Varia

Home Varia

Dron Rudolf Czerwononosy

0
dron

 

Dron to już nie nowinka, bo XXI wiek mamy już dobrze zaawansowany i to widać chociażby po tym, jak na dobre roboty weszły do naszej rzeczywistości (a w zasadzie wleciały).  

UAV (unmanned aerial vehicle), bezzałogowe statki powietrzne, drony, trutnie (ah, dlaczego ta malownicza nazwa nie przyjęła się u nas) są dzisiaj masowo wykorzystywane w wielu dziedzinach życia i gospodarki. Najczęściej słyszymy o dronach unoszących się nad obszarami najgorętszych konfliktów, zajęte nieustanym kamerowaniem i odpalaniem rakiet we wrogów, a w każdym razie tych, którzy przez oko kamery takimi się wydają. O zgrozo, coraz częściej mówi się o „usamodzielnieniu” dronów w ich morderczych misjach; wzorem latających terminatorów z szwarcegennerowych przebojów miałyby samodzielnie decydować, kogo zaatakować. Ciekawe, że nazwy nadawane militarnemu plemieniu dronów ujawniają sentyment ich twórców do Hollywoodu i reklamowego copy writingu: Łupieżca (Predator), Kosiarz (Reaper), Ciemna Gwiazda (Dark Star). Zauważyć tu z dumą należy, że i nasza armia sięga dzisiaj po (niestety) importowane UAV-y, choć rodzimi konstruktorzy zdecydowani są zaproponować polskie, udomowione trutnie o swojsko brzmiących nazwach: Orlik, Wizjer czy Gryf.

Choć wojsko to matecznik latających robotów, to znajdują one rosnące zastosowanie w innych dziedzinach. Przykładowo, straż graniczna za jedne 100 milionów zakupiła właśnie cztery drony mające chronić nasze wschodnie granice przed oczekiwanym wzmożeniem ruchu pieszego Afryka-Bieszczady. Drony to zresztą najlepszy przyjaciel różnych służb do podpatrywania i inwigilacji i może niedługo przyjdzie nam czekać na droniątka zapuszczające żurawia do naszych okien.

Całe szczęście wzorem atomistyki, dronistyka znajduje wiele pokojowych zastosowań, z których, jakże inaczej, płyną szanse, ale i zagrożenia. Globalna księgarnia przymierza się do rozsyłania przesyłek automatycznymi posłańcami, podobnie jak znany producent pizzy, choć pozostaje niejasne czy duża Capriciosa plus dron wleci do nas oknem, czy drzwiami wejściowymi. Tradycyjnie, wszystko planuje połknąć wielka przeglądarka, której planowana dronia sieć ma umożliwić dostęp do jeszcze niezgooglowanych prowincji.

Mówi się o rewolucji w mediach i reklamie, nie mówiąc o trzymaniu drona na własne potrzeby, żeby sobie polatać gdzie można i nie można. Czego przykładem były nieautoryzowane, a jakże niebezpieczne loty trutni nad Okęciem.

Drony są idealnym narzędziem do zbierania informacji dla biznesu. W budownictwie pozwalają tworzyć mapy 3D obszarów i konstrukcji, docierać tam, gdzie człowiekowi byłoby niebezpiecznie. Tu jawią się świetne zastosowania dla biznesu ubezpieczeniowego przy szacowaniu mienia, później monitorowaniu jego stanu i likwidacji szkód. „Tam sięgaj gdzie wzrok nie sięga” pisał poeta i możliwości, jakie przynoszą drony stanowią kolejne potwierdzenie proroczego geniuszu wieszcza, być może niedostrzegane przez zakuwających, mamy nadzieję na całego, maturzystów.

Latające trutnie, jak to w dzisiejszym świecie bywa, gdzie coraz więcej ryzyk jest „man-made” są źródłem wielu nowych ryzyk, tych dobrze znanych jak i nowych, dronowych. Regulatorzy nie nadążają w gwałtownie rozwijającym się „temacie”, przy czym na samej górze dronami zarządza konwencja chicagowska o lotnictwie cywilnym. Eksperci o dziwo wskazują przy okazji, że rodzime regulacje w zakresie ruchu trutniowego należą do najmniej restrykcyjnych.

Ubezpieczenie dronów staje się bardzo smakowitym kąskiem dla ubezpieczycieli, ale póki co underwriterzy wskazują najpierw na polisy oferowane w ruchu lotniczym: aerocasco i OC od różnych zdarzeń, które może wygenerować operator drona. Inna sprawa, że ryzyko jest mało zapoznane i wciąż trudne do szacowania, stąd bardziej zaawansowane polisy są drogie i wymagają szczegółowych negocjacji. Od razu też widać, jakie mogą tu być potencjalne ekspozycje cywilne i nawet karne, o czym zapewne przekonają się wkrótce liczni domorośli piloci pilotujący maszyny zakupione w marketach za rogiem.

Ponieważ mamy okres okołoświąteczny nie powinno nas również zdziwić, jeżeli i paczki pod choinkę zaczną do nas przylatywać przenoszone przez ucharakteryzowany na Rudolfa Czerwononosego dron. W końcu Mikołaj zawsze szedł z duchem czasu, o czym może świadczyć jego oferta mailingowa przygotowana w konsorcjum poczty rodzimej i biegunowej. Odbierając paczkę od wlatującego przez komin trutnia przyjdzie nam jedynie pozostawać w wierze, że za sterami pod drugiej stronie wciąż pozostaje rubaszny Mikołaj wraz z gnomią ekipą, a nie dajmy na to, operatorzy CIA. Wesołych Świąt!

 

Migracjo-transformacja ryzykonomiczna

0
migracjo

migracjo…

Drodzy Czytelniczki i Czytelnicy!

W najbliższych dniach i tygodniach Wasz blog o zarządzaniu ryzykiem będzie przechodził gruntowne zmiany związane z przejściem na inną platformę i w ogóle. Redakcja Ryzykonomii uprasza uprzejmie o cierpliwość i pozostanie oddanym ideji powszechnej Ryzykonomii, ucieleśnianej w naszym blogu o zarządzaniu ryzykiem.

Bo wszystko to – mówiąc językiem naszych ukochanych posłów – dla Was robimy, Kochani Czytelnicy! Postaramy się zarządzić tym ryzykiem – jak najlepiej… 

migracjo migracjo migracjo

Prekariat, nowa ryzykowna klasa

0
prekariat

Koncepcja “prekariatu” już kilka razy “obiła” nam się po uszach, a jakiś czas temu wracając autostradowo od klienta wysłuchaliśmy z uwagą z Internetu wywiad z autorem głośnej książki “Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” (i kilku jeszcze tego samego autora “w temacie”) brytyjskim profesorem Guy-em Standingiem.

Przy okazji wspomnę, wywiad prawie godzinny był z zagranicznego radia, u nas analiz i dyskusji na tak wysokim pod względem kultury i przygotowania rozmówców i prowadzących prawie się już nie robi, przykre to, skądinąd przejaw prekariatyzacji i złachania (analiza moja) naszych rodzimych mediów.

Książki tu szczegółówo nie będziemy póki co omawiać, a raczej zachęcamy do jej przeczytania (sami jesteśmy w trakcie) bo to niezwykle ciekawa koncepcja analizy współczesnego świata, w tym świata pracy. A to przecież bardzo ważne dla wszystkich zarządzających swoim i cudzym ryzykiem. Co za tym idzie pełno jest wskazań ryzyk, które się pojawiają dla organizacji, zarządzających, klasy politycznej (co prawda nie wiadomo co to, za bardzo), korporacji i oczywiście nas, pracowników i przedsiębiorców. Nie musimy zaś przekonywać nikogo, że każda firma, mała i wielkie korpo stawia swoich pracowników na pierwszym miejscu, bo to przecież “nasze najwyższe dobro” (koniec cytatu).

Prekariusze to ludzie nowej, globalnej ekonomii, młodzi choć nie jest to coraz częściej reguła, wykonujący coraz to nowe i często słabo zdefiniowane (nawet jeżeli fikuśnie nazywane) zawody, choć pozbawieni identyfikacji zawodowej i płynących z tego korzyści (nie tylko finansowych), niepewni ciągłości zatrudnienia, swojej przyszłości, dochodów. To ci wykonujący prace part-time, zatrudniani nieraz za darmo (ciekawy oksymoron prawda?), zmuszeni do nieustannego poszukiwania pracy i nowych źródeł dochodów, szkolenia się i zdobywania nowych umiejętności bez obietnicy ich wykorzystania, pracujący “na okrągło” ale nie traktowani jako szczęśliwi pełno-etatowcy.
I jeszcze więcej, bo nie streszczamy tu książki “Prekariat” , ale piszemy na gorąco: to wszystko według autora książki budzi niepewność jutra, ryzyko, wyalienowanie, strach i gniew, które eksplodują coraz częściej i mogą poprowadzić całe społeczeństwa w nieznane (albo już przećwiczone w przyszłości) kierunki.

Nie czyta się tej książki ze specjalnym optymizmem, ale to w końcu w zarządzaniu ryzykiem nic nowego i nie sposób się nie zgodzić z wieloma niezwykle celnymi obserwacjami tym bardziej, że widać je doskonale w okienku tableta czy smartfona. (Skądinąd jednych z nieodłącznych narzędzi neo – prekariuszy bo, to jak pamiętamy ze szkoły prekariat to pojęcie “wyciągnięte” z historii ).
Inna, już bardziej dyskusja sprawa to winni wskazywani przez autora, czyli tradycyjnie kapitalizm i uwaga, tak, znowu Oni straszni neo-liberałowie, śmiać się w sumie chce, bo taki mamy dziś neoliberalizm i wolny rynek jak śpiewająca kobyła na ruchomych schodach.

Jak wspominaliśmy “Prekariat” to analiza naszym zdaniem bardzo ciekawa, bo coś się w świecie globalnym “dzieje” i ślepotą jest jeżeli menadżerowie czy politycy tego nie dostrzegają, wystarczy spojrzeć na portale profesjonalistów, gdzie króluje jakaś dziwna atmosfera “debeścizmu”, “wszystko-możyzmu”, “hurraoptymizmu”, de-humanistycznego odlotu empatii i zwykłych ludzkich uczuć skrywanych pod zawsze uśmiechniętymi jasnymi obliczami ludzi gotowych na wszystko, z każdym i o każdej porze.

A choćby z własnych obserwacji, a trochę już obserwujemy, że to de-beściarskie nastawienie wcale nie służy efektywności czy innowacyjności, a nawet zaryzykujemy tezę niejednokrotnie ma odwrotny skutek, o zarządzaniu ryzykiem nie wspominając. Wystarczy tu wspomnieć klasyczne menadżerskie syndromy: Evertything-Goes-According-to-Plan, Not in My Term of Office, etc. etc….czyli typowe oznaki (braku) zarzadzania ryzykiem.

Jak miliony razy pisaliśmy na Ryzykonomii udawanie, że ryzyka “nie ma” jest też rodzajem zarządzania ryzykiem, choć skazującym nas na porażkę i co światlejszym menadżerom, HR-owcom, politykom do sztambucha to lekturę wkładamy.

Po wojskowemu

0
wojsko

Ryzyko i zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię i niejedną postać i z zasady dość niechętnie się o nim w naszym sympatycznym i pozytywnie nastawionym świecie mówi. Ale jest i taki obszar ryzyka, o którym mówi się szczególnie niechętnie. A przecież Wojna, Wojsko i wszystko, co jest z nią związane, to ryzyko stare jak świat i na nic się zdały majaczenia o „końcu historii”. A świat jaki mamy okazję właśnie obserwować, jest taki sam jak zawsze, z konfiktami militarnymi i wojnami. Pewnie zresztą i niejeden menadżer rozumie swoją biznesową misję jako wojnę bo, o czym innym świadczyć może nieustająca i skądinąd intrygująca popularność „Sztuki wojny” Sun Tzu, którą to pozycję znajdziemy chyba w każdej księgarni na półeczce „Biznes i zarządzanie”.

Oczywiście już pierwszy rzut oka potwierdza, że związki nieposkromionej wojennej aktywności ludzkości z ryzykiem są rozliczne i niezwykle istotne. I nie można powiedzieć, żeby nie dostrzegano tego przykrego faktu w ogóle, bo choćby w ostatnim raporcie World Economic Forum „Global Risk 2015” to właśnie „konflikt państwowy” jest wymieniony jako no. 1 ryzyko 2015 w wymiarze prawdopodobieństwa, a no. 4 w skali oddziaływania i założyć się można, że o ile ocena pozostałych analizowanych globalnych ryzyk wzbudziła liczne dyskusje, to w tym przypadku panowała zgoda, zagrożenie jest i to rosnące, chyba największe od lat wielu.

„Żyjemy w społeczeństwie ryzyka” to paradygmat funkcjonowania współczesnych społeczeństw i gospodarek, a ryzyka związane z wojną istnieją i powinny być zarządzane. I choć nie starczy miejsca w tym tekście, to zadeklarować trzeba, że w myśleniu sił sprawczych tego świata o konflikcie zbrojnym, jego przyczynach, wymiarach i skutkach niezwykle znaczenie nabrało od jakiegoś już czasu podejście identyczne do biznesowego zarządzania ryzykiem (i vice versa). Polityczni stratedzy, doradcze think-tanki wykorzystują koncepcje, aparat pojęciowy i techniki postępowania jednoznacznie kojarzone z zarządzaniem ryzykiem.

O identyfikacji ryzyk, ocenie prawdopodobieństwa i skutków, postępowaniu z ryzykiem możemy wyczytać w opracowaniach ministerstw obrony Stanów Zjednoczonych, NATO i zapewne Rosji i Chin (gdybyśmy tylko mogli je przeczytać). To, jak zauważają znawcy przedmiotu wielka zmiana paradygmatu z myślenia o „bezpieczeństwie”, do myślenia o „zarządzaniu ryzykiem”. Zmiana choćby taka, że „bezpieczeństwo” jest definiowalne o wiele łatwiej niż „ryzyko”, które ma wiele wymiarów (politycznych, gospodarczych, społecznych) i bywa bardzo trudne do mierzenia, a metody zarządzania ryzykiem, także militarnym, mogą być w dzisiejszym skomplikowanym i globalnym świecie różnorakie. I u nas, jeżeli dobrze poszukać, w oficjalnych dokumentach coś z tego myślenia „o ryzyku” przebija się do myślenia najwyższych Czynników. Niestety, wciąż więcej można usłyszeć o bezpieczeństwie niż o ryzyku. I szczerze mówiąc, wolelibyśmy poziomu tych opracowań nie oceniać; dość dodać, że jeszcze niedawno duży taki raport „o bezpieczeństwie” z imponującą listą autorów (nas tam nie było) deklarował, że żadne ryzyko wojenne w dającej się przewidzieć przyszłości nam nie grozi.

Oczywiście zarządzanie ryzykiem ma różne inne, bardziej przyziemne, „techniczne” i nawet ubezpieczeniowe wojskowe konotacje. Choćby takie, że wojsko to olbrzymi kawałek każdego państwowego budżetu. Raz mniejszy, teraz większy, gigantyczne środki finansowe, projekty i procesy narażone na wszystkie możliwe do wyobrażenia ryzyka biznesowe. Dostrzeżono to już dawno w armii USA gdzie istnieją szczegółowe i rozbudowane regulacje dotyczące zarządzania ryzykiem w wojsku (np. CRM, Composite Risk Management), a w tym oczywiście w obszarze zakupów i zaopatrzenia, zarządzania personelem, prowadzenia projektów itd. Dość powiedzieć, że najnowsze programy zakupu  nowoczesnego uzbrojenia nawet w Polsce idą w dziesiątki miliardów złotych, więc chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że nie ma tu ryzyk do zarządzania.
Podobne procedury zarządzania ryzykiem  można znaleźć w całym NATO. Nasze wojsko ma mocą ustawy tak zwaną Kontrolę Zarządczą, dość oryginalny twór nawiązujący do amerykańskiej internal control (kontroli wewnętrznej) i standardów COSO, znanych skądinąd doskonale w sektorze ubezpieczeniowym. A w ramach kontroli zarządczej także zarządzania ryzykiem. Jak to wszystko w naszym wojsku działa, to temat na odrębny referat, do dyskusji przy wojskowej mocnej herbacie, na poligonie, przy ognisku…

A wracając jeszcze do armii amerykańskiej i tamtejszych procedur zarządzania ryzykiem, to myliłby się ten kto myśli, że pod gwiaździstym sztandarem wojsko rusza dzisiaj na wroga z tradycyjnym „uraaa…” z piersi, bez solidnej analizy ryzyka, oceny prawdopodobieństwa i kosztów – korzyści. Nawet przy planowaniu operacja wojskowych US Army stosuje się proste, ale pożyteczne techniki zarządzania ryzykiem, choć oczywiście, uspokajamy, w polu już się żadnych „kwitów” z mapą ryzyka nie wypełnia; planowanie jest królem zarządzania ryzykiem.

Wracając na rodzime podwórko i dla ubezpieczeniowców wojskowy kawałek tortu się znajdzie, choć oczywiści tematyka wojenna, to klasyczne wyłączenie odpowiedzialności ubezpieczyciela (są oczywiście wyjątki, jak ubezpieczenia na życie w Afganistanie czy Iraku). Ale też i majątek wojskowy przy pokoju to olbrzymie mienie do ubezpieczenia, polisy OC, komunikacyjne.
Jest jeszcze jedna, zdaje się istotna paralela między ubezpieczeniami i zarządzaniem ryzykiem a’la wojsko. „Trzeba było się ubezpieczać”, ta prosta ubezpieczeniowa prawda i tu, i tu wciąż niezbyt chętnie przejmowana jest u nas do wiadomości.

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa “podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)

Mor Świnka

0
morświn

Zupełnie niedawno jedna z organizacji pro-ekologicznych przeprowadziła ogólnopolski sondaż dotyczący morświna. Na zasadnicze pytanie „co to jest morświn”, ponad połowa ankietowanych rodaków zaznaczyła „nie wiem”, a były i podobno nieodosobnione odpowiedzi identyfikujące tajemniczego morświna jako rodzaj morskiej świnki. A tymczasem przecież każdy wie, że morświn to… No właśnie, żeby nie stresować Czytelnika oczywistymi odpowiedziami, „definicję” naszego bohatera zamieszczamy na końcu. A ten felieton, jak już pewnie każdy się domyślił, dotyczy największego z wszystkich możliwych źródeł ryzyka: ignorancji.

Oczywiście, zjawisko ignorancji ma również nieodłączny związek z jeszcze bardziej ryzykotwórczym czynnikiem, którą jest głupotą; szczególnie, że jak zauważył Albert Einstein są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota. Przecież jednak nie trzeba być wcale głupcem, żeby wykazywać się ignorancją, brakiem wiedzy, bo w dzisiejszym złożonym świecie jest zbyt wiele rzeczy, o których nie wiemy (jak i takich, o których wiemy, ale wolelibyśmy szybko zapomnieć).

Mogłoby się wydawać, że w świecie internetowej sieci ignorancja powinna być w odwrocie. Przecież mamy dziecinnie łatwy i praktycznie nieograniczony dostęp do wiedzy na dowolny temat. Nic, tylko klikać i „informować się”. Niestety wiele wskazuje na to, że świat Big Data jest również światem Wielkiej Ignorancji. I tak, na popularnym na świecie portalu „głoszenia wartościowych idei” TED (polecam, także po polsku) karierę robi przemówienie Hansa Roslinga, szwedzkiego socjologa, który zirytowany wszechobecnymi stereotypami postanowił sprawdzić, jak to naprawdę jest z wiedzą dzisiejszych ludzi o świecie. Jednym z takich „klasycznych” stereotypów odczuwanym przecież również przez Polaków, jest wkładanie o jednej szufladki krajów „rozwijających się”. Brazylii,
Tajlandii, Polski, Afganistanu, Mozambiku itd. Jakie są różnice w stopniu rozwoju (i nie tylko) nie trzeba Czytelnikowi wyjaśniać, choć też należy przyznać, że przyjeżdżający do polski „expaci” już nie zabierają ze sobą przysłowiowych futer i pułapek na białe niedźwiedzie. No więc prof. Rosling zadał szereg pytań ankietowanym na różnych kontynentach i odkrył, że poziom wiedzy o realnym „stanie świata” jest bardzo, bardzo niski. Pytając na przykład o dostępność szczepień odkrył on, że większość Szwedów uważa, że kraje Afryki są w rozumieniu zwykłego Szweda o wiele bardziej zacofane niż w rzeczywistości. Żeby dodać dramatyzmu temu badaniu, szwedzki badacz zadał te same pytania „grupie kontrolnej” z tym, że złożonej z …szympansów. O wstydzie okazało się, że odpowiedzi szympansów były nawet o połowę częściej trafne niż odpowiedzi ich ludzkich konkurentów.

Nawiasem mówiąc podobny „podmiotowo” test przeprowadzili jakiś czas temu naukowcy z Cass Business School zasponsorowani przez AoN Hewitt. Zbudowali oni „kontrolny” portfel inwestycyjny, w którym czynnikiem wyboru walorów były zmiany kapitalizacji 1000 spółek giełdowych z USA w latach 1968-2011. Ich referencyjną „małpą” stał się program komputerowy, który do swego małpiego portfela dobierał walory przez losowanie. Żeby nie być posądzonym o przypadkowość wyników, działania te powtórzono 10 milionów razy, dla każdego z 43 badanych lat. I cóż…Okazało się o zgrozo, że prawie w każdym (!) przypadku „małpi” menadżer inwestycyjny poradził sobie lepiej niż hipotetyczny analityk kalkulujący indeksy giełdowej kapitalizacji. Póki co jednak prosimy, nie mówcie o tym głośno, bo przecież z giełdowym analitykiem można pójść na kulturalny lunch i pogadać o pogodzie, jest to jednak kolejny przykład na to, że gromadzenie i przetwarzanie coraz ogromniejszej wiedzy, mitycznej Big Data, niekoniecznie przybliży nas do poznania prawdy. I dotyczy to najwyraźniej tak samo „ogólnej” wiedzy o świecie jak i świata finansów w szczególności.

Oczywiście i w pierwszym i w drugim z przetoczonych przykładów ignorancji (a jest ich zacznie więcej) przyczyn napięcia między wiedzą prawdziwą, a wiedzą domniemaną można doszukiwać się gdzie indziej. Wspólne dla obu przypadków jest na pewno fałszywe założenie, przesąd, przekonanie, że wiemy więcej niż w rzeczywistości. Podobnie jak Amerykanin sądzi, że Polak to taki Rosjanin, my oceniamy naszego partnera biznesowego na podstawie zupełnie fałszywych przesłanek i przesądów. Analityk finansowy buduje swój portfel inwestycyjny wykorzystujący modele zakładające regularne, możliwe do przewidzenia zachowanie się rynków, podczas gdy jest dostatecznie wiele dowodów na to, że „grube ogony” rozkładów prawdopodobieństwa, są o wiele grubsze niż zakładają to modele. A jakby co, to wszystkie „modele ryzyka” idą w rozsypkę. Oczywiście modele naszej wiedzy o świecie bywają pożyteczne choć nie są idealne i w zasadzie to wiemy, ale dla wygody i z czystego lenistwa zakładamy, że są prawdziwe.

A jaki związek ma ignorancja z zarządzaniem ryzykiem? Oczywisty i bardzo prosty, bo jednym z kluczowych elementów zarządzania ryzykiem jest identyfikacja ryzyka. Bez właściwej, prawdziwej informacji o szansach i zagrożeniach żadna decyzja menadżera nie będzie trafna. Co więcej i zawsze najgorzej, prawdziwe ryzyko pozostanie niezidentyfikowane i zamieni się , choć wcale by nie musiało, w przysłowiowego biznesowego „czarnego łabędzia”.

Morświn – gatunek walenia spokrewniony z delfinami. Żyje samotnie lub w małych grupach na półkuli północnej. W polskiej części Bałtyku w 1994 przebywało do 600 osobników, jednak populacja tego gatunku gwałtownie maleje. W 2014 populację morświnów żyjących w Morzu Bałtyckim oszacowano na 447 osobników.

Profesora Dariusza Filara “Jeszcze jedna podróż Guliwera”

2
Profesora Dariusza Filara

Profesora Dariusza Filara kolejna książka….
Zawsze uważaliśmy, ale w sumie nie jest to zupełnie odkrywcze, że człowiek wykształcony i nawet tak średnio inteligenty jak Wasza Redakcja, który ma ambicje wychodzące poza „tłuczenie kasy” powinien czymś więcej niż tylko „kasą” się interesować. Ot, choćby Czytaniem. Z tym jak właśnie donosiły media jest u nas bardzo źle, tragicznie o zgrozo, znowu jesteśmy na szarym końcu, choć jakoby w tym roku spadek czytelnictwa została zahamowany, ale przecież i w dno można pukać od spodu…

Wróć!  (jak mawiał znajomy sierżant na musztrze).
Mamy szczerą wiarę (o naiwny!), że wykształcenie i przy „tłuczeniu” kasy się przydaje a przynajmniej, jeżeli chce się stworzyć społeczeństwo mądre i nowoczesne, a nie przaśne, oparte na darciu mordy i nieposkromionej frustracji. No, sami sporo kiedyś czytaliśmy zanim nas nie dopadła mamona, zarządzanie ryzykiem i bogactwo… (Wróć!)

No dość tej FILOZOFII i po tym wstępie tajemniczym być może dla P.T. Czytelników (bloga o zarządzaniu ryzykiem przecież) z radością donoszę, że zupełnie niedawno korzystając z zaproszenia naszych przyjaciół, biegłych rewidentów z firmy audytorów finansowych „ESO Audit” (link) znanej w coraz szerszych kręgach nie tylko z najwyższego finansowego profesjonalizmu , ale i niestrudzonej animacji środowiska biznesowego, wzięliśmy udział w…..

….spotkaniu z autorem nowo wydanego zbioru opowiadań science-fiction, profesorem Dariuszem Filarem. Ekonomista to w kraju znany, często goszczący w mediach, ceniony dla jasności przekazu i rozważnych wypowiedzi, wcześniej Członek Rady Polityki Pieniężnej, ekonomiczny autorytet z uwagą słuchany przez biznes, wykładowca nieopuszczany przez studentów, etcetera.

Mało kto wie natomiast, no a może nie tak mało, że Dariusz Filar w młodości był wziętym autorem
opowiadań science – fiction, wysoko ocenianych przez krytykę i wydawanych, choć inne to były czasy w kilkudzisięciotysięcznych nakładach. My zresztą dwie książki s-f z opowiadaniami na spotkanie z Autorem przynieśliśmy i zaprezentowaliśmy, dobre ponad 30 lat temu jak z rozrzewnieniem wyliczyliśmy, książki te zdobyliśmy z niemałym trudem…

No więc spotkanie było poświęcone tej mało znanej pasji znanego ekonomisty, była i ciekawa rozmowa z Autorem i czytanie fragmentów na nowo wydanego  wyboru wcześniejszych opowiadań Profesora Dariusza Filara pt.”Jeszcze jedna podróż Guliwera”  i pytania od publiczności (no gadatliwi jesteśmy, zgadłeś Czytelniku), wśród której nie zabrakło ludzi biznesu, dyrektorów finansowych i kilku wiceprezesów też widzieliśmy.

Można? Można! Mariaż biznesu i kultury nie jest żadnym odkryciem (no i tu dodatkowo w wydaniu znanego ekonomisty podwójny) i tak sobie myślimy gdyby u nas (także) różni prezesi i dyrektorzy więcej czytali może ten nasz biznes byłby bardziej ludzki, przyjemniejszy i także z punktu biznesowego lepszy. Naiwność…? Nie, bo kultura łagodzi obyczaje!

A dla zilustrowania, korzystając z uprzejmości organizatora załączamy kilka zdjęć w formie fotorelacji z tego godnego naśladowania wydarzenia….

ps. Link dla zainteresowanych przeczytaniem książki Profesora Dariusza Filara znajdzie Czytelnik tutaj (link)

 

Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 Profesora Dariusza Filara, Profesora Dariusza Filara…

Jak pobiliśmy Briana Tracy

2
Briana Tracy

Reklama dźwignią handlu jest i my tak uważamy, chętnie byśmy zarządzania ryzykiem, ryzykonomię wszystkim zareklamowali, bo już sam początek roku pokazuje, że dramatycznie nam jej brakuje…Wystarczy wspomnieć niegasnące i coraz to nowe ryzyka polityczne, na które jak widać słusznie już w ubiegłym roku zwracaliśmy uwagę. Czy o nowej dramatycznej odsłonie terroryzmu, która nam się objawiłą w Europie, coś nam to pachnie długotrwałą walką cywilizacji, o której zresztą już wcześniej poza polityczną poprawnością mówiono. Żaden czarny łabędź, ale do tematu powrócimy na pewno jeszcze.

Dalej idzie pierwszo-stronnicowa bańka kredytów hipotecznych, temat też do zaadresowania wkrótce, bo na pewno różne wpływy na gospodarkę tu będą. Zauważamy też złośliwie że ci sami, co wcześniej przyrzekali, że nie będzie „wyżej” teraz zaklinają się, że zaraz będzie „ niżej”. Także z pewną czarną satysfakcją odnotowujemy, że jeszcze w 2012 proponując wciąż niepodchwyconą przez Czynniki inicjatywę narodowej Mapy Ryzyka (2012) wskazywaliśmy na ryzyko związane z kredytami hipotecznymi, i nikt nas wtedy nie słuchał, mane, tekel , fares…

Ale też i od razu pocieszamy Wiernych Ryzykonomii P.T. Czytelników, że nasze kolejne „doroczne”
Mapy Ryzyka publikujemy dalej i… właśnie na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej ukazała się kolejna. Niedługo na blogu, szukajacie nas też na LinkedIn i Twitterze. 

No, pisać nie przestajemy, właśnie starujemy z nowym Dużym Projektem wydawniczym (póki co powiemy tajemnicz). Ponadto (ponadto!) już zaliczyliśmy nowe risk manadżmentowe eventy, jak ten na GPW organizowany nomen-omen przez Szwajcarów, a dotyczący kwestii Ładu Korporacyjnego w tym oczywiście zarządzania ryzykiem, relacja wkrótce.

Wracając dyskretnie do tematów marketingowych i frapującej być może Czytelnika obecności na łamach Pana Briana Tracy, to jak ostatnio z radością rzuciło nam się w oczy nasz książkowy, e-bookowy bestseller jeszcze wczoraj w rankingu księgarni internetowe empik.com w kategorii „Ekonomia” zajmował I miejsce. Tak się bije Briana Tracy !!!

Briana Tracy
Kliknij się do księgarni !

Do zobaczenia w kolejnych odsłonach Ryzykonomii, za chwilę…..

Ps. Jeszcze mały „wtręt” marketingowy już nie a propos Briana Tracy: zarejestrowaliśmy się w konkursie Blog Roku 2014 (kategoria „Profesjonalne i firmowe”) oraz “Tekst Roku 2014”. 
Już wkrótce, od 2 lutego,  staniemy do nierównej walki na SMS (jeszcze nie wysyłajcie) z doradcami podatkowymi, prawnikami, developerami i fotografami. I to nie dla sławy, nagród, czy podziwu w oczach Wielbicieli/ek, o nie ….

Rudolf Czerwononosy Ryzykant

0
Ryzykant

Ponieważ z prostej kalkulacji wychodziło Waszej Redakcji, że tekst ten powinien ukazać się w okolicy Świąt, stąd i myśl twórcza, żeby temat był i świąteczny, ale i w duchu tej rubryczki ryzykonomiczny. Tu zasępił się autor, bo już wcześniej brał Świętego Mikołaja „na tapetę” analizy ryzyka i powiedzieć trzeba, że prasa branżowa już tradycyjnie pełna jest pseudo biznesowych analiz Świętego z Laponii, w tym oceny jego wyimaginowanych ryzyk, to już nie jest nawet w przenośni dowcip z brodą. Ale nie wszystko jeszcze stracone, nie smuć się Czytelniku! Jest jeszcze nadzieja! Jest Rudolf Czerwononosy Renifer!

Ryzykant !

W tej nie ukrywajmy drugoplanowej, choć jakże ważnej świątecznej postaci, jak w soczewce ogniskują się szanse i zagrożenia, a więc i ryzyka związane z pożądanym przebiegiem  najważniejszego dla wierzących i sieci sprzedaży czasu. Analiza przypadku Rudolfa Czerwononosego jest nawet większym wyzwaniem, niż wspomniane już ograne case study Mikołaja, o Dziadku Mrozie, znajdującego się pod nieustannie śledzoną przez analityków presją rynków walutowych i energetycznych nie mówiąc. Nie wspominamy także nawet, żeby nie narazić się feministkom, o mało jednak u nas znanej włoskiej wiedźmie Befanie, podobnie jak o holenderskim Sinterklassie, który z kolei mógłby skojarzyć się zabieganym rodzicom z zamkniętymi na cztery spusty w święta klasami.

W ogóle nie powinno nikogo dziwić, że w czasach „szybkiej informacji” wokół świątecznych postaci pojawiają się mniej lub bardziej ryzykowne skojarzenia choćby takie, że renifer to przecież zwierzę, więc czy nie powinniśmy go chronić? Czy on, aby na pewno ze swojej zaprzęgowej roli jest zadowolony? Gdzie tu miejsce na prawa pracownicze, czy to nie szeroko oprotestowana praca w Wigilię, czy może zupełnie nieuregulowany wolontariat?
Choćby brytyjscy obrońcy praw zwierząt z organizacji PETA właśnie głośno wołają, że problem pobratymców Rudolfa jest w święta lekceważony i oprotestowują wykorzystywanie żywych reniferów w brytyjskich galeriach handlowych. W odpowiedzi organizatorzy tych wątpliwie świątecznych eventów, w tym organizacja hodowców, która dostarcza niewolników-pracowników bronią się przed protestami….prosząc na Facebooku o nie-udostępnianie statusu obecnej lokalizacji wystawowych reniferów. Oczywiście, aby uniknąć protestów ekologów, dziwaczna trzeba to przyznać i jakże nieskuteczne PR-owa strategia..

Sprawa Rudolfów wykorzystywanych w handlu detalicznym i ryzyka z tym związane wcale nie są takie znowu błahe, jeżeli jeszcze dodać, że renifery nie tylko w święta pokazujemy, ale także ze smakiem konsumujemy! Tu kolejne case study znanej w całej Europie sieci zbierania naklejek na noże, której zarzucono w ubiegłym roku wspieranie „zjadania Rudolfa” przez rzucenie na świąteczne półki mrożonego mięsa reniferów. Zdaje się, że żadnym dramatycznym produkt recallem się to nie skończyło, bo podobno Rudolf Ryzykant jest dość delikatny i dobry w sosie, ale kto wie, co z marketingiem tego dania dalej będzie, bo przecież ruchy obrońców praw zwierząt rosną w siłę…i dobrze!. Bo jeżeli, jak każdy dorzeczny człowiek rozumiemy, że zwierzęta mówią prawdę w Wigilię to, co by nam mógł powiedzieć taki smażony Rudolf Renifer?

Skoro już zapędziliśmy się w ekologiczne rejony, to jeszcze ważny apel: nigdy nie kupujcie zwierząt (na święta) w prezencie! Pies, kot, świnka czy chomik to nie zabawka, choć zabawek po świętach do lasu przynajmniej się nie wyrzuca, a zwierzęta tysiącami tradycyjnie, jak pokazują statystyki, owszem. Biznes pseudo hodowlany też świetnie się kręci, zróbcie mu na Święta porządne ryzyko, solidny business interruption! Rudolf Ryzykant mówi: proszę!

Wracając do głównego nurtu naszej analizy, jak wspomniano w tezie artykułu, postać Rudolfa Nosoświecącego może być ważnym punktem odniesienie do szeroko rozumianej ryzykonomii, która przecież nie koncentruje się tylko na zagrożeniach. Dla utrwalenie zacytujmy standard ISO 31000: „zarządzanie ryzykiem to sposób na osiąganie celów reniferów (ups) organizacji”.

Skoro o osiąganiu celów, tej istocie pracy menadżera mowa, to jak na dłoni widać, że ścieżka kariery Rudolfa doskonale pokazuje typowe wzloty i upadki dzisiejszego sprzedażowca, lidera, kierownika zespołu. Weźmy wczesne „zahamowania” naszego bohatera, wyrażane w klasycznych wątpliwościach i niedocenianiu własnych przewag. „Jestem niedostatecznie dobry, moja specyfika (ten nos!) nie pasuje do team-u Mikołaja i jest niemile widziana w zaprzęgu”. „Nie dam rady!”
Rudolf jednak pod grubą reniferzą skórą czuje, ze posiada ukryte talenty, możliwości, które pomimo chwil zwątpienia, przysłowiowo „lewaruje” nieustannym treningiem. Choć na tym etapie kariery nie stać go jeszcze na popularny dzisiaj coaching, nie słucha Briana Tracy i nie buduje swojej marki w grupie logistyka na LinkedIn, podświadomie czuje że to, co jest powszechnie postrzegane, jako jego słaby punkt, jest tym co jednocześnie wyróżnia go na rynku. To właśnie wyśmiewany Czerwony Nos w odpowiedniej chwili ma stać się jednym z najważniejszych „brandów” wyróżniających nadchodzące rozdawanie prezentów.
Kiedy więc przychodzi chwila próby odważnie podejmuje ryzyko i …. osiąga sukces! No, risk, no fun! Kto nie ryzykuje, ten nie przewodzi! Czas na innowacje w zaprzęgu! Każdy musi przyznać, że trudno o bardziej motywującą, zrozumiałą dla każdego menadżera historię. Ho-ho-ho woła Rudolf Ryzykant !

Dla zarządzania ryzykiem pożytki z …

Dla zarządzania ryzykiem

Zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię….a Naczelny Bloga Ryzykonomia się ostatnio podfascynował Rogerem Scrutonem i popełnił w referencji tekst do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej nt. „Pożytki z pesymizmu”, sam tytułu nie wymyślił, gdzie wypisał fundamentalne, acz skromnym zdaniem niektórych członków Kolegium Redakcyjnego mocno dyskusyjne “myśli”…

…A zaczyna Nasz Naczelny tak…

Otóż Scruton, znany zresztą filozof, pisarz i kompozytor (wow) z Londynu w swej książce dowodzi, że źródłem największych nieszczęść i katastrof w europejskiej historii była nieokiełznana wiara, że wszystko zmierza ku lepszemu, że należy być niepoprawnym optymistą, bo świat się zmienia na lepsze, a jakby co, to „jakoś to będzie”.  Przykładów na popularność tej postawy z historii politycznej czy gospodarczej można wymieniać od ręki,  nawet bez Scrutona tysiące. Wierzyliśmy, że nie będzie wojny Pierwszej i Drugiej, że w Europie skończyła się Historia, i to jeszcze 3 miesiące temu. Wierzyliśmy, że nie będzie drugiego równie Wielkiego kryzysu, że rynki finansowe zmądrzały. Że rządy nie będą dalej się zadłużać, a obecne pokolenia zjadać zapasy następnym, co jest o tyle prawdziwe, że zostały one już chyba zjedzone.


Potem i już z grubej rury przymierza Naczelny bezlitośnie w Świętości…

Zresztą jedną z największych naszych narodowych „urban legend” jest to miliony razy powtarzane nieporozumienia jakoby „Polacy lubili narzekać” ergo byli urodzonymi pesymistami. Nic bardziej błędnego, niemającego żadnego uzasadnienia w naszej ani najstarszej, ani najbardziej współczesnej historii. Pokażcie mi drugi taki naród optymistów na świecie!

I nawet dodaje mały rys historyczno – ryzykonomiczny…

Setki razy w historii radośnie biegliśmy na cekaemy z gołymi rękami i wierzyliśmy w wiarołomnych sojuszników. Albo dzisiaj: większość spotkanych pełna jest skrywanego (ale jednak) optymizmu, że i z emeryturami jakoś to będzie, choć na żadnym nawet najprostszym kalkulatorze nie da się tego udowodnić, a demograficzne tsunami już szumi za oknem. Podobnie w wielu innych obszarach, i społecznych i gospodarczych, znowu można mnożyć tysiące przykładów. Czyż nie jest wyrazem najwyższego stopnia optymizmu niepopularność haseł o potrzebie ubezpieczania się? Będzie dobrze! Nie będzie powodzi, ani choroby, ani pożaru. Skończmy z tym narzekaniem. Optymiści w natarciu, po Euro zaróbmy na Olimpiadzie!

Stawia też dyskusyjną dla nas, Optymistów tezę …

Postawię wręcz tezę, że owo wytykanie rzekomego pesymizmu jest typowym „flekowaniem” i zamykaniem ust tym, którzy ośmielają się poddać w wątpliwość, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale, a wskazują, że trzeba wysilić wyobraźnię i coś zrobić z ryzykiem.

I zaraz w dość pokrętny sposób przeskakuje na sprawy biznesowe …

Schodząc na poziom poszczególnych biznesów, ważne to dla zarządzania ryzykiem, nieposkromiony optymizm to oczywiście także  światowy problem. Nie bez powodu w zarządzaniu ryzykiem mówi się o syndromie czarnowidza i prognozuje się krótkie życie posłańca złych wieści. Wystarczy spojrzeć na półki księgarni pęczniejących od wspomnień „człowieków sukcesu”, a pokażcie regał z opowieściami tych, którym się nie powiodło. A przecież to znany fakt empiryczny, do potwierdzenia ze zwykłym Rocznikiem Statystycznym, że tych, którym się nie powiodło  jest znacznie więcej.
Podobnie, każdy to łatwo zweryfikuje z doświadczenia biznesowego, menadżerowie są zwykle nastawieni na optymizm i sukces a mówienie, że coś się nie uda jest o wiele, wiele niżej (wy)cenione niż radosny optymizm. To zresztą klasyczna cecha ludzkiej natury udowodniona w badaniach z obszaru ekonomii behawioralnej i eksperymentalnej.

A potem, na dodatek wciąga w swoje majaczenia Matkę(Naturę)…

Oczywiście, może ktoś dramatycznie zauważyć, że bez optymizmu do niczego byśmy nie doszli, a żaden kraj, ani żadna firma by się nie rozwinęła. Owszem, ale nie zawsze i nie do końca. Poza tym jakąż strategię działania (inną niż optymistyczną) można przyjąć? Ale przecież spójrzmy, że Matka Natura, ta najdoskonalsza z organizacji wcale nie hołduje koncepcjom optymistycznych ekspansji, ale raczej realistycznego przetrwania i zrównoważonego rozwoju.
Przełóżmy to na obszar biznesu, znaczenie dla zarządzania ryzykiem. Co by było gdyby pionierzy śmieciowego kapitalizmu z Wall Street zamiast wymyślać nowe pola do zarabiania pieniędzy, mniej optymistycznie skoncentrowali się na dobrze znanym, choć może nie tak zyskownym biznesie. Co by było gdyby nasza firma nie wchodziła we wszystkie nowe obszary licząc na dodatkowe zyski. Czy ochrona wartości nie przynosi „na koniec dnia”, jakże często lepszych efektów niż chorobliwe szukanie sposobów na jej wzrost?

I jeszcze dokłada “redundancją” (?!)…

Albo, jeszcze inny przykład ilustrujący pożytki z pesymizmu dla zarządzania ryzykiem. Natura obdarzyła nas, gdzie tylko mogła naturalną redundancją, na wszelki wypadek. Mamy dwie nerki, dwoje płuc, i innych rzeczy po dwie, niektórzy nawet po dwie półkule mózgowe. A spróbujmy w firmie zaproponować zakup zapasowej maszyny, instalacji czy programu, dodatkowego szkolenia, albo nawet podwojenie ochrony ubezpieczeniowej. Ooooo! Po co komu taki wzrost kosztów! Będzie stało/leżało nie przynosząc żadnych korzyści. Siadł i wstydził

dla zarządzania ryzykiem 1
książki
Poznaj…

się czarnowidzu Kowalski/ Malinowska! (niepotrzebne skreślić)
Skoro o kluczowym temacie kosztów mowa, to powiedzmy sobie otwarcie, bez niepotrzebnego optymizmu, że zarządzanie ryzykiem jest wciąż postrzegane przez olbrzymią liczbę zarządów, a w każdym razie w Polsce jako modna, acz kosztowna fanaberia. Zbyt pesymistycznie? Proszę, służę statystykami. Co prawda, nie mniej niebezpieczny jest też optymizm, że rozbudowane modele dla zarządzania ryzykiem, wprowadzenie wzorów na obliczanie przyszłości zabezpiecza nas przed każdym ryzykiem, podczas gdy istocie kreuje zupełnie nowe i nie mniejsze zagrożenia.


A tak, nie z gruszki nie z pietruszki podsumowuje tę burzę w szklance wody…

Na zakończenie tej krótkiej i z założenia pesymistycznej opowieści jeszcze anegdota o pesymiście, optymiście i menadżerze ryzyka. Kim jest pesymista? To człowiek, który widzi szklankę w połowie pustą. Optymista widzi szklankę w połowie pełną. A menadżer ryzyka? Analizuje, czy w szklance są zarazki.

I widzicie, co nawypisywał w imieniu całej (sic) Redakcji Ryzykonomii? Kto go prosił, bo nie my wieczni Optymiści, menadrzeży ryzyka.

Nie uważacie, że to wszystko lekka przesada dla zarządzania ryzykiem?