prekariat
wojsko

Po wojskowemu

ryzyko pokemona

Ryzyko pokemona

Briana Tracy
dron

Dron Rudolf Czerwononosy

Varia

Strona główna Varia Strona 2

Mów nigdy nie

0
mów nigdy

Dopiero co za pośrednictwem naszego profilu na LinkedIn (zapraszamy Czytelników Ryzykonomii do kontaktu, będzie nam bardzo miło) otrzymaliśmy informację „techniczną” od jednego z naszych, jak myślimy stałych Czytelników (pozdrawiamy !).

Otóż Czytelnika nieznacznie (tak sobie mamy nadzieję) zirytowało okienko, które wyskakuje na otwieranych stronach naszego bloga z propozycją zapisu na nasz cotygodniowy, bezpłatny, jedyny taki w Polsce (poważnie) Newsletter.

No więc jest dobra wiadomość, jakby jej ktoś jeszcze nie znał. 

W wyskakującym okienku pop-upu znajdziecie Państwo na dole opcję „Never see this massage again”.  Wystarczy klinąć i…. okienko … zniknie mamy nadzieję na zawsze !!! I po kłopocie.

Mamy nadzieję, że aż tak bardzo naszych P.T. Czytelników jednak nie zirytują nasze małe kryptoreklamy, skromne przejawy  własnej czy zaprzyjażnionej autopromocji (zawsze wspieramy ciekawe inicjatywy, oczywiście niekonkurencyjne…) bo jak myślimy robimy to rzadko i bez intencji spamowania. mów nigdy

To samo zresztą dotyczy się opcji zasłaniania części niektórych tekstów z prośbą o bezpłatne odsłonienie przez udostępnieie nazych artykułów w sieci. O co zresztą zawsze i w każdym artykule upraszamy i jesteśmy wdzięczni.

Jak mamy nadzieję nasi Czytelnicy pamiętają, Ryzykonomia jest zupełnie za darmo a i wyszukiwanie informacji, pisanie wpisów kosztuje nas sporo czasu, pozostając w nadziei, że nasz blog jest wartościowym źródłem informacji i wiedzy o ryzyku i służy choć odrobinkę szerzeniu powzechnej Ryzykonomii.

Także klikajcie, odsłaniajcie, czytajcie. Pozdrawiamy ! Mów nigdy ale nie nigdy…  

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa „podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)

Ryzyko rakietowo sportowe

0
ryzyko rakietowo sportowe

Ryzyko rakietowo sportowe, bo…Ryzyko sportów rakietowych jest, jak się dowiadujemy wysokie i pozytywne…

Więc wybaczcie nam Drodzy Czytelnicy, że dziś nie będzie o standardach, strategiach i complajansach. Możecie zwalić na to, że Redakcja Ryzykonomii tęskni za popularnością lajfstylowych blogów ubraniowo-garmażeryjnych.  Ale raz, że zbliża się weekend a dwa, że słowo „ryzyko” pojawia nam się w innych kontekstach i stad pozwalamy sobie czasami zahaczyć ryzykonomię, szeroko. Nie tylko biznesowo, ale ogólnie, choćby lajfstalowo.

No więc rem, jak donosi nasz Departament Reserzcu senioralno-zdrowotnego, za „Rynkiem Seniora” aby zachować życie i zdrowie cenne dla was i waszych biznesów należy uprawiać sporty rakietowe. Nie jakieś biegi czy szarpanie złomu na siłce. Ale właśnie ping-pong czy badminton.

Jak się dowiadujemy w głosie seniora (tak, tak latka lecą) „w porównaniu z osobami, które nie uprawiały sportu, ryzyko zgonu u miłośników sportów rakietowych było mniejsze o 47 proc., wśród pływaków – o 28 proc., uczestników zajęć aerobiku – o 27 proc., a wśród cyklistów – o 15 proc.”

Cykliści są na końcu co ciekawe, no nam też wydaje się dość podejrzana kategoria… Wiadomo, ale z drugiej strony jak to w życiu, okazuje się, że wszystko jest w ryzykonomii na odwrót niż nam się by wydawało z początku. Tak to jest z paradygmatami, że się zmieniają. My w ogóle akurat w zarządzaniu paradygmatom nie chołdujemy. A jeżeli, to zadaniem menadżera, przede wszystkim ryzyka, jest kwestionowanie założeń. Oczywistych oczywistości i tym podobnych…paradygmatów.

Szerzej dodamy, że ryzyko w opiece zdrowotnej i w jej organizacji i to czysto medyczne to obiekt nieustannego zainteresowania ryzykonomii. Bo jak nic dotyczy nas wszystkich. I niezwykle jednak frapujące jest dla nas, że o ile „ryzyko” w medycynie odmienia się po tysiąckroć, to już w zarządzaniu medycyną tak jakby ono nie istniało, albo mialo zgoła marginalny charakter. Dziwne, czyż nie?

Tak, czy inaczej, młody czy stary….Za rakiety chwyć!
ryzyko rakietowo sportowe ryzyko rakietowo sportowe

 

Ryzyko rakietowo sportowe

Dla zarządzania ryzykiem pożytki z …

0
Dla zarządzania ryzykiem

Zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię….a Naczelny Bloga Ryzykonomia się ostatnio podfascynował Rogerem Scrutonem i popełnił w referencji tekst do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej nt. „Pożytki z pesymizmu”, sam tytułu nie wymyślił, gdzie wypisał fundamentalne, acz skromnym zdaniem niektórych członków Kolegium Redakcyjnego mocno dyskusyjne „myśli”…

…A zaczyna Nasz Naczelny tak…

Otóż Scruton, znany zresztą filozof, pisarz i kompozytor (wow) z Londynu w swej książce dowodzi, że źródłem największych nieszczęść i katastrof w europejskiej historii była nieokiełznana wiara, że wszystko zmierza ku lepszemu, że należy być niepoprawnym optymistą, bo świat się zmienia na lepsze, a jakby co, to „jakoś to będzie”.  Przykładów na popularność tej postawy z historii politycznej czy gospodarczej można wymieniać od ręki,  nawet bez Scrutona tysiące. Wierzyliśmy, że nie będzie wojny Pierwszej i Drugiej, że w Europie skończyła się Historia, i to jeszcze 3 miesiące temu. Wierzyliśmy, że nie będzie drugiego równie Wielkiego kryzysu, że rynki finansowe zmądrzały. Że rządy nie będą dalej się zadłużać, a obecne pokolenia zjadać zapasy następnym, co jest o tyle prawdziwe, że zostały one już chyba zjedzone.


Potem i już z grubej rury przymierza Naczelny bezlitośnie w Świętości…

Zresztą jedną z największych naszych narodowych „urban legend” jest to miliony razy powtarzane nieporozumienia jakoby „Polacy lubili narzekać” ergo byli urodzonymi pesymistami. Nic bardziej błędnego, niemającego żadnego uzasadnienia w naszej ani najstarszej, ani najbardziej współczesnej historii. Pokażcie mi drugi taki naród optymistów na świecie!

I nawet dodaje mały rys historyczno – ryzykonomiczny…

Setki razy w historii radośnie biegliśmy na cekaemy z gołymi rękami i wierzyliśmy w wiarołomnych sojuszników. Albo dzisiaj: większość spotkanych pełna jest skrywanego (ale jednak) optymizmu, że i z emeryturami jakoś to będzie, choć na żadnym nawet najprostszym kalkulatorze nie da się tego udowodnić, a demograficzne tsunami już szumi za oknem. Podobnie w wielu innych obszarach, i społecznych i gospodarczych, znowu można mnożyć tysiące przykładów. Czyż nie jest wyrazem najwyższego stopnia optymizmu niepopularność haseł o potrzebie ubezpieczania się? Będzie dobrze! Nie będzie powodzi, ani choroby, ani pożaru. Skończmy z tym narzekaniem. Optymiści w natarciu, po Euro zaróbmy na Olimpiadzie!

Stawia też dyskusyjną dla nas, Optymistów tezę …

Postawię wręcz tezę, że owo wytykanie rzekomego pesymizmu jest typowym „flekowaniem” i zamykaniem ust tym, którzy ośmielają się poddać w wątpliwość, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale, a wskazują, że trzeba wysilić wyobraźnię i coś zrobić z ryzykiem.

I zaraz w dość pokrętny sposób przeskakuje na sprawy biznesowe …

Schodząc na poziom poszczególnych biznesów, ważne to dla zarządzania ryzykiem, nieposkromiony optymizm to oczywiście także  światowy problem. Nie bez powodu w zarządzaniu ryzykiem mówi się o syndromie czarnowidza i prognozuje się krótkie życie posłańca złych wieści. Wystarczy spojrzeć na półki księgarni pęczniejących od wspomnień „człowieków sukcesu”, a pokażcie regał z opowieściami tych, którym się nie powiodło. A przecież to znany fakt empiryczny, do potwierdzenia ze zwykłym Rocznikiem Statystycznym, że tych, którym się nie powiodło  jest znacznie więcej.
Podobnie, każdy to łatwo zweryfikuje z doświadczenia biznesowego, menadżerowie są zwykle nastawieni na optymizm i sukces a mówienie, że coś się nie uda jest o wiele, wiele niżej (wy)cenione niż radosny optymizm. To zresztą klasyczna cecha ludzkiej natury udowodniona w badaniach z obszaru ekonomii behawioralnej i eksperymentalnej.

A potem, na dodatek wciąga w swoje majaczenia Matkę(Naturę)…

Oczywiście, może ktoś dramatycznie zauważyć, że bez optymizmu do niczego byśmy nie doszli, a żaden kraj, ani żadna firma by się nie rozwinęła. Owszem, ale nie zawsze i nie do końca. Poza tym jakąż strategię działania (inną niż optymistyczną) można przyjąć? Ale przecież spójrzmy, że Matka Natura, ta najdoskonalsza z organizacji wcale nie hołduje koncepcjom optymistycznych ekspansji, ale raczej realistycznego przetrwania i zrównoważonego rozwoju.
Przełóżmy to na obszar biznesu, znaczenie dla zarządzania ryzykiem. Co by było gdyby pionierzy śmieciowego kapitalizmu z Wall Street zamiast wymyślać nowe pola do zarabiania pieniędzy, mniej optymistycznie skoncentrowali się na dobrze znanym, choć może nie tak zyskownym biznesie. Co by było gdyby nasza firma nie wchodziła we wszystkie nowe obszary licząc na dodatkowe zyski. Czy ochrona wartości nie przynosi „na koniec dnia”, jakże często lepszych efektów niż chorobliwe szukanie sposobów na jej wzrost?

I jeszcze dokłada „redundancją” (?!)…

Albo, jeszcze inny przykład ilustrujący pożytki z pesymizmu dla zarządzania ryzykiem. Natura obdarzyła nas, gdzie tylko mogła naturalną redundancją, na wszelki wypadek. Mamy dwie nerki, dwoje płuc, i innych rzeczy po dwie, niektórzy nawet po dwie półkule mózgowe. A spróbujmy w firmie zaproponować zakup zapasowej maszyny, instalacji czy programu, dodatkowego szkolenia, albo nawet podwojenie ochrony ubezpieczeniowej. Ooooo! Po co komu taki wzrost kosztów! Będzie stało/leżało nie przynosząc żadnych korzyści. Siadł i wstydził

dla zarządzania ryzykiem 1
książki
Poznaj…

się czarnowidzu Kowalski/ Malinowska! (niepotrzebne skreślić)
Skoro o kluczowym temacie kosztów mowa, to powiedzmy sobie otwarcie, bez niepotrzebnego optymizmu, że zarządzanie ryzykiem jest wciąż postrzegane przez olbrzymią liczbę zarządów, a w każdym razie w Polsce jako modna, acz kosztowna fanaberia. Zbyt pesymistycznie? Proszę, służę statystykami. Co prawda, nie mniej niebezpieczny jest też optymizm, że rozbudowane modele dla zarządzania ryzykiem, wprowadzenie wzorów na obliczanie przyszłości zabezpiecza nas przed każdym ryzykiem, podczas gdy istocie kreuje zupełnie nowe i nie mniejsze zagrożenia.


A tak, nie z gruszki nie z pietruszki podsumowuje tę burzę w szklance wody…

Na zakończenie tej krótkiej i z założenia pesymistycznej opowieści jeszcze anegdota o pesymiście, optymiście i menadżerze ryzyka. Kim jest pesymista? To człowiek, który widzi szklankę w połowie pustą. Optymista widzi szklankę w połowie pełną. A menadżer ryzyka? Analizuje, czy w szklance są zarazki.

I widzicie, co nawypisywał w imieniu całej (sic) Redakcji Ryzykonomii? Kto go prosił, bo nie my wieczni Optymiści, menadrzeży ryzyka.

Nie uważacie, że to wszystko lekka przesada dla zarządzania ryzykiem?

O Bon Jovi w delegacji

2
bon jovi

Obiecaliśmy przecież P.T. Czytelnikom Bloga Ryzykonomia (nawiasem mówiąc ostatnio coś często  słyszymy lekko przeinaczone na Ryzykomania, nie mamy nic przeciwko, co Wy na to ryzykomaniacy…?), obiecaliśmy, że zrelacjonujemy naszą niedawną bywszość na koncercie Bon Jovi w gdańskiej Ergo Arenie, i choć jesteśmy na kolejnej delegacji, siedzimy w hotelu lekko skatowani po całodziennym, ale dobrym, ryzykowarsztacie  – piszemy.

Żebyśmy jednak nie wyszli na prawdziwych ryzykomaniaków, żeby nie rzec – ryzykowariatów, to na Koncert Jovi poszliśmy nie dla śledzenia ryzyk, ale dla czystej rozrywki, ot tak sobie.
Wyznamy też co bardziej koncertowo nastawionym ryzykoczytelnikom ( ot, mania….) , że na
słuchanie udaliśmy się (samodwój, jak mawiali bohaterzy Sienkiewicza), dzięki hojności pewnego nieocenionego sponsora (O, dzięki Ci Wielki i Dobry Sponsorze, jesteś Wielki i Dobry !).

Ergo Arena to rzeczywiście piękny obiekt w pięknym miejscu, przy dojeździe co prawda policja zablokowała drogi „jak leciało”, a szczerze nas rozczulili niebiescy blokersi zapytani o parking odpowiedzią „my nietutejsi”. No, ale trzeba przyznać był też darmowy pociąg.
Od razu nam się po tym policyjnym bon mocie humor przed koncertem poprawił, ale nawet nie musiał bo koncert był przedni, 50 letni „dziadkowie” (tak mówiła zazdrosna młodzież) czadzili 3 godziny aż strach ! Życzę niniejszym wszystkim ryzykczytelnikom takiej kondycji i zapału.

Nie jestesmy jakimiś specjalnymi fanami tej muzy, ale muzycy i leader byli przedni niejeden mega przebój i to co nas zawsze wzrusza – pełen profesjonalizm. To jest prawdziwy kapitalizm i wolny rynek, jesteś najlepszy, wygrywasz, tak jak Messiemu nie  zazdrościmy fortuny i niepłacenia. Należy się. Szacun.
Przyznajemy kiszki nam nie marsza ale Bon Jovi grały bo huczało z 1000 decybeli, zdjęć też parę porobiliśmy ku uciesze swojej i nieobecnych i można je choćby obejrzeć na facecebookowym fan pejdżu RyzykoManiii nomii (ups…) link

bon jovi

ps.
Żeby nie było, żeśmy żadnych ryzyk nie dostrzegli to były. Dwa.
Jedno to Niby-kontrola przy bramkach; niby zaglądali do bagażu ale z takim zainteresowaniem, że możnaby (przy niewielkim rozłożeniu) przenieść na koncert pancerzownicę Karl Gustaw. 

I drugie, czysto finansowe: mini hot dogi po 9 złotych sztuka…. Zgroza!


Koncert był okej, super, wartobyło, na dziś tyle o Bon Jovi, siedzimy w hotelu na delegacji, tramwaje szurają po bruku na skrzyżowaniu, nie myślimy o ryzyku, a miasto które widzimy za oknem nazywa się Wrocław. 

 

Pacyficzne ryzyko zarządzone

0
pacyficzne ryzyko

Ryzyko w Afryce, ryzyko w Oceanii… kontynuujemy podrzucanie P.T. Czytelnikom Ryzykonomii przykładów wykorzystania zarządzania ryzykiem, tak się tym razem składa w zarządzaniu kryzysem i BCM-ie.

Tym razem do przejrzenia dokumentacja procesu z Nowej Zelandii, jak wiadomo NZ to świetny benchmark do dobrych praktyk zarządzania ryzykiem, tamże przecież sięgają korzenie standaryzacji risk managmentu począwszy od AS/NZS do dzisiejszego następcy ISO 31000 mającego też status polskiej normy (niepodlegającej certyfikacji, przypominamy 100x!!!). Zresztą bacze oko Czytelnika od razu dojrzy, że Proces w tej procedurze jest ISO-wski.

Jak zawsze rzucają się w oczy specyficzne i ciekawe ryzyka jak to ryzyko tsunami czy trzęsień ziemi.
Nawiasem mówiąc w temacie katastrof naturalnych źródła zwracają uwagę na sprawne działania włoskiego OC po ostatnim trzęsieniu w Apeninach. U nas ostatnio więcej o OC aczkolwiek zdaje się w specyficzną stronę tą podąża, temat będziemy komentować soon, bo to także kwestie bardzo ważne dla biznesu. No bo jak idzie woda, pożar czy trzęsienie to chyba najgorsza dla ocalałych jest utrata miejsc pracy. O tym mało kto mówi !

Także, czytajcie, kopiujcie, dziwujcie się, pacyficzne ryzyko pod linkiem poniżej:

https://www.parliament.nz/resource/en-nz/49SCGA_EVI_00DBSCH_FIN_8899_1_A23468/9b9c84f55b19064205902d742da2f62d5a94b9fa

Wesołych Świąt ! Bez ryzyka…

0
Wesołych Świąt

Wesołych Świąt ! Wracamy po Świętach

Ochrona danych osobowych zg. z Rozporządzeniem UE (RODO)

0
ochrona danych osobowych

Ochrona danych osobowych >>>
Jak się dowiadujemy z źródeł profesjonalnych zbliżonych do Ryzykonomii, na uczelni Vistula w Warszawie ruszają wkrótce niezwykle ciekawie zapowiadające się studia podyplomowe pod tytułem
”Ochrona danych osobowych zgodnie z Rozporządzeniem UE (RODO)”.

Więcej informacji znajdzie zainteresowany Czytelnik tutaj.

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/o-uczelni/aktualnosci,zostan-specjalista-ds-rodo-najwiekszej-reformy-systemu-danych-osobowych-od-ponad-20-lat-341

Jak czytamy w opisie studiów:

Studium jest skierowane do pracowników wszystkich departamentów, którzy stosują, nadzorują i realizują przepisy o ochronie danych wewnętrznej, ryzyka, kadr czy obsługi klienta oraz osób zainteresowanych poszerzeniem wiedzy w tym obszarze.

Informacje na temat wprowadzanych zmian są niezbędne osobom, które pełnią lub zamierzają pełnić funkcję administratora danych osobowych, administratora bezpieczeństwa informacji czy rozwoju systemów IT.

Nie będziemy udawać, że to jakaś kryptoreklama, bo nie „krypto”, przecież sami wykładamy już kolejny rok na Vistuli zarządzanie ryzykiem w programie pod tytułem „Dyplomowany specjalista ds. ubezpieczeń”

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/studia-podyplomowe/dyplomowany-specjalista-ds-ubezpieczen

W końcu trzeba się dzielić wiedzą z nowymi adeptami. Nawet jeżeli za pieniądze… a programy, o których piszemy mają profesjonalną kadrę i sensowne programy. I najwyraźniej, skoro są kontynuowane (akurat ten z RODO to zupełnie nowy program) znajdują uznanie u uczestników.

Skądinąd kwestia ochrony danych osobowych, to nowy niezwykle szybko rosnący problem i potencjalny non-compliance. Więc szczerze mówiąc, gdybyśmy tylko znaleźli siły i środki sami byśmy się w temacie podszkolili, bo warto. Także polecamy uwadze P.T> Czytelników Ryzykonomii i ich znajomych, pozdrawiając.

Ryzyko inteligencji (sztucznej)

0
ryzyko inteligencji

Ryzyko inteligencji (sztucznej) >>>

Jak proroczo zauważył w bestsellerze „Społeczeństwo ryzyka” Ulrich Beck, ryzyka są dzisiaj przede wszystkim „man-made”, tworzone przez człowieka. Jakby nam nie brakowało starych ryzyk kreujemy nowe, eh przewrotna ludzka natura!

Marzenia Frankensztajna

I nie ma chyba bardziej wyrazistego dowodu na słuszność tej obserwacji, niż gorączkowe i nabierające tempa zabiegi tworzenia przez człowieka źródła ryzyk na swoje własne podobieństwo. Artificial Intelligence (AI) to od stuleci marzenie różnych frankensztajnów, a dzisiaj, dzięki niebywałemu postępowi technologii nabiera ono (być może niestety) coraz bardziej realnych wymiarów.

Co prawda już od pewnego czasu prawie każdy z nas dysponuje na wyciągnięcie dłoni mózgami elektronowymi (tak to się onegdaj w literaturze sci-fi pisało), choćby w postaci smartfonów. Mamy gwałtownie, eks-potencjalnie rosnący świat Internetu Rzeczy IoT(Internet of Things) w postaci połączonych internetową siecią maszyn, samolotów, urządzeń i ekspresów do kawy już też. Ale człowiek w niepowstrzymanym pędzie chce więcej. Chce maszyn, które będą myślały samodzielnie jak człowiek. Chce sztucznej inteligencji, która w marzeniach jajogłowych ma nas uwolnić od najcięższych zadań, umożliwić eksplorację miejsc niedostępnych i kosmosu. I załatwiać wszystkich naszych wrogów, nawet bez konieczności obracania joystickiem z bezpiecznej bazy w Nevadzie.

Ryzyko inteligencji AI – pokojowo

Zacznijmy pokojowo. Mamy więc gigantyczne i całkiem poważne projekty AI, takie jak Watson firmy IBM, która już kiedyś przecież była w awangardzie komputerowej rewolucji. Ów Watson ma odpowiadać w „języku naturalnym” na zadawane mu pytania. Na razie ogrywa w szachy, ale też jest testowany w szpitalach, gdzie ma pomagać pielęgniarkom podejmować różne decyzje, wyszukującej poprawne odpowiedzi ze swojej przepastnej 15 terabajtowej pamięci. Cacko ma też być zaraz sprzedawane korporacyjnym zarządom po parę milinów dolarów za sztukę, a potem po upowszechnieniu…nawet taniej. Jest już przygotowywany ROSS Legal (powered by Watson) elektroniczny doradca, który ma nas uwolnić od zmory pełnomocników drenujących portfele. I już nie sposób się zacząć zastanawiać, co zarządom taka elektronowa puszka może poradzić, dajmy na to w kwestii przerwy na lunch, czy pokątnego krytykowania strategii sprzedaży. Szczególnie, że czujne oko kamery jest dzisiaj wszędzie…

Jednak, zanim ów Watson przywiedzie nam nam myśl zbuntowane kompy al’a Kosmiczna Odyseja pomyślmy, że dzisiaj mamy już liczne zaczątki AI-ów w wielu dziedzinach życia i biznesu. Weźmy choćby autonomiczne, sterowane prze komputery ciężarówki, które są już na całego testowane przez samo Volvo. Na razie w kopalniach, a potem, można sobie wyobrazić.
Wspomnijmy o dronach, o których głośno myśli już Amazon, a nawet nie tylko myśli, bo chwali się że dostarczył już pierwszą paczkę, a paczek ma przecież miliony. Trudno nie spodziewać się że nawet taki dron będzie kiedyś myślał. Bo, jak nas nie będzie, kto się spyta sąsiada, czy odbierze „w zastępstwie”, kto?

AI ostrzeżenie

Wszystko to są ambitne wizje i coraz większy real, ale z jakiegoś powodu tak tęgie umysły jak sam Stephen Hawking (ten od czarnych dziur), Bill Gates czy Elon Musk ostrzegają przez Sztuczną Inteligencją. Obawiają się oni, że stworzymy Coś nad czym nie będziemy umieli zapanować. Coś posługujące się zupełnie inną moralnością i etyką, o ile.
Są szanse, jest więc i ryzyko i nawet sam Elon Musk już na swoim starcie z AI to odczuł; niezbyt dawni głośno było o śmiertelnym wypadku samochodu Tesla z autopilotem. Co prawda dochodzenie nie wykazało żadnej złośliwości komputera, który póki co nawet w Tesli nie jest specjalnie inteligentny.
Ale wyobraźmy sobie, że jednak tym dużo mądrzejszym coś jednak „odbije”, zepsuje się albo pogniewa na kierowcę i…Albo taki Watson da zarządowi radę, która doprowadzi firmę do bankructwa. I co wtedy?
Przed takimi i podobnymi efektami powołania dożycia AI ostrzegają wspomnienie luminarze biznesu i nauki. Wskazują na poważnie, że jesteśmy u progu stworzenia Inteligencji z zupełnie innego świat, która może zapragnąć pozbyć się naszej konkurencji. Szczególnie, że zasad dobrej kultury nikt jej w szkole nie będzie wpajał. Bez żartów: nikt nie wie jak takie Coś będzie myślało, o ile ludzki termin „myślenie” ma tu w ogóle zastosowanie.
No więc, ponieważ naukowcy pędzą jak szaleni pojawia się coraz więcej ostrzeżeń i nawet w ostatnim Global Risk Report 2017 z Davos szansom i zagrożeniom związanym ze sztuczną inteligencją poświęcono cały podrozdział.

Ryzyko inteligencji terminacyjnej

Rozważa się tam, że w związku z AI pojawiają się wielkie wyzwania z punktu widzenia etyki, prawa i bezpieczeństwa. A nawet ubezpieczeń ! Nie ma wątpliwości, że spory dotyczące choćby likwidacji szkód dokonanych przez AI (w różnej formie i stopniu zaawansowania) to kwestia czasu i to bardzo nieodległego. No chyba, że AI-e same wykupią sobie polisy, ale zapewne na to myślące roboty będą już za cwane.

W temacie AI jest też (i może przede wszystkim) najbardziej dramatyczny aspekt militarny. Bo nie ukrywajmy, że na tym polu są poczynione największe i gigantyczne nakłady finansowe idące w miliardach dolarów. Autonomiczne roboty już za chwilę będą same wyszukiwać i zabijać wrogów, amerykanie już dawno zapowiedzieli, że F35 to jest ostatni ich załogowy samolot bojowy; i nawet nam w Polsce marzą się chmury dronów dzielnie strzegące naszych granic na przesmyku suwalskim.

A gdyby takie bojowe roboty, wyrwały się dlaczegoś spod naszej kontroli, to długo by ludzie nie pożyli. Kto nie wierzy niech obejrzy ponownie Teminatora 1,2 i trzy. Poważnie.

ryzyko inteligencji, ryzyko inteligencji, ryzyko inteligencji