Briana Tracy
kanał Ryzykonomia
podróże

Podróże i ryzyko

Ryzykonomia holenderska
dziękujemy

Dziękujemy !

Varia

Strona główna Varia

Dziękujemy !

2
dziękujemy

Dziękujemy stałym i nowym P.T. Czytelnikom bloga Zarządzanie ryzykiem Ryzykonomia, bo jak widzimy po statystykach ilość odsłon naszej strony od początku roku wzrosła 30-40%. Bardzo nas to cieszy.

Nowa platforma, nowi Czytelnicy

Mamy nadzieję, że to także rezultat przejścią na nową platformę (WordPress) co dało nam wiele nowych możliwości (jak na przykład newsletter, na który od stycznia zapisało się już prawie 200 osób).

Jak mam nadzieję Czytelnicy zauważyli, wzmogliśmy też naszą aktywność publikując znacznie częściej, choćby w nowo powołanej rubryce Monitor Ryzykonomii, gdzie przyglądamy się najświeższym developmentom ryzykonomii w biznesie, w kraju, na świecie i nie tylko.

Wierzymy, że…

Wierzymy, że nasze teksty spotykają się z Państwa zainteresowaniem. Zawsze oczywiście zachęcamy do komentarzy, uwag, skarg i wniosków. Pod każdym tekstem można znaleźć właśnie włączony-ulepszony dziecinnie prosty system komentowania.

Mamy oczywiście nadzieję być coraz bardziej poczytni dla dobra powszechnej Ryzykonomii, choć oczywiście łatwo nie jest.

Choćby walczymy z wszechmocnym i niesłychanie roziwniętym nad Wisłą SEO, różnymi płatnymi szachu-machu świadczonymi przez cały przemysł pozycjonowania co powoduje, że strony ciekawe (jak mamy nadzieję Ryzyknomia, gdzie zamieszcza się unikatowe treści) są spychane przez sztucznie pompowane stragany usługowe.

POLECAJCIE NAS ! DZIĘKUJEMY !

Dlatego będzie nam zawsze strasznie miło jeżeli polecicie Państwo RYZYKONOMIĘ swoim partnerom biznesowym, kolegom, przyjaciołom, dzieciom a może nawet kotu jezeli tylko potrafi czytać, a jak wiadomo dzisiaj koty są bardzo inteligentne.

Zatem klikajcie lajki i udostępniajcie Ryykonomię, o co nieustannie uprasza Was

Wasz Wydawca Ryzykonomii
Jerzy Podlewski

ps. Więcej Ryzykonomii, już za chwilę, za momencik, teraz….

dziękujemy, dziękujemy

Narciarska Ryzyko Mania

0
narciarska ryzyko

Narciarska Ryzyko Mania czyli lessons learned.

Białe szaleństwo ryzykowne jest…no, to chyba oczywiste, co oczywiście żadnego z wielbicieli od stoku nie odciąga, i dobrze….

Taka historia….

Na chopokowym stoku pomagamy Bratu-Słowakowi, chyba uszkodzona kość podudzia, paskudna sprawa. Stajemy obok innego pomocnika z Polski (Słowacy przejeżdżają!). Chwilę walczymy z dodzwonieniem się na ichnich ratowników. Od razu wychodzi, że numery zamieszczone na mapce stoku, które wozimy w plecaku to niekoniecznie te właściwe, zapamiętany się nie sprawdza chyba czeski nomen omen błąd, nie zapisaliśmy, kurczę błąd! Wreszcie dodzwaniamy się, rozmawia poszkodowany, bo może, uff, podobno już wysyłają ratowników, w końcu nie jest daleko….

Robimy, co możemy, gość próbuje się poruszać z pozycji bocznej, chyba nie za dobrze, ale podtrzymujemy jak możemy, gadamy, wiadomo ważne jak w filmach wojennych, żeby był kontakt, nie idź w tę stronę, dalej czekamy, gość mówi żeby jechać zostajemy, szkoda go chyba doświadczony narciarz jakiś młodziak zajechał drogę i pojechał, stok cały czas pełen pędzących narciarzy, jadą na pałę wiadomo niebieski stok, najgorzej, oczywiście narty, kijki postawiliśmy skrzyżowane, na grupę zawsze trudniej najechać. Czekamy.

Zimno, znowu plujemy sobie w brodę, mieliśmy wziąć koc-folię ratowniczą, wozimy w aucie. Koniecznie polecamy. Także młotek do rozbijania szyby, nóż do przecinania pasów, maniak prawdziwy. Folii nie mogliśmy znaleźć w pośpiechu wyjazdu, pewnie się nie narciarska ryzykoprzyda i tak uważają szalony Ryzyko Maniak a teraz bardzo by się właśnie przydała, srebrną stroną do ciała, cholernie musi ten śnieg wyziębiać, cholera dowód Ryzykonomii, lessons learned again…No młotka nie żałujemy oczywiście w góry nie bierzemy choć niektórym narciarzom chciałoby się puknąć w pusty łeb.

Teraz pojawia się jakiś lokalny narciarz, znowu dzwonimy z nim, no podobno już na pewno jadą, o co kurde chodzi, jednak decydujemy zostawić się gościa pod opieką już trzech osób, jest bezpieczny nic więcej nie zrobimy, my musimy gonić naszych nieletnich, odpowiadamy na pytanie leżącego Słowaka: Jerzy, odjeżdżamy, za chwilę zamkną wyciągi.

Cholera teraz wychodzi oddaliśmy telefon, one-hundred-years-storm, kolejna godzina nerwówki i gonienia się po zamykanych stokach, ciemnieje pod górę znowu jakieś skutery na sygnale jadą, stoki oblodzone w tym roku jak cholera. W końcu z pożyczonego telefonu dodzwaniamy się, czekają na przystanku skibusa na zupełnie innej stacji. Uff…..

Lessons learned… znowu cholera wychodzi igła z worka, bądź przygotowany, na stoku, na ulicy, w biznesie, w domu, ryzyko nie śpi, nie przejmuj się, że uważają cię za lekko szalonego Ryzyko Maniaka…

Taka historia….

Dołącz do 636 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Zapisując się na ten Newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie materiałów informacyjnych i promocyjnych Portalu Ryzykonomia i zgadzasz się z jego Polityką Prywatności, która znajduje się na stronie głównej Portalu Ryzykonomia. Masz prawo wypisać się z subskrybcji tego Newslettera w każdej chwili.

Narciarska Ryzyko Mania…

Risicare, buongiorno, arrivederci !

0
risicare

>>>Risicare, buongiorno, arrivederci !
No to zjechaliśmy, choć trochę nas nie było i jeszcze tu i tam. A gdzie teraz akurat byliśmy to powie wam etymologia słowa risicare, uczeni mężowie, sądzą, że właśnie tam  narodziło się pojęcie ryzykonomiczne, w słonecznej Italii.Gdzie kwitły państwa – miasta Siena, Florencja i inne, gdzie rodziły się nowoczesne finanse (najstarszy bank świata ze Monte Paschi di Siena, nawiasem mówiąc w tarapatach ostatnio). Gdzie rodził się nowoczesny biznes, handel a więc i ryzyko. Przy okazji największą rywalizację Siena – Florencja zakończył Czarny Łabędź,  Czarna Zaraza, która pchnęła tych pierwszych w stagnacje i zapaść, tym drugim dała szanse do rozkwitu i ekspansji, jakie to dobrze znane… Risicare.

Już niejeden raz byliśmy w okolicach i po raz kolejny konstatujemy, że Włochy nowoczesne, współczesne to pomijając tysiące innych tematów turystyczno – krajoznawczo- kulturalnych także ciekawy temat do obserwacji. My Polacy, tak mi się wydaje, traktujemy Włochów lekko z przymróżeniem oka lekkoduchy, ładnie śpiewają, pięknie ubrani. Ale burdello bum bum Franka Dolasa, słabi żołnierze , mafia, bałaganik, makaron, pizza. Wszystkie te polskie wyższości są całkowicie błędne moim zdaniem, poczynając od rzekomej słabości włoskich żołnierzy, przesądu ludzi nie znających historii drugiej wojny i nie tylko. A dalej jest nie lepiej….
Ja Włochów darzę szacunkiem i lubię,  bo i zawsze, tak mi się wydaje, byli nam przyjaciółmi, począwszy od Legionów i Garibaldiego, i kultura wysoka i sztuka i Papież, Rzym. I Państwo z wszystkimi dziwnościami i wadami bogatsze niż my, najwyraźniej lepiej zorganizowane (sic), jakie drogi i koleje!  A przemysł, produkcja samochodów i nie tylko, odzież, wino, moda, światowe marki znane na całym świecie…

No, daleko nam do tego, daleko. I dla mnie przynajmniej, jak to w państwach rozwiniętych, społeczeństwo bardziej egalitarne, normalne, nawet pokój socjalny w markecie żeby zjeść kanapkę, odpocząć. I samochody nie świecą się jak psu (…) choć akurat w kierowaniu wiele mamy wspólnego, niestety.
Przynajmniej takie mam ogólne wrażenia wizualne, praktyczne i organoleptyczne, bo oczywiście znawcy i tambylcy może i zdruzgoczą ten obraz. Ale MI się podoba, bella Italia.
Gracie mille, ritorno !

ps. upraszam o wybaczenie za włoski na poziomie bazowym, ciao !

Ochrona danych osobowych zg. z Rozporządzeniem UE (RODO)

0
ochrona danych osobowych

Ochrona danych osobowych >>>
Jak się dowiadujemy z źródeł profesjonalnych zbliżonych do Ryzykonomii, na uczelni Vistula w Warszawie ruszają wkrótce niezwykle ciekawie zapowiadające się studia podyplomowe pod tytułem
”Ochrona danych osobowych zgodnie z Rozporządzeniem UE (RODO)”.

Więcej informacji znajdzie zainteresowany Czytelnik tutaj.

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/o-uczelni/aktualnosci,zostan-specjalista-ds-rodo-najwiekszej-reformy-systemu-danych-osobowych-od-ponad-20-lat-341

Jak czytamy w opisie studiów:

Studium jest skierowane do pracowników wszystkich departamentów, którzy stosują, nadzorują i realizują przepisy o ochronie danych wewnętrznej, ryzyka, kadr czy obsługi klienta oraz osób zainteresowanych poszerzeniem wiedzy w tym obszarze.

Informacje na temat wprowadzanych zmian są niezbędne osobom, które pełnią lub zamierzają pełnić funkcję administratora danych osobowych, administratora bezpieczeństwa informacji czy rozwoju systemów IT.

Nie będziemy udawać, że to jakaś kryptoreklama, bo nie „krypto”, przecież sami wykładamy już kolejny rok na Vistuli zarządzanie ryzykiem w programie pod tytułem „Dyplomowany specjalista ds. ubezpieczeń”

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/studia-podyplomowe/dyplomowany-specjalista-ds-ubezpieczen

W końcu trzeba się dzielić wiedzą z nowymi adeptami. Nawet jeżeli za pieniądze… a programy, o których piszemy mają profesjonalną kadrę i sensowne programy. I najwyraźniej, skoro są kontynuowane (akurat ten z RODO to zupełnie nowy program) znajdują uznanie u uczestników.

Skądinąd kwestia ochrony danych osobowych, to nowy niezwykle szybko rosnący problem i potencjalny non-compliance. Więc szczerze mówiąc, gdybyśmy tylko znaleźli siły i środki sami byśmy się w temacie podszkolili, bo warto. Także polecamy uwadze P.T> Czytelników Ryzykonomii i ich znajomych, pozdrawiając.

Mów nigdy nie

0
mów nigdy

Dopiero co za pośrednictwem naszego profilu na LinkedIn (zapraszamy Czytelników Ryzykonomii do kontaktu, będzie nam bardzo miło) otrzymaliśmy informację „techniczną” od jednego z naszych, jak myślimy stałych Czytelników (pozdrawiamy !).

Otóż Czytelnika nieznacznie (tak sobie mamy nadzieję) zirytowało okienko, które wyskakuje na otwieranych stronach naszego bloga z propozycją zapisu na nasz cotygodniowy, bezpłatny, jedyny taki w Polsce (poważnie) Newsletter.

No więc jest dobra wiadomość, jakby jej ktoś jeszcze nie znał. 

W wyskakującym okienku pop-upu znajdziecie Państwo na dole opcję „Never see this massage again”.  Wystarczy klinąć i…. okienko … zniknie mamy nadzieję na zawsze !!! I po kłopocie.

Mamy nadzieję, że aż tak bardzo naszych P.T. Czytelników jednak nie zirytują nasze małe kryptoreklamy, skromne przejawy  własnej czy zaprzyjażnionej autopromocji (zawsze wspieramy ciekawe inicjatywy, oczywiście niekonkurencyjne…) bo jak myślimy robimy to rzadko i bez intencji spamowania. mów nigdy

To samo zresztą dotyczy się opcji zasłaniania części niektórych tekstów z prośbą o bezpłatne odsłonienie przez udostępnieie nazych artykułów w sieci. O co zresztą zawsze i w każdym artykule upraszamy i jesteśmy wdzięczni.

Jak mamy nadzieję nasi Czytelnicy pamiętają, Ryzykonomia jest zupełnie za darmo a i wyszukiwanie informacji, pisanie wpisów kosztuje nas sporo czasu, pozostając w nadziei, że nasz blog jest wartościowym źródłem informacji i wiedzy o ryzyku i służy choć odrobinkę szerzeniu powzechnej Ryzykonomii.

Także klikajcie, odsłaniajcie, czytajcie. Pozdrawiamy ! Mów nigdy ale nie nigdy…  

Dla zarządzania ryzykiem pożytki z …

0
Dla zarządzania ryzykiem

Zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię….a Naczelny Bloga Ryzykonomia się ostatnio podfascynował Rogerem Scrutonem i popełnił w referencji tekst do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej nt. „Pożytki z pesymizmu”, sam tytułu nie wymyślił, gdzie wypisał fundamentalne, acz skromnym zdaniem niektórych członków Kolegium Redakcyjnego mocno dyskusyjne „myśli”…

…A zaczyna Nasz Naczelny tak…

Otóż Scruton, znany zresztą filozof, pisarz i kompozytor (wow) z Londynu w swej książce dowodzi, że źródłem największych nieszczęść i katastrof w europejskiej historii była nieokiełznana wiara, że wszystko zmierza ku lepszemu, że należy być niepoprawnym optymistą, bo świat się zmienia na lepsze, a jakby co, to „jakoś to będzie”.  Przykładów na popularność tej postawy z historii politycznej czy gospodarczej można wymieniać od ręki,  nawet bez Scrutona tysiące. Wierzyliśmy, że nie będzie wojny Pierwszej i Drugiej, że w Europie skończyła się Historia, i to jeszcze 3 miesiące temu. Wierzyliśmy, że nie będzie drugiego równie Wielkiego kryzysu, że rynki finansowe zmądrzały. Że rządy nie będą dalej się zadłużać, a obecne pokolenia zjadać zapasy następnym, co jest o tyle prawdziwe, że zostały one już chyba zjedzone.


Potem i już z grubej rury przymierza Naczelny bezlitośnie w Świętości…

Zresztą jedną z największych naszych narodowych „urban legend” jest to miliony razy powtarzane nieporozumienia jakoby „Polacy lubili narzekać” ergo byli urodzonymi pesymistami. Nic bardziej błędnego, niemającego żadnego uzasadnienia w naszej ani najstarszej, ani najbardziej współczesnej historii. Pokażcie mi drugi taki naród optymistów na świecie!

I nawet dodaje mały rys historyczno – ryzykonomiczny…

Setki razy w historii radośnie biegliśmy na cekaemy z gołymi rękami i wierzyliśmy w wiarołomnych sojuszników. Albo dzisiaj: większość spotkanych pełna jest skrywanego (ale jednak) optymizmu, że i z emeryturami jakoś to będzie, choć na żadnym nawet najprostszym kalkulatorze nie da się tego udowodnić, a demograficzne tsunami już szumi za oknem. Podobnie w wielu innych obszarach, i społecznych i gospodarczych, znowu można mnożyć tysiące przykładów. Czyż nie jest wyrazem najwyższego stopnia optymizmu niepopularność haseł o potrzebie ubezpieczania się? Będzie dobrze! Nie będzie powodzi, ani choroby, ani pożaru. Skończmy z tym narzekaniem. Optymiści w natarciu, po Euro zaróbmy na Olimpiadzie!

Stawia też dyskusyjną dla nas, Optymistów tezę …

Postawię wręcz tezę, że owo wytykanie rzekomego pesymizmu jest typowym „flekowaniem” i zamykaniem ust tym, którzy ośmielają się poddać w wątpliwość, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale, a wskazują, że trzeba wysilić wyobraźnię i coś zrobić z ryzykiem.

I zaraz w dość pokrętny sposób przeskakuje na sprawy biznesowe …

Schodząc na poziom poszczególnych biznesów, ważne to dla zarządzania ryzykiem, nieposkromiony optymizm to oczywiście także  światowy problem. Nie bez powodu w zarządzaniu ryzykiem mówi się o syndromie czarnowidza i prognozuje się krótkie życie posłańca złych wieści. Wystarczy spojrzeć na półki księgarni pęczniejących od wspomnień „człowieków sukcesu”, a pokażcie regał z opowieściami tych, którym się nie powiodło. A przecież to znany fakt empiryczny, do potwierdzenia ze zwykłym Rocznikiem Statystycznym, że tych, którym się nie powiodło  jest znacznie więcej.
Podobnie, każdy to łatwo zweryfikuje z doświadczenia biznesowego, menadżerowie są zwykle nastawieni na optymizm i sukces a mówienie, że coś się nie uda jest o wiele, wiele niżej (wy)cenione niż radosny optymizm. To zresztą klasyczna cecha ludzkiej natury udowodniona w badaniach z obszaru ekonomii behawioralnej i eksperymentalnej.

A potem, na dodatek wciąga w swoje majaczenia Matkę(Naturę)…

Oczywiście, może ktoś dramatycznie zauważyć, że bez optymizmu do niczego byśmy nie doszli, a żaden kraj, ani żadna firma by się nie rozwinęła. Owszem, ale nie zawsze i nie do końca. Poza tym jakąż strategię działania (inną niż optymistyczną) można przyjąć? Ale przecież spójrzmy, że Matka Natura, ta najdoskonalsza z organizacji wcale nie hołduje koncepcjom optymistycznych ekspansji, ale raczej realistycznego przetrwania i zrównoważonego rozwoju.
Przełóżmy to na obszar biznesu, znaczenie dla zarządzania ryzykiem. Co by było gdyby pionierzy śmieciowego kapitalizmu z Wall Street zamiast wymyślać nowe pola do zarabiania pieniędzy, mniej optymistycznie skoncentrowali się na dobrze znanym, choć może nie tak zyskownym biznesie. Co by było gdyby nasza firma nie wchodziła we wszystkie nowe obszary licząc na dodatkowe zyski. Czy ochrona wartości nie przynosi „na koniec dnia”, jakże często lepszych efektów niż chorobliwe szukanie sposobów na jej wzrost?

I jeszcze dokłada „redundancją” (?!)…

Albo, jeszcze inny przykład ilustrujący pożytki z pesymizmu dla zarządzania ryzykiem. Natura obdarzyła nas, gdzie tylko mogła naturalną redundancją, na wszelki wypadek. Mamy dwie nerki, dwoje płuc, i innych rzeczy po dwie, niektórzy nawet po dwie półkule mózgowe. A spróbujmy w firmie zaproponować zakup zapasowej maszyny, instalacji czy programu, dodatkowego szkolenia, albo nawet podwojenie ochrony ubezpieczeniowej. Ooooo! Po co komu taki wzrost kosztów! Będzie stało/leżało nie przynosząc żadnych korzyści. Siadł i wstydził

dla zarządzania ryzykiem 1
książki
Poznaj…

się czarnowidzu Kowalski/ Malinowska! (niepotrzebne skreślić)
Skoro o kluczowym temacie kosztów mowa, to powiedzmy sobie otwarcie, bez niepotrzebnego optymizmu, że zarządzanie ryzykiem jest wciąż postrzegane przez olbrzymią liczbę zarządów, a w każdym razie w Polsce jako modna, acz kosztowna fanaberia. Zbyt pesymistycznie? Proszę, służę statystykami. Co prawda, nie mniej niebezpieczny jest też optymizm, że rozbudowane modele dla zarządzania ryzykiem, wprowadzenie wzorów na obliczanie przyszłości zabezpiecza nas przed każdym ryzykiem, podczas gdy istocie kreuje zupełnie nowe i nie mniejsze zagrożenia.


A tak, nie z gruszki nie z pietruszki podsumowuje tę burzę w szklance wody…

Na zakończenie tej krótkiej i z założenia pesymistycznej opowieści jeszcze anegdota o pesymiście, optymiście i menadżerze ryzyka. Kim jest pesymista? To człowiek, który widzi szklankę w połowie pustą. Optymista widzi szklankę w połowie pełną. A menadżer ryzyka? Analizuje, czy w szklance są zarazki.

I widzicie, co nawypisywał w imieniu całej (sic) Redakcji Ryzykonomii? Kto go prosił, bo nie my wieczni Optymiści, menadrzeży ryzyka.

Nie uważacie, że to wszystko lekka przesada dla zarządzania ryzykiem?

W górach o ryzyku

2
W górach o ryzyku

W górach o ryzyku, trudno nie myśleć. Oczywiście nie wszyscy myślą w sposób tak uporządkowany i usystematyzowany idąc szlakiem jak Redakcja Ryzyko Manii. Ale my ryzykomaniacy zawsze bacznie obserwujemy, bo choć nasze wędrówki to nie jakieś Tybety czy Timbuktu i inne ekstrema, ale Beskidy czy Gorce, ale zawsze.

I w tym roku wybraliśmy się w samodwój z plecakami, choć plecak już po raz kolejny lżejszy (lessons learned !) . Tym razem po ostatnich błotno-deszczowych przygodach zabraliśmy solidne stuptuty, które…. Tym razem okazały się zupełnie niepotrzebne. I bądź tu mądry z ryzykiem… Bo, choć padało, a miejscami i waliło, prześlizgnęliśmy się miedzy gradobiciem rozwalającym szyby w autach na bielskiej Szyndzielni (tak, tak) i kolejnymi burzami. No, w tym roku po obejrzeniu migawek z Rytla, różne myśli się mogły pojawiać wędrowcowi, choćby takie, że pogoda to dzisiaj niezwykle ważne ryzyko i prywatnie i w biznesie. Dla odmiany w Italii będąc też wcześniej, dowiedzieliśmy się o 4 miesięcznej suszy i braku wody nawet dla mieszkańców w Rzymie. Nikt nie powie, że klimat się nie antagonizuje, cokolwiek jest tego przyczyną…

Z tym wyposażenie górskim to ciekawa sprawa, bo widać też jak na proste, a jakże dotkliwe ryzyka wpływ ma dzisiaj technologia. Choćby same górskie ubrania. Pamiętam jak za komuny wybrałem się z kolegą w Bieszczady w zdobytych z trudem wojskowych butach. Eh, kto pamięta te okropne kamasze. Nogi po kilku dniach miałem tak pochlastane, kurtki przemakalne, śpiwory wielkie, plecaki na aluminiowych, robiących dziury w swetrach stelażach z świętej pamięci, może i niestety, Polsportu….
A dzisiaj… Niebo i ziemia, membrany, wszystko lekkie, wytrzymałe, wygodne . I do tego ładne. No więc i tu ryzyko zmalało. Oczywiście jeżeli jesteśmy przygotowani. Z czym w Narodzie jak zawsze różnie. Zaiste uśmiech budzą pielgrzymki turystów w klapkach i sandałkach ciągnące dzieci po błotnistych i kamiennych szlakach.
Ale ta ludowa turystyka to w ogóle inny świat, od którego staramy się trzymać z daleka. Ramba – zamba, piwko, pizza, kiełbaska, baloniki na druciku i wielkie brzuchy opięte powstańczymi koszulkami. I oni mają być przygotowani? Wolne żarty!

A propos, polecamy nowe, a właściwie zrewitalizowne schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą. Nowoczesny duch, super obsługa widać górscy profi, mimo że nie góralska chata (co już działa nam na nerwy, bo te wszystkie haty i chałupy to jakieś perły nowej Narodowej architektury jak Polska długa i szeroka). Na Przysłopie polecamy „śniadanie małe” albo i „duże” !

Idziemy dalej, no wiadomo, zabłądzić w górach risicare est…Mapy oczywiście są, ale dzisiaj widzimy, prawie każdy korzysta z aplikacji. Tu chyba Mapa Turystyczna bije rekordy popularności. Fajna i prosta rzecz, naprawdę się sprawdza. Można i próbować udawać, że technologii nie ma, ale jak zabłądzicie w lesie, w deszczu w mroku…no wtedy pomyślicie, że można było jednak zminimalizowąć ryzyko wcześniej…

Urazy, obtarcia, zmęczenie, brak wody, niedostatek energetycznego jedzenia, stare pradawne ryzyka zawsze się pojawią podobnie jak konflikty międzyludzkie, które łatwo mogą wyjść, szczególnie że środowisko jest trochę inne niż w mieście. A z drugiej strony i jakaś mobilizacja, poczucie, ze trzeba sobie dać radę, pokonać trudności i czasami niebezpieczeństwa , żeby w końcu dotrzeć z sukcesem do celu.
No, sama esencja zarządzania ryzykiem. Lekko żartobliwie zakończymy…Kto nie maszeruje ten ginie, gdy nie ma się gdzie cofnąć trzeba iść dalej, przetrwanie nie jest obowiązkowe, nie musisz zarządzać ryzykiem. W górach o ryzyku ….

W górach o ryzyku W górach o ryzyku W górach o ryzyku 

Ryzyko pokemona

7
ryzyko pokemona

Ryzyko pokemona to rodzaj zagrożenia, którego pojawienie się na łamach Ryzykonomii być może wywoła u niektórych naszych Czytelników myśl, ze Redakcja straciła rozum z powodu lipcopadowych upałów…. Ale, ale świat mamy taki dziwny, że pojawiają nam się coraz to nowe ryzyka, zrazu zupełnie egzotyczne i zabawne a po chwili całkiem realne i wymierne.

Otóż, jak z pewnością, co niektórzy Czytelnicy zauważyli przez świat przetacza się szaleństwo nowej realno- wirtualnej gry polegającej mniej więcej na tym, że uczestnicy za pomocą swoich smartfonów, a właściwie patrząc okiem ich kamerek w realnym świcie poszukują i „łapią” śmieszne (?) Stworki, różne Pokemony znane z dziecinnych zabawek.
Pokemony pochowane są podobno wszędzie, a o ich obecności informuje aplikacja, apka, którą na tę okazję sobie gracze instalują. Gra jest bezpłatna, zasadniczo wymyślona przez japońskie Nintendo a idzie podobno przez świat jak huragan, choć w Polsce jej jeszcze podobno nie ma.

Póki co, bo nie widzimy w Polsce  (jak donoszą media gdzie indziej) ludzi goniących ze smartfonami owych Pokemonów w najdziwniejszych miejsca, czatujących nań do rana po jakichś magazynach, skrzyżowaniach czy centrach handlowych.
I już, przy okazji pojawiają nam się ryzykowne efekty tego szaleństwa, o których odnoszą różne cyber źródła, ba mówi się już, że „Pokemon Go” (tak się nazywa ta zabawa) stanowi „huge security risk”, bo między innymi i w szczególności:

  • Wymaga od posiadaczy iphonów zatwierdzenia nieograniczonej dostępności (full access) google account dla aplikacji Niantec (pokemonowej) , w efekcie aplikacja uzyskuje dostęp do wszystkiego (!) w telefonie – od emaila do historii wyszukiwań.
  • (Niepotwierdzona) wieść niesie o różnych nieporozumieniach a nawet urazach czy wypadkach związanych z pogonią za pokemonami w niedostępne miejsca, w tym gwałtowne zawrotki aut na drodze po sygnale o pokemonie w pobliżu
  • Mowa jest o zagrożeniach dla dzieci szukających pokemonów w niedziecięcych lub niebezpiecznych miejscach…
  • Lub o zgrozo !!!na przykład w Oświęcimiu (tak, w obozie:-(( lub cmentarzach !
  • Kolejny multitasking, przypominamy o katastrofie kolejowej w Niemczech parę miesięcy temu, kiedy dróżnik… grał na komputerze
  • Możliwe są różne fizyczne zagrożenia bezpieczeństwa typu Pokemony na terenie… elektrowni jądrowej? Pokemony na pasach startowych lotnisk? (Mamy już przecież drony)
  • Podobno możliwe jest wykorzystanie pokemonów do zwabiania na przykład dzieci, czy innych osobów przez ludzi o nieczystych zamiarach

Ponadto…

No, tu trochę trudno nam się kończy lista zagrożeń znaleziona w źródłach i trochę nasza fantazja (chociaż, chociaż…), ale żebyśmy się nie zdziwili, co nam jeszcze przyszłość przyniesie, kto by jeszcze parę miesięcy temu (!) pomyślał o takim szaleństwie… ryzyko pokemona!

Ryzykonomia holenderska

0
Ryzykonomia holenderska

James Lam, wcześniej menadżer ryzyka w GE Capital wyznał kiedyś, że  jego marzeniem jest napisanie książki o ryzyku „dla każdego”. Takiej, która przekonuje do zarządzania ryzykiem „zwykłego obywatela”. Dziś Lam jest znanym na świecie konsultantem od Enterprise Risk Management, nazywanym „pierwszym Chief Risk Officerem”  i autorem amazonowego bestsellera o ryzyku korporacyjnym „ERM from incentives to controls”.  I wie co mówi. 

Ba ! Kultura ! Ba…

Coś jest na rzeczy, że zarządzanie ryzykiem kojarzone jako aktywność korporacyjna, finansowa, ubezpieczeniowa ma kluczowe znaczenia także dla życia „szarego” obywatela. Ba!  Zarządzanie ryzykiem w życiu społecznym buduje fundament kultury zarządzania ryzykiem w biznesie. 

tamaFaktycznie, trudno sobie wyobrazić członków społeczeństwa, które lekceważy ryzyko w życiu społecznym i waży je w życiu biznesowym. Systemowe podejście  do szans i zagrożeń jest w obu przypadkach w gruncie rzeczy takie same. Inaczej się nie da. 

Tam, gdzie społeczeństwa rozwijają zarządzanie ryzykiem, biznes stosuje zarządzanie ryzykiem. No, nie ma chyba bardziej wyrazistego przykładu niż ubezpieczenia. Ludzie świadomi ryzyka, kupują ubezpieczenia. Proste. 

I tak sobie myśleliśmy w wolnych chwilach, znowu odwiedzając nieodległą Holandię, że to kraj gdzie ludzi rozumieją zarządzanie ryzykiem. 

Watersnoordramp 1953

Nie będziemy tu przypominać, że jedna z większych grup bankowo-ubezpieczeniowych jest holenderska. Ani przytaczać handlowej historii tego małego i zamieszkiwanego przez sprytny i zaradny naród kraiku. Na ten „kraik” żaden Holender się nie obrazi, bo to zdaje się naród co zna swoje silne i słabe strony. Co zresztą jest pierwszym stopniem do sukcesu, choćby w zarządzaniu ryzykiem.
Zresztą jak tu nie zarządzać ryzykiem w kraju depresji, tej prawdziwej. Gdzie doskonale się pamięta Watersnoordramp z 1953 roku. Katastrofalną powódź, kiedy morze przełamało wały i wdarło się na 75 kilometrów w głąb lądu zabijając 1836 osoby i niszcząc wszystko na swojej drodze. 

apetyt na ryzyko
Tylko PLN 9,90 w Księgarni Ryzykonomii. Kliknij Teraz !

Katastrofa wielka, ale i zarządzanie ryzykiem imponujące. Trwający 40 lat projekt Delta zwieńczony w 1997 rok budową Maeslantkering, gigantycznych wrót pozwalających zamykać kanał do portu w Rotterdamie. Oczywiście Port of Rotterdam pisze na swoich stronach o swoim systemie zarządzania ryzykiem, jakże by inaczej. 

Kanał na 5000

Mądre zarządzane ryzykiem to zawsze wykorzystywanie szans i zagrożeń. Taka jest ryzykonomia holenderska. Więc, skoro mamy wodę, to żeglujmy. I Holendrzy żeglują, a kanałów mają ponoć 5000 kilometrów. Wszystko tam się wozi wodą. I taniej i ekologiczniej.  Choć przy powodziach nie robiliśmy przytyków do rodzimej odporności w powodziowym temacie…więc i przy żegludze śródlądowej i szansach stąd płynący dla Polski nie będziemy, bo to temat z wielką brodą, niestety.

Największą radość i podziw wywołuje u przybyszów rowerowe szaleństwo Holendrów, a jeżdżą często na gratach, na które dumny rodak by nie wsiadł. Jeżdżą masowo, bo rozumieją zalety tego środka komunikacji. Oczywiście, komunikacja miejska to w dzisiejszym zurbanizowanym świecie cała ryzykonomia. Mieszkańców polskich zakorkowanych miast nikt do tego nie musi przekonywać.  

Tak szerokie postawienie na komunikację dwukółkową jest naukowo przemyślane, bo to nie tylko szanse, ale i masa zagrożeń. Choćby dla samego bezpieczeństwa ruchu drogowego z tak dużym udziałem bicyklistów. 

Ryzykonomia holenderska EUROSTATYCZNA

Ciekawa sprawa, że ilość wypadków rowerzystów na milion mieszkańców według badań EUROSTATU jest w Holandii wyższa niż średnia europejska. Choć wiadomo, ilość „rowero – ryzykonomia kwiatpodróży” przeciętnego niderlandczyka też kilkukrotnie wyższa. I to jest może odpowiedź na nasze zdziwienie, że nikt tam prawie nie jeździ w kasku. 

O statystykach rodzimych wypadków rowerowych nie wspominamy. Ale tak, zgadliście, jesteśmy w czołówce. Choć miejmy nadzieję będzie lepiej, bo coraz więcej rodaków siada za dwu-kółkiem i rusza na nowoczesne, europejskie ścieżki. Ryzykonomia holenderska znajdzie tu doskonałe zastosowanie…


Pożyteczne linki: 
EUROSTAT http://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php/Road_accident_fatalities_-_statistics_by_type_of_vehicle

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa „podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)