zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 11

Dobrobyt a zarządzanie ryzykiem

0
dobrobyt

Dobrobyt to magiczne słowo. Każdy chciałby żyć w dobrobycie, mieć dobrobyt, zaznawać dobrobytu. Ale tak łatwo nie jest.

Kilka lat temu Redakcja Ryzykonomii „popełniła” na pewną konferencję naukową artykuł pod tytułem „Dobrobyt, ryzyko, zarządzanie ryzykiem”, który potem ukazał się w większej publikacji uniwersyteckiej publikacji pod tytułem „Mikro – makroekonomiczne aspekty dobrobytu” link do książki tutaj.


Dobrobyt mocno naukowy

Książka cała jest mocno naukowa, więc jakoś strasznie nie namawiamy, ale… Ale w naszym artykule próbowaliśmy spojrzeć na zarządzanie ryzykiem, a może i całą zorganizowaną działalność człowieczą z punktu widzenia przyczynienia się do owego pożądanego dobrobytu.

Artykuł jeżeli tylko P.T. Czytelnicy Ryzykonomii o filozoficzno-ekonomicznym zacięciu będądobrobyt ryzykonomia chcieli przeczytać udostępniamy niedługo w właśnie uruchomianej Księgarni Ryzykonomii za parę zet. Chwilunia już….

Ale dzisiaj temat dobrobyt a ryzyko przyszedł nam do głowy, kiedy patrzymy jak dzielni niepełnosprawni próbują zwrócić uwagę społeczeństwa na swój marny los w naszym kraju. A społeczeństwo jak nie wiedziało, tak dalej nie wie, co z tym fantem zrobić.

Nie dziwi nas to za bardzo, bo społeczeństwo takich sobie menadżerów, także przecież ryzyka od lat wybiera (fakt wybrać jest dość trudno) jakich ma. Menadżerów co nie rozumieją jak budować dobrobyt i przede wszystkim jak zarządzać ryzykiem, które na ów dobrobyt wpływa.

Bez analizy nie ma…

Więc nie ma żadnych analiz kontekstu, identyfikacji szans i zagrożeń, wreszcie zorganizowanych metod rozwiązywania problemów. No bo gdyby były, to rozumiemy Ci ludzie by na korytarzach z dziećmi z porażeniami mózgowymi na korytarzach nie spały.

Przypomnijmy tu fundamentalną definicję ekonomii, że jest to nauka o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami. Bo one zawsze są ograniczone i żeby tą ograniczonością dobrze zarządzać, trzeba zarządzać szansami i zagrożeniami.

A weźmy na to,  jakie tu są proste zagrożenia. Ot takie, że ludzie opiekujący się osobami chorymi odeślą je do systemu, a tam koszty opieki będą wielokrotnie wyższe niż domowa opieka sprawowana przez rodziny. Jest zysk dla społeczeństwa? Jest.

„Przypomnijmy tu fundamentalną definicję ekonomii,
że
 jest to nauka o gospodarowaniu
ograniczonymi
 zasobami.”

Zresztą przychodzi tu nam od razu na myśl przykład wypadków samochodowych, na których w Polska traci rocznie, różne są tu szacunki nawet 50 miliardów (słownie miliardów) złotych. Według statystyk Komendy Głównej Policji w 2017 na polskich drogach zginęło 2810 osób.  Warto coś zrobić z tym ryzykiem ? Warto ! Czy wpływa to na dobrobyt? Wpywa. Proste jak drut.

wypadki w Polsce

Wypadki na Polskich drogach 2015-2017. Żródło: KG Policji (link)

Podobnie z niepełnosprawnymi. Medycyna robi błyskawiczne postępy (ryzyko, ryzyko) to prawda, ale i osoby niepełnosprawne i ich rodziny, chcą dobrobytu więcej. To jest modernizacja. Dobrobyt społeczny, to także dobrobyt tych ludzi, bo to nasi krewni, znajomi, współobywatele. Jak tu nie dbać o ich dobrobyt?

Bezalternatywy

Więc dbać, dbać. Jak jest ryzyko, że środków nie starczy? Trzeba spojrzeć na definicję ekonomii raz jeszcze, przeanalizować ryzyka i starać się środki alokować. I mimo, że ich zawsze brakuje, przecież można wyznaczyć priorytety. Oczywiście jeżeli nie są to priorytety wyborcze. Szczególnie, że jak pokazują wszystkie analizy vox populi, jest tu pełna zgoda jakie te priorytety są. 

Alternatywa jaka jest? Udawanie, że nie ma zagrożeń i nie ma problemów, traktowanie spraw ad hoc, niesystemowo. W czym jesteśmy dobrzy, akurat tu tak. Ale wtedy nie będzie dobrobytu nie będzie modernizacji, zostanie tylko ryzyko.

 

Ryzyko reputacyjne wprost z życia wzięte

1
ryzyko reputacyjne

Dużo było ostatnimi czasy ględzenia o społecznej odpowiedzialności biznesu, CSR-rze i wszyscy się pewnie zastanawiali o co tu chodzi i kogo to u nas dotyczy. A tu proszę mamy piękne kejs study polskie z życia wzięte już profesorzy biznes uczelni rychtują pałer pojnty, ślą umyślnych asystentów i szykują empiryczne rozprawki, ale my, jak zawsze na Ryzykonomii, będziemy piersi.

Otóż, jak Baczny Czytelnik pamięta 24 kwietnia doszło do katastrofy w bangladeszczańskiej fabryce odzieży lekkiej, a raczej w obozie pracy, gdzie żwawi pracownicy w wieku 6-99 lat szyli Te-shirty wszystkich chyba Waszych ulubionych marek, nie wyliczamy tu,żeby żadnej nie obrazić pominięciem. Płace podobno podłe niewątpliwie, coś 150 zł/mc czyli prawie tyle ile dajmy na to rozpasany asystent na polskiej wyższej uczelni zarabia w 3 dni, choć szalony Korwin by słusznie zauważył, że lepsze to niż głód i pusty garnek.
Jak wiadomo też na gruzach zniszczonej fabryki znaleziono również metki producenta sławnego wśród mieszkańców polskich miast i wsi Reserved i nie tylko.
Przy tym należy wspomnieć, w Bangladeszu wogóle jest niestabilnie i katastrofa jeszcze zaogniła sytuację społeczną; ostatnio ciągle dochodzi – jak donoszą media – do zamieszek na tle warunków pracy i nie tylko, ryzyko reputacyjne rośnie…
http://wyborcza.pl/1,75477,14672278.html
Dość  powiedzieć, że przestaraszeni (chyba) i przyciśnięci przez „zachodnią” opinię społeczną czułą na sprawy CSR-owe europejscy zleceniodawcy lokalnych sub-contractorów podjęli działania, które mają na celu polepszyć dolę niewolników-pracowników w tym robią zrzutkę na poczet ofiar.

No i dochodzimy do sedna polskiego kejs – stady bo jak donoszą media (a to jest zawsze prawda obiektywna zarządzania kryzysem, nawet jeżeli nieprawdziwa) zarząd spółki „nie czuje się winny” i „rozważa”, „myśli” czy przyłączyć się do inicjatywy innych producentów i co wogole zrobić.
Przy okazji zauważamy, że argument o niewiedzy co dzieje się u poddostawców jest klasycznym problemem ryzyka łańcucha dostaw i wydaje się wątpliwym argumentem bo świadczyłby, że spółka nie wie co się dzieje w tymże łańcuchu a to, zauważamy nie tylko ryzyko reputacyjne ale i wiele innych ryzyk biznesowych dla niej samej. Sugerujemy więc naszym Czytelnikom jeżeli zdarzy się podobna sytuacja, takich argumentów nie powtarzać.

Swoją drogą to nawet dziś uczestniczyliśmy w małej fejsbukówej dyskusji „na temat” i generalnie były dwa stanowiska „pro-społeczne” i cyniczne „probiznesowo-korwinowskie”.
My stoimy na stanowisku jak zawsze obiektywnie ryzykonomicznym i profesjonalnym, że chyba jednak spółka ma problem i z komunikacją i z zarządzaniem kryzysem bo oddźwięk komentarzy „opinii publicznej” (czymkolwiek ona jest)  jest jednak zdecydowanie negatywny i gdzie-niegdzie i coraz zdaje się głośniej, pojawiają się klasyczne w tego typu wydarzeniach nawoływania już to zaangażowanych społecznie blogerów, już to organizacji CSR-owych do bojkotów i „ukarania” bezwzględnej firmy.

Oczywiście nie jesteśmy na tyle naiwni, żeby nie rozumieć że przy tego typu zdarzeniach motywacje szczere i społeczne mieszają się z chęcią dowalenia kapitaliście czy zrobienia medialnego rozgłosu, ale tak to już na tym świecie jest.

Tak czy inaczej wypada zauważyć, że tego typu społeczno-korporacyjne kryzysy już na świecie ćwiczono i albo się producent dostosuje albo straci na reputacji a stąd i na sprzedaży, niewątpliwie, choć pytanie na ile i na jak długo.
Bo mamy znowu jednak wrażenie, a może i pewność, że kwestie Corporate Goveranance, a to również kwestie etyczne, o zarządzaniu ryzykiem wogóle nie wspominając, traktuje się u nas wciąż z przymrużeniem oka, a szkoda, wielka, także dla biznesu szkoda. Z drugiej strony zauważamy, że jak się chce grać na Dużym Boisku, to tam wymagania są jednak znacznie większe, ale też i prawda, że dlaczegoś nas na tym Dużym Boisku za dużo nie ma.
Inna też jest, i tu może tkwi kolejna odpowiedź, wrażliwość konsumenta, choć zwykle deklarowana, podobnie jak inteligencja, jako wielka i  być może jednak kierownictwo spółki dobrze kalkuluje, że Polacy i tak będą kupować – co by w tym Bangladeszu nie wyszło.
Mamy więc niezłe studium przypadku „ryzyko reputacyjne” i jeszcze pewnie się mu przyjrzymy.

 

Mapa ryzyka powraca

0
Mapa ryzyka powraca
Mapa ryzyka powraca>>>
Jak ostatnio pisaliśmy, trochę nas intryguje popularność tematu Mapy ryzyka, choć i trzeba potwierdzić, że to jedno z podstawowych narzędzi obrazowania ryzyka, szczególnie, że jak zauważył  pewien Członek Zarządu „Ładnie wygląda w Power Point-cie” !
Rzeczywiście, Mapa ryzyka ma dużą moc oddziaływania na wzrok i umysł i choćby z tego powodu jest standardowym składnikiem dash-boardów rożnych RIMSów (Risk Information Management System) czyli narzędzi IT wspomagających zarządzanie ryzykiem.
Zresztą mapy ryzyka mogą mieć przeróżny kształt i rozmiar – ot choćby przyjmować formę takich oto jak poniżej spajderów pozwalających obrazować także nasze ulubione ryzyka inherentne i rezydualne, co na „zwykłej” Mapie ryzyka nie jest zasadniczo możli

Różne też pomysły (czasem intrygujące) wykorzystania Map ryzyka widzieliśmy, jak choćby takie, aby wszystkie zidentyfikowane ryzyka wypisywać „tekstowo” na Mapie-tabelce ryzyka.
Jest to,  o ile ktoś nie pisze bardzo (bardzo) małych literki lub nie używa dużego formatu papieru (A 0,5 ?)  po prostu technicznie niewykonalne poprostu…
Szczerze się też przyznamy,  że choć jesteśmy gorącym zwolennikiem mapowania wszelkiej maści w tym naszego ulubionego Mind Mappingu to uważamy, że na początku drogi wdrażania ERM- u rejestr ryzyka jest zupełnie wystarczający. Mówimy o tym także dlatego, że choćby  przy okazji Kontroli Zarządczej u Publicznych zauważamy, wokół Mapy Ryzyka się różne szkoleniowe czary odprawuje, z których większy dla wszystkich ból głowy, niż pożytek wynika.
Skoro jednak się Mapy Ryzyka w firmie przy sektorach publicznych rysuje, to między innymi należy zauważyć , że wyskalowanie ryzyka ma kluczowe znaczenie dla tego, co Mapa ryzyka pokaże. Tu klasycznym błędem jest przyjmowanie liniowych skal ryzyka.
Używanie Mapy Ryzyka kryje także inne niespodzianki, choćby takie, że czarne łabędzie po jej obrzeżach jedynie latają, a wzrok czytającego zwykle pada tam, gdzie ryzyk nie ma i nigdy nie będzie !!!
Ciekawa i obrazo-burcza to teza, nieprawdaż ?
O tym w kolejnych odcinkach bloga napiszemy jeszcze.
Póki zabieramy się do uzupełniania naszej ryzykonomicznej Mapy Ryzyka 2012….

Prawda was wyzwoli czyli nasz mały sukces wydawniczy na Linkedin

0
6 powodów

Musimy donieść P.T. Czytelnikom Ryzykonomii, że Wasza Redakcja wywołała niejakie poruszenie na portalu profesjonalistów Linkedin. A to za sprawą artykuły pod znaczącym tytułem „6 powodów dlaczego NIE lubię polskiego Linkedin”.

Link do artykułu dla obecnych na Linkedin (tutaj)

Ale ponieważ, jak być może Czytelnik się domyśla Wasza Redakcja robi rzeczy po prostu ot, tak sobie, więc i na Linkedin od lat jesteśmy, zbieramy cenne kontakty z ludźmi. Bo lubimy kontakty i dzielenie się wiedzą uważamy, za jedną z ważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Naturalnie, po telewizji…

Artykuł jak napisaliśmy we wstępie powstał z pewnej irytacji, że musimy ciągle udawać, że dobrze jest jak jest, a przecież jako menadżer ryzyka i zwykły Polak-szarak zawsze chcielibyśmy, żeby było TROCHĘ lepiej.

Także cieszymy się, że nasz artykuł obejrzano coś parę tysięcy razy, wielokrotnie skomentowano (także przeciw, co zawsze jest dla nas ważne) i….

Jest to najwyraźniej dowód, że ludzie potrzebują prawdy i realizmu, po to choćby by móc zrealizować swoje marzenia…

Prawda Was wyzwoli !!!!

 

Ryzyka muzeum w Luwrze

4
ryzyka muzeum

Zarządzanie ryzykiem ma wiele twarzy, co jest oczywiste, bo znajduje zastosowanie wszędzie. Dzisiaj mały przykład wygrzebany w Internecie przez departament R&R Ryzykonomii (research and research) a pokazujący jak do zarządzania ryzykiem podchodzi nikt inny a… sławne muzeum w Luwrze. Byliśmy i podziwialiśmy, jak donoszą źródła to niemały proces i projekt, bo na 60 600 metrów kwadratowych znajdują się zbiory liczące około 300 000 dzieł sztuki. Wartych ? Oj ! Jeszcze jakieś pytania o konieczność zarządzania ryzykiem może?

Jak czytamy w artykule, papierze o znamiennym tytule „Globalne zarządzanie ryzykiem w muzeum Luwr” zarządzanie muzealnym ryzykiem odbywa się na wielu poziomach.

1100 agentów

To oczywiście bezpieczeństwo drogocennych zbiorów, nad którym czuwa coś 1100 agentów (ci, o których mówią jak się domyślamy).

Potem są kwestie ochrony przeciwpożarowej i powodzi, które oczywiście odgrywają kluczową rolę, o zagrożeniu wodą zresztą przekonaliśmy się dopiero, co czytając o powodzi w Paryżu, to zresztą o ile wiemy nieustanne naprawdę katastrofalne zagrożenie dla Paryża, bo jakby nie było leży on nad sporą rzeką.

60 in-house strażaków

O ogniu i co mógłby on zrobić ze zbiorami nie wspominamy i tu muzealne zarządzanie jest silnie pokreślone muzeum ma własną straż pożarną liczącą 60 osób, do tego jak myślimy dochodzi współpraca z zewnętrzną strażą pożarną.

Nad koordynacją zarządzania ryzykiem czuwa stały personel 4 osób stanowiący siły główne biura Security and Safety, które jak czytamy koordynuje również zarządzanie ryzykami operacyjnymi typu dajmy na to kłótnia Mony Lisy z Wenus z Samotraki (pomysł nasz).

Oczywiście cały system i proces podlega regularnemu audytowi oceniającymi uzyskiwany stopień zapewnienia. Na marginesie też dodamy, że jak rozumiemu Luwr to sektor publiczny, więc to i niezkłe case study a’la kontrola zarządcza a i u nas przecież muzeuów nie brakuje, choć nie mamy wiedzy zupełnie jak się tam całościowo zarządza ryzykiem…

1 (link)

Więc w Luwrze zarządzanie ryzykiem muzeum jest, bo musi być a link do tego ciekawego źródła znajdą P.T. Czytelnicy bloga poniżej wystarczy tylko udostępnić skromny link do tego artykuły przyczyniając się do upowszechniania powszechnej Ryzykonomii w Polsce i we Wszechświecie.

 

 

ryzyka muzeum ryzyka muzeum

Dawca czyli Rada Nadzorcza Zarządza Ryzykiem cz.2

0
Dawca czyli Rada Nadzorcza

Dawca czyli Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem cz. 2 >>

Kontynuujemy (część 1) zgodnie z obietnicą temat Rad Nadzorczych szczególnie, że mamy w temacie Rad, jak donoszą źródła, znaczny ruch. Starzy eksperci są zastępowani przez nowych ekspertów. I nie może być przecież tak że Ryzykonomia stoi z boku i patrzy… I choćby merytorycznie nie wspiera tej szczytnej aktywności ogólnoorganizacyjnej.

No więc ostatnio zastanawialiśmy się generalnie, co Rada miałaby z tym zarządzaniem ryzykiem robić? Gdyby ktoś je przypadkowo w spółce wydumał lub gdyby właśnie wpadł na pomysł jego wdrożenia…

I chyba należałoby jeszcze wrócić do początku, droga Rado. I przypomnieć, że zanim zaczniesz monitorować i ocenić należałoby się zastanowić jak to zarządzanie ryzykiem było (jeżeli jest) czy ma być w waszej organizacji wdrożone. Bo zakładam, że Rada nie spadła z kosmosu. I zdaje sobie sprawę, że jej relacja z Zarządem w zakresie zarządzania organizacją, także ryzykiem to nie tylko relacja typu „odbiorca”. Ale i „nadawca”.

No więc Rada Nadzorcza, a może to być oczywiście jej wyspecjalizowany Komitet Audytu (jak wiadomo eksperci od audytu i zarządzania ryzykiem z natury rzeczy) powinna się aktywnie włączyć w proces zarzadzania ryzykiem. I to już na etapie jego tworzenia!

Tu znowu pozwolimy sobie zacytować normę ISO 31000 która naucza nas, że:

Wprowadzenie zarządzania ryzykiem i zapewnienie jego bieżącej skuteczności wymaga silnego i trwałego zaangażowania przez kierownictwo organizacji, jak również strategicznego i dokładnego planowania w celu uzyskania zaangażowania na wszystkich (zaznaczenie Ryzykonomii) poziomach.

Oczywiście może ktoś brutalnie argumentować, że Rada Nadzorcza nie jest wymieniona sensu stricto w ISO 31000 – chyba wcale. Choć zdaniem Ryzykonomi to nawet jeżeli nie jest błąd – to przeoczenie. Zawsze wolimy kawa na ławę. Może przeoczenie zresztą mniejsze w anglosaskiej 2-tierowej konstrukcji Boardów (dyrektorzy wykonawczy i nie wykonawczy). U nas może jednak stwarzać wrażenie, że Rada w ogóle nie ma tu nic do zrobienia, ale..

Jednak nie można sobie wyobrazić, żeby wszystkie ustalenia odnośnie struktury ramowej a potem samego funkcjonowania procesu, nie włączały do działania Rady Nadzorczej. Szczególnie na etapie wyraźnie postulowanego kroku uzyskiwania mandatu i zaangażowania.

Wreszcie, skoro o ISO 31000 już mowa to jest tam dalej mowa o „pełnej integracji zarządzania ryzykiem ze strukturami Ładu Korporacyjnego”.

No więc argumentujemy, Rada powinna uczestniczyć w wprowadzaniu zarządzania ryzykiem, a jeżeli JUŻ jest, w jego nieustannym monitorowaniu (o czym była mowa) ale i ulepszaniu.

Ale jak miałoby się ten mandat i zaangażowanie ujawnić, bo chyba powinien mieć jakąś formę? No więc jak się wydaje Rada powinna zostać poinformowana przez Zarząd, że podejmuje o określone kroki w kierunku wdrażania zarządzania ryzykiem. Dobrze byłoby również gdyby wyraziła ona swoją opinię co do kierunku podejmowanych kroków. (Na początku być może bardziej miękko, póki nie ma jeszcze konkretnych ustaleń). Wydaje się jednak, że nieustanny przepływ informacji jest ważny, aby uniknąć potem nieporozumień, co zostałoby wytworzone przez Zarząd bez świadomości Rady. Ale też zdajemy sobie sprawę, że różnie to może wyglądać i również wewnętrzna „polityka” może mieć wpływ na ten proces.

Kolejnym krokiem powinno być uzyskanie od Radę poparcia dla polityki zarządzania ryzykiem przyjętej wcześniej przez Zarząd. Ale o tym, w kolejnym odcinku, za chwilę…

Dawca czyli Rada Nadzorcza Dawca czyli Rada Nadzorcza Dawca czyli Rada Nadzorcza

Ryzyko interesuje interesariuszy

0
Ryzyko interesuje

Ryzyko interesuje interesariuszy. A kim właściwie są owi „interesariusze”? Trudny do wymówienia termin „interesariusze” stał się od jakiegoś czasu dość popularny w biznesie. Na początku za sprawą project zarządzania projektami. Mówią o nim standardy Project Management Institute i PRINCE 2. Potem siłą rzeczy pojawił się w młodszym „wiekowo” zarządzaniu ryzykiem.
Kim jest więc ten trudny do wymówienia „interesariusz” i dlaczego powinien nas interesować?    

Kim są Inteee..?

Interesariusze to najszerzej rozumiana grupa osób zainteresowanych (z różnych powodów) zarządzaniem ryzykiem. Odwołajmy się do przykładu szpitala nieważne publicznego, czy prywatnego. Więc zainteresowani zarządzaniem ryzykiem będą przede wszystkim pacjenci, innymi słowy nasi klienci. Zauważmy na tym przykładzie, że nie muszą i zwykle nie są nawet świadomi organizacji funkcjonowania risk menadżmentu w organizacji, z której korzystają. Efektywność zarządzania ryzykiem ma jednak dla nich fundamentalne znaczenie, bo związana jest z jakością świadczonych usług, spadkiem liczby błędów medycznych, zmniejszeniem liczby zakażeń szpitalnych itd. Ryzyko interesuje ich bo nasze ryzyko, to także „ich ryzyko”.

„Interesariusze
to najszerzej rozumiana grupa osób
zainteresowanych (z różnych powodów)
zarządzaniem ryzykiem”

Kolejną grupą są pracownicy „przykładowego” szpitala. Personel medyczny, pomocniczy, administracja, stróże nocni. Bo wszyscy pracownicy są zobowiązani do zarządzania ryzykiem. Całą już wymienioną grupę zaintersowanych nazwijmy łącznie „interesariuszami wewnętrznymi”. 

Trochę truizmów

Jest dzisiaj  truizmem stwierdzenie, że świat jest coraz bardziej skomplikowany i żadna organizacja, mała czy duża nie działa w próżni. Tę próżnię dla zarządzania ryzykiem wypełniają interesariusze zewnętrzni. Jest ich cała masa i łatwo kogoś nie zauważyć. I mamy ryzyko.  

Interesariuszy zewnętrznych zarządzania ryzykiem naszego przykładowego szpitala znajdziemy bardzo wielu. Można wymienić chociażby „społeczność”, w której podmiot leczniczy funkcjonuje i jej organizacje. Organizacje administracji centralnej i samorządowej:  województwo, gminę, miasto. Dalej do interesariuszy zaliczmy straż pożarną, policję, straż miejską, wojsko, a od jakiegoś czasu obronę terytorialną.

Dalej mamy prokuraturę i wymiar sprawiedliwości, czyli sądy (to nie to samo, patrz Konstytucja). Warto tu podkreślić, że posiadanie opisanego systemu zarządzania ryzykiem może być dla kierownictwa organizacji bardzo ważne, kiedy z jakiegoś powodu zainteresują się nami ci wspomniani, bardzo poważni interesariusze…

Nie zapominajmy wreszcie o konkurencji, która zawsze jest zainteresowana naszym Grupa Zarządzaniezarządzaniem. Choć można by złośliwie powiedzieć, że w tym wypadku mamy korelację negatywną…Takie ryzyko także interesuje interesariuszy…

Intersariuszy wewnętrznych i zewnętrznych we współczesnym biznesie jest wielu i dobrze, abyśmy precyzyjnie zidentyfikowali kim są i dlaczego mogą się nami interesować. 

Uzgadniajmy we wspólnym interesie

W przypadku zarządzania ryzykiem powinniśmy zawsze rozważyć, w jakim stopniu konieczne jest uzgadnianie bądź informowanie interesariuszy o funkcjonowaniu zarządzania ryzykiem. Na przykład wydaje się konieczne, aby elementy tego procesu regularnie konsultować już na etapie jego projektowania z takimi służbami jak policja, czy straż pożarna. 

Często i nie dotyczy to wcale przywoływanego przykładu szpitali, ale biznesu w ogóle, taka wymiana informacji pojawia się dopiero w sytuacjach o charakterze kryzysowym. Kiedy jest już o wiele za późno.  

„…powinniśmy zawsze rozważyć, w jakim stopniu konieczne jest uzgadnianie bądź informowanie interesariuszy o funkcjonowaniu zarządzania ryzykiem.”

Warto też zauważyć, że coraz częściej nasi interesariusze sami podejmują wysiłek zarządzania ryzykiem lub są wręcz do tego zobowiązani. Dzieje się tak choćby w ramach kontroli zarządczej w przypadku policji czy straży pożarnej. I przepływ informacji o ryzyku może mieć kluczowe znaczenie dla zarządzania ryzykiem, które często dotyczy większej grupy interesariuszy. Na przykład mieszkańców gminy, na terenie której zlokalizowany jest nasz zakład produkcyjny.

Ubezpieczeniowcy też to lubią

Z kolei dla instytucji finansowych funkcjonowanie efektywnego zarządzania ryzykiem ma niezwykle istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o finansowaniu działalności bądź projektów rozwojowych. 

Oczywiście jednym z najważniejszych interesariuszy zarządzania ryzykiem w biznesie jest sektor ubezpieczeniowy. Każdy kto widział ulgę i radosne zainteresowanie brokera, czy menadżera sprzedaży na wieść, że w organizacji działa system zarządzania ryzykiem na pewno to potwierdzi. Bo ryzyko interesuje interesariuszy. Zawsze.

Ryzyko interesuje

50 Newslettera Ryzykonomii

0
50 Newslettera Ryzykonomii

50 Newslettera Ryzykonomii ! Najnowsze nowości o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem. Z dumą donosimy, że nasz Newsletter liczy już 343 subsrybentów i liczba ta szybko rośnie. Bo ryzyko rośnie, to widać, słychać i czuć!

Czytajcie pilnie i polecajcie Newsletter innym koleżankom, kolegom, znajomym z pracy, listonoszowi i pani w sklepie. Serdecznie dziękujemy w imieniu powszechnej Ryzykonomii!

Pan Jarek zapisał się na Newsletter i już następnego dnia wygral miliony w Lotka, poznał miłość swojego życia i został dobrym czlowiekiem. Pani Zosia się nie zapisała na subskrybcję, a wieczorem uciekł jej kot, wykipialo mleko, a syn stracił zasilanie w czasie przechodzenia na 38 level World of thanks !

Już na poważnie, wybaczcie nam to przedświąteczne żarty 🙂 Na Newsletter można się bardzo łatwo zapisać podając dowolny adres email, korzystając z prostego formularza poniżej. W Newsletterze regularnie zamieszczamy informacje tylko dla jego subskrybentów.
Zapraszamy i dziękujemy !!!

[wysija_form id=”1″]

50 Newslettera Ryzykonomii

Na LinkedIn o języku zarządzania ryzykiem (i nie tylko)

0
Linkedin

Poniżej zamieszczamy artykuł, który ukazał się na portalu profesjonalistów LinkedIn, wcześniej w Gazecie Ubezpieczeniowej. 
Na LinkedIn działa też, przypominamy, grupa dyskusyjna „Zarządzanie ryzykiem”, która ma już 57 (dyskutujących na temat) członków. Dołącz ! Dowiedz się więcej o zarządzaniu ryzykiem od praktyków biznesu.  (link)

…….
„No woman, no cry” śpiewał w swoim sławnym songu Bob Marley, co zdaniem prowadzącego program w jednej z rozgłośni można w pewnych okolicznościach, nawet jeśli niedokładnie, to jakże malowniczo przetłumaczyć na polski jak powyżej. Ale, wbrew pozorom nie będzie dzisiaj o problemie udziału kobiecości w zarządzaniu (nie tylko) ryzykiem, choć to temat mocno okołowyborczy, a więc i na czasie. Będzie za to kilka słów na temat języka zarządzania ryzykiem korporacyjnym, który co tu dużo ukrywać, zawiera sporo tajemniczych i często niepolskich określeń, choćby tak zwanych anglicyzmów właśnie.
Na pewno niejednego purystę, językowego patriotę razi jak łatwą karierę, szczególne w biznesowym
i korporacyjnym świecie robią różne anglojęzyczne określenia. Pół biedy jeszcze, kiedy mamy do czynienia wprost z oryginalną formą. Jednak jakże często, z mniej lub bardziej tajemniczych przyczyn, różne biznesowe określenia są spolszczane, czasem z pewną dozą słowotwórczej fantazji. Ot, choćby zwrot „skonsiderować” (rozważyć, ocenić), które wynaleziono kiedyś w atmosferze kolejnych „dedlajnów” pewnej korporacji. O „sejlsach”, „repach” czy wszechobecnych superwajzorach-menadżerach nie wspominając. Wyginęli nam kierownicy i tylko urzędnicy jeszcze bronią okopów świętej Trójcy ze swoimi naczelnikami i referentami.
Nie jest oczywiście celem autora tego tekstu konkurować z Bralczykiem czy Miodkiem… a skoro o nim mowa to, dla zainteresowanych, dysponuję jego własnoręczną opinią na temat tego starego dylematu: czy „ryzyko” ma liczbę mnogą? No więc, może mieć według Miodka, dlatego odtąd śmiało zarzucajcie wasze Zarządy nowymi „ryzykami”, a może liczba mnoga przytępi ich apetyt na ryzyko!

A właśnie. To popularne słowo „apetyt”, chyba rzadko wcześniej w polskim stosowane poza gastronomią, dziś przeniesione żywcem z angielskich finansów służy na określenie „wielkości ryzyka, w szerokim sensie, jakie organizacja jest gotowa zaakceptować na drodze do osiągnięcia wartości”. Tak mówi amerykański standard zarządzania ryzykiem COSOII (tajemniczy i skomplikowany skrót, którego nawet lepiej nie tłumaczyć). Zresztą w samym COSO, tym popularnym na świecie przewodniku po zarządzaniu ryzykiem korporacyjnym znajdziemy określenie „integrated framework”, czyli „zintegrowana struktura ramowa”. Brzmi imponująco, nieprawdaż?

Choć niewiele można z tego zrozumieć, o ile się nie wie, że „framework” to po prostu opis tego, jak zarządzanie ryzykiem” powinno się „dziać” w organizacji. Rzecz to niezwykle ważna, bo przecież zarządzanie musi być systematyczne i uporządkowane, a nie byle jakie, z doskoku.
Zresztą już samo tłumaczenie etykietek elementów składowych procesu zarządzania ryzykiem natrafia na różne zasadzki. No, bo mamy ryzyka assessment (szacowanie), a w ramach tego identyfikację, analizę (analysis) i ocenę (evaluation) ryzyka. Na pewno mógłby się Polak zastanawiać, dlaczego „ewaluacja” to część szacowania, a nie odwrotnie, ale uczciwie trzeba przyznać, że nawet tak bogaty język jak polski ma swoje ograniczenia i tłumacze, tym razem normy ISO 31000 jakoś musieli sobie poradzić z synonimami. Porada jest prosta, żeby wykuć tę procesową kolejność „na blachę”, bo już samo znaczenie poszczególnych kroków zarządzania ryzykiem jest bardzo ważne i istotne dla powodzenia tego procesu. No, więc także dla właściwego „postępowania” z ryzykiem, a nie tylko jego zmniejszania czy unikania. Innymi słowy, w ogólności: dla jego odpowiedniego z „angielska” mówiąc, traktowania (treatment).

Z ryzykiem postępujemy przez wprowadzenie popularnych „kontrolsów”, czyli mechanizmów kontroli ryzyka. „Mechanizmem” jest na przykład redukowanie ryzyka i jest nim także zakup ubezpieczenia, konsekwentnie jest nim również nic nie robienie, czyli akceptowanie ryzyka…. no był ten świat kiedyś mniej skomplikowany!
Jeszcze jeden charakterystyczny przykład: właściciel, czyli ryzyka „owner”. Znowu mógłby się, kto oburzyć: jak to „właściciel”? Jak można być „ właścicielem” czegoś, co się jeszcze nie wydarzyło? Można i trzeba. „Właścicielstwo” ryzyka jest całkiem celnym znaczeniowo wskazaniem, że istnieje ktoś, kto za ryzyko odpowiada, zna je i może je „uprawiać”, tak jak właściciel uprawia ogródek działkowy. Oczywiście bycie „właścicielem” nie zawsze jest witane z wdzięcznością odwrotnie do przedmiotu porównania z rynku nieruchomości. I żeby być uczciwym, to w dyskusji o zarządzaniu ryzykiem często proponuje się rozróżnienie tej funkcji na accountable (odpowiedzialnego), czyli „właściwego” właściciela ryzyka i responsible (też odpowiedzialnego), czyli wykonawcę konkretnych działań związanych z ryzykiem. Jeżeli potraficie to zręcznie przetłumaczyć, proszę piszcie!
To tylko parę, co jaskrawszych przykładów jak się nam język zarządzania internacjonalizuje (dla równowagi mamy i rusycyzmy), ale dzieje się tak najwyraźniej we wszystkich obszarach zarządzania i risk menadżement wcale tu chyba nie przewodzi. Być może, kiedyś dorobimy się lepszych polskich odpowiedników, ale przynajmniej na potrzeby tego tekstu nie udało mi się ich wyguglać w weekend na ajpadzie….

Linkedin, Linkedin, LInkedin , Linkedin

Nie ma ryzyka bez certyfikacji

0
Nie ma ryzyka

Nie ma ryzyka, bo…„Zombie atakują!”  i nich ( tu sobie)  atakują dalej, Czytelnicy spragnieni wiedzy o zarządzaniu ryzykiem walą do księgarni e-drzwiami i e-oknami po e-booki w empik.com szczególnie , a wiedza to u nas potęga i jak ma się wiedzę to można choćby  zostać jednym z 20 dyrektorów w kolejach śląskich z godną pensją albo, dajmy na to, wiadzieć od kogo pożyczać fajnego Rolexa zamiast kupować jak niewiedzący.

Ale i my oczywiście wiemy, że nie chcemy, żeby nasi Wierni P.T.
Czytelnicy Bloga musieli się nadmiernie kosztować na nasze e-booki dlatego pokontynuujemy dzisiaj pozaksięgarniano.
Otóż, właśnie dopieroco ukazał się nasz kolejny artykuł w
naszej ulubionej Gazecie Ubezpieczeniowej, gdzie poruszyliśmy gorący dziś w Europie temat certyfikowania Menadżerów Ryzyka.

No bo, mamy już tyle zawodów certyfikowanych, a z
certyfikacją menadżerowania ryzyka ciągle do tyłu, zauważyła to onegdaj nasz rodzina FERMA, europejskie stowarzyszenie zarządzania ryzykiem, które już niedługo, bo jesienią na Forum w Maastricht ma zaproponować pan europejski projekty certyfikacji.

Oczywiście wokół certyfikacji menadżerstwa ryzyka było w
Europie sporo dyskusji bo zawsze może się pojawić pytanie: dlaczego firma padła skoro miała certyfikowanych RM-ów?
To mocno pokrętne naszym zdaniem i niesprawiedliwe
traktowanie, bo nikt nie podważa sensowności certyfikowania lekarzy czy inżynierów, czy biegłych a przecież i oni się mylą.

Najwyraźniej jednak panuje już zgoda, że paneuropejska
certyfikacja się zbliża gdyż:

– powinno to pomóc w popularyzacji ERM-u
– określi benchmark kompetencji RM-ów
– ułatwi wybór pracodawcom
– i zarządom
– da, o ile da,  nowy
impuls rozwojowy zarządzaniu ryzykiem
– nie pozwoli wyprzedzić europejskiego certyfikatu przez
czająca się , agresywną konkurencję ze Stanów.
Także czekamy na certyfikację, i jak już wszystko się
wyjaśni, nie zwłoczymy i o wszystkim Niestrudzonym Czytelnikom Bloga i naszych, nie tak w końcu drogich e-booków w misyjnym zapale popularyzacji ryzykonomicznej doniesiemy.
nie ma ryzyka nie ma ryzyka