ps. Jeszcze mały „wtręt” marketingowy już nie a propos Briana Tracy: zarejestrowaliśmy się w konkursie Blog Roku 2014 (kategoria „Profesjonalne i firmowe”) oraz “Tekst Roku 2014”. 
Już wkrótce, od 2 lutego,  staniemy do nierównej walki na SMS (jeszcze nie wysyłajcie) z doradcami podatkowymi, prawnikami, developerami i fotografami. I to nie dla sławy, nagród, czy podziwu w oczach Wielbicieli/ek, o nie ….

Pacyficzne ryzyko zarządzone

0
pacyficzne ryzyko

Ryzyko w Afryce, ryzyko w Oceanii… kontynuujemy podrzucanie P.T. Czytelnikom Ryzykonomii przykładów wykorzystania zarządzania ryzykiem, tak się tym razem składa w zarządzaniu kryzysem i BCM-ie.

Tym razem do przejrzenia dokumentacja procesu z Nowej Zelandii, jak wiadomo NZ to świetny benchmark do dobrych praktyk zarządzania ryzykiem, tamże przecież sięgają korzenie standaryzacji risk managmentu począwszy od AS/NZS do dzisiejszego następcy ISO 31000 mającego też status polskiej normy (niepodlegającej certyfikacji, przypominamy 100x!!!). Zresztą bacze oko Czytelnika od razu dojrzy, że Proces w tej procedurze jest ISO-wski.

Jak zawsze rzucają się w oczy specyficzne i ciekawe ryzyka jak to ryzyko tsunami czy trzęsień ziemi.
Nawiasem mówiąc w temacie katastrof naturalnych źródła zwracają uwagę na sprawne działania włoskiego OC po ostatnim trzęsieniu w Apeninach. U nas ostatnio więcej o OC aczkolwiek zdaje się w specyficzną stronę tą podąża, temat będziemy komentować soon, bo to także kwestie bardzo ważne dla biznesu. No bo jak idzie woda, pożar czy trzęsienie to chyba najgorsza dla ocalałych jest utrata miejsc pracy. O tym mało kto mówi !

Także, czytajcie, kopiujcie, dziwujcie się, pacyficzne ryzyko pod linkiem poniżej:

https://www.parliament.nz/resource/en-nz/49SCGA_EVI_00DBSCH_FIN_8899_1_A23468/9b9c84f55b19064205902d742da2f62d5a94b9fa

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa “podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)