zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 10

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw nawalnym

0
zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw
Jeszcze czytając poprzedniego posta mogli się P.T. Czytelnicy bloga zastanawiać, gdzie to nas pędziło po kraju, więc zaraz ujawnimy, że jechaliśmy-wracaliśmy z walnego zebrania członków rodzimego Polrisku, gdzie to udzielamy się społecznie w Zarządzie i Vice-Prezesujemy, zdobywamy wiedzę przeróżną o zarządzaniu ryzykiem, poznajemy dużo ciekawych i fajnych ludzi z branży ryzyka i zasadniczo nieźle się bawimy.
Nie będziemy tu zdawać relacji z tego organizacyjnego spotkania, wyboru komisji skrutacyjnych i temu podobnych, jak zawsze spotkania ludzi z branży są okazją do wymiany
opinii na różne tematy, networkingu, który uważamy osobiście za jeden z fundamentów developmentu i modernizacji, a nawet już po spełnionym organizacyjnym i społecznym obowiązku – wypicia kieliszka tekili.
Natomiast, jak to w polriskowym dobrym zwyczaju ostatnio bywa spotkanie risk menadżerów było okazją do posłuchania garści merytoryki, tym razem o ocenie ryzyka łańcucha dostawa.
Temat to jak wiecie arcyciekawy, krem di krem zarządzania ryzykiem biznesowym dzisiaj, piszemy o tym regularnie. A temat był także ciekawy, bo zaprezentowany przez amerykańskich przedstawicieli agencji ratingowej Standard & Poors,
która – o dziwo – oprócz ratingowania korporacji czy Grecji stworzyła i promuje również własny model oceny popularnego dzisiaj wspomnianego ryzyka dostawczego.
Najogólniej mówiąc, model S&P oceny ryzyka supply chain-u opiera się, co lekko zaskakujące, na analizie ryzyka de facto kredytowego (a więc przecież finansowego) dla węzłów
łańcucha dostaw. Na pewno takie podejście jest o tyle sensowne i możliwe, że dane finansowe większych czy listowanych dostawców są powszechnie dostępne, stąd i analiza fundamentów finansowych jest dość łatwa. S&P nie odżegnuje się też od analizy (ratingu) całego uniwersum ryzyk łańcucha dostaw także niefinansowych, choćby dobrze znanych tej agencji ryzyk suwerenów czy x-border-u (mało znane ryzyko „korporacyjnego” przekraczania granic – napiszemy o tym jeszcze).
Na pewno może nasuwać się taka wątpliwość, że głównym ryzykiem w zarządzaniu ryzykiem łańcucha dostaw nie jest ryzyko kredytowe, ale ryzyko wykonania, performance risk, także pewnie techniczne, pewnie prawne, zgodnościowe itd. Zdaje się, że i w S&P to rozumieją, choć i z tym się trzeba zgodzić, że jakby, co ryzyko kredytowe jest łatwiej mierzalne i umożliwia wyselekcjonowanie grupy potencjalnie „zdrowych” dostawców. Dalej możemy poddać ich bardziej szczegółowym „performancowym” oględzionom.
Także, nie powiemy, możliwe jest S&Powe podejście, choć zapewne to rozwiązanie dla międzynarodowych korporacji. Ale i zajrzenie w wyniki finansowe naszych głównych dostawców, w ten czy inny sposób każdej firmie może się przydać i nie jest aż takie trudne.
Jak widzicie podziałaliśmy i dowiedzieliśmy się, co nieco i dzielimy się z Wiernymi Czytelnikami, jak zwykle, pa.

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

 

Risikogesellschaft ! Ryzyko w natarciu.

0
risiko

Już trochę czasu upłynęło, kiedy w te wakacje Redakcja Ryzykonomii popełniała hurtem artykuły naukowe, z niemałym
trudem, bo jak Nasz Czytelnik zauważył Redakcja jest prostym Człowiekiem i lubi pisać i mówić jak najprościej i nienaukowo. Ale, jak trzeba, to trzeba i naukowo. Zresztą tak to jest z nauką, także ekonomii (którą znajomi „techniczni” nazywają „grami i zabawami” po co to komu, tanio kupić drogo sprzedać to jest istota, śpiewać i zarządzać każdy może), no więc tak jest z tą nauką, nawet ekonomii,  przynajmniej gdzie indziej, że pozostaje w
bliskum związku z biznesem i jedni drugim się przyglądają – co by tu jeszcze wymyśleć. Ale i u nas tak ma być, przecież.

No więc skoro o naukowym pisaniu mowa, to zaproszony na konferencję na rodzimym Uni „O dobrobycie” i do napisania artykułu w relacji do tematu,  zaraz nam przyszło na myśl podjąć temat wg. prostej zasady „słoń a sprawa Polska” (a propos,
czy kto jeszcze pamięta o co z tym słoniem chodziło, to ciekawa historia skądinąd) no więc „dobrobyt a ryzyko” tak to sobie Wasza Redakcja przetworzyła i stworzyła „white paper” pod tytułem „Ryzyko, dobrobyt, zarządzanie ryzykiem” .
Może nam ktoś zarzucić czyste teoretyzowanie, ale po solidnej kwerendzie, niesieni ryzykonomicznym przeczuciem, co na ten temat na świecie napisano i wymyślono doszliśmy do wniosku, że pomiędzy tymi trzema pojęciami są silne i nierozerwalne
zależności.  Artykuł ukaże się niebawem i na papierze, ale podsumowując, tok naszego rozumowania jest taki:
Żyjemy w społeczeństwie ryzyka (Beck, 2004)  Społeczeństwo XXI wieku samo wytwarza ryzyka („man-made risk”) i równocześnie poszukuje metod skutecznego reagowania na ryzyko. To jeden z przejawów refleksyjnej modernizacji (Giddens, 2001).  „Refleksyjność” w obszarze ryzyka jest jednym z głównych atrybutów społeczeństwa ryzyka (też Beck, 2004).  
Dowodów na to, że przyśpieszająca modernizacja i industrializacja towarzysząca rozwojowi

Bestseller listopada empik.com

gospodarczemu powodują wzrost znaczenia ryzyka, a następnie konsekwentnie wzrost zainteresowania metodami reagowania na ryzyko nie brakuje (Fraser, Simkins 2008).

„Risk uncertainty and profit” (Knight, 1921). Już od dawna.
No, ale oczywiście zysk, sukces gospodarczy nie jest jedynym czynnikiem dobrobytu, (jeżeli złodziej wybije Wam okno, kupicie nowe, PKB wzrośnie. A jak tam z dobrobytem? Lepiej? No
właśnie).
To jak zarządzać? Co z „czarnymi łabędzimi”(Taleb, 2008), czy „unknow unkows”  Donalda Rumsfelda? Ale przecież ryzyk
mierzalnych, zarządzalnych nie brakuje (Global Risk, WEF 2013). To jak zarządzać ? Jasne, że zarządzać. Resilience rulez ! (OECD,
2011)
Bogaci i rozwinięci zarządzają i inwestują w swoja kulturę ryzyka (FERMA, 2012).  Świadomość ryzyka ma wpływ na regulacje, kodeksy dobrych praktyk, sygnały płynące od inwestorów, z rynku.
Czy tu tkwi jakaś tajemnicza tajemnica ? (moje, Teraz)
Riskogeschellschaft ist, riskomanagement, muss sein!

risko risiko risiko risiko risiko

Ryzyko reputacyjne wprost z życia wzięte

1
ryzyko reputacyjne

Dużo było ostatnimi czasy ględzenia o społecznej odpowiedzialności biznesu, CSR-rze i wszyscy się pewnie zastanawiali o co tu chodzi i kogo to u nas dotyczy. A tu proszę mamy piękne kejs study polskie z życia wzięte już profesorzy biznes uczelni rychtują pałer pojnty, ślą umyślnych asystentów i szykują empiryczne rozprawki, ale my, jak zawsze na Ryzykonomii, będziemy piersi.

Otóż, jak Baczny Czytelnik pamięta 24 kwietnia doszło do katastrofy w bangladeszczańskiej fabryce odzieży lekkiej, a raczej w obozie pracy, gdzie żwawi pracownicy w wieku 6-99 lat szyli Te-shirty wszystkich chyba Waszych ulubionych marek, nie wyliczamy tu,żeby żadnej nie obrazić pominięciem. Płace podobno podłe niewątpliwie, coś 150 zł/mc czyli prawie tyle ile dajmy na to rozpasany asystent na polskiej wyższej uczelni zarabia w 3 dni, choć szalony Korwin by słusznie zauważył, że lepsze to niż głód i pusty garnek.
Jak wiadomo też na gruzach zniszczonej fabryki znaleziono również metki producenta sławnego wśród mieszkańców polskich miast i wsi Reserved i nie tylko.
Przy tym należy wspomnieć, w Bangladeszu wogóle jest niestabilnie i katastrofa jeszcze zaogniła sytuację społeczną; ostatnio ciągle dochodzi – jak donoszą media – do zamieszek na tle warunków pracy i nie tylko, ryzyko reputacyjne rośnie…
http://wyborcza.pl/1,75477,14672278.html
Dość  powiedzieć, że przestaraszeni (chyba) i przyciśnięci przez „zachodnią” opinię społeczną czułą na sprawy CSR-owe europejscy zleceniodawcy lokalnych sub-contractorów podjęli działania, które mają na celu polepszyć dolę niewolników-pracowników w tym robią zrzutkę na poczet ofiar.

No i dochodzimy do sedna polskiego kejs – stady bo jak donoszą media (a to jest zawsze prawda obiektywna zarządzania kryzysem, nawet jeżeli nieprawdziwa) zarząd spółki „nie czuje się winny” i „rozważa”, „myśli” czy przyłączyć się do inicjatywy innych producentów i co wogole zrobić.
Przy okazji zauważamy, że argument o niewiedzy co dzieje się u poddostawców jest klasycznym problemem ryzyka łańcucha dostaw i wydaje się wątpliwym argumentem bo świadczyłby, że spółka nie wie co się dzieje w tymże łańcuchu a to, zauważamy nie tylko ryzyko reputacyjne ale i wiele innych ryzyk biznesowych dla niej samej. Sugerujemy więc naszym Czytelnikom jeżeli zdarzy się podobna sytuacja, takich argumentów nie powtarzać.

Swoją drogą to nawet dziś uczestniczyliśmy w małej fejsbukówej dyskusji „na temat” i generalnie były dwa stanowiska „pro-społeczne” i cyniczne „probiznesowo-korwinowskie”.
My stoimy na stanowisku jak zawsze obiektywnie ryzykonomicznym i profesjonalnym, że chyba jednak spółka ma problem i z komunikacją i z zarządzaniem kryzysem bo oddźwięk komentarzy „opinii publicznej” (czymkolwiek ona jest)  jest jednak zdecydowanie negatywny i gdzie-niegdzie i coraz zdaje się głośniej, pojawiają się klasyczne w tego typu wydarzeniach nawoływania już to zaangażowanych społecznie blogerów, już to organizacji CSR-owych do bojkotów i „ukarania” bezwzględnej firmy.

Oczywiście nie jesteśmy na tyle naiwni, żeby nie rozumieć że przy tego typu zdarzeniach motywacje szczere i społeczne mieszają się z chęcią dowalenia kapitaliście czy zrobienia medialnego rozgłosu, ale tak to już na tym świecie jest.

Tak czy inaczej wypada zauważyć, że tego typu społeczno-korporacyjne kryzysy już na świecie ćwiczono i albo się producent dostosuje albo straci na reputacji a stąd i na sprzedaży, niewątpliwie, choć pytanie na ile i na jak długo.
Bo mamy znowu jednak wrażenie, a może i pewność, że kwestie Corporate Goveranance, a to również kwestie etyczne, o zarządzaniu ryzykiem wogóle nie wspominając, traktuje się u nas wciąż z przymrużeniem oka, a szkoda, wielka, także dla biznesu szkoda. Z drugiej strony zauważamy, że jak się chce grać na Dużym Boisku, to tam wymagania są jednak znacznie większe, ale też i prawda, że dlaczegoś nas na tym Dużym Boisku za dużo nie ma.
Inna też jest, i tu może tkwi kolejna odpowiedź, wrażliwość konsumenta, choć zwykle deklarowana, podobnie jak inteligencja, jako wielka i  być może jednak kierownictwo spółki dobrze kalkuluje, że Polacy i tak będą kupować – co by w tym Bangladeszu nie wyszło.
Mamy więc niezłe studium przypadku „ryzyko reputacyjne” i jeszcze pewnie się mu przyjrzymy.

 

W konferencyjnym pędzie czyli podróży menadżera ryzyka c.d.

0
konferencyjnym

Pędzimy ostatnio z jednej konferencji na drugą “wrzesień ( i jak zauważamy empirycznie maj) miesiącem konferencji jest i tak się zastanawiamy o czym by tu dzisiaj napisać, od czego zacząć żeby nie zostać posądzonym o zbytnie teoretyzowanie – bo konferowanie o ryzyku swoje, a “życie swoje”.
Ale nie jest chyba jednak tak źle z “celowością” tego konferowania, bo sporo się ostatnio nasłuchalismy i nadyskutowalismy o ciekawych developmentach risk manadżmentu, więc może jednak porzucimy te rozterki i drażnienie apetytu Czytelnika, bo – jak mówił poeta – „zupa stygnie” !

Po ostatniej konferencji o KZ-cie zaraz skorzystaliśmy z zaproszenia szacownego PZU, który przygotował w sopockim Sheratonie niezwykle ciekawy miting (i już nie ma mowy o konferencji cyk-mik) pod znamiennym tytułem „Risk Engeenering Days 2013”.  Wydarzenie na tyle obszerne i ciekawe że przygotowujemy oddzielną relacje dla Gazety Ubezpeczeniowej…a jak już napiszemy, to
przytoczmy sprawozdanie na Ryzykonomii…. ku uciesze naszych wiernych P.T. Czytelników.
Żeby zaś narobić małą chrapkę na temat “inżynierowania” ryzykiem –  poniżej program Wydarzenia

 

konferencyjnym
Dodaj napis

i zdjęcie nietuzinkowego Key-not’a, z którym  zresztą, jak widzicie, Wasza Redakcja zawarła znajomość.

konferencyjnym

No!…
Więc wprost “z inżynierii”  pobiegliśmy na naukową konferencję “O dobrobycie”, gdzie Naczelny Bloga zreferował temat “ryzyko a dobrobyt” wywołując, bez fałszywej skromności,   bo tak to określił jeden z prowadzących  “poruszenie” (haha, śmiejemy się w Redakcji, że na jednej z “podypomówek” bali się ostatnio przerwać, żeby wyjść na przerwę i na siku “bo Pan psor mówił z taka pasją”.
A i o ryzyku welferu napiszemy oddzielnie, bo temat  upragnionego “państwa dobrobytu”  i zarządzania nim, zarówno na mikro jak i makro poziomie ma arcyważne i zupełnie praktyczne konotacje.  Choć –  jak zwykle – nie u nas. U nas będzie miało za 30 lat. Albo 50. No.
Teraz zaś pędzimy żelaznymi drogami do Stolicy na spotkanie całkowicie niekonferencyjne z Klientem, potem będziemy dyskutować w gronie polriskowych menadżerów ryzka: jak i co w risk manadżmencie certyfikować. I: “kim powinien być risk manger”. I o tym też będzie niedługo.  A w przyszlym tygodniu….no będą też kolejne odcinki Ryzykonomii.
I tak siedzimy w pekapowskim norwidzie biedny norwid co on im zawinił z piątą godzinę, pykamy ten tekst w smartfona  za oknem w szalonym pedzie przelatują nam przed oczami krowy pasące sie na polu ogon krowy, śroooodek krowy, głowa, głowa, głow-a, krowy, rogiiii. Pędzimy pędzimy…

Ps.
Technicznie wyjaśniamy, że dojachaliśmy i piszemy…

konferencyjnym

 

Outsourcing zarządzania ryzykiem ?

0
outsourcing zarządzania ryzykiem

Jak nie miażdżymy paradygmatów zarządzania ryzykiem, jak w ostatnim artykule, to przeglądamy sobie różne źródła i źródełka dotyczące zarządzania ryzykiem; nawet czasami mamy wrażenie, że jak na tutejsze zaawansowanie risk manadżmentu jesteśmy „overskilled” jak powiedziano pewnemu znajomemu emigrantowi, którego posadzili w kasie, a chował w zanadrzu za duże „skillsy” i doświadczenie. Ale przyznajemy, szybko się tam na nim poznali i… Ale to już zupełnie inna historia. A i u nas idzie uliczny wiatr zmian, czujemy w powietrzu rosnące zainteresowanie ryzykiem wystarczy choćby spojrzeć w szklane okienko i zaraz widać, że wielkim ludziom, jak mawiał poeta, rosną skrzydła i…. tak dalej,  ha, ha.
No więc porzuciwszy te porobocze (bo właśnie jesteśmy po robocie) docinki wpadliśmy gdzieś przypadkiem na takie oto źródełko o outsourcingu (link), gdzie porusza się temat nurtujący na pewno niejednego z tysięcy Czytelników Ryzykonomii, a mianowicie: jak tu nie będąc mega wielką firmą zorganizować sobie risk manadżment.

Tak, outsourcing może być częścią odpowiedzi na to pytanie, zamiast tworzenia „z kopyta”  własnych komórek zarządzania ryzykiem i  mnożenia etatów i kosztów ku radości ZUSa.
Tak,  jeżeli nie jesteście mega korporacją budowanie risk manadżmentu w oparciu o zewnętrzną siłę „merytoryczną” może i musi w dzisiejszych kryzysowych czasach (choć jak zapodano tu i ówdzie „kryzys już się skończył”)  sensowną alternatywą.

Oczywiście trzeba zauważyć, że small biznes amerykański i polski to co najmniej różnica trzech zer w bilansie i Pi and eLu . Ale – tym bardziej. Sami pracujemy tu i ówdzie, nawet jeżeli nie jako risk manager „na godziny” to jako doradca pomagający zdeterminowanym zarządom przygotować strukturę zarządzania ryzykiem w organizacji, odpowiednie polityki i procedury, przeszkolić ludzi, poprowadzić Warsztaty Identyfikacji Ryzyka.
Nie udajemy, że się tu nie reklamujemy jako Interim Risk Managerowie, bo prawdopodobnie część co bardziej przemyślnych Czytelników już to odkryła (sic!) ale, zostawiwszy na boku naszą nieskromną prywatę, takie działanie ma sens i kosztowy i,  nazwijmy go, merytoryczny.
Klasycznym błędem „pierwszych kroków” wdrażania ERM-u  może być po-uczestniczenie w jednym, dwóch szkoleniach i nabycie przekonania, że już, już wiemy wszystko. Nawet potrafimy mapę ryzyka namalować. (A ten dyskusyjny koncept mamy już, nawiasem mówiąc, od pewnego czasu na naszym anty-paradygmatowym celowniku w Redakcji….)

Kliknij !

Prawdziwa wiedza, to truizm, tkwi w szczegółach i doświadczeniu, a tego się od ręki nie zdobywa. Stąd też i na świcie popularność różnych doradców, całkiem zasłużona zazwyczaj, choć znowu mamy wrażenie i „zadanie domowe” jest przez tamtejszych doradców odrabiane znacznie solidniej. Wystarczy choćby wejść na różne „zachodnie” fora dyskusyjne jakie tam spory i dyskusje się prowadzi, kiedy u nas – cisza, tak jakby wszyscy-wszystko wiedzieli. Albo – co gorsza – bali się powiedzieć. A kto pyta nie błądzi przecież. O dostępności pisanych źródeł o ERM w naszych bibliotekach czy czytelniach (tak, są i u nas czytelnie, z zakurzonymi woluminami) nie wspominając…

Wreszcie co naszym zdaniem jest olbrzymią korzyścią outsourcingu (także przeliczalną i na koszty i na czas)  pozwala łatwo „kupić” wiedzę i zorientować się co naprawdę firma/organizacja potrzebuje. Nie bez powodu znany na świecie kej study wdrażania ERM-u  z Hydro One wspomina, że po próbach oparcia się wyłącznie na outourcingu  zdecydowano się na prowadzenie dalszych prac przez już wyedukowane własne kadry, choć wciąż wykorzystywano wiedzę doradców zewnętrznych. I dobrze. Można i tak byle sensownie. I o to chodzi. I wilk syty i owca syta.
I to by było na tyle, o risk manadżmentowym outsourcing  na dziś.

 outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem

Wątpliwy paradygmat: Trzy linie obrony przed ryzykiem

0
paradygmat
Pisanie profesjonalnego Bloga nie jest łatwe w dzisiejszych czasach, bo nie tylko człowiek musi znosić presję wdzięczności P.T. Czytelników za cotygodniowe dostarczanie cennej wiedzy o tak poszukiwanym nad Wisłą temacie, jakim jest zarządzanie ryzykiem biznesowym. Pisanie nie jest łatwe (też), bo od Czytelników ciągle wpływają do Naczelnego (tak, tego) monity i nieledwie skargi, że tego czy owego tematu jeszcze nie poruszyliśmy „a cała Dyrekcja Czytelnika czeka rozgrączkowana na praktyczne sugestie”… Czy „tamtego” paradygmatu nie nadgryźliśmy „a przecież obiecaliśmy”! I potem trzeba się tłumaczyć naszemu Naczelnemu na nudnych nasiadówkach redakcyjnych, ględzącemu, że: „bo przecież bycie Najważniejszym Blogiem o Zarządzaniu Ryzykiem w Polsce” i „bloga prawie w ogóle o zarządzaniu” – „zobowiązuje”… I tym podobnych smęceń. Ech !
No więc dawajmy z tymi paradygmatami ! Na widelec je!
No, właśnie niedawno na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, która naprawdę serio popiera temat zarządzania ryzykiem, co aż tak częste nie jest ukazał się artykuł Waszego Ulubionego Redaktora na temat pewnego Ważnego Paradygmatu. Artykuł, którego główne tezy z pewnymi skrótami poniżej przytaczamy….
„Model trzech linii obrony” organizacji przed ryzykiem został spopularyzowany (choć autorstwa nie widzieć czyjego, zdaje się) przez IIA, Instytut Audytorów Wewnętrznych, , potężną organizację zrzeszającą 170 tysięcy audytorów wewnętrznych z całego świata. Model ten pokazuje jak organizacja powinna bronić się przed niepewnością. Jest też dowodem na to, że dobrze zapakowana i narysowana idea zawsze dobrze się sprzeda i łatwo zyskuje status paradygmatu, a więc powszechnie obowiązującego poglądu, z którym się już nie dyskutuje. A jednak…
Jak wiadomo Linie Obrony powinny być mniej więcej takie:
Linia obrony pierwsza. Tworzy ją „ogół” działań służących osiąganiu celów organizacji podejmowanych przez kierownictwo w ramach „zwykłego” zarządzania.  Kolejnym filarem tej defensywy powinien być system kontroli wewnętrznej, popularny Internal control, na przykład według standardu COSO.
 
Druga linia obrony obejmuje „tradycyjną” kontrolę finansową, istniejące w organizacji systemy zarządzanie jakością, bezpieczeństwo IT, zgodność z regulacjami (compliance) i tak dalej. A przede wszystkim zarządzanie ryzykiem.  Trzeba od razu zauważyć, że poszczególne elementy procesu zarządzania ryzykiem takie jak identyfikacja, analiza ryzyka, postępowanie z ryzykiem są wykorzystywane w ramach wszystkich wymienionych „linii obrony” organizacji. W tym sensie zarządzanie ryzykiem pełni rolę służebną wobec całego systemu Ładu Korporacyjnego nadając mu odporność (resilience) na ryzyko.
paradygmat
Trzecia linia obrony to audyt wewnętrzny, czyli „niezależna działalność doradcza i
weryfikująca, której celem jest usprawnienie operacyjne organizacji i wniesienie do niej wartości dodanej”.
Poza tymi „wewnętrznymi” 3 liniami obrony organizacji model wskazuje także, że z ryzykiem „walczą”: zewnętrzna rewizja finansowa i regulacje, system norm prawnych przeciwdziałających lepiej lub gorzej (a czasami bardzo źle) ryzyku. Zresztą na świecie mówi się dziś „risk regulation”.
Brzmi nieźle, jak każdy paradygmat. I dlatego model ten zobaczy Czytelnik w tysiącach podręczników i prezentacji powtarzanych na konferencjach i szkoleniach na temat audyty, kontroli wewnętrznej, compliance, ERM-u. Na całym świecie. Ale, czy aby na pewno w ten sposób walka z ryzykiem powinna „dziać się” w firmie?
Zarzutów różnego kalibru wobec tej miliony razy powtarzanej militarnej koncepcji można wytoczyć kilka. Choćby jej linearność. Bo model „graficznie” implikuje, że ryzykiem zarządza się w niezależnych linach obrony, a zwykle dzieje się to (powinno się dziać!) równolegle, jednocześnie.
Inny, niebezpieczniejszy wydźwięk paradygmatu, to sugestia oddzielania „specjalistycznej” funkcji zarządzania ryzykiem od „zwykłych” funkcji zarządczych. A przecież ERM „zintegrowany” oznacza zintegrowany z zarządzaniem na wszystkich „liniach”. To samo dotyczy zresztą innych wymienianych funkcji 2-ej linii, choćby compliance.
Model sugeruje również, że organizacja zarządza ryzykiem w sposób reaktywny a nie proaktywny, czekając w okopach na zagrożenia, zwalcza je w kolejnych transzejach. O słabości takiego, w istocie „samobójczego” podejścia do zarządzania ryzykiem nie trzeba się chyba rozpisywać.
Kliknij i zobacz !
A skoro o „liniach obrony” i obronie przed ryzykiem mowa, to gdzie jest istota zarządzania ryzykiem jako „sposób osiagania celów organizacji”. Która armia wygrała wojnę siedząc w okopach ? A co z szansami, „risk taking” ?
No i wreszcie, choć to sam wspomniany IIA promuje model: audyt wewnętrzny nie powinien „bronić” przed ryzykiem. To nie jego funkcja jak sami audytorzy gdzie indziej deklarują. Audyt powinien dostarczać „zapewnienia” (assurance), że wszystkie funkcje organizacji takie jak kontrola zarządu, kontrola wewnętrzna, ryzyko, cybersecurity działają w sposób zapewniający osiąganie celów. A to coś zgoła innego niż „bronienie”.
I wreszcie, co gorsza w modelu nie ma nic o sprawie najważniejszej, o kulturze zarządzania ryzykiem. Także, choć tu i ówdzie zaczyna się podważać model linii obrony wciąż funkcjonuje on jako prawda objawiona. Czy to, aby nie kolejna linia Maginota?
Jakie jest wasze zdanie ?
ps.
A już w kolejnym artykule na Ryzykonomii, pokażemy jak model linni obrony powinien – naszym zdaniem – działać. Czekajcie i czytajcie !

Ryzyko szklane, niewidoczne

0
ryzyko szklane

Zaczęło nas to intrygować, że jak tylko spotykamy na biznesowym forum jakąś kobietę z zzagranicy z branży risk menadżmetowej czy jakiejś innej (dla precyzji podamy – zwykle Panią z krajów rozwiniętych Europ Zach., Ameryki itp. ) to zaraz pojawia się temat Równouprawnienia. Wiemy też już, że to temat bardzo delikatny, bo mamy wrażenie , że w oczach dyskutantek pojawia się zwykle jakaś -takaś nuta offensywna („wy-faceci”….), trochę nas to bawi, bo i w Redakcji Ryzykonomii zdajemy sobie sprawę, że to temat dziś na świecie ważny, duża dyskusja w ramach Corporate Governance i sami w co niektórych organizacjach natykamy się na Panie śmielej podnoszące ten u nas, skądinąd lekce ważony temat, bo jak wiadomo mamy społeczeństwo silnie ułańskie, a więc męskie.
Skądinąd też zresztą uważamy, że dyskryminacja kogokolwiek, bez względu na przyczynę to zwykłe
świństwo, niemałe ryzyko (utrata talentów, destrukcja zespołów, sprawy o molestowanie itp.).
Inna jednak sprawa, że regulowanie, akcje afirmatywne i krążący po Europie duch parytetów to wyganianie dżumy cholerą i złudna wiara, że można zwalczyć niesprawiedliwość większą – niesprawiedliwością mniejszą (?).

Temat ten zresztą już poruszalismy na Ryzykonomii i daliśmy jasny wykład swoich równościowych poglądów a przyszedł nam na myśl przy okazji intrygującego artykułu w międzynarodowej edycji HBR.
Zresztą zaczyna się od tematu tytułowego: „Dlaczego tylu niekompetentnych zostaje liderami?”
To zresztą inny temat, czekamy na doktoraty, bo pole badawcze jest u nas niezmierzone. Tytuł zresztą już na początku wprowadza w błąd bo: może i kimś zostają, ale na pewno nie LIDERAMI.
Ale zostawmy ten beznadziejny temat…
Wracając do artykułu to autor płynnie przechodzi do tematów równouprawnieniowych, szklanych sufitów dla kobiet, i serwuje pogląd, że mężczyźni są o tyle gorsi (a jednak!) od kobiet, że są obdarzeni cechami pomocnymi na etapie walki o stanowiska, bo już na etapie właściwym „stołkowym” są zasadniczo od kobiet mniej predystynowami do za(rzdzania). Autor powołuje się nawet na badanie

ZOBACZ!

(niestety tylko jedno) i zastrzega sie też, że może ono być obciążone błędem, biasem, bo bada się kobiety na stanowiskach (te najlepsze supermanki, które się jakoś dochrapały) w porównaniu do masy facetów przecież także średniaków i cieniasów.

Tutak przychodzi nam do głowy inny raport na temat kobieco-męskie, tym razem w Radach Nadzorczych niemieckich banków opublikowany niedawno, szeroko komentowany   a przygotowny na zlecenie Bundesbanku, z którego wynikało, że kobiety w Radach są bardziej skłonne do podejmowania ryzykownych decyzji niż faceci, i może to zwiększać ryzyko systemu.
http://www.econstor.eu/bitstream/10419/56024/1/688561233.pdf

I tu jest jednak sensowne tłumaczenie a rebours: kobiety w Radach chcą, muszą się wykazać, jak się już dochrapały, że zasłużyły a faceci – nic nie muszą.
Także ostrożni jesteśmy z badaniami… pamiętam też ołów w oczach naszej zagranicznej rozmówczyni jak wspomniałem o tym badaniu , z dobrą i obiektywną wolą.
Ot, „kolejna świnka szowinistyczna męska”, pomyśłała pewnie…
Hrum , hrum.

Ale Cyrk !

0
ale cyrk

Uwielbiamy nabierać naszych wiernych P.T. Czytelników Bloga ! Pewnie zoczyli tytuł i myślą, że Ryzykonomia zzsuwa się w objęcia taniej popularności i na przykład dzisiaj będziemy opisywać niesukcesy naszej narodowej modernizacji, choćby porównywać , że Lux Torpeda z Krakowa do Zakopca gnała w 36-ym lekko ponad 2 godziny a spendolino o ile będzie sie niewychylał, nawet jakby chciał pewnie dwa razy dłużej. Albo zasmęcimy kolejny temat z długą brooooodą, o którym opowiadał właśnie Znajomy, jak to szukał dla swoich uczniaków podręczników do 5-tej klasy podstawówki i dowiedział się, że do polskiego jest coś z osiem różnych, podobnie matematyki, przyrody itemu podobnych do tego „nowe programy” i „podstawy programowy” istny busz, no proszę jak się ta biologia czy matematyka dla pięcioklasistów co roku zmienia ciągle coś nowego nauka odkrywa i trzeba nowe podręczniki drukować, lasy ciąć a naiwnych rodziców (bo co im pozostaje) golić, golić i golić z kasy. Pewnie dlatego jak donoszą statystycy jest dzisiaj u nas o 4 miliony dzieci mniej niż 20 lat temu, dokąd to ryzyko demograficzne zmierza niedługo się w jakiś

świat science fiction bez dzieci zmienimy a Ryzykonomie nam przyjdzie do 90-ki (jak Bóg da) pisać bez łaskizus. Cieszycie się ?

No, przecież nie o tych cyrkach będziemy dziś pisać, bo to cyrk nudny, wręcz nużący i jakże przewidywalny….

Piszemy dziś o ryzyku cyrkowym prawdzimym, tak, tak, znowu ryzykonomia nam przyszła na myśl jak nieledwie parę tygodni temu siedzieliśmy w Arenie w Sopocie, wśród pobrzmiewających
zewsząd rosyjskich zachwytów (tak!) oglądając sławny Cirque du Soleil i rzeczywiście robiący wrażenie cyrkowy szoł pod dźwięcznym tytułem „Alegria”. Klauni byli najlepsi….
Na cyrk trafiliśmy trochę przypadkiem, ale „jak dają to bierz” i nie żałujemy bo choć slonie nie

ale cyrk

ryczały i tygrysy nie trąbiły to było na co popatrzeć. No i to ryzyko….

Ryzyko w cyrku jest, to zgrzebny truizm, pamietamy nawet, choć adepci ryzykonomii mogą nie pamiętać jak pamiętny Kapitan Żbik walczył z złodziejskim duetem akrobatów w zeszycie „Salto śmierci” o mało tam jedni z trapezu nie spadli, oczywiście nie sam Żbik, bo jego nikt nie miał szans przechytrzyć, wtedy to byli Milicjanci, nie to co…
Ale do cyrkowej ryzykonomii wracająć to dzisiaj i w cyrku mówi się systematycznie o ryzyku.
Choćby sam de Soleil podkreśla jak dużą wagę przywiązuje do systematycznego risk managmentu
tutaj można sobie obejrzeć profesjonalną cyrkową deklarację apetytu na ryzyko i główne kroki.
Wierzyć też należy, że i dzięki solidnemy traktowani ryzyka przez ponad 30 lat nie było tam tak poważnego wypadku jak tego lata w Las Vegas gdy niestety zginęła piękna akrobatka…. smutne.
Ryzyka na pewno w takiej dziedzinie nigdy nie zabraknie, choć niektóry donoszą, że statystycznie, wiele dziedzin sportu, choćby futbol jest dużo bardziej niebezpieczny. Nawet oglądanie cyrku jest bezpieczniejsze, może oprócz emocji, szczególnie, że do cyrku jednak przychodzi dość kulturalne towarzystwo; notabene zrobiło na nas pewne wrażenie karność widowni, która proszona o nie błyskanie fleszami (dla bezpieczeństwa artystów) chyba ani razu nie błysnęła. Brawo !
A wystarczy pójść do bylejakiego oceanarium, czy zoo. Jak tam biednym zwierzakom po oczach flesze strzelają !
Ale w rzeczonym Sopocie wszystko świetnie zagrało tym większy podziw dla sztuki i odwagi. Mamy nadzieję, jak nasi nieocenieni sponsorzy dopiszą, Cyrk ten zobaczyć jeszcze….
Zobacz !

Me ! A może Bee ?

0
me ryzykonomia

W najnowszym numerze Gazety Ubezpieczeniowej, którą czytajcie aż miło z dumą prezentujemy mały nasjterszczyk Naczelnego Redaktora Ryzykonomii (więcej) artykuł o dźwięcznym tytule „Meeczeniee owiec”. Nie jest to jednka rzecz o zarządzaniu ryzykiem w rolnictwie, a przecież i ten niezwykle ważny dla naszego rolniczego kraju podejmowaliśmy na łamach. Nie jest to rownież analiza metod porozumiewania się przedmiotowych ssaków choć, przyznajemy, przy lekturze artykułu może pojawić się pytanie: mee, czy może bee? Bowiem niektóre źródła sugerują, że to dźwięk paszczowy kozy, ewentualnie barana…Eeeee.

Ale, skoro o komunikacji jest mowa to już jesteśmy bliżej, bo Autor przedmiotowego artykułu sprytnie przemyca w tekście tematykę herdingu, owczego pędu, który ma zwykle niezwykle ważne
znaczenie dla procesu podejmowania decyzji w warunkach ryzyka, a więc zawsze (no może oprócz takich projektów jak nasze superprawie szybkie nonPendolino gdzie ryzyka nie ma a bilety będą po 49,50).
Otóż owczy pęd to zjawisko powszechne i niestety bardzo ryzykowne, choćby widoczne w klasycznym run-ie na banki czy jak w przypadku Grecji ostatnio, na bankomaty.
Owczy pęd jest bezpośrednio związany z problemem asymetrycznej informacji (bo taka tylko jest dzisiaj) i tak zwanymi kaskadami informacyjnymi, których klasycznym przykładem może być plotka oddolna (kaskada wstępująca) obemująca coraz większy obszar, jak ostatnio o wybuchu eletrowni, mamy nadzieję nie opiliście się jodyny, czy odgórna czyli kaskada zstepująca (żeśmy znieśli bariery zadłużenia, bo inni znieśli, ale oczywiście podatki żeśmy podnieśli).

Oczywiście, zasadniczo owczy pęd nikomu specjalnie nie przynosi korzyści chociaż są przesłanki i

Czytaj i Nie błądź !

na to, że w stadzie i tak lepiej, nawet błędnie.
Co ważne w artykule poruszony został temat herdingu w zarządzaniu ryzykiem ale niestety nie tym „pozytywnym” (zarządzajmy ryzykiem bo inni zarządzają).
Bo jest i herding „negatywny”, szkodliwe beeczenie widoczne choćby w reguacyjnym rozpasaniu, kiedy uważa się że kolejne regulacje zastąpią prawdziwą kulturę zarządzania ryzykiem, a już historia SOX-a dowiodzi przecież, że tak nie jest. U nas ten mit regulacyjny w zarządzaniu ryzykiem próbuje się challengować rodzimymy regulacjami w zakresie ryzyka powtykanymi to-tu, to-tam czy systemem Kontoli zarządczej.
Inna sprawa i co światlejsi eksperci od zarządzania ryzykiem (jak wspominany Autor artykułu zauważa celnie, że i w ERM-e mamy swoisty herding, który można zauważyć w:

  • komplikowaniu języka (inherentne, rezydualne, apetyt, tolerancja, istotność, czynniki itd.)
  • radosnym mapowaniu
  • mnożeniu bądź dziesiątkowaniu ryzyk
  • niezgłębianiu mocnych i słabych stron standardów
  • pompowaniu dokumentacji
  • zlepkach pojęciowych (zarządzanie ryzykiem i kontrola zarządcza, mechanizmy kontrolne…)
  • oczywistych czywistościach (model 3linii obrony, „najważniejsze” ryzyka)
  • i więcej …

O czym napiszemy jeszcze, doszcegółowiając, w kolejnych odcinkach Ryzykonomii.

 

Głosujcie nakryzysowo

0
na kryzysowo

Całkiem niedawno znajomy Blog kryzysowo.pl , którego Polecamy, wystosował do Redakcji Ryzykonomii zupełnie nieoficjalne i niewiążące zapytania czy nie moglibyśmy poinformować Czytelników o tym, że oni, tj. kryzysowo.pl zostali zgłoszeni do konkursu „społecznie odpowiedzialny bloger”, choć nawet wcześniej mieli już podobno dosyć konkursów bloggerskich, w których wygrywa klaka seo-kuchenno-spodniowa (skąd my to znamy) i oczywiście zachęcić Rzeczonych Czytelników, aby (po świadomym zapoznaniu się z treścią  kryzysowo.pl) oddać swój cenny głos. Z radością więc informujemy i zachcamy do wejścia na kryzysowo.pl , gdzie więcej informacji znajdziecie…
Noooo….
Muszę tu powiedzieć, że „środowisko ratowniczo-kryzysowe”, z którym się spotykam już to w Internecie, już to przy innych okazjach (ostatnio przy wdrażaniu zarządzania ryzykiem w pewnej placówce ochrony zdrowia, co jak wiadomo jest jednym z obszarów eksperckich Ryzykonomii),  budzi w nas zawsze bardzo  pozytywne emocje. Od razu wyjaśnię, że nie chodzi tu o liczne antykryzysowo-ustawowe komitety, co do których…dużo by mówić, ale o anty-krysyzowo „misyjne”.
Mam wrażenie, że ratownicy oraz wszelkiej maści anty-kryzysanci to prawdziwi zapaleńcy, oddani swojej misji, ryzykonomicznej przecież w swojej istocie, misji niezwykle istotnej dla wymarzonej Modernizacji, misji niesienia bezpośredniej pomocy i wiedzy (!!!) tym, którzy tego potrzebują, a nawet… czasami nie potrzebują, bo nie wiedzą na przykład jak sie zachowac w przypadku pożaru, wypadku czy innego zagrożenia. Już nie będę nawet wspominał jak z tym u nas „cienko”. Nawet jak donoszą w Holandii wydają już porady po polsku nt. „Nauka nietopienia się w weekend”….
Sami ostatni nad morzem powstrzymywaliśmy pociechę przed brnięciem we wzburzony ocean bałtycki, a niestety obok cała rodzinka (PL) nieustraszona – brnęła. I znowu wyszliśmy na strachliwych, zapinający pasy w autobusie itp. Nawet nie mamy piwka na kocyku, jak co drugi kocyk na plaży. Coś jest z nami nie tak? Ryzyko Mania ? Z innej beczki: nie chcemy dołączyć do kolejnego rekordu rzezi na drogach w ostatnim tygodniu – jak doniesiono. Ech ?

Wracając do ratownictwa i anty-kryzysów, to ostatnio mieliśmy okazję słuchać w TVN wypowiedzi zaproszonego ratownika dotyczącego  ostatnich tragedii wodnych (link) i aż strzygliśmy uszami, ile tam ważnych i profesjonalnych (o co w naszej TV trudno choć psychologów i politologów znających się na Wszystkim nie brakuje)  i praktycznych informacji o „wodnych ryzykach” można było wysłuchać.Dlaczego tacy ludzie nie piszą programów szkolnych ?

Także, czytajcie, głosujcie ma kryzysowo.pl o co uprasza Was Wasza Redakcja bloga rychtując kolejne artykuły „o ryzyku”, wkrótce….