prekariat
wojsko

Po wojskowemu

ryzyko pokemona

Ryzyko pokemona

Briana Tracy
dron

Dron Rudolf Czerwononosy

Varia

Home Varia

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa “podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)

Ryzyko rakietowo sportowe

0
ryzyko rakietowo sportowe

Ryzyko rakietowo sportowe, bo…Ryzyko sportów rakietowych jest, jak się dowiadujemy wysokie i pozytywne…

Więc wybaczcie nam Drodzy Czytelnicy, że dziś nie będzie o standardach, strategiach i complajansach. Możecie zwalić na to, że Redakcja Ryzykonomii tęskni za popularnością lajfstylowych blogów ubraniowo-garmażeryjnych.  Ale raz, że zbliża się weekend a dwa, że słowo „ryzyko” pojawia nam się w innych kontekstach i stad pozwalamy sobie czasami zahaczyć ryzykonomię, szeroko. Nie tylko biznesowo, ale ogólnie, choćby lajfstalowo.

No więc rem, jak donosi nasz Departament Reserzcu senioralno-zdrowotnego, za „Rynkiem Seniora” aby zachować życie i zdrowie cenne dla was i waszych biznesów należy uprawiać sporty rakietowe. Nie jakieś biegi czy szarpanie złomu na siłce. Ale właśnie ping-pong czy badminton.

Jak się dowiadujemy w głosie seniora (tak, tak latka lecą) „w porównaniu z osobami, które nie uprawiały sportu, ryzyko zgonu u miłośników sportów rakietowych było mniejsze o 47 proc., wśród pływaków – o 28 proc., uczestników zajęć aerobiku – o 27 proc., a wśród cyklistów – o 15 proc.”

Cykliści są na końcu co ciekawe, no nam też wydaje się dość podejrzana kategoria… Wiadomo, ale z drugiej strony jak to w życiu, okazuje się, że wszystko jest w ryzykonomii na odwrót niż nam się by wydawało z początku. Tak to jest z paradygmatami, że się zmieniają. My w ogóle akurat w zarządzaniu paradygmatom nie chołdujemy. A jeżeli, to zadaniem menadżera, przede wszystkim ryzyka, jest kwestionowanie założeń. Oczywistych oczywistości i tym podobnych…paradygmatów.

Szerzej dodamy, że ryzyko w opiece zdrowotnej i w jej organizacji i to czysto medyczne to obiekt nieustannego zainteresowania ryzykonomii. Bo jak nic dotyczy nas wszystkich. I niezwykle jednak frapujące jest dla nas, że o ile „ryzyko” w medycynie odmienia się po tysiąckroć, to już w zarządzaniu medycyną tak jakby ono nie istniało, albo mialo zgoła marginalny charakter. Dziwne, czyż nie?

Tak, czy inaczej, młody czy stary….Za rakiety chwyć!
ryzyko rakietowo sportowe ryzyko rakietowo sportowe

 

Ryzyko rakietowo sportowe

Dla zarządzania ryzykiem pożytki z …

Dla zarządzania ryzykiem

Zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię….a Naczelny Bloga Ryzykonomia się ostatnio podfascynował Rogerem Scrutonem i popełnił w referencji tekst do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej nt. „Pożytki z pesymizmu”, sam tytułu nie wymyślił, gdzie wypisał fundamentalne, acz skromnym zdaniem niektórych członków Kolegium Redakcyjnego mocno dyskusyjne “myśli”…

…A zaczyna Nasz Naczelny tak…

Otóż Scruton, znany zresztą filozof, pisarz i kompozytor (wow) z Londynu w swej książce dowodzi, że źródłem największych nieszczęść i katastrof w europejskiej historii była nieokiełznana wiara, że wszystko zmierza ku lepszemu, że należy być niepoprawnym optymistą, bo świat się zmienia na lepsze, a jakby co, to „jakoś to będzie”.  Przykładów na popularność tej postawy z historii politycznej czy gospodarczej można wymieniać od ręki,  nawet bez Scrutona tysiące. Wierzyliśmy, że nie będzie wojny Pierwszej i Drugiej, że w Europie skończyła się Historia, i to jeszcze 3 miesiące temu. Wierzyliśmy, że nie będzie drugiego równie Wielkiego kryzysu, że rynki finansowe zmądrzały. Że rządy nie będą dalej się zadłużać, a obecne pokolenia zjadać zapasy następnym, co jest o tyle prawdziwe, że zostały one już chyba zjedzone.


Potem i już z grubej rury przymierza Naczelny bezlitośnie w Świętości…

Zresztą jedną z największych naszych narodowych „urban legend” jest to miliony razy powtarzane nieporozumienia jakoby „Polacy lubili narzekać” ergo byli urodzonymi pesymistami. Nic bardziej błędnego, niemającego żadnego uzasadnienia w naszej ani najstarszej, ani najbardziej współczesnej historii. Pokażcie mi drugi taki naród optymistów na świecie!

I nawet dodaje mały rys historyczno – ryzykonomiczny…

Setki razy w historii radośnie biegliśmy na cekaemy z gołymi rękami i wierzyliśmy w wiarołomnych sojuszników. Albo dzisiaj: większość spotkanych pełna jest skrywanego (ale jednak) optymizmu, że i z emeryturami jakoś to będzie, choć na żadnym nawet najprostszym kalkulatorze nie da się tego udowodnić, a demograficzne tsunami już szumi za oknem. Podobnie w wielu innych obszarach, i społecznych i gospodarczych, znowu można mnożyć tysiące przykładów. Czyż nie jest wyrazem najwyższego stopnia optymizmu niepopularność haseł o potrzebie ubezpieczania się? Będzie dobrze! Nie będzie powodzi, ani choroby, ani pożaru. Skończmy z tym narzekaniem. Optymiści w natarciu, po Euro zaróbmy na Olimpiadzie!

Stawia też dyskusyjną dla nas, Optymistów tezę …

Postawię wręcz tezę, że owo wytykanie rzekomego pesymizmu jest typowym „flekowaniem” i zamykaniem ust tym, którzy ośmielają się poddać w wątpliwość, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale, a wskazują, że trzeba wysilić wyobraźnię i coś zrobić z ryzykiem.

I zaraz w dość pokrętny sposób przeskakuje na sprawy biznesowe …

Schodząc na poziom poszczególnych biznesów, ważne to dla zarządzania ryzykiem, nieposkromiony optymizm to oczywiście także  światowy problem. Nie bez powodu w zarządzaniu ryzykiem mówi się o syndromie czarnowidza i prognozuje się krótkie życie posłańca złych wieści. Wystarczy spojrzeć na półki księgarni pęczniejących od wspomnień „człowieków sukcesu”, a pokażcie regał z opowieściami tych, którym się nie powiodło. A przecież to znany fakt empiryczny, do potwierdzenia ze zwykłym Rocznikiem Statystycznym, że tych, którym się nie powiodło  jest znacznie więcej.
Podobnie, każdy to łatwo zweryfikuje z doświadczenia biznesowego, menadżerowie są zwykle nastawieni na optymizm i sukces a mówienie, że coś się nie uda jest o wiele, wiele niżej (wy)cenione niż radosny optymizm. To zresztą klasyczna cecha ludzkiej natury udowodniona w badaniach z obszaru ekonomii behawioralnej i eksperymentalnej.

A potem, na dodatek wciąga w swoje majaczenia Matkę(Naturę)…

Oczywiście, może ktoś dramatycznie zauważyć, że bez optymizmu do niczego byśmy nie doszli, a żaden kraj, ani żadna firma by się nie rozwinęła. Owszem, ale nie zawsze i nie do końca. Poza tym jakąż strategię działania (inną niż optymistyczną) można przyjąć? Ale przecież spójrzmy, że Matka Natura, ta najdoskonalsza z organizacji wcale nie hołduje koncepcjom optymistycznych ekspansji, ale raczej realistycznego przetrwania i zrównoważonego rozwoju.
Przełóżmy to na obszar biznesu, znaczenie dla zarządzania ryzykiem. Co by było gdyby pionierzy śmieciowego kapitalizmu z Wall Street zamiast wymyślać nowe pola do zarabiania pieniędzy, mniej optymistycznie skoncentrowali się na dobrze znanym, choć może nie tak zyskownym biznesie. Co by było gdyby nasza firma nie wchodziła we wszystkie nowe obszary licząc na dodatkowe zyski. Czy ochrona wartości nie przynosi „na koniec dnia”, jakże często lepszych efektów niż chorobliwe szukanie sposobów na jej wzrost?

I jeszcze dokłada “redundancją” (?!)…

Albo, jeszcze inny przykład ilustrujący pożytki z pesymizmu dla zarządzania ryzykiem. Natura obdarzyła nas, gdzie tylko mogła naturalną redundancją, na wszelki wypadek. Mamy dwie nerki, dwoje płuc, i innych rzeczy po dwie, niektórzy nawet po dwie półkule mózgowe. A spróbujmy w firmie zaproponować zakup zapasowej maszyny, instalacji czy programu, dodatkowego szkolenia, albo nawet podwojenie ochrony ubezpieczeniowej. Ooooo! Po co komu taki wzrost kosztów! Będzie stało/leżało nie przynosząc żadnych korzyści. Siadł i wstydził

dla zarządzania ryzykiem 1
książki
Poznaj…

się czarnowidzu Kowalski/ Malinowska! (niepotrzebne skreślić)
Skoro o kluczowym temacie kosztów mowa, to powiedzmy sobie otwarcie, bez niepotrzebnego optymizmu, że zarządzanie ryzykiem jest wciąż postrzegane przez olbrzymią liczbę zarządów, a w każdym razie w Polsce jako modna, acz kosztowna fanaberia. Zbyt pesymistycznie? Proszę, służę statystykami. Co prawda, nie mniej niebezpieczny jest też optymizm, że rozbudowane modele dla zarządzania ryzykiem, wprowadzenie wzorów na obliczanie przyszłości zabezpiecza nas przed każdym ryzykiem, podczas gdy istocie kreuje zupełnie nowe i nie mniejsze zagrożenia.


A tak, nie z gruszki nie z pietruszki podsumowuje tę burzę w szklance wody…

Na zakończenie tej krótkiej i z założenia pesymistycznej opowieści jeszcze anegdota o pesymiście, optymiście i menadżerze ryzyka. Kim jest pesymista? To człowiek, który widzi szklankę w połowie pustą. Optymista widzi szklankę w połowie pełną. A menadżer ryzyka? Analizuje, czy w szklance są zarazki.

I widzicie, co nawypisywał w imieniu całej (sic) Redakcji Ryzykonomii? Kto go prosił, bo nie my wieczni Optymiści, menadrzeży ryzyka.

Nie uważacie, że to wszystko lekka przesada dla zarządzania ryzykiem?

O Bon Jovi w delegacji

2
bon jovi

Obiecaliśmy przecież P.T. Czytelnikom Bloga Ryzykonomia (nawiasem mówiąc ostatnio coś często  słyszymy lekko przeinaczone na Ryzykomania, nie mamy nic przeciwko, co Wy na to ryzykomaniacy…?), obiecaliśmy, że zrelacjonujemy naszą niedawną bywszość na koncercie Bon Jovi w gdańskiej Ergo Arenie, i choć jesteśmy na kolejnej delegacji, siedzimy w hotelu lekko skatowani po całodziennym, ale dobrym, ryzykowarsztacie  – piszemy.

Żebyśmy jednak nie wyszli na prawdziwych ryzykomaniaków, żeby nie rzec – ryzykowariatów, to na Koncert Jovi poszliśmy nie dla śledzenia ryzyk, ale dla czystej rozrywki, ot tak sobie.
Wyznamy też co bardziej koncertowo nastawionym ryzykoczytelnikom ( ot, mania….) , że na
słuchanie udaliśmy się (samodwój, jak mawiali bohaterzy Sienkiewicza), dzięki hojności pewnego nieocenionego sponsora (O, dzięki Ci Wielki i Dobry Sponsorze, jesteś Wielki i Dobry !).

Ergo Arena to rzeczywiście piękny obiekt w pięknym miejscu, przy dojeździe co prawda policja zablokowała drogi “jak leciało”, a szczerze nas rozczulili niebiescy blokersi zapytani o parking odpowiedzią “my nietutejsi”. No, ale trzeba przyznać był też darmowy pociąg.
Od razu nam się po tym policyjnym bon mocie humor przed koncertem poprawił, ale nawet nie musiał bo koncert był przedni, 50 letni “dziadkowie” (tak mówiła zazdrosna młodzież) czadzili 3 godziny aż strach ! Życzę niniejszym wszystkim ryzykczytelnikom takiej kondycji i zapału.

Nie jestesmy jakimiś specjalnymi fanami tej muzy, ale muzycy i leader byli przedni niejeden mega przebój i to co nas zawsze wzrusza – pełen profesjonalizm. To jest prawdziwy kapitalizm i wolny rynek, jesteś najlepszy, wygrywasz, tak jak Messiemu nie  zazdrościmy fortuny i niepłacenia. Należy się. Szacun.
Przyznajemy kiszki nam nie marsza ale Bon Jovi grały bo huczało z 1000 decybeli, zdjęć też parę porobiliśmy ku uciesze swojej i nieobecnych i można je choćby obejrzeć na facecebookowym fan pejdżu RyzykoManiii nomii (ups…) link

bon jovi

ps.
Żeby nie było, żeśmy żadnych ryzyk nie dostrzegli to były. Dwa.
Jedno to Niby-kontrola przy bramkach; niby zaglądali do bagażu ale z takim zainteresowaniem, że możnaby (przy niewielkim rozłożeniu) przenieść na koncert pancerzownicę Karl Gustaw. 

I drugie, czysto finansowe: mini hot dogi po 9 złotych sztuka…. Zgroza!


Koncert był okej, super, wartobyło, na dziś tyle o Bon Jovi, siedzimy w hotelu na delegacji, tramwaje szurają po bruku na skrzyżowaniu, nie myślimy o ryzyku, a miasto które widzimy za oknem nazywa się Wrocław. 

 

Pacyficzne ryzyko zarządzone

0
pacyficzne ryzyko

Ryzyko w Afryce, ryzyko w Oceanii… kontynuujemy podrzucanie P.T. Czytelnikom Ryzykonomii przykładów wykorzystania zarządzania ryzykiem, tak się tym razem składa w zarządzaniu kryzysem i BCM-ie.

Tym razem do przejrzenia dokumentacja procesu z Nowej Zelandii, jak wiadomo NZ to świetny benchmark do dobrych praktyk zarządzania ryzykiem, tamże przecież sięgają korzenie standaryzacji risk managmentu począwszy od AS/NZS do dzisiejszego następcy ISO 31000 mającego też status polskiej normy (niepodlegającej certyfikacji, przypominamy 100x!!!). Zresztą bacze oko Czytelnika od razu dojrzy, że Proces w tej procedurze jest ISO-wski.

Jak zawsze rzucają się w oczy specyficzne i ciekawe ryzyka jak to ryzyko tsunami czy trzęsień ziemi.
Nawiasem mówiąc w temacie katastrof naturalnych źródła zwracają uwagę na sprawne działania włoskiego OC po ostatnim trzęsieniu w Apeninach. U nas ostatnio więcej o OC aczkolwiek zdaje się w specyficzną stronę tą podąża, temat będziemy komentować soon, bo to także kwestie bardzo ważne dla biznesu. No bo jak idzie woda, pożar czy trzęsienie to chyba najgorsza dla ocalałych jest utrata miejsc pracy. O tym mało kto mówi !

Także, czytajcie, kopiujcie, dziwujcie się, pacyficzne ryzyko pod linkiem poniżej:

https://www.parliament.nz/resource/en-nz/49SCGA_EVI_00DBSCH_FIN_8899_1_A23468/9b9c84f55b19064205902d742da2f62d5a94b9fa

Wesołych Świąt ! Bez ryzyka…

0
Wesołych Świąt

Wesołych Świąt ! Wracamy po Świętach

Risicare, buongiorno, arrivederci !

0
risicare

>>>Risicare, buongiorno, arrivederci !
No to zjechaliśmy, choć trochę nas nie było i jeszcze tu i tam. A gdzie teraz akurat byliśmy to powie wam etymologia słowa risicare, uczeni mężowie, sądzą, że właśnie tam  narodziło się pojęcie ryzykonomiczne, w słonecznej Italii.Gdzie kwitły państwa – miasta Siena, Florencja i inne, gdzie rodziły się nowoczesne finanse (najstarszy bank świata ze Monte Paschi di Siena, nawiasem mówiąc w tarapatach ostatnio). Gdzie rodził się nowoczesny biznes, handel a więc i ryzyko. Przy okazji największą rywalizację Siena – Florencja zakończył Czarny Łabędź,  Czarna Zaraza, która pchnęła tych pierwszych w stagnacje i zapaść, tym drugim dała szanse do rozkwitu i ekspansji, jakie to dobrze znane… Risicare.

Już niejeden raz byliśmy w okolicach i po raz kolejny konstatujemy, że Włochy nowoczesne, współczesne to pomijając tysiące innych tematów turystyczno – krajoznawczo- kulturalnych także ciekawy temat do obserwacji. My Polacy, tak mi się wydaje, traktujemy Włochów lekko z przymróżeniem oka lekkoduchy, ładnie śpiewają, pięknie ubrani. Ale burdello bum bum Franka Dolasa, słabi żołnierze , mafia, bałaganik, makaron, pizza. Wszystkie te polskie wyższości są całkowicie błędne moim zdaniem, poczynając od rzekomej słabości włoskich żołnierzy, przesądu ludzi nie znających historii drugiej wojny i nie tylko. A dalej jest nie lepiej….
Ja Włochów darzę szacunkiem i lubię,  bo i zawsze, tak mi się wydaje, byli nam przyjaciółmi, począwszy od Legionów i Garibaldiego, i kultura wysoka i sztuka i Papież, Rzym. I Państwo z wszystkimi dziwnościami i wadami bogatsze niż my, najwyraźniej lepiej zorganizowane (sic), jakie drogi i koleje!  A przemysł, produkcja samochodów i nie tylko, odzież, wino, moda, światowe marki znane na całym świecie…

No, daleko nam do tego, daleko. I dla mnie przynajmniej, jak to w państwach rozwiniętych, społeczeństwo bardziej egalitarne, normalne, nawet pokój socjalny w markecie żeby zjeść kanapkę, odpocząć. I samochody nie świecą się jak psu (…) choć akurat w kierowaniu wiele mamy wspólnego, niestety.
Przynajmniej takie mam ogólne wrażenia wizualne, praktyczne i organoleptyczne, bo oczywiście znawcy i tambylcy może i zdruzgoczą ten obraz. Ale MI się podoba, bella Italia.
Gracie mille, ritorno !

ps. upraszam o wybaczenie za włoski na poziomie bazowym, ciao !

W górach o ryzyku

2
W górach o ryzyku

W górach o ryzyku, trudno nie myśleć. Oczywiście nie wszyscy myślą w sposób tak uporządkowany i usystematyzowany idąc szlakiem jak Redakcja Ryzyko Manii. Ale my ryzykomaniacy zawsze bacznie obserwujemy, bo choć nasze wędrówki to nie jakieś Tybety czy Timbuktu i inne ekstrema, ale Beskidy czy Gorce, ale zawsze.

I w tym roku wybraliśmy się w samodwój z plecakami, choć plecak już po raz kolejny lżejszy (lessons learned !) . Tym razem po ostatnich błotno-deszczowych przygodach zabraliśmy solidne stuptuty, które…. Tym razem okazały się zupełnie niepotrzebne. I bądź tu mądry z ryzykiem… Bo, choć padało, a miejscami i waliło, prześlizgnęliśmy się miedzy gradobiciem rozwalającym szyby w autach na bielskiej Szyndzielni (tak, tak) i kolejnymi burzami. No, w tym roku po obejrzeniu migawek z Rytla, różne myśli się mogły pojawiać wędrowcowi, choćby takie, że pogoda to dzisiaj niezwykle ważne ryzyko i prywatnie i w biznesie. Dla odmiany w Italii będąc też wcześniej, dowiedzieliśmy się o 4 miesięcznej suszy i braku wody nawet dla mieszkańców w Rzymie. Nikt nie powie, że klimat się nie antagonizuje, cokolwiek jest tego przyczyną…

Z tym wyposażenie górskim to ciekawa sprawa, bo widać też jak na proste, a jakże dotkliwe ryzyka wpływ ma dzisiaj technologia. Choćby same górskie ubrania. Pamiętam jak za komuny wybrałem się z kolegą w Bieszczady w zdobytych z trudem wojskowych butach. Eh, kto pamięta te okropne kamasze. Nogi po kilku dniach miałem tak pochlastane, kurtki przemakalne, śpiwory wielkie, plecaki na aluminiowych, robiących dziury w swetrach stelażach z świętej pamięci, może i niestety, Polsportu….
A dzisiaj… Niebo i ziemia, membrany, wszystko lekkie, wytrzymałe, wygodne . I do tego ładne. No więc i tu ryzyko zmalało. Oczywiście jeżeli jesteśmy przygotowani. Z czym w Narodzie jak zawsze różnie. Zaiste uśmiech budzą pielgrzymki turystów w klapkach i sandałkach ciągnące dzieci po błotnistych i kamiennych szlakach.
Ale ta ludowa turystyka to w ogóle inny świat, od którego staramy się trzymać z daleka. Ramba – zamba, piwko, pizza, kiełbaska, baloniki na druciku i wielkie brzuchy opięte powstańczymi koszulkami. I oni mają być przygotowani? Wolne żarty!

A propos, polecamy nowe, a właściwie zrewitalizowne schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą. Nowoczesny duch, super obsługa widać górscy profi, mimo że nie góralska chata (co już działa nam na nerwy, bo te wszystkie haty i chałupy to jakieś perły nowej Narodowej architektury jak Polska długa i szeroka). Na Przysłopie polecamy „śniadanie małe” albo i „duże” !

Idziemy dalej, no wiadomo, zabłądzić w górach risicare est…Mapy oczywiście są, ale dzisiaj widzimy, prawie każdy korzysta z aplikacji. Tu chyba Mapa Turystyczna bije rekordy popularności. Fajna i prosta rzecz, naprawdę się sprawdza. Można i próbować udawać, że technologii nie ma, ale jak zabłądzicie w lesie, w deszczu w mroku…no wtedy pomyślicie, że można było jednak zminimalizowąć ryzyko wcześniej…

Urazy, obtarcia, zmęczenie, brak wody, niedostatek energetycznego jedzenia, stare pradawne ryzyka zawsze się pojawią podobnie jak konflikty międzyludzkie, które łatwo mogą wyjść, szczególnie że środowisko jest trochę inne niż w mieście. A z drugiej strony i jakaś mobilizacja, poczucie, ze trzeba sobie dać radę, pokonać trudności i czasami niebezpieczeństwa , żeby w końcu dotrzeć z sukcesem do celu.
No, sama esencja zarządzania ryzykiem. Lekko żartobliwie zakończymy…Kto nie maszeruje ten ginie, gdy nie ma się gdzie cofnąć trzeba iść dalej, przetrwanie nie jest obowiązkowe, nie musisz zarządzać ryzykiem. W górach o ryzyku ….

W górach o ryzyku W górach o ryzyku W górach o ryzyku