zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?

0
Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?Jak Czytelnikowi doskonale wiadomo, Wasza Redakcja nie obawia się poruszać delikatnych tematów, szczególnie takich, co do których nikt nie ma wątpliwości , że są jakie Są i już i już szykowaliśmy się do kolejnego tekstu, który wykaże nasze dziecięce niezrozumienie do oczywistych oczywistości, kiedy Sekretarz Redakcji, Pan Wojtek, wchodząc rano do Redakcji znalazł pod drzwiami kopertę z listem takiej oto treści:

„Szanowna Redakcjo Bloga Ryzykonomia ! 

Jesteście…. ( tu zwykły zestaw ochów i achów na temat Bloga,
które pomijamy przez wrodzoną skromność – przyp. red. )

Ad rem… (czytamy dalej… )
Od dłuższego czasu nurtuje mnie dziwny, moim zdaniem, a wszędzie powielany zlepek frazeologiczno – pojęciowy „zarządzanie ryzykiem i kontrola wewnętrzna”. Czy to przypadkiem nie to samo ? Przecież „controlsy”, mechanizmy kontrolne, które deklaruje teoria i praktyka  „Kontroli wewnętrznej” to nic innego jako
metody, sposoby postępowania z ryzykiem zwane też „reakcją” na ryzyko czy nieprecyzyjnie „zarządzeniem” ryzykiem.
Ja myślę, że nie ma znaczenia czy z ryzykiem postępujemy
(używając tu terminologii ISO 31 000) drogą doraźnego działania (jak to przenoszenie ryzyka, ograniczanie itp.)  czy przez wprowadzenie stałej procedury postępowania,
regulaminu, czy innych „stałych”, „instytucjonalnych” działań a więc „mechanizmów kontrolnych”.
Sprowadza się to do tego samego. Co gorsza jednak ów podział
sugeruje stworzenie dwóch systemów, które optymalizują ryzyko raz za pomocą „mechanizmów kontrolnych” ( w KW )  a raz „reakcji” na . Widać to zresztą w niejednym rejestrze ryzyka, gdzie stosuje się „controlsy” i „reakcje” naprzemiennie lub jednocześnie, kompletnie mieszając w głowach nam, maluczkim !
 
A przecież z samych standardów COSO, które powołały do życia
Kontrolę wewnętrzną w jej obecnym wszechwymiarze proces kontroli wewnętrznej„sensu stricte” jest niezmiernie podobny do procesu zarządzania ryzykiem, a sama identyfikacja ryzyka i reagowanie na ryzyko (z terminologii COSO) stanowi podstawowy sens i Kontroli wewnętrznej  i Zarządzania ryzykiem.
 
Żeby dobić jeszcze osinowy kołek przypominam Szanownej
Redakcji, że w samym standardzie COSO znalazło się literalne stwierdzenie, o którym zdaje się nikt nie pamięta albo nie doczytał: 
Cytuję : „ Kontrola wewnętrzna jest integralną częścią
zarządzania ryzykiem korporacyjnym. Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym jest pojęciem szerszym niż kontrola wewnętrzna, a wychodząc poza jej zakres formuje solidniejszy
aparat pojęciowy w  większym stopniu ukierunkowany na ryzyko” . (Załącznik C. do standardu COSO str. 105 polskiego
Wydania, wrzesień 2004) 
Tak tam napisano !

O co tu wiec chodzi ! Proszę,  Droga Redakcjo pomóżcie. Wyjaśnijcie !”
Wszystko jednak poszło w innym kierunku mamy kontrolę
szersze powinno iść na pierwszy ogień, szczególnie że mocno tu i ówdzie krytykowane), nie mówiąc o tym, że po opublikowanym w 2011 COSO III („Jak monitorować system kontroli wewnętrznej”) mam jeszcze większy misz- masz, bo choć ciekawe i pełne przykładów controlsów (czyli postępowań z ryzykiem !) koncentruje się w tytule na Monitorowaniu siebie samej, a ryzyko gdzieś tam zostało upchnięte po rozdziałach.  Mamy więc
znowu  podkreślanie szacowanie ryzyka   jako element
Kontroli wewnętrznej i wdrażanie mechanizmów „controlsów” a gdzieś tu znika nam zarządzanie ryzykiem…!   
Podpisano:
Wasz Wierny Czytelnik
 Wiesław (nazwisko do
wiadomości Redakcji Bloga)
Hmmm. Niezły kołek nam Pan zabił Panie Wiesławie. Naczelny
Bloga jak to przeczytał tylko się tajemniczo uśmiech i bulgocze na grzebieniu, jak zawsze kiedy cos go zaintryguje.
Może więc nasi Czytelnicy pomogą nam odpowiedzieć na list
Wiesława.
Co sądzicie, jaka jest Wasza opinia ? Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ? Dlaczego się myli ?

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Oto Dowód !!! (2013 Risk Maturity Index Report)

0

 

Zawsze nas uderza, że wobec zarządzania ryzykiem stawia się
wymagania znacznie wyższe niż w stosunku do innych systemów czy „elementów” zarządzania, a przede wszystkim wymaga się nieustannego udowodniania, że „ma sens”, czy „coś daje” (i w ogóle, że nie jest wielbłądem) . No bo wiadomo: „banki
to miały i co z tego wyszło, hehe” (itede).
Dziwne to podejście, bo jakoś nikt się nie zauważa, że niejedna
bankrutująca firma miała i zarządzanie jakością, i karty wyników i modny CSR i extra księgowość i gromady prawników i audytorów, a naprawdę trudno jest znaleźć dyskusję pt. “Czy te funkcje są potrzebne w firmie i dobrze działają ?” Ta “pobłażliwość” w krytyce dotyczy nawet dziedzin będących w istocie formami czy przypadkami zarządzania ryzykiem, jak choćby obecne w każdej gminie i powiecie  zarządzania kryzysowe czy robiące w rodzimej edukacji zawrotną, a niedgadnioną dla nas (o ile chodzi o przesłanki) karierę zarządzanie różnymi “bezpieczeństwami”.
Pytanie “po co to ?” stawia natomiast prawie każdy, kto styka się z ideą risk
manadżmentu.

W ogóle to mamy wrażenie, oczekuje się, że zarządzanie ryzykiem
powinno (jeżeli jest w organizacji) zawsze funkcjonować„samo z siebie”  w 100 % i to niezależnie czy w ogóle dobrze je
wdrożono i prowadzono zgodnie z zasadami risk manadżmentowej sztuki.

Mało kto zauważa, że różni bankruci lekceważyli podstawowe kanony
zarządzania ryzykiem, i że jest wiele instytucji finansowych i nie tylko, które
sobie z kryzysem doskonale poradziło (vide banki kanadyjskie).  Kwitnących korporacji innego niż finansowe
typu również nie brakuje i tak się najwyraźniej składa, że wielka część z nich
docenia i angażuje się w korporacyjne zarządzanie
oto dowód
Kliknij i zobacz !

ryzykiem. Dlaczegoś…

My osobiście w redakcji Ryzykonomii nigdy nie mieliśmy
wątpliwości, że zarządzanie ryzykiem ma sens, podobnie jak założenie hełmu chroni rowerzystę przed walnięciem łbem o beton, czy gaśnica pomaga w ugaszeniu pożaru. A określenie ryzyka budowy nietypowego mostu, zmniejsza ryzyko, że jego
budowa, rozbiórka i budowa nowego potrwa 25 lat z kawałkiem.  Truizm.
Ale teraz mamy kolejny, twardy dowód na celowość zarządzania
ryzykiem. Trzymajcie się niedowiarkowie (i –wiarki) !
Otóż AoN  Global Risk Solution wspólnie z renomowanym Wharton Uni publikuje właśnie rezultaty swojego globalnego researchu pt. „ 2013 Gobal Risk Maturity Raport”. W badaniu tym
zeskrinowano coś 200 spółek giełdowych na całym świecie w zakresie tak zwanej dojrzałości systemów zarządzania ryzykiem.
Ocena dojrzałości zarządzania ryzykiem to frapujący i ważny
temat, wrócimy do niego jeszcze, bo różne są tu sposoby, AoN z Whartonem proponują swój model, którego założenia opisują w swoim Raporcie. Raport można znaleźć pod adresem podanym poniżej,  a dwa najważniejsze, statystyczno-korelacyjne dowody na korzyści z zarządzania ryzykiem, które z niego wynikają są następujące:
W analizowanym okresie grupa firm o najwyższym stopniu dojrzałości / zaawansowania zarządzania ryzykiem wykazała się o 50 % NIŻSZĄ zmiennością cen akcji niż pozostali
oto dowód

Druga ważna obserwa modelu oceny dojrzałości mowa jest o Maturity Risk Rating) tym WYŻSZY zwrot z walorów spółki.

oto dowód

Źródło: http://www.aon.com/rmi/

Oczywiście okres badania jest stosunkowo krótki (2010-2012)
ale badacze deklarują kontynuowanie analizy i walidowania modelu. Dodajmy, że projekt ma charakter otwarty i każda firma,
także polska może się przebadać pod podanym adresem, o ile oczywiście jakiekolwiek zarządzaniem ryzykiem ma, i określić swój stopień dojrzałości. A póki co: Mamy Dowód !

oto dowód oto dowód oto dowód

oto dowód

COSO czyli ISO – Zarządzanie ryzykiem a KZ

COSO czyli ISO

COSO czyli ISO? Wiemy, że niejednemu się narazimy, ale uważamy, że być może najbardziej wartościową publikacją (pominąwszy publikacje Ryzykonomii) jaki ukazał się w związku z Kontrolą zarządczą w sektorze publicznym jest „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym”  zwany też czasami “Polskim Podręcznikiem” autorstwa tajemniczego Bentleya Jennisona.

No, może nie tak tajemniczego, bo o ile słyszeliśmy, to brytyjska
firma współpracująca onegdaj z ojcami i matkami KZ-u w Polsce z samego Ministerstwa oczywiście w ramach stosownego EUprojektu. Anglosaskie pochodzenie Podręcznika używane jest jako jeden z argumentów sugerujących jego „niedostosowanie” do „polskich realiów”, co jest zupełnie bezpodstawne, bo ów „Podręcznik” to zbiór dobrych praktyk i porad,
a nie opracowanie nakazowo-rozdzielcze. Nie mowiąc o tym, że anglosasi to akurat bardzo dobre źródło w temacie.
Jego słabością jest być może to, że trzeba go dokładnie
przeczytać (co zdaje się niewielu uczyniło) i ZROZUMIEĆ. A to zrozumienie jest niestety bardzo trudne bez pomocy wykwalifikowanego risk managera albo specjalisty jak kto woli, choć nie takiego kto pracował tu i ówdzie zna się i na audycie i na kopycie, a w ogóle to zarządzaniem ryzykiem zajmuje się od 32 lat.
Niestety, „tłumacze” i „wdrażacze” zarządzania ryzykiem nie
poprzestają na dezawuowaniu porad płynących z Podręcznika ale postanowili tworzyć sami swoje objaśnienia kontroli zarządczej i zarządzania ryzykiem też, które choć zawierają całą masę tabelek do wypełnienia (widzieliśmy nawet książkę składająca się z samych chyba tabelek, bagatela ponad stówę kosztowało to cudeńko, przy tym ostatni nasz e-book bestseller, dla prostych ludzi, przez prostego człowieka napisany, jest jak za darmo ), no więc takie “wdroż-pomocniki”,  przynajmniej w kwestii  zarządzania ryzykiem nie dają kompletnie NIC oprócz instrukcji… wypełnienia tabelki.
Ale przez zapełnianie tabelki zarządzanie ryzykiem nie działa – i  niech się nikt nie zdziwi, że nie zadziała.
Polski podręcznik nie jest oczywiście doskonały, szczególnie
mamy pretensje o wprowadzające w błąd i NIELOGICZNE skale ryzyka, ale to o zgrozo ! jest jednym z elementów najczęściej kopiowanych do różnych procedur .
Wartościowe są za to na pewno różnorodne wskazówki dotyczące
organizacji struktury ramowej zarządzania ryzykiem i samego procesu, przykłady opisów ryzyka i sekwencje działań, ankietowe metody identyfikacji ryzyka (mocno niedoskonałe ale całkiem do wykorzystania – jak na pierwszy ogień). I podkreślanie roli leadershipu, komunikacji, monitoringu i ewaluacji ale to
znowu niezrozumiałe przez tabelkowiczów umyka, a to kolejny klucz do zadziałania systemu. I nie działa.
Zobacz Teraz !
Inny ciekawy element to przykład rejestru ryzyka, znowu
traktowany wybiorczo przez wdrażaczy jak Polska długa i szeroka (dlaczego ? – dlaczegoś !) choćby sekwencja opisu ryzyk root –cause jest pomijana na rzecz jakiś „czynników” czy „źródeł” ryzyka i innych ubezpieczeniowych hazardów. COSO czyli ISO?
Wreszcie, o dziwo, i na szczęście mało kto robi w rejestrze
analizę ryzyka inherentnego i rezydualnego i przez przypadek najwyraźniej nie jest to najgorsze bo jak donoszą najnowsze jaskółki ze świata i sama IIA  w najnowszym opracowaniu (do tematu powrócimy jeszcze) ma to ograniczony sens.
Nie ma już zresztą ryzyka inherentnego w ISO 31000 Zarządzanie
ryzykiem i tu dochodzimy do kolejnego odkrycia, a tego mianowicie, że Podręcznik mający pomagać we wdrożeniu Kontroli zarządczej opartej na COSO wcale nie jest z COSO tylko z ISO, a dokładniej z jego poprzednika i ojca – matki bardzo dobrego skądinąd standardu australijsko nowozelandzkiego AS/NZS 4360 co każdy, kto te standardy zna, zaraz z ducha i litery wyczuje. Nie mówiąc o schemacie procesu na jednej z pierwszych stron właśnie z AS/NZS i jak byk definicji procesu zarządzania ryzykiem.
Także mamy Kontrolę według COSO a podręcznik z ISO, per qui
pas, a póki co kończymy ten odcinek objaśnień  KZ-u, bo jesteśmy na kolejnym projekcie, siedzimy w hotelu lekko wyczerpani, to i „literowki” mamy nadzieję nam P.T. Czytelnicy wybaczą ….
 COSO czyli ISO?

Dręczymy po łikendowo

dręczymy

Już nie raz deklarowaliśmy, że nienawidzimy szczerze ideji”długiego łikendu”.. z odczuwanego przymusu społecznego odpoczywania akurat wtedy jak i z niestosownościzamykania na kluczyk kraju na dorobku, w ogonie rozwiniętych, na cały tydzień. Dodamy  tylko, że owych „świąt” około łikendowych nikt specjalnie nie świętuje a wszystko jest kolejnym pretekstem do ogólno narodowego palenia węgla drzewnego i kiełbasianej wyżerki. Ale tak już najwyraźniej musi być, póki co pienia w mediach
“na temat zamilkły, nawet echa 75 tradycyjnie zabitych na drogach już nikogo nie dziwią, bo wiadomo, że to

wszystko wina „złych” “pijanych” kierowców, a sami jeździmy
„ szybko, ale ostrożnie” i wszystkiemu są „winne drogi”.

Nawiasem mówiąc zaraz po niedawnym tragicznym najechaniu na trolejbus w Gdyni przez ciężarówkę ( z zdemontowanymi częściowo hamulcami jak donoszą,
niepotwierdzone, media),
Zobacz !!!

sami czytaliśmy jaki podniósł się na forach raban, kiedy ktoś zażądał dodatkowych fotoradarów w niebezpiecznym
miejscu. Zgroza!

Ale taka reakcja „dobrych” kierowców nie powinna specjalnie
dziwić, jak i nie dziwi nas informacja (tym razem telewizyjna) o tramwajarzach zarabiających po 4-5 tysiaków w warszawskich tramwajach (znając choćby sytuację polskiej nauki, tej która jeszcze nie wyjechała) i całych rodzinach,
teściowych i konkubinach wożonych za darmo, kiedy my tu w ankietach na blogu zarobki risk manadżerów
w Polsce sekujemy. O tempora, o mores !
Z mediów różnych dowiadujemy się jeszcze, że orzeł był tak
naprawdę z gastronomicznej plasteliny, a nie czekolady oraz, że ambasador wcale nie jest wujkiem Marcina ale, całe szczęście, zegarki były prawdziwe, choć pożyczone.
Porzuciwszy te daremne rozważania, choć nie bez widoków wówczas na bloggerską popularność, jak Piecyk czy Tasia K., w przejściu do kolejnych ryzykonomicznych bajań  i rozważań uzupełniamy naszą zakładkę „Cytaty” (na górze
bloga) o może nie ściśle związany ale „zarządczy” i kryzysowy cytat:
Grupy organizujące publiczne akcje protestacyjne są (w tym)
dużo bardziej doświadczone niż osoby i organizacje odpowiedzialne za zarządzanie tymi protestami. 
Sam Rosenfeld, Densus Group
 A – jak kiedyś wspominaliśmy – jesteśmy otwarci na
wasze kwotacje ryzykonomiczne. Ślijcie śmiało. Zostańcie z nami. Czytajcie nas !

Zarobki w zarządzaniu ryzykiem w Polsce

0
Porzućmy jednak ten, zdajemy sobie sprawę antyweekendowy kontrowersyjny temat, bo jako się rzekło mamy właśnie

Zarobki w zarządzaniu ryzykiem.  Cały  kraj w majówce, już nie długo nie będzie można kupićbułki, szklanki mleka ani nic załatwić, w końcu należy się nam odpoczynek mamy przecież 1,111111111 % wzrost gospodarczy, tak marudzi dziś od rana w Redakcji

Ryzykonomii nasz Naczelny (tak, ten) pracuś jeden nierozumie , że Naród spracowany, urzędy zarobione, potrzebujemy odpoczynku… żeby potem rzucić się w modernizację i innowacje, bo jeżeli nawet nie będziemy drugą Japonią, to może kiedyś drugą Turcją gdzie, jak donoszą nasi Wysłannicy kraj idzie jak burza coś
8 % PKB YoY rośnie i to wszystko własnymi tureckimi ręcyma bezunijnie.
Kup teraz !
Porzućmy jednak ten, zdajemy sobie sprawę antyweekendowy kontrowersyjny temat, bo jako się rzekło mamy właśnie “na stole” wyniki naszej ankiety o zarobkach Risk Manadżerów w Polsce.
W Ankiecie wzięło udział bite 10 uczestniczek / ów !  Naprawdę bardzo im dziękujemy, od lat walczymy o żywszy udział naszych (licznych skądinąd) Czytelników ( dobre parę tysięcy powracających, tak , tak !).
Tak, czy inaczej wyniki Ankiety obrazuje poniższy wykres słupkowy.
Nie będziemy go specjalnie omawiać, liczyć rozproszenia, sigmy ani skośności obiecujemy jednak temat dalej drążyć już to kolejnymi analizami na łamach już to przytaczając zdobywane przez naszych reserczerów dane.
Zarobki w zarządzaniu ryzykiem
A dla porównania, chyba dosyć pesymistycznego w wymowie, nawet uwzględniając niższe koszty utrzymania w ameryce podobno, hi,hi, przytaczamy wykresy obrazujące rozkład wynagrodzeń w branży riskmanadżementowej w Obamalandzie.
Zarobki w zarządzaniu ryzykiem
Zarobki w zarządzaniu ryzykiem

Nie ma ryzyka bez certyfikacji

0
Nie ma ryzyka

Nie ma ryzyka, bo…„Zombie atakują!”  i nich ( tu sobie)  atakują dalej, Czytelnicy spragnieni wiedzy o zarządzaniu ryzykiem walą do księgarni e-drzwiami i e-oknami po e-booki w empik.com szczególnie , a wiedza to u nas potęga i jak ma się wiedzę to można choćby  zostać jednym z 20 dyrektorów w kolejach śląskich z godną pensją albo, dajmy na to, wiadzieć od kogo pożyczać fajnego Rolexa zamiast kupować jak niewiedzący.

Ale i my oczywiście wiemy, że nie chcemy, żeby nasi Wierni P.T.
Czytelnicy Bloga musieli się nadmiernie kosztować na nasze e-booki dlatego pokontynuujemy dzisiaj pozaksięgarniano.
Otóż, właśnie dopieroco ukazał się nasz kolejny artykuł w
naszej ulubionej Gazecie Ubezpieczeniowej, gdzie poruszyliśmy gorący dziś w Europie temat certyfikowania Menadżerów Ryzyka.

No bo, mamy już tyle zawodów certyfikowanych, a z
certyfikacją menadżerowania ryzyka ciągle do tyłu, zauważyła to onegdaj nasz rodzina FERMA, europejskie stowarzyszenie zarządzania ryzykiem, które już niedługo, bo jesienią na Forum w Maastricht ma zaproponować pan europejski projekty certyfikacji.

Oczywiście wokół certyfikacji menadżerstwa ryzyka było w
Europie sporo dyskusji bo zawsze może się pojawić pytanie: dlaczego firma padła skoro miała certyfikowanych RM-ów?
To mocno pokrętne naszym zdaniem i niesprawiedliwe
traktowanie, bo nikt nie podważa sensowności certyfikowania lekarzy czy inżynierów, czy biegłych a przecież i oni się mylą.

Najwyraźniej jednak panuje już zgoda, że paneuropejska
certyfikacja się zbliża gdyż:

– powinno to pomóc w popularyzacji ERM-u
– określi benchmark kompetencji RM-ów
– ułatwi wybór pracodawcom
– i zarządom
– da, o ile da,  nowy
impuls rozwojowy zarządzaniu ryzykiem
– nie pozwoli wyprzedzić europejskiego certyfikatu przez
czająca się , agresywną konkurencję ze Stanów.
Także czekamy na certyfikację, i jak już wszystko się
wyjaśni, nie zwłoczymy i o wszystkim Niestrudzonym Czytelnikom Bloga i naszych, nie tak w końcu drogich e-booków w misyjnym zapale popularyzacji ryzykonomicznej doniesiemy.
nie ma ryzyka nie ma ryzyka

Zarządzanie ryzykiem i Kontrola zarządcza

1
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza

Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza.
Wiosna, nawet opóźniona jest zawsze dobrą okazją do podsumowań (tak jak każda inna okazja) Ale i tą wiosną, jak co roku jest okazja szczególna, bo właśnie  mamy klimax składania dorocznych Oświadczeń o stanie kontroli zarządczej w Jednostkach.

A więc wszystkie cele i zadania są strategicznie rychtowywane,
rejestry ryzyka glansowane, a mapy ryzyka kolorowane. Przynajmniej domniewywowujemy, że tak jest,  bo jak jest ? …(dyskretnie przypominamy o możliwości komentowania postów…)
Oto jest pytanie !… …A pytanie całkiem zasadne, bo puknął
już trzeci rok od wprowadzenia Kontroli zarządczej i

naszego ulubionego zarządzania ryzykiem do narodowego sektora publicznego i dorzeczne wydaje się właśnie zadanie pytanie: Jak jest z tym zarządzaniem ryzykiem w JSFP -ach AD
2013!

Dobrze, niedobrze czy może Nijak? Zanim uczciwie się przyznamy, że mamy różne  choć nienaukowe przemyślenia i podejrzenia oparte  na szerokiej wiedzy
empirycznej, zgromadzonej przez trzy lata wędrówek po dziesiątkach jednostek sektora publicznego, jak Polska długa i szeroka, jednostek wojskowych, szpitalnych edukacyjnych, wyższo (też), sądowniczych, prokuratorskich, samorządowych etc. etc. etc. to jeszcze nieustająco zareklamujemy, że na Golden
Line działa „od lat” otwarta (niedawno) grupa pt. „Zarządzanie ryzykiem w JSFP” licząca ca. 70 członków. Zapraszamy ! Nie ma spamu a nawet czasem jest dyskusja.
Do KZ-u i zarządzania ryzykiem u publicznych wracając, to
należy zauważyć, że próby pewnego podsumowania tematu pojawiły się na łamach NIK-u w roku 2011, które jedn akowoż nie były zbyt optymistyczne po czym, jak wyczytaliśmy, doszło do porozumienia i uzgodnienia stron oraz wyjaśnienia
stanowisk.
Dzisiaj chyba jednak wciąż nie przybliżyliśmy się do
odwiedzi na pytanie: co po 3 latach dało polskiemu sektorowi publicznemu nie mające odpowiednika w skali europejskiej, a nawet światowej (tak, tak !), masowe, obligatoryjne wprowadzeni obowiązku systematycznego zarządzania ryzykiem we wszystkich JSFP.
Wydaje się, że temat dojrzewa do solidnej analizy, bo sami
reprezentatywnej, 100 % empirycznej analizy problemu nie jesteśmy – oczywiście – tu w stanie dokonać i nawet nie zamierzamy…
…3 lata to jednak trochę czasu i jakieś efekty mrówczego
tworzenia tysięcy rejestrów ryzyk, mianowania tysięcy risk ownerów  powinny jednak być ocenione. Bo mroczenia, że
to całe zarządzanie ryzykiem “nie ma sensu”, to “zamorskie fanaberie” odrzucamy stanowczo nie tylko ze zwykłej subiektywnej ryzykonomiczności, ale z prostej (a nawet prymitywnej ) obserwacji wielu dramatycznych wydarzeń z jednostkami
sektora publicznego w roli głównej, które nie powinny mieć miejsca, gdyby zarządzanie ryzykiem i ład organizacyjny szerzej mówiąc akurat w tych jednostkach rzeczywiście, a nie tylko w Oświadczeniach o KZ realnie funkcjonowało.
A co do „Podręcznika” tajemniczego Bentleya Jennisona to wcale
się nie zgadzamy, z często spotykaną opinią, że… ale powoli, powoli nie wyprzedzajmy biegu wydarzeń…
Skoro więc o znanym każdemu kierownikowi dokumencie wspominamy, to akurat Oświadczenia idą na pewno dobrze, może nawet za dobrze, bo z tego co widać „oświadczeniowo” wszystko, także z risk manadżmentem, jest u Publicznych w najlepszym
porządku.
Chyba niewiele jest dzisiaj jednostek, które odważyłyby się zapisać, że „ w ograniczonym stopniu funkcjonowała …..KZ ” a potem nie kliknąć zarządzania ryzykiem, że Jest. O innych elementach nie wspominając, ale nie są one przedmiotem dzisiejszej dysertacji.
Ryzykujemy pozytywną ocenę zaradności i znajomości, nigdy nie spisanej, lecz potężnej wiedzy z zakresu „strategii zachowań pracowniczo-kierowniczych”, która to ocena sugeruje
niedwuznacznie (i potwierdzają to badania „face-to-face”), że  większość kierowników takie czy inne procedury (KZ oraz ) zarządzania ryzykiem już zakupiła/skopiowała/ zleciła –
niepotrzebne skreślić.
Tak więc Procedury i Polityki Zarządzania ryzykiem , wiele ich widzieliśmy, już SĄ. Ale jakie są ? Co zawierają? Czy da się je przeczytać, zrozumieć i efektywnie stosować?
I powracamy do pytania: gdzie jesteś dzisiaj Kontrolo
zarządczo i Zarządzaniu ryzykiem AD 2013  ? (i znowu dyskretnie zachęcamy do komentowania…)
O tym będziemy kontynuować w kolejnych odcinkach
ryzykonomicznego serialu, już za chwilę, zostańcie z nami, nie idźcie na blogakasi, może zarabia kokosy ale nie zna się na zarządzaniu ryzykiem tak jak My, wasza skromna i zawsze do usług Redakcja Ryzykonomii ! 
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza

Kunta zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

0
zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

Zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw. Właśnie ukazał się tekst Naczelnego Ryzykonomii w gościnnej Gazecie Ubezpieczeniowej (link)  dotyczący ryzyka w łańcuchach dostaw o znamiennym tytule… „W łańcuchach”. Wychodząc podstępnie od skojarzenia  tytułowych łańcuchów Naczelny Bloga zanęca Czytelników skojarzeniem z pamiętnymi Korzeniami i pojawiającym się w nich (jak co bardziej doświadczony P.T. Czytelnik bloga pamięta) niejakim Kunta Kinte
(znany również jako Tobi) a dalej już sprawnie po uchwyceniu uwagi Czytelnika przechodzi do trudnego, ale niezmiernie ważnego problemu zarządzania ryzykiem w łańcuchach
dostaw.

Idąc dale tropem tematu SCRM (supply chain risk management) Nasz Redaktor porusza następujące kwestie:
  • Kluczowego  czynnikiem rozwoju łańcuchów – optymalizacji kosztów produkcji
  • Lean management, czyli szczupłego zarządzanie jako promotora łańcuchów Szerokiej gamy
    ryzyk w łańcuchach…
  • …Choćby ryzyk reputacyjnychi „gorących” przykładów Gapa, Lewisa, H&M czy ostatnio Zary.
  • Kwestii ryzyk katastroficznych i ich wpływu na łańcuchy (np. japoński przemysł elektroniczny po tsunami)
  • Cyber ryzyka łańcuchowe, szczególnie utrata danych osobowych; już w 2014 roku  Unia Europejska wprowadza obowiązek ujawniania takich przypadków, a proponowane kary mają sięgać nawet 2 % łącznych przychodów
    firmy macierzystej).
  • Rosnącego zagrożenia regulacjami umownymi w łańcuchach
  • Konieczności przeprowadzania stosownego due dilligence łańcucha ( skąd-dokąd, kto-gdzie, za co-za – ile etc.)
  • Dalej Naczelny Bloga deklaruje zajęcie się tematem strategii zarządzania ryzykiem w łańcuchach.

I my obiecujemy sekundować w tych przemyśleniach.

Śledźcie nas też na Facebooku-u ! zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw, zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

Za mało, za późno za dużo ryzyka

0
za malo

Za mało ryzyka ?
Mało o tym było u nas, ale  w światowych mediach znowu było głośno o problemach żeglugi pasażerskiej,  a mianowicie luksusowca pasażerskiego firmy Carnival Triumph, należącego do linii żeglugowych, a jakże Carnival. Sami w Redakcji
Ryzykonomii bardzo lubimy morskie podróże, sporo o statkach wiemy i nawet onegdaj potrafiliśmy rozróżnić Stocznię Gdańską od Gdyńskiej, gdy takowe jeszcze były, ale teraz ich już nie potrzebujemy.Także ze smutkiem przyznamy że na żadnym
Carnivalu jeszcze nie pływaliśmy… ale zawsze mamy czas do emerytury, a to jak wiadomo ostatnio dużo czasu…

Do awarii statku wracając, to zapaliła się w nim maszynownia
, jednakże szybko została zgaszona gorzej, że wszystko wysiadło, i coś 3100 pasażerów plus ponad 1000 załogantów zostało bez prądu, wody, jedzenia (lodówki !), i w ogóle w totalnym haosie ….
Za mało technicznie przygotowana do podjęcia działań antykryzysowych, pożar ugaszono, załatwiono holowniki, awaryjne kanapki, generatory etc. ale wiadomo, taki „pasażer”
to miasto na wodzie i jak pasażerowie masowo donosili  z pokładu (podczas i już po)  do rodzin i mediów (rzecz działa się u
wybrzeży Zatoki Meksykańskiej)  nie działały kibelki,  kanalizacja,
wentylatory, brakowało jedzenia, picia, a chyba przede wszystkim słabo było z informacją, bo nawet zanotowano telefony przerażonych pasażerów deklarujących swój koniec.
Źródła specjalistyczne sugerują, że firma Carnival dała
plamę na polu zarządzania kryzysowego nie informując odpowiednio i wykorzystaniem różnych dostępnych mediów. Co się naprawdę dzieje , jaka jest skala problemy, co
przedsięwzięto.
Ujawniło się więc mega ryzyko reputacyjne. W Carnivalu przygotowali się do awarii statku sensu stricto (!) , ale
umknęło im najwyraźniej, że ich statek to mega hotel i awaria techniczna powoduje łańcuch różnych nieoczekiwanych zdarzeń.
Najwyraźniej firma miała też pecha bo żadne inne newsy się w
feralnych dniach nie pojawiły stąd media poużywały sobie dodatkowo, żeby wyeksploatować temat, tak dziś niestety jest.
Niby fajnie, że CEO Carnivala obiecał pełne rekompensaty plus
500 dolców na głowę. Szkoda tylko, że dał się w trakcie trwania kryzysu przyłapać przez media  na meczu basketbolowym
z radosną miną (podobnie jak CEO British Petroleum w kryzysie ropowyciekowym w Gulf of Mexico), co jest z tymi CEO, że są tak naiwni !?; nawet my w Ryzykonomii wiemy, że w podobnych sytuacjach trzeba jak opisywał to Sienkiewicz „buzię w skromne ciup i ręce w małdrzyk….” Ale na pewno nie na mecz!!!
Nic więc dziwnego, że pasażerowie podsumowali wszystko, a
media to podchwyciły: „ too little too late”….
za mało za mało za mało

Hronolky czyli podróże menadżera ryzyka

0
podróże menadżera ryzyka

 Podróże menadżera ryzyka
Właśnieśmy* powrócili z nie biznesowych choć i nie do końca
nie Ryzykonomicznych wojaży, a mianowicie z bratnich Czech, gdzie oprócz narciarskich umiarkowanych wyczynów dokonywaliśmy licznych obserwacji, o ryzyku też naturalnie. Pokonawszy południowe, słabo oznaczone przejścia graniczne, z
jednej i z drugiej strony, na wypadek wojny lub może zupełnie bez
przyczyny, jakby się oba kraje bratnie przed sobą nieledwie ukrywały od razu nas uderzyło nas przejście do krainy jakby Ordnungu większego i

 przede wszystkim bez gargameli, rozbuchanej archi-tektury i o zgrozo przyczepionych do każdej ściany i drogi bilbordów i reklam.
Tak to podróżowawszy  czeskimi drogami bezpieczniej, bo choćby nie musząc czytać na każdym skrzyżowaniu „koparkifrezarkitelfax”, „śniadania , obiady taniotaniotanio, faxnymertelefon eamil fax”  itpitpitpitp)  spędzaliśmy wolne dni pojadając bramborowe knedlikay, hranolki i ciasto se slechaczkou.
Po przybyciu sama organizacja około-narciarska zdała nam się
podobna do naszej własnej, ryzykonomiczna kultura na stokach w sumie dość podobna, w kaskach większość już też jeździ choć obowiązku dla dorosłych (?) nie ma a lokalna TV też uświadamia, że warto.
Podziwu godne jest natomiast jak, niezależnie od pogody, lokalne autobusy wyładowują wciąż nowych narciarzy biegowych, setki i tysiące – w każdym wieku. To jest prawdziwy sport masowy
wyssany z mlekiem przysłowiowej matki, a – jak sądzimy – wyuczony na poziomie edukacji szkolnej.
W ogóle to zima śnieżna i w górach łańcuchy na koła trzeba
mieć w pogotowiu i tu stara prawda się potwierdziła, że na ćwiczenia zawsze trzeba znaleźć czas wcześniej, bo w sytuacji kryzysowej ot, choćby na zaśnieżonej drodze wszystko się zacina i działa znacznie trudniej niż w instrukcji czy nawet 10 razy oglądanym instruktażowym filmiku na you tube.
Z łańcuchami czy bez, na ceską policję trzeba uważać bo
chyba turystów za bardzo nie lubią i chętnie mandaty wlepiają (choć nie nam na szczęście).
Takżeśmy wypoczywali, ze stoków umiarkowanie szusowali,
piwo czeskie, chyba najlepsze na świecie (tak, tak), choć już nie tak tanie jak onegdaj (niestety!) popijaliśmy po czym, bo wszystko płynie niestety wracamy i tu, już na rodzimej A4 w  megakryzys wpadliśmy. A co tam widzieliśmy, o tym opowiemy już za chwilę w kolejnym….
* Naczelny Bloga (tenże, patrz wyżej) wciąż nam wytyka, że dla
personalnej uciechy  dziwne słowotwórstwo i dadaizm lingwistyczny uprawiamy i w ten sposób nie tylko pod kolejne wytyki Czytelnicze ale może i nawet ustawę o Ochronie Języka możemy podpaść albo jakąś kolejne regulacjo-deregulację , które to mają przedsiębiorcom nieustannie życie
ułatwiać, a jak jest każdy koń, nawet ślepy, widzi…. 

podróże menadżera ryzyka