Varia

Strona główna Varia Strona 3

Reputacja pozycjonowana

0
reputacja pozycjonowana
reputacja

Reputacja pozycjonowana być może, bo takie mamy czasy, że dzisiaj niejeden dyrektor międzynarodowej korporacji bardziej się zamartwia „czarnym piarem” w necie , niż dajmy na to spadkiem sprzedaży, czy odejściem 10 kluczowych pracowników. A propos mała zasłyszana złośliwość: „nie ma takiego eksperta, którego zarząd nie byłby w stanie zastąpić dowolną liczbą pracowników czasowych”.

Wieje grozą…

No więc, o ile ryzyka reputacyjne budzą powszechną grozę u menadżerów dużych i małych, to praktyka uczy, że zrozumienie natury tego rodzaju zagrożeń jest wciąż w biurach zarządów niedostateczne. Na przykład, jak się wydaje menadżerom trudno zrozumieć, że materializacja zagrożeń reputacyjnych wcale nie musi być obiektywnie uzasadniona, bo wystarczy, że jest uzasadniona subiektywnie. Czyli komuś-gdzieś tylko się wydaje, że sprawy mają się nie tak, jak powinny, związek zaś takiego osądu z rzeczywistością może być luźny, a nawet dowolny.

Tym oceniającym są dziś zwykle media i różni „liderzy opinii”; bloggerzy, vlogerzy, fora internetowe i inne dziwadła, które mogą bardzo skutecznie zatruć życie naszej firmy i o najwyższa zgrozo, wpływać nawet na nasz rachunek wyników. Żeby zrozumieć, że związek „prawdy materialnej” (używając języka prawniczego), z „prawdą medialną” może być dowolny trzeba wiedzieć, że współczesne media prowadzą dzisiaj najbardziej brutalną walkę o przetrwanie „ever”, rządzi widownia, jednym kliknięciem zmieniający w sekundę swoje preferencje. Widownią zaś rządzi google i pozycjonowanie, wszechmocne SEO (search engine optimization), czyli optymalizacje tekstów pod kątem jak najwyższej pozycji w wyszukiwarkach internetowych. To dzisiaj cała nauka, zakryta dla nieświadomych szaraczków, w której trenowani są internetowi dziennikarze i bloggerzy. W olbrzymim skrócie, w SEO rządzą tak zwane słowa kluczowe, najlepiej o jak największej sile rażenia, powtarzane z odpowiednią częstotliwością i w odpowiedni, pożądany przez wyszukiwarki sposób.

Wielki jest Google

Nagrodą jest wysoka pozycja w wyszukiwarce, co daje upragnioną odpowiednią czytalność i przekłada się na odpowiednie wpływy z reklam czy w płatne subskrypcje. Nie dziwmy się więc, że są i profesjonalne programy, które sprawdzają teksty pod względem ich „pozycjonowalności”, potencjalnej dostrzegalności przez kilkusekundowego czytelnika, który (mamy nadzieję) wróci do nas zwabiony stosownym słowem kluczowym i odpowiednio wielkimi nagłówkami, reputacja pozycjonowana być może.

Jak już Czytelnik zgaduje, kwestie merytoryczne schodzą na coraz dalszy plan i już nie tylko forma ale i treść zaczyna być podporządkowana tajemniczemu SEO, o którym jeszcze XX wieczny dziennikarza nie miał zapewne, i na szczęście, najmniejszego pojęcia. Reputacja pozycjonowna? Kto by wpadł na taki pomysł!
Oczywiście, nie oczekujemy od kilku-sekundowych mediów specjalnego artyzmu, ale staje się też rzeczą oczywistą, że w pogoni za wysoką pozycją newsów, prawda ekranu staje się prawda czasu, przynajmniej zanim nie zastąpi jej prawda kolejna.

To zapewne dość pesymistyczny obraz, nie wspominamy tu nawet o mediach społecznościowych, bo są tu ostatnio arcyciekawe badania, które pokazują, jakie ogłupienie niosą one Czytelnikom, o tym jeszcze mamy nadzieję wspomnieć na blogu.

Nie są to wcale jakieś filozoficzne rozważania nad marnością świata, bo każdy zdaje sobie sprawę, jaki wpływ mają dzisiaj media na świat biznesu biznes. Choćby ubezpieczeniowych mogą się tylko cieszyć, że podobnie jak bracia w finansach bankowcy nie są wzywani póki co na dywaniki, to na przykład ciekawe jest, jaki rozgłos uzyskał ostatnio „żarcik” na temat twardych serc bankowych prezesów. I ta informacja zdaje się osiągnęła wysokie wyniki pozycjonowania, choć wciąż niepotwierdzona co najmniej z medycznego punktu widzenia; na pewno nie przysporzyła dobrej prasy niezbyt chyba lubianemu przez media sektorowi finansowemu.

Oczywiście nie występujemy tu w obronie tych, czy innych bankowych posunięć, ale też od razu zauważamy, w nawiązaniu do tematu, że już kiedyś prezesi EIOPA skarżyli się publicznie, że są nagminnie kojarzeni z problemami sektora bankowego, choć pomijając pewne wyjątki, trudno byłoby wskazać ubezpieczycieli, jako winnych głośnych finansowych skandali.

Przykład ubezpieczeń 

To oczywiście tylko ogólniejsza konstatacja, bo przechodząc już na stricte ubezpieczeniowe podwórko, to i tu reputacja chadza swoimi ścieżkami i każdy menadżer musi być wiadomy, bardzo dowolnymi. Klasycznym przykładem wielowarstwowych „triggerów” zagrożeń dla reputacji są cyberryzyka, bo jak wiadomo w finansach, także ubezpieczeniowych, najważniejsza jest informacja, i kiedy zostaje zniszczona lub skradziona, mało kto wie, co się z nią dalej dzieje, wielu jest niezadowolonych, a pole dla spekulacji medialnych olbrzymie.

Oczywiście nie jest tak, że ryzyko reputacyjne wymyka się jakiejkolwiek analizie. Analizować i zarządzać reputacją można i trzeba. Choćby renomowany brytyjski AIRMIC, powszechnie słuchane stowarzyszenie zarządzania ryzykiem proponuje w swoim niezwykle ciekawym przewodniku „Definiowanie ryzyka reputacyjnego 2015. Przewodnik dla menadżerów ryzyka” analizę zagrożeń w siedmiu kategoriach. Pierwsza to ryzyko reputacyjne w obszarze produktów i usług, kolejna to innowacje, następne środowiska pracy, governance, otoczenie społeczne, przywództwo, i wreszcie efektywności.

Reputacja pozycjonowana

 

Nie wchodząc w szczegóły tej propozycji analizy lektury której zachęcamy trzeba wierzyć, że każdy pogłębiona ocena pozwoli nam lepiej zrozumieć, jakie są źródła zagrożeń reputacji, prawdziwe czy zmyślone, a co za tym idzie będziemy w stanie odpowiednio na nie zareagować.

W końcu zaś, wzrost zagrożeń reputacyjnych, to doskonałe pole do innowacji w ochronie ubezpieczeniowej, możliwość sprzedaży nowych produktów i nowe przychody. I to jest ta dobra wiadomość na dzisiaj, mamy nadzieję wysoko wypozycjonowana.

reputacja pozycjonowana

 

Ryzyko inteligencji (sztucznej)

0
ryzyko inteligencji

Ryzyko inteligencji (sztucznej) >>>

Jak proroczo zauważył w bestsellerze „Społeczeństwo ryzyka” Ulrich Beck, ryzyka są dzisiaj przede wszystkim „man-made”, tworzone przez człowieka. Jakby nam nie brakowało starych ryzyk kreujemy nowe, eh przewrotna ludzka natura!

Marzenia Frankensztajna

I nie ma chyba bardziej wyrazistego dowodu na słuszność tej obserwacji, niż gorączkowe i nabierające tempa zabiegi tworzenia przez człowieka źródła ryzyk na swoje własne podobieństwo. Artificial Intelligence (AI) to od stuleci marzenie różnych frankensztajnów, a dzisiaj, dzięki niebywałemu postępowi technologii nabiera ono (być może niestety) coraz bardziej realnych wymiarów.

Co prawda już od pewnego czasu prawie każdy z nas dysponuje na wyciągnięcie dłoni mózgami elektronowymi (tak to się onegdaj w literaturze sci-fi pisało), choćby w postaci smartfonów. Mamy gwałtownie, eks-potencjalnie rosnący świat Internetu Rzeczy IoT(Internet of Things) w postaci połączonych internetową siecią maszyn, samolotów, urządzeń i ekspresów do kawy już też. Ale człowiek w niepowstrzymanym pędzie chce więcej. Chce maszyn, które będą myślały samodzielnie jak człowiek. Chce sztucznej inteligencji, która w marzeniach jajogłowych ma nas uwolnić od najcięższych zadań, umożliwić eksplorację miejsc niedostępnych i kosmosu. I załatwiać wszystkich naszych wrogów, nawet bez konieczności obracania joystickiem z bezpiecznej bazy w Nevadzie.

Ryzyko inteligencji AI – pokojowo

Zacznijmy pokojowo. Mamy więc gigantyczne i całkiem poważne projekty AI, takie jak Watson firmy IBM, która już kiedyś przecież była w awangardzie komputerowej rewolucji. Ów Watson ma odpowiadać w „języku naturalnym” na zadawane mu pytania. Na razie ogrywa w szachy, ale też jest testowany w szpitalach, gdzie ma pomagać pielęgniarkom podejmować różne decyzje, wyszukującej poprawne odpowiedzi ze swojej przepastnej 15 terabajtowej pamięci. Cacko ma też być zaraz sprzedawane korporacyjnym zarządom po parę milinów dolarów za sztukę, a potem po upowszechnieniu…nawet taniej. Jest już przygotowywany ROSS Legal (powered by Watson) elektroniczny doradca, który ma nas uwolnić od zmory pełnomocników drenujących portfele. I już nie sposób się zacząć zastanawiać, co zarządom taka elektronowa puszka może poradzić, dajmy na to w kwestii przerwy na lunch, czy pokątnego krytykowania strategii sprzedaży. Szczególnie, że czujne oko kamery jest dzisiaj wszędzie…

Jednak, zanim ów Watson przywiedzie nam nam myśl zbuntowane kompy al’a Kosmiczna Odyseja pomyślmy, że dzisiaj mamy już liczne zaczątki AI-ów w wielu dziedzinach życia i biznesu. Weźmy choćby autonomiczne, sterowane prze komputery ciężarówki, które są już na całego testowane przez samo Volvo. Na razie w kopalniach, a potem, można sobie wyobrazić.
Wspomnijmy o dronach, o których głośno myśli już Amazon, a nawet nie tylko myśli, bo chwali się że dostarczył już pierwszą paczkę, a paczek ma przecież miliony. Trudno nie spodziewać się że nawet taki dron będzie kiedyś myślał. Bo, jak nas nie będzie, kto się spyta sąsiada, czy odbierze „w zastępstwie”, kto?

AI ostrzeżenie

Wszystko to są ambitne wizje i coraz większy real, ale z jakiegoś powodu tak tęgie umysły jak sam Stephen Hawking (ten od czarnych dziur), Bill Gates czy Elon Musk ostrzegają przez Sztuczną Inteligencją. Obawiają się oni, że stworzymy Coś nad czym nie będziemy umieli zapanować. Coś posługujące się zupełnie inną moralnością i etyką, o ile.
Są szanse, jest więc i ryzyko i nawet sam Elon Musk już na swoim starcie z AI to odczuł; niezbyt dawni głośno było o śmiertelnym wypadku samochodu Tesla z autopilotem. Co prawda dochodzenie nie wykazało żadnej złośliwości komputera, który póki co nawet w Tesli nie jest specjalnie inteligentny.
Ale wyobraźmy sobie, że jednak tym dużo mądrzejszym coś jednak „odbije”, zepsuje się albo pogniewa na kierowcę i…Albo taki Watson da zarządowi radę, która doprowadzi firmę do bankructwa. I co wtedy?
Przed takimi i podobnymi efektami powołania dożycia AI ostrzegają wspomnienie luminarze biznesu i nauki. Wskazują na poważnie, że jesteśmy u progu stworzenia Inteligencji z zupełnie innego świat, która może zapragnąć pozbyć się naszej konkurencji. Szczególnie, że zasad dobrej kultury nikt jej w szkole nie będzie wpajał. Bez żartów: nikt nie wie jak takie Coś będzie myślało, o ile ludzki termin „myślenie” ma tu w ogóle zastosowanie.
No więc, ponieważ naukowcy pędzą jak szaleni pojawia się coraz więcej ostrzeżeń i nawet w ostatnim Global Risk Report 2017 z Davos szansom i zagrożeniom związanym ze sztuczną inteligencją poświęcono cały podrozdział.

Ryzyko inteligencji terminacyjnej

Rozważa się tam, że w związku z AI pojawiają się wielkie wyzwania z punktu widzenia etyki, prawa i bezpieczeństwa. A nawet ubezpieczeń ! Nie ma wątpliwości, że spory dotyczące choćby likwidacji szkód dokonanych przez AI (w różnej formie i stopniu zaawansowania) to kwestia czasu i to bardzo nieodległego. No chyba, że AI-e same wykupią sobie polisy, ale zapewne na to myślące roboty będą już za cwane.

W temacie AI jest też (i może przede wszystkim) najbardziej dramatyczny aspekt militarny. Bo nie ukrywajmy, że na tym polu są poczynione największe i gigantyczne nakłady finansowe idące w miliardach dolarów. Autonomiczne roboty już za chwilę będą same wyszukiwać i zabijać wrogów, amerykanie już dawno zapowiedzieli, że F35 to jest ostatni ich załogowy samolot bojowy; i nawet nam w Polsce marzą się chmury dronów dzielnie strzegące naszych granic na przesmyku suwalskim.

A gdyby takie bojowe roboty, wyrwały się dlaczegoś spod naszej kontroli, to długo by ludzie nie pożyli. Kto nie wierzy niech obejrzy ponownie Teminatora 1,2 i trzy. Poważnie.

ryzyko inteligencji, ryzyko inteligencji, ryzyko inteligencji

Podróże i ryzyko

0
podróże

Podróże kształcą…dla każdego biznesowego (i nie tylko) podróżnika (a któż dzisiaj nim nie jest) prędzej czy później przyjdzie ta chwila… Chwila, o której wielokrotnie słyszałaś. Ta właśnie, kiedy po lądowaniu taśma z bagażami zatoczy kolejne koło i….zatrzyma się. A ty zostaniesz z pustymi rękami myśląc: walizka, gdzie jest moja walizka?!

Zaczniesz wtedy nerwowo biegać po hali przylotów wypytując obsługę, która niechybnie skieruje cię do lotniskowego biura rzeczy zagubionych. Tak, tym razem w końcu padło na Ciebie. Ten moment musiał nadejść. I nadszedł ! W sumie sprawa może się wydawać prozaiczna, bo jest bardziej powszechna, niż może nam się wydawać, a jednocześnie to niemałe ryzyko dla każdego podróżnika. Dzisiaj, kiedy dosłownie co parę sekund gdzieś startuje lub ląduje samolot, a rocznie przewozi się ponad 6 miliardów pasażerów (dane z 2013 roku) i pewnie z kilkanaście miliardów sztuk bagażu, coś po prostu musi zginąć. Albo „na dobre” albo, co częściej bywa, zostanie wysłane nie tam, gdzie trzeba.

Jeżeli jeszcze nic wam nie zginęło, a macie jakieś wątpliwości, to po kolejnym locie zostańcie dłużej z waszą szczęśliwie odebraną walizką przy taśmociągu bagażowym, a kiedy wszyscy odejdą zobaczycie, że trochę „niczyjego” bagażu zawsze zostanie. To walizki tych nieszczęśników, które wysłano nie tam gdzie trzeba. A to przecież tylko część problemu. Problemu, o którym zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze mówią niechętnie więc i statystyki są fragmentaryczne. Istniejące mówią na przykład, że każdego dnia na świecie w destynacjach nie pojawia się 90 tysięcy walizek, a przyczyny są w sumie dość niewyszukane. Współczesne, skomputeryzowane systemy automatycznego sortowania bagażu są tyle wyrafinowane, co niedoskonałe i to one są odpowiedzialne za ca. 50 % przypadków zgubień, a pozostałe… no pewnie różnie to bywa, bo doktoratów na temat specjalnie się nie pisze.

Chociażby klasycznym czynnikiem ryzyka są przesiadki, ale pewnie też nalepka z kodem niewłaściwie odczytana prze skaner sortownika, czy niedbalstwo niewysoko opłacanego pracownika. I tak dalej. Szukając „winnych” dowiemy się też na przykład z danych Europejskiego Stowarzyszenia Linii Lotniczych (AEA), że w gubieniu bagażu w Europie prym wiodą największe lnie lotnicze, w sumie logiczne, w pierwszej dziesiątce średnia zagubień wynosiła od 10 do aż 20 % u prowadzącego w rankingu.
Jedna piąta „trafienia” to istotne ryzyko w podróży, więc dobrze wiedzieć co dalej robić, choć doświadczeni podróżnicy „temat” mają na pewno „przećwiczony” i ryzykiem bagażowym zarządzają. Mówiąc najprościej, bez trudu zlokalizujemy na lotnisku odpowiednie okienko („lost luggage”) gdzie będziemy mogli zgłosić nasz problem, który zostanie szczegółowo opisany w stosowanym raporcie (Property Irregularity Report).

Jak donoszą źródła różne linie oferują również krótkotrwałe zapomogi (lub pokrywają koszty) na podstawowe zakupy podróżnych, zwykle do 100 dolarów, choć w popularnych dzisiaj tanich połączeniach europejskich raczej nie ma na to co liczyć. Nie mówiąc o tym, że coraz więcej pasażerów w podróże „upycha się” w bagaż podręczny, który z natury zawsze jest „pod ręką”. Jeżeli wasz bagaż jednak do was nigdy nie dotrze, to macie roszczenie do przewoźnika, na dzisiaj z górną granicą w Europie 1223 euro, ale musicie jeszcze udowodnić rachunkami tak cenną wartość waszych walizek.
No więc, póki co zdenerwowani na lotnisku (albo już doświadczeni, niezdenerwowani), podajecie dane swoje i swojej walizki i…czekacie aż się, miejmy nadzieję, szczęśliwie znajdzie. Według danych 85 % bagażu dociera do adresata w wciągu 48 godzin, dowieziona na podany przez was adres, gdzie czekajcie. Ale też niestety, 2 % nie dotrze do nas nigdy zniszczona lub zanonimizowana w czeluściach lotniczych magazynów. Dorzućmy jeszcze informację, że aż 16 % walizek nie zostaje najzwyczajniej w ogóle wysłana z lotniska startowego, zaprawdę zadziwiająca jest ta ryzykonomiczna walizkologia!

Ryzyko grupa „podróże” jest do zarządzania i tyle dotkliwe, co pouczające dla naszego zarządzania ryzykiem wogóle. Z jednej strony przychodzi na myśl dodatkowe ubezpieczenie bagażu oferowane przez wszystkich chyba ubezpieczycieli, zarówno w pakietach jak i oddzielnie. Ale w sumie zgubienie bagażu to przede wszystkim przeżycie dość niemiłe, pewnie nie tyle z powodów finansowych, co z tytułu pozbawienia nas mówiąc trywialnie (ale szczerze) zapasowych majtek, i koszuli na zmianę. A wylądujcie z dość chłodnej Polski gdzieś, gdzie akurat grzeje 40 stopni, to będą dopiero podróże…

No, więc dobrze jest być przygotowanym, a z każdego zmaterializowanego ryzyka płynie cenna nauka;  „lessons learnt” jest istotą ryzykonomii i w biznesie i w prywatnym życiu. Na pewno dobrze jest mieć w bagażu podręcznym jakiś „zestaw przetrwania”. A już na pewno nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu, bo inaczej nigdy się do was z odnalezionym bagażem nie dodzwonią! W ostateczności przekonacie się, że aż tak wiele garderoby wzorem pradziadów do życia nie potrzeba i to jest pewien wątek edukacyjny całej sytuacji, chwila filozoficznej refleksji nad zapędami naszej konsumpcyjnej rzeczywistości.

A przede wszystkim zachowajcie spokój (łatwo powiedzieć). To tylko kolejna przygoda podróżnika, którą opowiecie znajomym po powrocie, zerkając czule na znalezioną szczęśliwie i szybko dowiezioną walizką. Czego Czytelnikom i sobie nieustannie życzymy.

(Gazeta Ubezpieczeniowa z dnia 07.09.15)

Rudolf Czerwononosy Ryzykant

0
Ryzykant

Ponieważ z prostej kalkulacji wychodziło Waszej Redakcji, że tekst ten powinien ukazać się w okolicy Świąt, stąd i myśl twórcza, żeby temat był i świąteczny, ale i w duchu tej rubryczki ryzykonomiczny. Tu zasępił się autor, bo już wcześniej brał Świętego Mikołaja „na tapetę” analizy ryzyka i powiedzieć trzeba, że prasa branżowa już tradycyjnie pełna jest pseudo biznesowych analiz Świętego z Laponii, w tym oceny jego wyimaginowanych ryzyk, to już nie jest nawet w przenośni dowcip z brodą. Ale nie wszystko jeszcze stracone, nie smuć się Czytelniku! Jest jeszcze nadzieja! Jest Rudolf Czerwononosy Renifer!

Ryzykant !

W tej nie ukrywajmy drugoplanowej, choć jakże ważnej świątecznej postaci, jak w soczewce ogniskują się szanse i zagrożenia, a więc i ryzyka związane z pożądanym przebiegiem  najważniejszego dla wierzących i sieci sprzedaży czasu. Analiza przypadku Rudolfa Czerwononosego jest nawet większym wyzwaniem, niż wspomniane już ograne case study Mikołaja, o Dziadku Mrozie, znajdującego się pod nieustannie śledzoną przez analityków presją rynków walutowych i energetycznych nie mówiąc. Nie wspominamy także nawet, żeby nie narazić się feministkom, o mało jednak u nas znanej włoskiej wiedźmie Befanie, podobnie jak o holenderskim Sinterklassie, który z kolei mógłby skojarzyć się zabieganym rodzicom z zamkniętymi na cztery spusty w święta klasami.

W ogóle nie powinno nikogo dziwić, że w czasach „szybkiej informacji” wokół świątecznych postaci pojawiają się mniej lub bardziej ryzykowne skojarzenia choćby takie, że renifer to przecież zwierzę, więc czy nie powinniśmy go chronić? Czy on, aby na pewno ze swojej zaprzęgowej roli jest zadowolony? Gdzie tu miejsce na prawa pracownicze, czy to nie szeroko oprotestowana praca w Wigilię, czy może zupełnie nieuregulowany wolontariat?
Choćby brytyjscy obrońcy praw zwierząt z organizacji PETA właśnie głośno wołają, że problem pobratymców Rudolfa jest w święta lekceważony i oprotestowują wykorzystywanie żywych reniferów w brytyjskich galeriach handlowych. W odpowiedzi organizatorzy tych wątpliwie świątecznych eventów, w tym organizacja hodowców, która dostarcza niewolników-pracowników bronią się przed protestami….prosząc na Facebooku o nie-udostępnianie statusu obecnej lokalizacji wystawowych reniferów. Oczywiście, aby uniknąć protestów ekologów, dziwaczna trzeba to przyznać i jakże nieskuteczne PR-owa strategia..

Sprawa Rudolfów wykorzystywanych w handlu detalicznym i ryzyka z tym związane wcale nie są takie znowu błahe, jeżeli jeszcze dodać, że renifery nie tylko w święta pokazujemy, ale także ze smakiem konsumujemy! Tu kolejne case study znanej w całej Europie sieci zbierania naklejek na noże, której zarzucono w ubiegłym roku wspieranie „zjadania Rudolfa” przez rzucenie na świąteczne półki mrożonego mięsa reniferów. Zdaje się, że żadnym dramatycznym produkt recallem się to nie skończyło, bo podobno Rudolf Ryzykant jest dość delikatny i dobry w sosie, ale kto wie, co z marketingiem tego dania dalej będzie, bo przecież ruchy obrońców praw zwierząt rosną w siłę…i dobrze!. Bo jeżeli, jak każdy dorzeczny człowiek rozumiemy, że zwierzęta mówią prawdę w Wigilię to, co by nam mógł powiedzieć taki smażony Rudolf Renifer?

Skoro już zapędziliśmy się w ekologiczne rejony, to jeszcze ważny apel: nigdy nie kupujcie zwierząt (na święta) w prezencie! Pies, kot, świnka czy chomik to nie zabawka, choć zabawek po świętach do lasu przynajmniej się nie wyrzuca, a zwierzęta tysiącami tradycyjnie, jak pokazują statystyki, owszem. Biznes pseudo hodowlany też świetnie się kręci, zróbcie mu na Święta porządne ryzyko, solidny business interruption! Rudolf Ryzykant mówi: proszę!

Wracając do głównego nurtu naszej analizy, jak wspomniano w tezie artykułu, postać Rudolfa Nosoświecącego może być ważnym punktem odniesienie do szeroko rozumianej ryzykonomii, która przecież nie koncentruje się tylko na zagrożeniach. Dla utrwalenie zacytujmy standard ISO 31000: „zarządzanie ryzykiem to sposób na osiąganie celów reniferów (ups) organizacji”.

Skoro o osiąganiu celów, tej istocie pracy menadżera mowa, to jak na dłoni widać, że ścieżka kariery Rudolfa doskonale pokazuje typowe wzloty i upadki dzisiejszego sprzedażowca, lidera, kierownika zespołu. Weźmy wczesne „zahamowania” naszego bohatera, wyrażane w klasycznych wątpliwościach i niedocenianiu własnych przewag. „Jestem niedostatecznie dobry, moja specyfika (ten nos!) nie pasuje do team-u Mikołaja i jest niemile widziana w zaprzęgu”. „Nie dam rady!”
Rudolf jednak pod grubą reniferzą skórą czuje, ze posiada ukryte talenty, możliwości, które pomimo chwil zwątpienia, przysłowiowo „lewaruje” nieustannym treningiem. Choć na tym etapie kariery nie stać go jeszcze na popularny dzisiaj coaching, nie słucha Briana Tracy i nie buduje swojej marki w grupie logistyka na LinkedIn, podświadomie czuje że to, co jest powszechnie postrzegane, jako jego słaby punkt, jest tym co jednocześnie wyróżnia go na rynku. To właśnie wyśmiewany Czerwony Nos w odpowiedniej chwili ma stać się jednym z najważniejszych „brandów” wyróżniających nadchodzące rozdawanie prezentów.
Kiedy więc przychodzi chwila próby odważnie podejmuje ryzyko i …. osiąga sukces! No, risk, no fun! Kto nie ryzykuje, ten nie przewodzi! Czas na innowacje w zaprzęgu! Każdy musi przyznać, że trudno o bardziej motywującą, zrozumiałą dla każdego menadżera historię. Ho-ho-ho woła Rudolf Ryzykant !