zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 11

Prędkość zabija pełna ryzykonomia

0
prędkość zabija
Uff,  właśnie rodzina przyjechała znad jezior, nie żebym się martwił o zdolności kierownicze, dużo bardziej wierzę rozsądkowi kobiet z kółkiem, ale wiadomo ci Świetni Kierowcy w swych super maszynach z naprzeciwka z lewa i z prawa (i na jednopasmówkach także).
ICH się po ponad 20 latach dość intensywnej i póki co
bezwypadkowej (odpukujemy) i 2-manadatowej jazdy (tym się chwalimy choć mamy wrażenie u nas jest to powód do niedumy, tak jak powodem do macho-dumy jest bulenie mandatów), ICH  boimy się naprawdę.
Temat poruszamy nie tyle dlatego, że najwyraźniej tragedia
kolejowa w Hiszpanii jest wynikiem surrealistycznego speedingu. Nawiasem mówiąc, zarządzanie ryzykiem w kolejnictwie to temat bardzo ważny, wspominaliśmy jakiś czas temu jak sobie z tym radzą w legendarnym Schinkansenie. Japończycy zresztą bardzo podkrelaj wagę systematycznego zarządzanie ryzykiem  bardzo, a w szczególności, pisaliśmy o tym, konieczność nieustannego budowania i wzmacniania  kultury zarządzania ryzykiem. Bo w istocie szalona prędkość, hekatomba na polskich
drogach (nie bujajmy się i na nowych i na starych) jest soczewką w tysiąckrotnym powiększeniu pokazującą  niską kultury
zarządzania ryzykiem czy bezpieczeństwa (jak kto woli) Polaków właśnie. Na wypadkach drogowych, tym „nierozwiązywalnym” problemie tracimy c orocznie miliardy PKB, potem na przykład próbujemy te roztrwonione gigantyczne środki w ułamku dozbierać na Orkiestrze; zawsze jest lepiej rzucić grosik i uronić z dumą łezkę niż pomyśleć i zaoszczędzić miliardy. O hipokryzja ! (Uczciwie mówiąc podobnych „schematów” możemy wymienić wiele).
O aspekcie ludzkiego nieszczęścia nawet nie wspominamy, do
tego trzeba wyobraźni, której większości rodzimych kierowców zwyczajnie brakuje.
Zdjęcie pierwsze
Przy herbacie, po pewnym biznes spotkaniu, inteligentni
przecież i dystyngowani rozmówcy przechwalali się przy stole,  jak to jeżdżą z Gdańska do Warszawy w 3 i może
pół godziny (my jedziemy, ca. 5 co za wstyd…), oczywiście jak zawsze SZYBKO ale OSTROŻNIE. Tak zresztą pewnie
myślała pewna znajoma, która ledwie uszła z życiem po długim szpitalu wyjechał ktoś na skrzyżowaniu, bo przecież fizyka ma swoje prawa dynamiki i stali nie da się zatrzymać ot, tak w miejscu. Nawet tak Dobrym Kierowcom, jakich nieustannie
spotykam.
Zdjęcie drugie
Korzystam z uprzejmości znajomych, podwożą mnie do domu
przez Polskę. Obiecałem sobie już nigdy nie jeździć z nieznajomymi, ale lenistwo, parę groszy zaoszczędzone. Kilka godzin jazdy często po 180 choćby na zatłoczonych odcinkach A2, odległości po paręnaście metrów. Także w deszczu.  Udało się , żyjemy. Tylko ja najwyraźniej dziękuję niebiosom za przetrwanie. Normalka.
Zdjęcie trzecie
Wracam polskim busem zimą. Biała droga śnieżyca, wyprzedzamy
po trzy ciężarówki na jednopasmówce, najszybszy pojazd na trasie. Zgroza. W pól roku później, niedawno wypadek tej samej lini i setki komentarzy potwierdzających
moje obserwacje. Przy okazji, jestem chyba jedyną osobą w zasięgu wzroku w pasach, które ma każdy nowoczesny autobus. Bo wstyd. Ale odcięte nogi, ręce – nie wstyd ?
I tak dalej….
ZOBACZ BESTSELLER !
W ogóle zawsze nas zastanawia ten „odlot rozumu” (jak celnie przy innej okazj zauważył Paul Johnson), rozmawiamy z miłymi i inteligentnymi ludźmi, potem wsiadają do samochodu i zmieniają się w Dr Jekylla i Hyda pędząc na zatracenie, najeżdżając na grubość zderzaka innych „zbyt wolnych”, „nie tak dobrych” użytkowników (hej, czy to nie kompleks….). Zresztą to najeżdżanie ala’ Formuła 1 to powszechna plaga polskich dróg . I znowu jeden
z drugim (cenzura) nie jest w stanie zrozumieć, że to czysty ruch opóźniony, im szybciej jedziesz tym dłuższa droga hamowania, „halb tacho” jak piszą na austriackich autostradach, zmienia się u nas w „pół zderzaka”, bo przecież jest SZYBKO ale OSTROŻNIE.
Nie wiadomo do końca z jakiego powodu hiszpański
maszynista tak speedował, bo co do tego nie ma wątpliwości, przychodzi jednak taka refleksja, że podejście do prędkości i zasad ruchu drogowego jest w Hiszpanii cokolwiek zbliżone do naszego (nasza empiryczna wiedza,; choć chyba znacznie bardziej
boją się policji i zdaje się guardia civil), ta sama ułańsko-donżuańska idiotyczna fantazja i brak obiektywnej oceny sytuacji i własnych ograniczeń.
Prędkość zabija i nie ma co do tego wątpliwości, to są empiryczne
dane (bardzo proszę), wystarczy poczytać, nie żebyśmy jakoś lubili się wlec po drodze, ale po to są przepisy, prawo, za którego stanowienie i utrzymanie SAMI płacimy, żeby je przestrzegać ! Czy Prawo, instytucjonane zarządzanie ryzykiem to jakiś oksymoron ?
Co z tego że dojedziemy na wakacje pół godziny wcześniej
albo będziemy mogli się pochwalić przed macho kolegami naszym genialnym kierownictwem, jak któregoś dnia – nie dojedziemy ?Albo inni przez nas nie wrócą do domu przez nas ? Czy
ludzkie tragedie są warte paru minut, o ile o to w ogóle chodzi? Bo niby gdzie wszyscy się śpieszą w weekend?

Śpiesz się powoli. Jak wyjedziesz spóźniony przyjedź spóźniony.
Prędkość zabija, głupota zabija. Dobrze jest znać swoje ograniczenia. Także fizyki i prędkości. Amen. 

Prędkość zabija Prędkość zabija Prędkość zabija

Kulturalne kondyszyns i ryzyko

0
Kulturalne kondyszyns

Już, już mamy przejść do zapowiadanego w ostatnim poście obalania risk manadżmentowych (i nie tylko) paradygmatów, a tu ostatnio uczestniczymy w ciekawej dyskusji, po prezentacji w pewnym klubie biznesu,  kilku profesjonalnych zapaleńców (tak, tak, jeszcze tacy całkowicie nie
wymarli ani nie wyjechali, ale pewnie za chwilę).

A dyskusja, w opustoszałej sali ale przy wciąż obfitym, niewyjedzonym cateringu (ach te babeczki z malinkami, ale o zgrozo ! Wasza Redakcja zrzuca wagę…)  dotyczy  bynajmniej nie tylko ściśle ryzykonomicznej domeny. Otóż jakoś – takoś w tym małym, acz zacnym gronie  zgadaliśmy się na temat modnego dziś CSR-u a potem i przeszło na kulturę zarządzania
i zarządzania ryzykiem też.

Jeden z interlokutorów denerwował się miedzy innymi, o co w
tym całym CSR-e chodzi, jedna wielka ściema, dużo hałasu o nic, a biznes przecież – is biznes.

Kulturalne kondyszynszrobić żeby nie doszło do kolejnych kryzysów i przewałek , a choć szał regulacyjny, także u nas, trwa to nie ma empirycznych dowodów na to, że kolejne regulacje zmniejsząją ryzyko
systemu. Regulacji jest rzeczywiście co niemiara od SOX –a 404, potem Dodda-Franka, Bazyleę i Solvency, COSO-wy Internal Kontrol zaordynowany przez amerykański SEC, różne Governancowe regulacje, także powoli przenikające do
Polski, choćby w ustawie o biegłych rewidentach (dlaczego tam !?) czy ustawie o TFI …..itd. itd.
Lubisz Czytać ….

Koszty wprowadzaniem tej regulacyjnej twórczości liczone są w miliardach dolarów, a efekty, czego przykładem jest choćby sam protoplasta SOX 404  (jeszcze przecież przed-lehmanowy i too-big-to failowy ) są nikłe albo wręcz ŻADNE.

Może więc kluczem jest właśnie „kultura” ? Tylko co właściwe
ona oznacza i jak ją (jeżeli już) w organizacjach rozsiewać ?
Weźmy choćby naszą ulubioną kulturę zarządzania ryzykiem,
już zaczynają się schody…
the combined set of individual and corporate values, attitudes,
competencies and behaviour that determine a firm’s commitment to and style of operational risk management.
Basel Committee (2011) …the general awareness, attitude and behaviour of its employees and appointed representatives to risk and the management of risk within the
organisation.
FSA (2006)
 …the values, beliefs, knowledge and understanding about risk shared by a group of people with a common purpose, in particular the employees of an organisation or of teams or groups within an organisation. IRM (2012)
…the system of values and behaviors present throughout an organisation that shape risk decisions. Risk culture influences the decisions of managementand employees, even if they are not consciously weighing risks and benefits. KPMG (2010)
Małe ble, ble nie prawdaż ?
Stąd pewnie nasi koledzy z London School of
Economics po swoich ostatnich researchach stawiają tezę, że „w odróżnieniu od paradygmatów publicznej debaty o kulturze
organizacyjnej, która kładzie nacisk na zmianę sposobu myślenia i postaw, koniecznej jest położenie znacznie większego nacisku na poprawę struktur, procesów monitorujących funkcjonowanie organizacji i zapewniających efektywny przepływ informacji, a także wprowadzenie skutecznych mechanizmów mierzących efektywność w odniesieniu do ponoszonego ryzyka oraz tych zapewniających „good compliance”. 
No, to nam się znacznie bardziej podoba bo, jak ktoś mądrze zauważył:
„The best way to avoid mistakes is not to change human condition but the conditions of human work”
Co niniejszym dodajemy do naszego zbioru Ryzykonomicznych cytatów (patrz: pasek pod tytułem Bloga)
A kultura, jak uczyli mnie w domu, jest w życiu potrzebna,
niby można jeść rękami albo nawet nogami, można budować stadiony zamiast bibliotek, ale gdzie nas to, czy to w biznesie, czy życiu społecznym doprowadzi?
Zapalonych dyskutantów pozdrawiamy, więcej takich dyskusji chcielibyśmy słyszeć, szczególnie, że jednym z kluczowych zadań risk manadżmentów, o którym jakoś słabo sie pamięta, jest krytyczna analiza i „challengowanie” założeń.
pa, pa !

Kulturalne kondyszyns Kulturalne kondyszyns Kulturalne kondyszyns

Bez paradygmatu o ryzyku

0
Bez paradygmatu o ryzyku
Niedawno na forum prowadzonym przeze mnie na Golden Line „Zarządzanie ryzykiem w JSFP” jeden z uczestników , który większość kariery zawodowej spędził w Ameryce zadał dramatyczne pytanie, mniej więcej: „Dlaczego
na naszych rodzimych forach, nie tylko GL,  nikt nie podejmuje dyskusji, ani na ten ani na inny profesjonalny interesujący mnie temat. Na forach anglojęzycznych np. Linked In jest zupełnie inaczej ! Wszyscy dyskutują i spierają się nieustannie ” .
Nie ma debaty, nie ma dyskusji, nie ma challengowania
założeń, w Internecie i „w ogóle”.
A krytyczna analiza założeń i oczywistych oczywistości, paradygmatów jest jednym z fundamentów nie tylko w samym
zarządzaniu ryzykiem, ale i modernizacji  w życiu gospodarczym, społecznym, o polit nie wspominając. Nie ma kultury zarządzania, nie tylko kluczowej kultury zarządzania ryzykiem, bo nie ma
otwartej dyskusji o problemach, a  za to jest powszechne udawanie, w imię (czego?)  że problemów nie ma. Everything Goes According to Plan a także Not in My Term of Office, itepe, itede…
I znowu im/nam nie wyszło czy to śmiecie, czy to
infrastruktura, czy to dziura budżetowa i nieuchronny klif fiskalny. 50, 60 a może 90% …..no, może nie tak nieuchronny, bo przecież jak nam się KRI świecą, to wystarczy je wyłączyć i…
już po ryzyku!
Po raz kolejny okazuje się, że jak mówi motto bloga „Na Kon
wsiędziem….” i rzeczywiście jest „Jakoś”. Nie będziemy tu się znęcać politycznie bo i tak nigdy nic z tego nie wynika a i dzięki krytyce do wymarzonego koryta i tak nie dopuszczają, a jednocześnie ciągle słyszymy , że to dopiero 10/15/20 (niepotrzebne skreślić) lat i „mamy czas”, i  były zabory i wojna i Janka Muzykanta w piecu Prusacy z Anielką upiekli, przez to wiadomo jest nam trudno etecetera, a trzeba i przyznać Waszej Redakcji Ryzykonomii lata lecą i coraz trudniej na te zmiany w długim okresie czekać, bo jak mawiał Keynes „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”. Tamten kolega wyjechał za granicę, ta córka koleżanki już się szykuje, tamci żałują że nie wyjechali jak mogli, ale może jeszcze …Ale ponoć już za chwileczkę już za momencik coś się zmieni, zaczniemy planować,
przewidywać, liczyć i robić to co jest do zrobienia i „jakoś to będzie”. Taaa….
No, znowu bezwiednie zdryfowaliśmy poza ściśle zarządzanie ryzykiem, może jak kasia te
Bestseller ! Kliknij by zobaczyć!

zaczniemy pisać o modzie i makaronie nabijając sobie tysiące
fanów ważnymi tematami, ale  niech nam P.T. Czytelnicy Bloga dzisiejszy pesymizm wybaczą ( choć preferujemy profesjonalny termin      dentyfikacja ryzyka” ) sądząc po kierunkach modernizacji, a raczej jej braku widać jak na dłoni i bez rejestru i bez mapy ryzyka, dokąd nieuchronnie zmierzamy.

 No debate, tylko paradygmaty … tu przychodzi nam na myśl
ciekawy cytat naszego kolegi i prelegenta Granta Purdego z Australii, który napisał niedawno, że:
„Ostatnimi czasy, coraz częściej zauważam, że w zarządzaniu
ryzykiem nadmierny nacisk na rozwój różnego rodzaju „ceremonialne instrumenty”,  „ryty” , „obrzędy”, jak
w jakimś sekretnym stowarzyszeniu powoduje, że coraz trudniej zrozumieć innym, co naprawdę powinni oni robić, aby lepiej zarządzać ryzykiem”  
(cytat niniejszym dodajemy do naszej rubryki cytatów na
pasku po tytułem bloga)
Tajemniczo brzmi, prawda? Już wyjaśniamy. Otóż na „zachodzie”
także w zarządzaniu ryzykiem toczy się nieustanna debata: jak to robić? jakich narzędzi używać? Który standard jest lepszy… a może coś innego?  Co ma, a co nie ma sensu ?
To tak jakby ktoś u nas zadał pytanie: po co nam kontrola
zarządcza i jaki jest tu ratio  koszt/zysk ? Gdzie było zarządzanie ryzykiem przy klęsce śmieciowej ?  Albo, z innej działki:  jak to jest z tym zarządzaniem jakością w firmach? Każdy ma znaczek, ale jakie są rezultaty wydrukowania mega regulaminów i auditów (nie mylić z audytami) ? Szalone pytania,  nieprawdaż ?
Jest – jak jest, więc póki co Wasza Redakcja Bloga będzie
samopas rzucała sobie challenge do takich wydawałoby się „oczywistych oczywistości” i paradygmatów rodzimego rachitycznego risk manadżmenetu jak (na początek) :
Czy mapowanie ryzyk , wszechpopularny kolorowy  gadżet ma w ogóle sens ? Czy to nie strata czasu i mega zmyłka ?

Czy istnieje w ogóle apetyt na ryzyko ? Kto to umie policzyć
? Po co to komu ? Kto 
to zrozumie ? Czy nie wystarczy koncepcja „kryteriów ryzyka” ?

Co broni  „kanoniczny” wręcz model  trzech
linii obrony i czy w ogóle coś broni ?
I nie myślcie, że otrzymacie odpowiedzi na jakie oczekujecie….
To już wkrótce , zostańcie z nami ……

Bez paradygmatu o ryzyku Bez paradygmatu o ryzyku Bez paradygmatu o ryzyku

Biała księga, białe ryzyko ryzykonomia

0
białe ryzyko

Nie wiemy na ile i „czy” P.T. Czytelnicy Bloga wiedzą, ale Wasza Redakcja nie tylko zajmuje się promocją bestseellera naszego Naczelnego, który twardo siedzi w czołówce listy empikowych bestsellerów, ale i Naczelny się odgraża, że nowe „rzeczy” (myśli, że nie wiemy, jakieś ma hemigłejowskie sugestie stary bufon) już zaczyna pisać, teraz zdaje się jakiś duży artykuł o audycie zewnętrznym biegłych rewidentach regulacjach i nie wiemy naprawdę o czym jeszcze. Choć słusznie się Czytelnik/czka spodziewa, że jak już napisane będzie to i czym prędzej w ręce P.T. Czytelników te ryzykonomie przekażemy.
Póki co wrócilismy z koncertu Bon Joviego w Ergo Arenie, i to ryzykonomicznie skomentujemy, ale za chwilę bo jeszcze jedna rzecz czeka „na parapecie” do opisania.

A rzecz to niebłacha bo dopieroco z wielką acz niedostrzeżoną pompą ukazała się „Biała księga
Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczpospolitej” pod patronatem samego Prezydenta.  Nie tylko Biała ale i wieeelka to księga licząca coś 265 stron. Przyznajemy, że tyle niegdy nie czytamy z takich megadokumentsów, z amerykańskich firm został nam leniwy nawyk czytania executive summaries, bo zwykle tam można wyczytać całe klue programu. No, tu ES-u zasadniczo nie ma choć na końcu są różne podsumowania, wyznamy szczerze równie dla nas mało zrozumiałe jak cały documents. Wogóle to z wielkim szacunkiem o sprawie mowimy, żeby nie było niedomówień, wystarczy całe kompanie (a raczej bataliony) autorów wyczytać, a chyba same tytuły naukowe ustawione jeden na drugim dałyby nam

Białe ryzyko

ZOMBIE ATAKUJĄ !

bezpośrednie połączenie jeżeli nie z księżycem to na pewno z drzwiami do piotrogrodu.
Oczywiście nie jest tak żebyśmy tego szacownego tytulu do pobrania (link niżej) bliżej nie przejrzeli
http://www.spbn.gov.pl/portal/sbn/667/4630/Biala_Ksiega.html
ale choć różne diagnozy tam deklaruje się – to analizy ryzyka (tak jak to rozumie prosta Redakcja Ryzykonomii) – ani słychu ani dychu. Co do koncepcji to może i umysł zbiorowy był ale chyba nie zadziałał.
Generalnie i subiektywnie podsumowujac, to jak widzimy podobne strategie to sobie myślimy, że dobrze jest uczyć się języków obcych. Oczywiście po to, żeby móc poznać głębie białoksięgowych przemyśleń, ale i dla rozrywki i dla bezpieczeństwa.
A już za chwilę, zagramy dla vas o samym koncercie Jonie Bon Jovi…. Słuchajcie jak gramy !!!

białe ryzyko
białe ryzyko
białe ryzyko
białe ryzyko

Rady Nadzorcze 2013 – raport i analiza

0
rady nadzorcze
Rady Nadzorcze, ryzyko…Eh, znowu ta niedola pukania w klawisze zamiast robienia  kariery w jakiejś sympatycznej, nieciężkiej, nieodpowiedzialnej pracy…np. w  jakiejś Radzie Nadzorczej czy Coś. ( Naczelny Bloga właśnie się ironicznie uśmiecha do mnie zza szyby swojej kanciapy, jakby chciał powiedzieć „nie dla psa kabanosy”
coś za bardzo domyślny się staje stary sknera… a podwyżek to się nie domyśli, oj nie !)
.

Ryzyko i Rady Nadzorcze…

No, nic dziwnego że nam przychodzą takie myśli do głowy dopiero co byliśmy w Klubie Biznesu na prezentacji PwC ala’ wielka czwórka ich raportu „Rady Nadzorcze 2013. Skuteczność rad nadzorczych w spółkach publicznych notowanych
na GPW”
wyniki zbierali 2011-12 i zgrabny raporcik ulepili zresztą dostępny dla P.T. Czytelników bloga pod adresem tutaj.  Raporcik zgrabniutki na ładnym kredowym papierze wydrukowany szczerze jednak przy tym mówiąc…nic specjalnie w nim nie znajdujemy cobyśmy już wcześniej nie wiedzieli i nie tylko my chyba ale wszyscy co mają jakieś pojęcie o Governansie Korporacyjnym, audycie, Radach i zarządzaniu ryzykiem w szczególności. Nawet słupki pokazujące „zainteresowanie” zarządzaniem ryzykiem jako 3-cie w kolejności wyzwanie dla Rad w wysokości 15 % zainteresowanych, po strategii (21%) i poprawie wyników biznesowych (19%) (a są jakieś inne wyniki ?!).
Zawsze to zainteresowanie ryzykiem „rośnie” tylko dalej czytamy że Komitety Audytu ma 60-70 % mniejszych spółek, a Komitety ryzyka razem tylko 1% wszystkich, właściwie nie robi to na nas szczególnego wrażenia, nawiasem mówiąc nie wiadomo po co te
KA i co one naprawdę robią…

Rady Nadzorcze i ryzyko…

A może i wiadomo, bo znacznie ciekawszy był panel dyskusyjny. Byli tam i Pan Socha Jacek i profesjonalny (akurat nie mamy wątpliwości) Członek RN czołowego banku i Dyrekcja SEGu i
szacowni paneliści inni.
No więc w panelu Rady podzielono na dwie grupy: nadaktywne i
jedzące ciasta i kanapki, to podobno problem, zdaje się tych drugich jest znacznie więcej, choć kawę i pączki też pewnie spożywają. Na dobropraktykowe a nawet ustawobiegłorewidentowe „czuwanie” nad ryzykiem już nie starcza czasu szczególnie, że żeby czuwać trzeba wiedzieć nad czym.
Generalnie patologia (takie padło określenie) się utrwala, nie jedyna zresztą, jak widać wszędy z telewizji, synekury dla przyjaciół i znajomych królika i chyba nawet już Maleństwa, liczni akademicy do Rad się garną zewsząd, mocno książkowo, jak zauważył jeden z obecnych,  w biznesie osadzeni.
KNF to-tu  to-tam nowe regulacje z dowolnością maszyny losującej dokleja raz w ustawie o Biegłych, ostatnio o TFI,  tera pono się na Kodeks Handlowy z sieciami zasadza, może ma to i jakiś sens – Tylko jaki ?  Dlatego: jak żyć możnaby się zapytać, Panie
Premierze ?
I takie właśnie pytanie lekko zmodyfikowane o adresata zadaliśmy
czym prędzej panelistom, jak zawsze celne się nie chwaląc, wszystkim się spodobało, bo jak jest każdy koń widzi, ale co z
tego ?

Pan Jacek Socha zgrabnie nam za pytanie podziękował, inni
paneliści podchwycili sami inteligentni ludzie, bez kadzenia, dobre rady dawali, właściwie wszyscy się zgadzają, ż tak dalej być nie może, choć z drugiej strony wiadomo jest- jak – jest i pewnie het, het do końca Drogi Mlecznej albo i dalej jeszcze zostanie.

100 000 na Bushi-do

0
100000 ryzykonomii

Aniśmy się obejrzeli, a tu „Ryzykonomii” puknęło ponad 100 000 wyświetleń, prawie już 4 lata się trudzimy pro publico bono niosąc kaganiec nowoczesnego zarządzania spragnionemy Narodowi pomni, że jak mawiał Poeta: „Jak bedłki tak spragniony ryzykonomii ginie Naród…” 

Co najmniej kilkatysięcy Czytelników z Polski (i nie tylko) wraca na nasze łamy, jak mówią statystyki,  to nam dodaje sił i samozaparcia, i może nawet kiedyś dostaniemy medal z ziemniaka od Czynników, gdyż jak wiemy, gdzie jak gdzie ale w nadwiślanskim kraju ceni się profesjonalizm i gruntowną wiedzę.
No, może się nieledwie się zapędzamy z tymi komplementami i tematów ryzykonomicznych  do roztrząsywania i dzielania na czworo na łamach naszych
troche pozostaje. Weźmy takie ryzyka śmieciowe, które się nam na horyzoncie szykują. Nikt najwyraźniej żadnych specjalnych analiz ryzyka co do śmieć -problemu nie przygotował choćby najgruntowniejszych kalkulacji „ile śmiecia do zebrania naprawdę jest” i chyba po raz kolejny temat „wyjdzie w praniu” szczgólnie, że jak wiemy „jeszcze nigdy nie było tak – żeby jakoś nie było”. 
Trochę porażające są te wiecznie żywe narodowe mądrości zarządcze, wyraźnie anty-ryzykonomiczne, i nas by być może porażały i gdybyśmy od czasu do czasu, choć życzylibyśmy sobie pewnie częściej, nie otrzymywali wyrazów szczerej sympatii i uznania za pisanie tego – co piszemy.

CZYTAJ RYZYKONOMIĘ !!!

Ale tak – czy inaczej jako starzy samurajowie rozumiemy, że Bushi-do, droga wojownika jest drogą niełatwości, a i pisanie podobnie jak navigare „necesse est”.

I dlatego już za chwilę zapraszamy na kolejne odsłony Ryzykonomii, już to ciągnące poruszoną właśnie w listach od Czytelników tematykę Kontroli wewnętrznej (COSO tu nowe pomysły właśnie ogłosiło dobre-niedobre ?), już to o nowych mega strategiach „na lata”, które nam najmędrsze umysły wyszykowują, już to o tysiącach innych, nigdy nie brakujących ryzykonomicznych problemach i problemikach….
Zostańcie z nami na następne 100 000 (a może nawet 101….) wyświetleń.
 100000 ryzykonomii
 100000 ryzykonomii  100000 ryzykonomii

100000 ryzykonomii

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?

0
Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?Jak Czytelnikowi doskonale wiadomo, Wasza Redakcja nie obawia się poruszać delikatnych tematów, szczególnie takich, co do których nikt nie ma wątpliwości , że są jakie Są i już i już szykowaliśmy się do kolejnego tekstu, który wykaże nasze dziecięce niezrozumienie do oczywistych oczywistości, kiedy Sekretarz Redakcji, Pan Wojtek, wchodząc rano do Redakcji znalazł pod drzwiami kopertę z listem takiej oto treści:

„Szanowna Redakcjo Bloga Ryzykonomia ! 

Jesteście…. ( tu zwykły zestaw ochów i achów na temat Bloga,
które pomijamy przez wrodzoną skromność – przyp. red. )

Ad rem… (czytamy dalej… )
Od dłuższego czasu nurtuje mnie dziwny, moim zdaniem, a wszędzie powielany zlepek frazeologiczno – pojęciowy „zarządzanie ryzykiem i kontrola wewnętrzna”. Czy to przypadkiem nie to samo ? Przecież „controlsy”, mechanizmy kontrolne, które deklaruje teoria i praktyka  „Kontroli wewnętrznej” to nic innego jako
metody, sposoby postępowania z ryzykiem zwane też „reakcją” na ryzyko czy nieprecyzyjnie „zarządzeniem” ryzykiem.
Ja myślę, że nie ma znaczenia czy z ryzykiem postępujemy
(używając tu terminologii ISO 31 000) drogą doraźnego działania (jak to przenoszenie ryzyka, ograniczanie itp.)  czy przez wprowadzenie stałej procedury postępowania,
regulaminu, czy innych „stałych”, „instytucjonalnych” działań a więc „mechanizmów kontrolnych”.
Sprowadza się to do tego samego. Co gorsza jednak ów podział
sugeruje stworzenie dwóch systemów, które optymalizują ryzyko raz za pomocą „mechanizmów kontrolnych” ( w KW )  a raz „reakcji” na . Widać to zresztą w niejednym rejestrze ryzyka, gdzie stosuje się „controlsy” i „reakcje” naprzemiennie lub jednocześnie, kompletnie mieszając w głowach nam, maluczkim !
 
A przecież z samych standardów COSO, które powołały do życia
Kontrolę wewnętrzną w jej obecnym wszechwymiarze proces kontroli wewnętrznej„sensu stricte” jest niezmiernie podobny do procesu zarządzania ryzykiem, a sama identyfikacja ryzyka i reagowanie na ryzyko (z terminologii COSO) stanowi podstawowy sens i Kontroli wewnętrznej  i Zarządzania ryzykiem.
 
Żeby dobić jeszcze osinowy kołek przypominam Szanownej
Redakcji, że w samym standardzie COSO znalazło się literalne stwierdzenie, o którym zdaje się nikt nie pamięta albo nie doczytał: 
Cytuję : „ Kontrola wewnętrzna jest integralną częścią
zarządzania ryzykiem korporacyjnym. Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym jest pojęciem szerszym niż kontrola wewnętrzna, a wychodząc poza jej zakres formuje solidniejszy
aparat pojęciowy w  większym stopniu ukierunkowany na ryzyko” . (Załącznik C. do standardu COSO str. 105 polskiego
Wydania, wrzesień 2004) 
Tak tam napisano !

O co tu wiec chodzi ! Proszę,  Droga Redakcjo pomóżcie. Wyjaśnijcie !”
Wszystko jednak poszło w innym kierunku mamy kontrolę
szersze powinno iść na pierwszy ogień, szczególnie że mocno tu i ówdzie krytykowane), nie mówiąc o tym, że po opublikowanym w 2011 COSO III („Jak monitorować system kontroli wewnętrznej”) mam jeszcze większy misz- masz, bo choć ciekawe i pełne przykładów controlsów (czyli postępowań z ryzykiem !) koncentruje się w tytule na Monitorowaniu siebie samej, a ryzyko gdzieś tam zostało upchnięte po rozdziałach.  Mamy więc
znowu  podkreślanie szacowanie ryzyka   jako element
Kontroli wewnętrznej i wdrażanie mechanizmów „controlsów” a gdzieś tu znika nam zarządzanie ryzykiem…!   
Podpisano:
Wasz Wierny Czytelnik
 Wiesław (nazwisko do
wiadomości Redakcji Bloga)
Hmmm. Niezły kołek nam Pan zabił Panie Wiesławie. Naczelny
Bloga jak to przeczytał tylko się tajemniczo uśmiech i bulgocze na grzebieniu, jak zawsze kiedy cos go zaintryguje.
Może więc nasi Czytelnicy pomogą nam odpowiedzieć na list
Wiesława.
Co sądzicie, jaka jest Wasza opinia ? Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ? Dlaczego się myli ?

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Oto Dowód !!! (2013 Risk Maturity Index Report)

0

 

Zawsze nas uderza, że wobec zarządzania ryzykiem stawia się
wymagania znacznie wyższe niż w stosunku do innych systemów czy „elementów” zarządzania, a przede wszystkim wymaga się nieustannego udowodniania, że „ma sens”, czy „coś daje” (i w ogóle, że nie jest wielbłądem) . No bo wiadomo: „banki
to miały i co z tego wyszło, hehe” (itede).
Dziwne to podejście, bo jakoś nikt się nie zauważa, że niejedna
bankrutująca firma miała i zarządzanie jakością, i karty wyników i modny CSR i extra księgowość i gromady prawników i audytorów, a naprawdę trudno jest znaleźć dyskusję pt. „Czy te funkcje są potrzebne w firmie i dobrze działają ?” Ta „pobłażliwość” w krytyce dotyczy nawet dziedzin będących w istocie formami czy przypadkami zarządzania ryzykiem, jak choćby obecne w każdej gminie i powiecie  zarządzania kryzysowe czy robiące w rodzimej edukacji zawrotną, a niedgadnioną dla nas (o ile chodzi o przesłanki) karierę zarządzanie różnymi „bezpieczeństwami”.
Pytanie „po co to ?” stawia natomiast prawie każdy, kto styka się z ideą risk
manadżmentu.

W ogóle to mamy wrażenie, oczekuje się, że zarządzanie ryzykiem
powinno (jeżeli jest w organizacji) zawsze funkcjonować„samo z siebie”  w 100 % i to niezależnie czy w ogóle dobrze je
wdrożono i prowadzono zgodnie z zasadami risk manadżmentowej sztuki.

Mało kto zauważa, że różni bankruci lekceważyli podstawowe kanony
zarządzania ryzykiem, i że jest wiele instytucji finansowych i nie tylko, które
sobie z kryzysem doskonale poradziło (vide banki kanadyjskie).  Kwitnących korporacji innego niż finansowe
typu również nie brakuje i tak się najwyraźniej składa, że wielka część z nich
docenia i angażuje się w korporacyjne zarządzanie
oto dowód
Kliknij i zobacz !

ryzykiem. Dlaczegoś…

My osobiście w redakcji Ryzykonomii nigdy nie mieliśmy
wątpliwości, że zarządzanie ryzykiem ma sens, podobnie jak założenie hełmu chroni rowerzystę przed walnięciem łbem o beton, czy gaśnica pomaga w ugaszeniu pożaru. A określenie ryzyka budowy nietypowego mostu, zmniejsza ryzyko, że jego
budowa, rozbiórka i budowa nowego potrwa 25 lat z kawałkiem.  Truizm.
Ale teraz mamy kolejny, twardy dowód na celowość zarządzania
ryzykiem. Trzymajcie się niedowiarkowie (i –wiarki) !
Otóż AoN  Global Risk Solution wspólnie z renomowanym Wharton Uni publikuje właśnie rezultaty swojego globalnego researchu pt. „ 2013 Gobal Risk Maturity Raport”. W badaniu tym
zeskrinowano coś 200 spółek giełdowych na całym świecie w zakresie tak zwanej dojrzałości systemów zarządzania ryzykiem.
Ocena dojrzałości zarządzania ryzykiem to frapujący i ważny
temat, wrócimy do niego jeszcze, bo różne są tu sposoby, AoN z Whartonem proponują swój model, którego założenia opisują w swoim Raporcie. Raport można znaleźć pod adresem podanym poniżej,  a dwa najważniejsze, statystyczno-korelacyjne dowody na korzyści z zarządzania ryzykiem, które z niego wynikają są następujące:
W analizowanym okresie grupa firm o najwyższym stopniu dojrzałości / zaawansowania zarządzania ryzykiem wykazała się o 50 % NIŻSZĄ zmiennością cen akcji niż pozostali
oto dowód

Druga ważna obserwa modelu oceny dojrzałości mowa jest o Maturity Risk Rating) tym WYŻSZY zwrot z walorów spółki.

oto dowód

Źródło: http://www.aon.com/rmi/

Oczywiście okres badania jest stosunkowo krótki (2010-2012)
ale badacze deklarują kontynuowanie analizy i walidowania modelu. Dodajmy, że projekt ma charakter otwarty i każda firma,
także polska może się przebadać pod podanym adresem, o ile oczywiście jakiekolwiek zarządzaniem ryzykiem ma, i określić swój stopień dojrzałości. A póki co: Mamy Dowód !

oto dowód oto dowód oto dowód

oto dowód

COSO czyli ISO – Zarządzanie ryzykiem a KZ

0
COSO czyli ISO

COSO czyli ISO? Wiemy, że niejednemu się narazimy, ale uważamy, że być może najbardziej wartościową publikacją (pominąwszy publikacje Ryzykonomii) jaki ukazał się w związku z Kontrolą zarządczą w sektorze publicznym jest „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym”  zwany też czasami „Polskim Podręcznikiem” autorstwa tajemniczego Bentleya Jennisona.

No, może nie tak tajemniczego, bo o ile słyszeliśmy, to brytyjska
firma współpracująca onegdaj z ojcami i matkami KZ-u w Polsce z samego Ministerstwa oczywiście w ramach stosownego EUprojektu. Anglosaskie pochodzenie Podręcznika używane jest jako jeden z argumentów sugerujących jego „niedostosowanie” do „polskich realiów”, co jest zupełnie bezpodstawne, bo ów „Podręcznik” to zbiór dobrych praktyk i porad,
a nie opracowanie nakazowo-rozdzielcze. Nie mowiąc o tym, że anglosasi to akurat bardzo dobre źródło w temacie.
Jego słabością jest być może to, że trzeba go dokładnie
przeczytać (co zdaje się niewielu uczyniło) i ZROZUMIEĆ. A to zrozumienie jest niestety bardzo trudne bez pomocy wykwalifikowanego risk managera albo specjalisty jak kto woli, choć nie takiego kto pracował tu i ówdzie zna się i na audycie i na kopycie, a w ogóle to zarządzaniem ryzykiem zajmuje się od 32 lat.
Niestety, „tłumacze” i „wdrażacze” zarządzania ryzykiem nie
poprzestają na dezawuowaniu porad płynących z Podręcznika ale postanowili tworzyć sami swoje objaśnienia kontroli zarządczej i zarządzania ryzykiem też, które choć zawierają całą masę tabelek do wypełnienia (widzieliśmy nawet książkę składająca się z samych chyba tabelek, bagatela ponad stówę kosztowało to cudeńko, przy tym ostatni nasz e-book bestseller, dla prostych ludzi, przez prostego człowieka napisany, jest jak za darmo ), no więc takie „wdroż-pomocniki”,  przynajmniej w kwestii  zarządzania ryzykiem nie dają kompletnie NIC oprócz instrukcji… wypełnienia tabelki.
Ale przez zapełnianie tabelki zarządzanie ryzykiem nie działa – i  niech się nikt nie zdziwi, że nie zadziała.
Polski podręcznik nie jest oczywiście doskonały, szczególnie
mamy pretensje o wprowadzające w błąd i NIELOGICZNE skale ryzyka, ale to o zgrozo ! jest jednym z elementów najczęściej kopiowanych do różnych procedur .
Wartościowe są za to na pewno różnorodne wskazówki dotyczące
organizacji struktury ramowej zarządzania ryzykiem i samego procesu, przykłady opisów ryzyka i sekwencje działań, ankietowe metody identyfikacji ryzyka (mocno niedoskonałe ale całkiem do wykorzystania – jak na pierwszy ogień). I podkreślanie roli leadershipu, komunikacji, monitoringu i ewaluacji ale to
znowu niezrozumiałe przez tabelkowiczów umyka, a to kolejny klucz do zadziałania systemu. I nie działa.
Zobacz Teraz !
Inny ciekawy element to przykład rejestru ryzyka, znowu
traktowany wybiorczo przez wdrażaczy jak Polska długa i szeroka (dlaczego ? – dlaczegoś !) choćby sekwencja opisu ryzyk root –cause jest pomijana na rzecz jakiś „czynników” czy „źródeł” ryzyka i innych ubezpieczeniowych hazardów. COSO czyli ISO?
Wreszcie, o dziwo, i na szczęście mało kto robi w rejestrze
analizę ryzyka inherentnego i rezydualnego i przez przypadek najwyraźniej nie jest to najgorsze bo jak donoszą najnowsze jaskółki ze świata i sama IIA  w najnowszym opracowaniu (do tematu powrócimy jeszcze) ma to ograniczony sens.
Nie ma już zresztą ryzyka inherentnego w ISO 31000 Zarządzanie
ryzykiem i tu dochodzimy do kolejnego odkrycia, a tego mianowicie, że Podręcznik mający pomagać we wdrożeniu Kontroli zarządczej opartej na COSO wcale nie jest z COSO tylko z ISO, a dokładniej z jego poprzednika i ojca – matki bardzo dobrego skądinąd standardu australijsko nowozelandzkiego AS/NZS 4360 co każdy, kto te standardy zna, zaraz z ducha i litery wyczuje. Nie mówiąc o schemacie procesu na jednej z pierwszych stron właśnie z AS/NZS i jak byk definicji procesu zarządzania ryzykiem.
Także mamy Kontrolę według COSO a podręcznik z ISO, per qui
pas, a póki co kończymy ten odcinek objaśnień  KZ-u, bo jesteśmy na kolejnym projekcie, siedzimy w hotelu lekko wyczerpani, to i „literowki” mamy nadzieję nam P.T. Czytelnicy wybaczą ….
 COSO czyli ISO?

Dręczymy po łikendowo

0
dręczymy

Już nie raz deklarowaliśmy, że nienawidzimy szczerze ideji”długiego łikendu”.. z odczuwanego przymusu społecznego odpoczywania akurat wtedy jak i z niestosownościzamykania na kluczyk kraju na dorobku, w ogonie rozwiniętych, na cały tydzień. Dodamy  tylko, że owych „świąt” około łikendowych nikt specjalnie nie świętuje a wszystko jest kolejnym pretekstem do ogólno narodowego palenia węgla drzewnego i kiełbasianej wyżerki. Ale tak już najwyraźniej musi być, póki co pienia w mediach
„na temat zamilkły, nawet echa 75 tradycyjnie zabitych na drogach już nikogo nie dziwią, bo wiadomo, że to

wszystko wina „złych” „pijanych” kierowców, a sami jeździmy
„ szybko, ale ostrożnie” i wszystkiemu są „winne drogi”.

Nawiasem mówiąc zaraz po niedawnym tragicznym najechaniu na trolejbus w Gdyni przez ciężarówkę ( z zdemontowanymi częściowo hamulcami jak donoszą,
niepotwierdzone, media),
Zobacz !!!

sami czytaliśmy jaki podniósł się na forach raban, kiedy ktoś zażądał dodatkowych fotoradarów w niebezpiecznym
miejscu. Zgroza!

Ale taka reakcja „dobrych” kierowców nie powinna specjalnie
dziwić, jak i nie dziwi nas informacja (tym razem telewizyjna) o tramwajarzach zarabiających po 4-5 tysiaków w warszawskich tramwajach (znając choćby sytuację polskiej nauki, tej która jeszcze nie wyjechała) i całych rodzinach,
teściowych i konkubinach wożonych za darmo, kiedy my tu w ankietach na blogu zarobki risk manadżerów
w Polsce sekujemy. O tempora, o mores !
Z mediów różnych dowiadujemy się jeszcze, że orzeł był tak
naprawdę z gastronomicznej plasteliny, a nie czekolady oraz, że ambasador wcale nie jest wujkiem Marcina ale, całe szczęście, zegarki były prawdziwe, choć pożyczone.
Porzuciwszy te daremne rozważania, choć nie bez widoków wówczas na bloggerską popularność, jak Piecyk czy Tasia K., w przejściu do kolejnych ryzykonomicznych bajań  i rozważań uzupełniamy naszą zakładkę „Cytaty” (na górze
bloga) o może nie ściśle związany ale „zarządczy” i kryzysowy cytat:
Grupy organizujące publiczne akcje protestacyjne są (w tym)
dużo bardziej doświadczone niż osoby i organizacje odpowiedzialne za zarządzanie tymi protestami. 
Sam Rosenfeld, Densus Group
 A – jak kiedyś wspominaliśmy – jesteśmy otwarci na
wasze kwotacje ryzykonomiczne. Ślijcie śmiało. Zostańcie z nami. Czytajcie nas !