Varia

Home Varia

Rudolf Czerwononosy Ryzykant

0
Ryzykant

Ponieważ z prostej kalkulacji wychodziło Waszej Redakcji, że tekst ten powinien ukazać się w okolicy Świąt, stąd i myśl twórcza, żeby temat był i świąteczny, ale i w duchu tej rubryczki ryzykonomiczny. Tu zasępił się autor, bo już wcześniej brał Świętego Mikołaja „na tapetę” analizy ryzyka i powiedzieć trzeba, że prasa branżowa już tradycyjnie pełna jest pseudo biznesowych analiz Świętego z Laponii, w tym oceny jego wyimaginowanych ryzyk, to już nie jest nawet w przenośni dowcip z brodą. Ale nie wszystko jeszcze stracone, nie smuć się Czytelniku! Jest jeszcze nadzieja! Jest Rudolf Czerwononosy Renifer!

Ryzykant !

W tej nie ukrywajmy drugoplanowej, choć jakże ważnej świątecznej postaci, jak w soczewce ogniskują się szanse i zagrożenia, a więc i ryzyka związane z pożądanym przebiegiem  najważniejszego dla wierzących i sieci sprzedaży czasu. Analiza przypadku Rudolfa Czerwononosego jest nawet większym wyzwaniem, niż wspomniane już ograne case study Mikołaja, o Dziadku Mrozie, znajdującego się pod nieustannie śledzoną przez analityków presją rynków walutowych i energetycznych nie mówiąc. Nie wspominamy także nawet, żeby nie narazić się feministkom, o mało jednak u nas znanej włoskiej wiedźmie Befanie, podobnie jak o holenderskim Sinterklassie, który z kolei mógłby skojarzyć się zabieganym rodzicom z zamkniętymi na cztery spusty w święta klasami.

W ogóle nie powinno nikogo dziwić, że w czasach „szybkiej informacji” wokół świątecznych postaci pojawiają się mniej lub bardziej ryzykowne skojarzenia choćby takie, że renifer to przecież zwierzę, więc czy nie powinniśmy go chronić? Czy on, aby na pewno ze swojej zaprzęgowej roli jest zadowolony? Gdzie tu miejsce na prawa pracownicze, czy to nie szeroko oprotestowana praca w Wigilię, czy może zupełnie nieuregulowany wolontariat?
Choćby brytyjscy obrońcy praw zwierząt z organizacji PETA właśnie głośno wołają, że problem pobratymców Rudolfa jest w święta lekceważony i oprotestowują wykorzystywanie żywych reniferów w brytyjskich galeriach handlowych. W odpowiedzi organizatorzy tych wątpliwie świątecznych eventów, w tym organizacja hodowców, która dostarcza niewolników-pracowników bronią się przed protestami….prosząc na Facebooku o nie-udostępnianie statusu obecnej lokalizacji wystawowych reniferów. Oczywiście, aby uniknąć protestów ekologów, dziwaczna trzeba to przyznać i jakże nieskuteczne PR-owa strategia..

Sprawa Rudolfów wykorzystywanych w handlu detalicznym i ryzyka z tym związane wcale nie są takie znowu błahe, jeżeli jeszcze dodać, że renifery nie tylko w święta pokazujemy, ale także ze smakiem konsumujemy! Tu kolejne case study znanej w całej Europie sieci zbierania naklejek na noże, której zarzucono w ubiegłym roku wspieranie „zjadania Rudolfa” przez rzucenie na świąteczne półki mrożonego mięsa reniferów. Zdaje się, że żadnym dramatycznym produkt recallem się to nie skończyło, bo podobno Rudolf Ryzykant jest dość delikatny i dobry w sosie, ale kto wie, co z marketingiem tego dania dalej będzie, bo przecież ruchy obrońców praw zwierząt rosną w siłę…i dobrze!. Bo jeżeli, jak każdy dorzeczny człowiek rozumiemy, że zwierzęta mówią prawdę w Wigilię to, co by nam mógł powiedzieć taki smażony Rudolf Renifer?

Skoro już zapędziliśmy się w ekologiczne rejony, to jeszcze ważny apel: nigdy nie kupujcie zwierząt (na święta) w prezencie! Pies, kot, świnka czy chomik to nie zabawka, choć zabawek po świętach do lasu przynajmniej się nie wyrzuca, a zwierzęta tysiącami tradycyjnie, jak pokazują statystyki, owszem. Biznes pseudo hodowlany też świetnie się kręci, zróbcie mu na Święta porządne ryzyko, solidny business interruption! Rudolf Ryzykant mówi: proszę!

Wracając do głównego nurtu naszej analizy, jak wspomniano w tezie artykułu, postać Rudolfa Nosoświecącego może być ważnym punktem odniesienie do szeroko rozumianej ryzykonomii, która przecież nie koncentruje się tylko na zagrożeniach. Dla utrwalenie zacytujmy standard ISO 31000: „zarządzanie ryzykiem to sposób na osiąganie celów reniferów (ups) organizacji”.

Skoro o osiąganiu celów, tej istocie pracy menadżera mowa, to jak na dłoni widać, że ścieżka kariery Rudolfa doskonale pokazuje typowe wzloty i upadki dzisiejszego sprzedażowca, lidera, kierownika zespołu. Weźmy wczesne „zahamowania” naszego bohatera, wyrażane w klasycznych wątpliwościach i niedocenianiu własnych przewag. „Jestem niedostatecznie dobry, moja specyfika (ten nos!) nie pasuje do team-u Mikołaja i jest niemile widziana w zaprzęgu”. „Nie dam rady!”
Rudolf jednak pod grubą reniferzą skórą czuje, ze posiada ukryte talenty, możliwości, które pomimo chwil zwątpienia, przysłowiowo „lewaruje” nieustannym treningiem. Choć na tym etapie kariery nie stać go jeszcze na popularny dzisiaj coaching, nie słucha Briana Tracy i nie buduje swojej marki w grupie logistyka na LinkedIn, podświadomie czuje że to, co jest powszechnie postrzegane, jako jego słaby punkt, jest tym co jednocześnie wyróżnia go na rynku. To właśnie wyśmiewany Czerwony Nos w odpowiedniej chwili ma stać się jednym z najważniejszych „brandów” wyróżniających nadchodzące rozdawanie prezentów.
Kiedy więc przychodzi chwila próby odważnie podejmuje ryzyko i …. osiąga sukces! No, risk, no fun! Kto nie ryzykuje, ten nie przewodzi! Czas na innowacje w zaprzęgu! Każdy musi przyznać, że trudno o bardziej motywującą, zrozumiałą dla każdego menadżera historię. Ho-ho-ho woła Rudolf Ryzykant !

Prekariat, nowa ryzykowna klasa

0
prekariat

Koncepcja “prekariatu” już kilka razy “obiła” nam się po uszach, a jakiś czas temu wracając autostradowo od klienta wysłuchaliśmy z uwagą z Internetu wywiad z autorem głośnej książki “Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” (i kilku jeszcze tego samego autora “w temacie”) brytyjskim profesorem Guy-em Standingiem.

Przy okazji wspomnę, wywiad prawie godzinny był z zagranicznego radia, u nas analiz i dyskusji na tak wysokim pod względem kultury i przygotowania rozmówców i prowadzących prawie się już nie robi, przykre to, skądinąd przejaw prekariatyzacji i złachania (analiza moja) naszych rodzimych mediów.

Książki tu szczegółówo nie będziemy póki co omawiać, a raczej zachęcamy do jej przeczytania (sami jesteśmy w trakcie) bo to niezwykle ciekawa koncepcja analizy współczesnego świata, w tym świata pracy. A to przecież bardzo ważne dla wszystkich zarządzających swoim i cudzym ryzykiem. Co za tym idzie pełno jest wskazań ryzyk, które się pojawiają dla organizacji, zarządzających, klasy politycznej (co prawda nie wiadomo co to, za bardzo), korporacji i oczywiście nas, pracowników i przedsiębiorców. Nie musimy zaś przekonywać nikogo, że każda firma, mała i wielkie korpo stawia swoich pracowników na pierwszym miejscu, bo to przecież “nasze najwyższe dobro” (koniec cytatu).

Prekariusze to ludzie nowej, globalnej ekonomii, młodzi choć nie jest to coraz częściej reguła, wykonujący coraz to nowe i często słabo zdefiniowane (nawet jeżeli fikuśnie nazywane) zawody, choć pozbawieni identyfikacji zawodowej i płynących z tego korzyści (nie tylko finansowych), niepewni ciągłości zatrudnienia, swojej przyszłości, dochodów. To ci wykonujący prace part-time, zatrudniani nieraz za darmo (ciekawy oksymoron prawda?), zmuszeni do nieustannego poszukiwania pracy i nowych źródeł dochodów, szkolenia się i zdobywania nowych umiejętności bez obietnicy ich wykorzystania, pracujący “na okrągło” ale nie traktowani jako szczęśliwi pełno-etatowcy.
I jeszcze więcej, bo nie streszczamy tu książki “Prekariat” , ale piszemy na gorąco: to wszystko według autora książki budzi niepewność jutra, ryzyko, wyalienowanie, strach i gniew, które eksplodują coraz częściej i mogą poprowadzić całe społeczeństwa w nieznane (albo już przećwiczone w przyszłości) kierunki.

Nie czyta się tej książki ze specjalnym optymizmem, ale to w końcu w zarządzaniu ryzykiem nic nowego i nie sposób się nie zgodzić z wieloma niezwykle celnymi obserwacjami tym bardziej, że widać je doskonale w okienku tableta czy smartfona. (Skądinąd jednych z nieodłącznych narzędzi neo – prekariuszy bo, to jak pamiętamy ze szkoły prekariat to pojęcie “wyciągnięte” z historii ).
Inna, już bardziej dyskusja sprawa to winni wskazywani przez autora, czyli tradycyjnie kapitalizm i uwaga, tak, znowu Oni straszni neo-liberałowie, śmiać się w sumie chce, bo taki mamy dziś neoliberalizm i wolny rynek jak śpiewająca kobyła na ruchomych schodach.

Jak wspominaliśmy “Prekariat” to analiza naszym zdaniem bardzo ciekawa, bo coś się w świecie globalnym “dzieje” i ślepotą jest jeżeli menadżerowie czy politycy tego nie dostrzegają, wystarczy spojrzeć na portale profesjonalistów, gdzie króluje jakaś dziwna atmosfera “debeścizmu”, “wszystko-możyzmu”, “hurraoptymizmu”, de-humanistycznego odlotu empatii i zwykłych ludzkich uczuć skrywanych pod zawsze uśmiechniętymi jasnymi obliczami ludzi gotowych na wszystko, z każdym i o każdej porze.

A choćby z własnych obserwacji, a trochę już obserwujemy, że to de-beściarskie nastawienie wcale nie służy efektywności czy innowacyjności, a nawet zaryzykujemy tezę niejednokrotnie ma odwrotny skutek, o zarządzaniu ryzykiem nie wspominając. Wystarczy tu wspomnieć klasyczne menadżerskie syndromy: Evertything-Goes-According-to-Plan, Not in My Term of Office, etc. etc….czyli typowe oznaki (braku) zarzadzania ryzykiem.

Jak miliony razy pisaliśmy na Ryzykonomii udawanie, że ryzyka “nie ma” jest też rodzajem zarządzania ryzykiem, choć skazującym nas na porażkę i co światlejszym menadżerom, HR-owcom, politykom do sztambucha to lekturę wkładamy.

Mów nigdy nie

0
mów nigdy

Dopiero co za pośrednictwem naszego profilu na LinkedIn (zapraszamy Czytelników Ryzykonomii do kontaktu, będzie nam bardzo miło) otrzymaliśmy informację “techniczną” od jednego z naszych, jak myślimy stałych Czytelników (pozdrawiamy !).

Otóż Czytelnika nieznacznie (tak sobie mamy nadzieję) zirytowało okienko, które wyskakuje na otwieranych stronach naszego bloga z propozycją zapisu na nasz cotygodniowy, bezpłatny, jedyny taki w Polsce (poważnie) Newsletter.

No więc jest dobra wiadomość, jakby jej ktoś jeszcze nie znał. 

W wyskakującym okienku pop-upu znajdziecie Państwo na dole opcję “Never see this massage again”.  Wystarczy klinąć i…. okienko … zniknie mamy nadzieję na zawsze !!! I po kłopocie.

Mamy nadzieję, że aż tak bardzo naszych P.T. Czytelników jednak nie zirytują nasze małe kryptoreklamy, skromne przejawy  własnej czy zaprzyjażnionej autopromocji (zawsze wspieramy ciekawe inicjatywy, oczywiście niekonkurencyjne…) bo jak myślimy robimy to rzadko i bez intencji spamowania. mów nigdy

To samo zresztą dotyczy się opcji zasłaniania części niektórych tekstów z prośbą o bezpłatne odsłonienie przez udostępnieie nazych artykułów w sieci. O co zresztą zawsze i w każdym artykule upraszamy i jesteśmy wdzięczni.

Jak mamy nadzieję nasi Czytelnicy pamiętają, Ryzykonomia jest zupełnie za darmo a i wyszukiwanie informacji, pisanie wpisów kosztuje nas sporo czasu, pozostając w nadziei, że nasz blog jest wartościowym źródłem informacji i wiedzy o ryzyku i służy choć odrobinkę szerzeniu powzechnej Ryzykonomii.

Także klikajcie, odsłaniajcie, czytajcie. Pozdrawiamy ! Mów nigdy ale nie nigdy…  

Mor Świnka

0
morświn

Zupełnie niedawno jedna z organizacji pro-ekologicznych przeprowadziła ogólnopolski sondaż dotyczący morświna. Na zasadnicze pytanie „co to jest morświn”, ponad połowa ankietowanych rodaków zaznaczyła „nie wiem”, a były i podobno nieodosobnione odpowiedzi identyfikujące tajemniczego morświna jako rodzaj morskiej świnki. A tymczasem przecież każdy wie, że morświn to… No właśnie, żeby nie stresować Czytelnika oczywistymi odpowiedziami, „definicję” naszego bohatera zamieszczamy na końcu. A ten felieton, jak już pewnie każdy się domyślił, dotyczy największego z wszystkich możliwych źródeł ryzyka: ignorancji.

Oczywiście, zjawisko ignorancji ma również nieodłączny związek z jeszcze bardziej ryzykotwórczym czynnikiem, którą jest głupotą; szczególnie, że jak zauważył Albert Einstein są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota. Przecież jednak nie trzeba być wcale głupcem, żeby wykazywać się ignorancją, brakiem wiedzy, bo w dzisiejszym złożonym świecie jest zbyt wiele rzeczy, o których nie wiemy (jak i takich, o których wiemy, ale wolelibyśmy szybko zapomnieć).

Mogłoby się wydawać, że w świecie internetowej sieci ignorancja powinna być w odwrocie. Przecież mamy dziecinnie łatwy i praktycznie nieograniczony dostęp do wiedzy na dowolny temat. Nic, tylko klikać i „informować się”. Niestety wiele wskazuje na to, że świat Big Data jest również światem Wielkiej Ignorancji. I tak, na popularnym na świecie portalu „głoszenia wartościowych idei” TED (polecam, także po polsku) karierę robi przemówienie Hansa Roslinga, szwedzkiego socjologa, który zirytowany wszechobecnymi stereotypami postanowił sprawdzić, jak to naprawdę jest z wiedzą dzisiejszych ludzi o świecie. Jednym z takich „klasycznych” stereotypów odczuwanym przecież również przez Polaków, jest wkładanie o jednej szufladki krajów „rozwijających się”. Brazylii,
Tajlandii, Polski, Afganistanu, Mozambiku itd. Jakie są różnice w stopniu rozwoju (i nie tylko) nie trzeba Czytelnikowi wyjaśniać, choć też należy przyznać, że przyjeżdżający do polski „expaci” już nie zabierają ze sobą przysłowiowych futer i pułapek na białe niedźwiedzie. No więc prof. Rosling zadał szereg pytań ankietowanym na różnych kontynentach i odkrył, że poziom wiedzy o realnym „stanie świata” jest bardzo, bardzo niski. Pytając na przykład o dostępność szczepień odkrył on, że większość Szwedów uważa, że kraje Afryki są w rozumieniu zwykłego Szweda o wiele bardziej zacofane niż w rzeczywistości. Żeby dodać dramatyzmu temu badaniu, szwedzki badacz zadał te same pytania „grupie kontrolnej” z tym, że złożonej z …szympansów. O wstydzie okazało się, że odpowiedzi szympansów były nawet o połowę częściej trafne niż odpowiedzi ich ludzkich konkurentów.

Nawiasem mówiąc podobny „podmiotowo” test przeprowadzili jakiś czas temu naukowcy z Cass Business School zasponsorowani przez AoN Hewitt. Zbudowali oni „kontrolny” portfel inwestycyjny, w którym czynnikiem wyboru walorów były zmiany kapitalizacji 1000 spółek giełdowych z USA w latach 1968-2011. Ich referencyjną „małpą” stał się program komputerowy, który do swego małpiego portfela dobierał walory przez losowanie. Żeby nie być posądzonym o przypadkowość wyników, działania te powtórzono 10 milionów razy, dla każdego z 43 badanych lat. I cóż…Okazało się o zgrozo, że prawie w każdym (!) przypadku „małpi” menadżer inwestycyjny poradził sobie lepiej niż hipotetyczny analityk kalkulujący indeksy giełdowej kapitalizacji. Póki co jednak prosimy, nie mówcie o tym głośno, bo przecież z giełdowym analitykiem można pójść na kulturalny lunch i pogadać o pogodzie, jest to jednak kolejny przykład na to, że gromadzenie i przetwarzanie coraz ogromniejszej wiedzy, mitycznej Big Data, niekoniecznie przybliży nas do poznania prawdy. I dotyczy to najwyraźniej tak samo „ogólnej” wiedzy o świecie jak i świata finansów w szczególności.

Oczywiście i w pierwszym i w drugim z przetoczonych przykładów ignorancji (a jest ich zacznie więcej) przyczyn napięcia między wiedzą prawdziwą, a wiedzą domniemaną można doszukiwać się gdzie indziej. Wspólne dla obu przypadków jest na pewno fałszywe założenie, przesąd, przekonanie, że wiemy więcej niż w rzeczywistości. Podobnie jak Amerykanin sądzi, że Polak to taki Rosjanin, my oceniamy naszego partnera biznesowego na podstawie zupełnie fałszywych przesłanek i przesądów. Analityk finansowy buduje swój portfel inwestycyjny wykorzystujący modele zakładające regularne, możliwe do przewidzenia zachowanie się rynków, podczas gdy jest dostatecznie wiele dowodów na to, że „grube ogony” rozkładów prawdopodobieństwa, są o wiele grubsze niż zakładają to modele. A jakby co, to wszystkie „modele ryzyka” idą w rozsypkę. Oczywiście modele naszej wiedzy o świecie bywają pożyteczne choć nie są idealne i w zasadzie to wiemy, ale dla wygody i z czystego lenistwa zakładamy, że są prawdziwe.

A jaki związek ma ignorancja z zarządzaniem ryzykiem? Oczywisty i bardzo prosty, bo jednym z kluczowych elementów zarządzania ryzykiem jest identyfikacja ryzyka. Bez właściwej, prawdziwej informacji o szansach i zagrożeniach żadna decyzja menadżera nie będzie trafna. Co więcej i zawsze najgorzej, prawdziwe ryzyko pozostanie niezidentyfikowane i zamieni się , choć wcale by nie musiało, w przysłowiowego biznesowego „czarnego łabędzia”.

Morświn – gatunek walenia spokrewniony z delfinami. Żyje samotnie lub w małych grupach na półkuli północnej. W polskiej części Bałtyku w 1994 przebywało do 600 osobników, jednak populacja tego gatunku gwałtownie maleje. W 2014 populację morświnów żyjących w Morzu Bałtyckim oszacowano na 447 osobników.

Jak pobiliśmy Briana Tracy

2
Briana Tracy

Reklama dźwignią handlu jest i my tak uważamy, chętnie byśmy zarządzania ryzykiem, ryzykonomię wszystkim zareklamowali, bo już sam początek roku pokazuje, że dramatycznie nam jej brakuje…Wystarczy wspomnieć niegasnące i coraz to nowe ryzyka polityczne, na które jak widać słusznie już w ubiegłym roku zwracaliśmy uwagę. Czy o nowej dramatycznej odsłonie terroryzmu, która nam się objawiłą w Europie, coś nam to pachnie długotrwałą walką cywilizacji, o której zresztą już wcześniej poza polityczną poprawnością mówiono. Żaden czarny łabędź, ale do tematu powrócimy na pewno jeszcze.

Dalej idzie pierwszo-stronnicowa bańka kredytów hipotecznych, temat też do zaadresowania wkrótce, bo na pewno różne wpływy na gospodarkę tu będą. Zauważamy też złośliwie że ci sami, co wcześniej przyrzekali, że nie będzie „wyżej” teraz zaklinają się, że zaraz będzie „ niżej”. Także z pewną czarną satysfakcją odnotowujemy, że jeszcze w 2012 proponując wciąż niepodchwyconą przez Czynniki inicjatywę narodowej Mapy Ryzyka (2012) wskazywaliśmy na ryzyko związane z kredytami hipotecznymi, i nikt nas wtedy nie słuchał, mane, tekel , fares…

Ale też i od razu pocieszamy Wiernych Ryzykonomii P.T. Czytelników, że nasze kolejne „doroczne”
Mapy Ryzyka publikujemy dalej i… właśnie na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej ukazała się kolejna. Niedługo na blogu, szukajacie nas też na LinkedIn i Twitterze. 

No, pisać nie przestajemy, właśnie starujemy z nowym Dużym Projektem wydawniczym (póki co powiemy tajemnicz). Ponadto (ponadto!) już zaliczyliśmy nowe risk manadżmentowe eventy, jak ten na GPW organizowany nomen-omen przez Szwajcarów, a dotyczący kwestii Ładu Korporacyjnego w tym oczywiście zarządzania ryzykiem, relacja wkrótce.

Wracając dyskretnie do tematów marketingowych i frapującej być może Czytelnika obecności na łamach Pana Briana Tracy, to jak ostatnio z radością rzuciło nam się w oczy nasz książkowy, e-bookowy bestseller jeszcze wczoraj w rankingu księgarni internetowe empik.com w kategorii „Ekonomia” zajmował I miejsce. Tak się bije Briana Tracy !!!

Briana Tracy
Kliknij się do księgarni !

Do zobaczenia w kolejnych odsłonach Ryzykonomii, za chwilę…..

Ps. Jeszcze mały „wtręt” marketingowy już nie a propos Briana Tracy: zarejestrowaliśmy się w konkursie Blog Roku 2014 (kategoria „Profesjonalne i firmowe”) oraz “Tekst Roku 2014”. 
Już wkrótce, od 2 lutego,  staniemy do nierównej walki na SMS (jeszcze nie wysyłajcie) z doradcami podatkowymi, prawnikami, developerami i fotografami. I to nie dla sławy, nagród, czy podziwu w oczach Wielbicieli/ek, o nie ….

W górach o ryzyku

2
W górach o ryzyku

W górach o ryzyku, trudno nie myśleć. Oczywiście nie wszyscy myślą w sposób tak uporządkowany i usystematyzowany idąc szlakiem jak Redakcja Ryzyko Manii. Ale my ryzykomaniacy zawsze bacznie obserwujemy, bo choć nasze wędrówki to nie jakieś Tybety czy Timbuktu i inne ekstrema, ale Beskidy czy Gorce, ale zawsze.

I w tym roku wybraliśmy się w samodwój z plecakami, choć plecak już po raz kolejny lżejszy (lessons learned !) . Tym razem po ostatnich błotno-deszczowych przygodach zabraliśmy solidne stuptuty, które…. Tym razem okazały się zupełnie niepotrzebne. I bądź tu mądry z ryzykiem… Bo, choć padało, a miejscami i waliło, prześlizgnęliśmy się miedzy gradobiciem rozwalającym szyby w autach na bielskiej Szyndzielni (tak, tak) i kolejnymi burzami. No, w tym roku po obejrzeniu migawek z Rytla, różne myśli się mogły pojawiać wędrowcowi, choćby takie, że pogoda to dzisiaj niezwykle ważne ryzyko i prywatnie i w biznesie. Dla odmiany w Italii będąc też wcześniej, dowiedzieliśmy się o 4 miesięcznej suszy i braku wody nawet dla mieszkańców w Rzymie. Nikt nie powie, że klimat się nie antagonizuje, cokolwiek jest tego przyczyną…

Z tym wyposażenie górskim to ciekawa sprawa, bo widać też jak na proste, a jakże dotkliwe ryzyka wpływ ma dzisiaj technologia. Choćby same górskie ubrania. Pamiętam jak za komuny wybrałem się z kolegą w Bieszczady w zdobytych z trudem wojskowych butach. Eh, kto pamięta te okropne kamasze. Nogi po kilku dniach miałem tak pochlastane, kurtki przemakalne, śpiwory wielkie, plecaki na aluminiowych, robiących dziury w swetrach stelażach z świętej pamięci, może i niestety, Polsportu….
A dzisiaj… Niebo i ziemia, membrany, wszystko lekkie, wytrzymałe, wygodne . I do tego ładne. No więc i tu ryzyko zmalało. Oczywiście jeżeli jesteśmy przygotowani. Z czym w Narodzie jak zawsze różnie. Zaiste uśmiech budzą pielgrzymki turystów w klapkach i sandałkach ciągnące dzieci po błotnistych i kamiennych szlakach.
Ale ta ludowa turystyka to w ogóle inny świat, od którego staramy się trzymać z daleka. Ramba – zamba, piwko, pizza, kiełbaska, baloniki na druciku i wielkie brzuchy opięte powstańczymi koszulkami. I oni mają być przygotowani? Wolne żarty!

A propos, polecamy nowe, a właściwie zrewitalizowne schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą. Nowoczesny duch, super obsługa widać górscy profi, mimo że nie góralska chata (co już działa nam na nerwy, bo te wszystkie haty i chałupy to jakieś perły nowej Narodowej architektury jak Polska długa i szeroka). Na Przysłopie polecamy „śniadanie małe” albo i „duże” !

Idziemy dalej, no wiadomo, zabłądzić w górach risicare est…Mapy oczywiście są, ale dzisiaj widzimy, prawie każdy korzysta z aplikacji. Tu chyba Mapa Turystyczna bije rekordy popularności. Fajna i prosta rzecz, naprawdę się sprawdza. Można i próbować udawać, że technologii nie ma, ale jak zabłądzicie w lesie, w deszczu w mroku…no wtedy pomyślicie, że można było jednak zminimalizowąć ryzyko wcześniej…

Urazy, obtarcia, zmęczenie, brak wody, niedostatek energetycznego jedzenia, stare pradawne ryzyka zawsze się pojawią podobnie jak konflikty międzyludzkie, które łatwo mogą wyjść, szczególnie że środowisko jest trochę inne niż w mieście. A z drugiej strony i jakaś mobilizacja, poczucie, ze trzeba sobie dać radę, pokonać trudności i czasami niebezpieczeństwa , żeby w końcu dotrzeć z sukcesem do celu.
No, sama esencja zarządzania ryzykiem. Lekko żartobliwie zakończymy…Kto nie maszeruje ten ginie, gdy nie ma się gdzie cofnąć trzeba iść dalej, przetrwanie nie jest obowiązkowe, nie musisz zarządzać ryzykiem. W górach o ryzyku ….

W górach o ryzyku W górach o ryzyku W górach o ryzyku 

Cytaty Ryzykonomiczne teraz

0
cytaty ryzykonomiczne teraz

Jak P.T. Czytelnicy Ryzykonomii na pewno zauważyli już od lat (tak, tak) gromadzimy różne cytaty i myśli o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem.
Nie jesteśmy jakimś strasznym zwolennikiem “mądrości narodów” (niektórzy twierdzą, że to “głupota narodów” typu “wyjątek potwierdza regułę” nielogiczne przecież…) ale lubimy też celne bon moty i trafne spostrzeżenia obrane w giętkie słowa.

Nasze ryzyko-cytaty znajdziecie też w Newsletterze Ryzykonomii, który ma już ponad 245 abonentów i szybko rośnie ta liczba dziękujemy, dziękujemy, dołaczcie do subskrybentów teraz Wy, którzy byliście niedołeczeni wcześniej, bezpłatnie i jeżeli chcecie zupełnie anonimowo…

http://www.ryzykonomia.pl/newsletter-zarzadzania-ryzykiem/

cytaty ryzykonomiczne teraz

Ochrona danych osobowych zg. z Rozporządzeniem UE (RODO)

0
ochrona danych osobowych

Ochrona danych osobowych >>>
Jak się dowiadujemy z źródeł profesjonalnych zbliżonych do Ryzykonomii, na uczelni Vistula w Warszawie ruszają wkrótce niezwykle ciekawie zapowiadające się studia podyplomowe pod tytułem
”Ochrona danych osobowych zgodnie z Rozporządzeniem UE (RODO)”.

Więcej informacji znajdzie zainteresowany Czytelnik tutaj.

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/o-uczelni/aktualnosci,zostan-specjalista-ds-rodo-najwiekszej-reformy-systemu-danych-osobowych-od-ponad-20-lat-341

Jak czytamy w opisie studiów:

Studium jest skierowane do pracowników wszystkich departamentów, którzy stosują, nadzorują i realizują przepisy o ochronie danych wewnętrznej, ryzyka, kadr czy obsługi klienta oraz osób zainteresowanych poszerzeniem wiedzy w tym obszarze.

Informacje na temat wprowadzanych zmian są niezbędne osobom, które pełnią lub zamierzają pełnić funkcję administratora danych osobowych, administratora bezpieczeństwa informacji czy rozwoju systemów IT.

Nie będziemy udawać, że to jakaś kryptoreklama, bo nie “krypto”, przecież sami wykładamy już kolejny rok na Vistuli zarządzanie ryzykiem w programie pod tytułem “Dyplomowany specjalista ds. ubezpieczeń”

http://www.vistula.edu.pl/pl/page/studia-podyplomowe/dyplomowany-specjalista-ds-ubezpieczen

W końcu trzeba się dzielić wiedzą z nowymi adeptami. Nawet jeżeli za pieniądze… a programy, o których piszemy mają profesjonalną kadrę i sensowne programy. I najwyraźniej, skoro są kontynuowane (akurat ten z RODO to zupełnie nowy program) znajdują uznanie u uczestników.

Skądinąd kwestia ochrony danych osobowych, to nowy niezwykle szybko rosnący problem i potencjalny non-compliance. Więc szczerze mówiąc, gdybyśmy tylko znaleźli siły i środki sami byśmy się w temacie podszkolili, bo warto. Także polecamy uwadze P.T> Czytelników Ryzykonomii i ich znajomych, pozdrawiając.

Profesora Dariusza Filara “Jeszcze jedna podróż Guliwera”

2
Profesora Dariusza Filara

Profesora Dariusza Filara kolejna książka….
Zawsze uważaliśmy, ale w sumie nie jest to zupełnie odkrywcze, że człowiek wykształcony i nawet tak średnio inteligenty jak Wasza Redakcja, który ma ambicje wychodzące poza „tłuczenie kasy” powinien czymś więcej niż tylko „kasą” się interesować. Ot, choćby Czytaniem. Z tym jak właśnie donosiły media jest u nas bardzo źle, tragicznie o zgrozo, znowu jesteśmy na szarym końcu, choć jakoby w tym roku spadek czytelnictwa została zahamowany, ale przecież i w dno można pukać od spodu…

Wróć!  (jak mawiał znajomy sierżant na musztrze).
Mamy szczerą wiarę (o naiwny!), że wykształcenie i przy „tłuczeniu” kasy się przydaje a przynajmniej, jeżeli chce się stworzyć społeczeństwo mądre i nowoczesne, a nie przaśne, oparte na darciu mordy i nieposkromionej frustracji. No, sami sporo kiedyś czytaliśmy zanim nas nie dopadła mamona, zarządzanie ryzykiem i bogactwo… (Wróć!)

No dość tej FILOZOFII i po tym wstępie tajemniczym być może dla P.T. Czytelników (bloga o zarządzaniu ryzykiem przecież) z radością donoszę, że zupełnie niedawno korzystając z zaproszenia naszych przyjaciół, biegłych rewidentów z firmy audytorów finansowych „ESO Audit” (link) znanej w coraz szerszych kręgach nie tylko z najwyższego finansowego profesjonalizmu , ale i niestrudzonej animacji środowiska biznesowego, wzięliśmy udział w…..

….spotkaniu z autorem nowo wydanego zbioru opowiadań science-fiction, profesorem Dariuszem Filarem. Ekonomista to w kraju znany, często goszczący w mediach, ceniony dla jasności przekazu i rozważnych wypowiedzi, wcześniej Członek Rady Polityki Pieniężnej, ekonomiczny autorytet z uwagą słuchany przez biznes, wykładowca nieopuszczany przez studentów, etcetera.

Mało kto wie natomiast, no a może nie tak mało, że Dariusz Filar w młodości był wziętym autorem
opowiadań science – fiction, wysoko ocenianych przez krytykę i wydawanych, choć inne to były czasy w kilkudzisięciotysięcznych nakładach. My zresztą dwie książki s-f z opowiadaniami na spotkanie z Autorem przynieśliśmy i zaprezentowaliśmy, dobre ponad 30 lat temu jak z rozrzewnieniem wyliczyliśmy, książki te zdobyliśmy z niemałym trudem…

No więc spotkanie było poświęcone tej mało znanej pasji znanego ekonomisty, była i ciekawa rozmowa z Autorem i czytanie fragmentów na nowo wydanego  wyboru wcześniejszych opowiadań Profesora Dariusza Filara pt.”Jeszcze jedna podróż Guliwera”  i pytania od publiczności (no gadatliwi jesteśmy, zgadłeś Czytelniku), wśród której nie zabrakło ludzi biznesu, dyrektorów finansowych i kilku wiceprezesów też widzieliśmy.

Można? Można! Mariaż biznesu i kultury nie jest żadnym odkryciem (no i tu dodatkowo w wydaniu znanego ekonomisty podwójny) i tak sobie myślimy gdyby u nas (także) różni prezesi i dyrektorzy więcej czytali może ten nasz biznes byłby bardziej ludzki, przyjemniejszy i także z punktu biznesowego lepszy. Naiwność…? Nie, bo kultura łagodzi obyczaje!

A dla zilustrowania, korzystając z uprzejmości organizatora załączamy kilka zdjęć w formie fotorelacji z tego godnego naśladowania wydarzenia….

ps. Link dla zainteresowanych przeczytaniem książki Profesora Dariusza Filara znajdzie Czytelnik tutaj (link)

 

Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara
Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 

Profesora Dariusza Filara

 Profesora Dariusza Filara, Profesora Dariusza Filara…