zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 11

I Rolnik zarządza ryzykiem

0
Rolnik zarządza ryzykiem

Rolnik zarządza ryzykiem. Przepraszamy ! Właśnie wybieramy się na kolejna konferencję Polrisk zęby zgłębiać dalsze tajniki zarządzania ryzykiem (relacja na Blogu wkrótce) a tu szklany ekran ku rozpaczy nas i rolników pokazuje dramatyczną zmianę w forpoczcie modernizacji polskiego rolnictwa. W sekrecie jedynie P.T. Czytelnikom Bloga wyjawimy, że tematy rolnicze są nam od małości niezmiernie bliskie, niejedno lato na wsi spędziliśmy, eh to były czasy upałów i swobody…

A przepraszamy za to, że pomimo wyznanych właśnie bliskich związków sentymentalnych ze wsią jak też i imiennych (wiadomo:
Jerzy – Rolnik !) temat zarządzania ryzykiem w rolnictwie dotychczas zaniedbaliśmy. A przecież rolnicze zarządzanie ryzykiem to temat bardzo na czasie, pomijając fundamentalną obserwację, że jakakolwiek uprawa czy hodowla z
dawien była narażona na wszelkie możliwie ryzyka już to katastroficzne i atmosferyczne już to w obszarze popytowosprzedażowym.
Oczywiście każdy rolnik inaczej ryzykiem zarządza i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wymagał ERM-u od 5 hektarowca
siejącego przysłowiową trawę w kooperacji z unijnymi urzędnikami. Ale coraz więcej już u nas gospodarstw jak fabryki, nawet 1000 i więcej hektarowe i tam różne bardziej zaawansowane zarządzania można by wdrażać. Oczywiście wszystkich bez mała rolników dotyczy klasyczny element zarządzania ryzykiem czyli ubezpieczenia jak z tym  jest (niedobrze) można się łatwo przekonać po obejrzeniu kolejnych po-tornadowych czy po-powodziowych relacji.
Są już jednak pewne jutrzenki, że co światlejsi nasi farmerzy zaczynają temat zauważać a i na makro-rol-poziomie
samo Ministerstwo Rolnictwa na całego już ryzykiem zarządzania, bo Kontrola zarządcza, no przecież!
Nawet nam się kiedyś w TV wydało dostrzec, że Waldemar
jakieś mapy ryzyka na swoim ajpadzie wyświetlał i mamy nadzieje, że stosowne info Januszowi prze-emailuje.
Temat  zarządzania ryzykiem dla farmerów dziś tylko zaczepiamy i inaugurujemy, jeszcze do niego wrócimy, dziś tylko pozwolimy sobie jeszcze przytoczyć makro-rady dla organizacji zarządzania ryzykiem rolniczym na narodowym poziomie jakie daje OECD, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju:
  •   Rząd powinien przyjąć holistyczne podejście do zarządzania ryzykiem, unikając koncentracji
  • na pojedynczych ryzykach, takich jak ceny (żywności). Rząd może pomagać rolnikom w oszacowaniu i zarządzaniu ich ryzykami prze dostarczanie informacji i szkoleń
  • Polityka (rządu) zarządzanie ryzykiem agrykulturalnym powinno się koncentrować na ryzykach katastroficznych, rzadkich ale mających jednoczesny wpływ na wiele gospodarstw. Powinno się przygotować odpowiednie plany awaryjne
  • Subsydiowanie ubezpieczeń katastroficznych może pomóc, ale z drugiej strony hamuje wykorzystanie  ubezpieczeń komercyjnych, których nie jest w stanie zastąpić
  • Rząd nie powinien wspierać zarządzania „zwykłymi”  ryzykami rolniczymi, o które powinni zadbać
    sami farmerzy.

Oczywiście z tą samodzielnością zarządzania ryzykiem słusznie nasi rolnicy mogą dyskutować, w końcu mamy Unię Europejską, która o rolnicze ryzyko w szczególny sposób i często mocno nierówny się  troszczy. Ale do czasu, Moi Drodzy do czasu – co widać już nawet w telewizji…

Rolnik zarządza ryzykiem Rolnik zarządza ryzykiem Rolnik zarządza ryzykiem

Rewizja standardów ERM w Ubezpieczeniowej

0

Artykuł ukazał się w Gazecie Ubezpieczeniowej nr 18(942)/2017

Standardy zarządzania ryzykiem, to mówiąc najprościej sprawdzone i powszechnie znane „sposoby” jak skutecznie i efektywnie wdrożyć w organizacji ten pełen wyzwań proces. Niejedna organizacja podejmując wysiłek zarządzania ryzykiem „sili się” na oryginalność. Wytwarza autorskie, uwzględniające „naszą specyfikę i potrzeby” rozwiązania. Te jednak, niejednokrotnie nic nie rozwiązują lub mogą nawet zrazić kierownictwo i pracowników do zarządzania ryzykiem.
A przecież nie ma potrzeby aby „wymyślać koło”. Istnieją gotowe, sprawdzone, powszechnie akceptowane i uznawane sposoby radzenia sobie z problemem. Są to właśnie standardy zarządzania ryzykiem.

Termin na termin

Termin „standardy” oznacza, że proponują one standardowe podejście do zarządzania ryzykiem, więc i tu poważna praca koncepcyjna również musi być wykonana. Standardy są jednak na tyle elastyczne i celowo tak napisane, aby odpowiadały na typowe potrzeby typowej organizacji. Wdrożenie ich daje wiele korzyści, w tym możliwość „chwalenia” się, że przedsiębiorstwo zarządza ryzykiem w powszechnie uznawany sposób. To dobra wiadomość, na którą coraz częściej zwracają uwagę partnerzy biznesowi, odbiorcy, banki i oczywiście ubezpieczyciele.
Oczywiście wdrożenie procesu, jak i samo zarządzanie ryzykiem mogą być dobre albo i złe, jak to w życiu. Ale zapewne już sama świadomość najważniejszych koncepcji i rozwiązań w zakresie zarządzania ryzykiem opisanych w standardach, zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu organizacji.
Warto tu jeszcze wyjaśnić, że standardy zarządzania ryzykiem są pisane przez praktyków i dla praktyków. Nie są to dokumenty powstające w zaciszach uniwersyteckich katedr, ale opracowania uzgadniane i szeroko dyskutowane w środowisku managerów, nie tylko ryzyka. Wystarczy spojrzeć na autorów najbardziej znanych standardów. To znani managerowie ryzyka, doradcy i członkowie board-ów, firmy audytorskie.
Nawiasem mówiąc w pewnym sensie umowy kapitałowe Bazylea i Solvency są, można zaryzykować takie twierdzenie, swojego rodzaju standardami zarządzania ryzykiem. To zresztą, jak się wydaje zarówno ich zaleta, jak i wada.

Zady i walety

Zaleta, bo wskazują zarządom banków i ubezpieczalni jak w „standardowy”, zgodny z oczekiwaniami regulatora sposób zarządzać ryzykiem, choćby przez spełnianie określonych wymogów kapitałowych. Wada, bo nie adresują one tak całościowo, jak czynią to standardy, wyzwań związanych z organizacją systemu i procesu zarządzania ryzykiem. Najwyraźniej same one do całościowego zarządzania ryzykiem nie wystarczą i instytucje finansowe i tak często sięgają po standardy zarządzania ryzykiem sensu stricto, takie jak COSO, czy ISO 31000. Dodatkowo, umowy kapitałowe, podobnie jak nawiązujące do nich regulacje wprowadzają własny specyficzny język i terminologię. W wielu punktach różny od tych, który możemy znaleźć w standardach zarządzania ryzykiem zaprojektowanych przecież dla wszystkich organizacji, nie tylko sektora finansowego. 
Szerzej można by się nawet zastanawiać, czy leżąca u zarania umów kapitałowych koncepcja „przymuszania” sektora finansowego do standardowego zarządzania ryzykiem była słuszna i się sprawdziła.

I, II, XXXXVIIV 

Bo, mamy kolejne odsłony „regulowanego” zarządzania ryzykiem (umowy I, II etc.) a kłopoty sektora są wciąż te same…
Najbardziej znane na świecie i najczęściej wdrażane standardy zarządzania ryzykiem to COSOII oraz ISO 31000, ten drugi ma również status PN, polskiej normy. Uwaga: nie podlega on jednak certyfikacji, choć jak wiadomo certyfikujących nie brakuje… Obydwa standardy są również dostępne w języku polskim.
Standard COSOII to zresztą starszy brat innego standardu bardzo ważnego dla finansistów i nie tylko, a mianowicie COSOI Internal Control. Poświęcony kontroli wewnętrznej rozumianej nowocześnie i całościowo rozumianej inaczej, nie wahamy się powiedzieć , niż w większości polskich przedsiębiorstw sektora niefinansowego.
COSOII jest, jak pokazują analizy najczęściej stosowany w skali globalnej. Między innymi dlatego że datuje się na rok 2004, kiedy ISO na 2009. Poza tym karierze COSO (na początku tego od kontroli wewnętrznej) sprzyjały rekomendacje amerykańskiego SEC-u, które wskazał nań jako narzędzie wspierające uzyskanie zgodności z sławnym SOX-em. Nic więc dziwnego, że spółki notowane na NYSE ochoczo i posłusznie go wdrażają.
ISO 31000 to standard bardziej popularny w Europie, w tym w Polsce. Tu trafia potencjalnie na „podatny grunt” także, z tego powodu, że bardzo wiele organizacji wdrażało już inne standardy z grupy ISO i stanowi on naturalne dopełnienie tak zwanego zintegrowanego systemu zarządzania.

Rewizja ogólna trwa…

Ale i standardy zarządzania ryzykiem, jak wszystko dzisiaj, szybko się starzeją i na koniec śpieszymy donieść że i COSO II, i ISO 31000 są w trakcie rewizji i trwa właśnie ogólnoświatowa dyskusja, jak najlepiej dostosować je do szybko zmieniających się wyzwań naszego ryzykownego świata. rewizja, rewizja, rewizja

 

Hronolky czyli podróże menadżera ryzyka

0
podróże menadżera ryzyka

 Podróże menadżera ryzyka
Właśnieśmy* powrócili z nie biznesowych choć i nie do końca
nie Ryzykonomicznych wojaży, a mianowicie z bratnich Czech, gdzie oprócz narciarskich umiarkowanych wyczynów dokonywaliśmy licznych obserwacji, o ryzyku też naturalnie. Pokonawszy południowe, słabo oznaczone przejścia graniczne, z
jednej i z drugiej strony, na wypadek wojny lub może zupełnie bez
przyczyny, jakby się oba kraje bratnie przed sobą nieledwie ukrywały od razu nas uderzyło nas przejście do krainy jakby Ordnungu większego i

 przede wszystkim bez gargameli, rozbuchanej archi-tektury i o zgrozo przyczepionych do każdej ściany i drogi bilbordów i reklam.
Tak to podróżowawszy  czeskimi drogami bezpieczniej, bo choćby nie musząc czytać na każdym skrzyżowaniu „koparkifrezarkitelfax”, „śniadania , obiady taniotaniotanio, faxnymertelefon eamil fax”  itpitpitpitp)  spędzaliśmy wolne dni pojadając bramborowe knedlikay, hranolki i ciasto se slechaczkou.
Po przybyciu sama organizacja około-narciarska zdała nam się
podobna do naszej własnej, ryzykonomiczna kultura na stokach w sumie dość podobna, w kaskach większość już też jeździ choć obowiązku dla dorosłych (?) nie ma a lokalna TV też uświadamia, że warto.
Podziwu godne jest natomiast jak, niezależnie od pogody, lokalne autobusy wyładowują wciąż nowych narciarzy biegowych, setki i tysiące – w każdym wieku. To jest prawdziwy sport masowy
wyssany z mlekiem przysłowiowej matki, a – jak sądzimy – wyuczony na poziomie edukacji szkolnej.
W ogóle to zima śnieżna i w górach łańcuchy na koła trzeba
mieć w pogotowiu i tu stara prawda się potwierdziła, że na ćwiczenia zawsze trzeba znaleźć czas wcześniej, bo w sytuacji kryzysowej ot, choćby na zaśnieżonej drodze wszystko się zacina i działa znacznie trudniej niż w instrukcji czy nawet 10 razy oglądanym instruktażowym filmiku na you tube.
Z łańcuchami czy bez, na ceską policję trzeba uważać bo
chyba turystów za bardzo nie lubią i chętnie mandaty wlepiają (choć nie nam na szczęście).
Takżeśmy wypoczywali, ze stoków umiarkowanie szusowali,
piwo czeskie, chyba najlepsze na świecie (tak, tak), choć już nie tak tanie jak onegdaj (niestety!) popijaliśmy po czym, bo wszystko płynie niestety wracamy i tu, już na rodzimej A4 w  megakryzys wpadliśmy. A co tam widzieliśmy, o tym opowiemy już za chwilę w kolejnym….
* Naczelny Bloga (tenże, patrz wyżej) wciąż nam wytyka, że dla
personalnej uciechy  dziwne słowotwórstwo i dadaizm lingwistyczny uprawiamy i w ten sposób nie tylko pod kolejne wytyki Czytelnicze ale może i nawet ustawę o Ochronie Języka możemy podpaść albo jakąś kolejne regulacjo-deregulację , które to mają przedsiębiorcom nieustannie życie
ułatwiać, a jak jest każdy koń, nawet ślepy, widzi…. 

podróże menadżera ryzyka

Risk velocity, szybkie ryzyko

0
velocity

Czasy mamy takie, że ryzyk do zarządzania nam nie brakuje, ale często albo nimi nikt nie zarządza, albo próbuję zarządzać, tylko jest to przysłowiowa musztarda, już po obiedzie. Już dość dawno menadżerowie ryzyka zauważyli, że choć ryzyko (tu mała powtórka z podstawówki) oceniamy w dwóch wymiarach, to jest prawdopodobieństwa wystąpienia „ryzykownego” wydarzenia i jego skutków, pomnożonych przez siebie (nie dodawanych do siebie, bo i takie pomysły się zdarzają!) są i ryzyka inne wymiary. My zajmiemy się dzisiaj prędkością materializowania się ryzyka, Czyli jak Czytelnik się domyśla, czasem szacowanym przez zarządzającego ryzykiem, który upłynie od zidentyfikowania ryzyka do momentu jego zaistnienia.

Z prędkością ryzyka są związane różne terminy, głównie angielskie takie jak: risk velocity (prędkość, szybkość ryzyka), risk clock speed (prędkość zegara dla ryzyka), time to impact (TTI, czas do uderzenia). W polskie ryzykonomii temat jest dość słabo dostrzegany, choć empirycznie na pewno przez każdego menadżera przeczuwany choćby, kiedy przychodzimy w poniedziałek rano wypoczęci i radośni do pracy, czytamy komputer i….bum!

No właśnie. Nie ma bowiem dzisiaj wątpliwości, że świat bardzo przyśpieszył i codziennie oprócz ryzyk starych, typowych, pojawiają się nam zupełnie nowe, polityczne, cyber, fraudy. Niech nas jednak nie zwiedzie świat nowinek technologicznych: czas w jakim potrafią się zmaterializować najbardziej masywne „tradycyjne” ryzyka wcale nie musi wynikać z nowych odkryć jajogłowych. Wystarczy na przykład, że nieocenieni prawodawcy wpadną na nowy pomysł regulacyjny i już, jak grom z jasnego nieba mamy kłopot.

Dlatego właśnie zarządzający ryzykiem postulują, aby przy analizie ryzyka dodawać do wielkości ryzyka ów trzeci wymiar, szybkość materializowania się, risk velocity. Oczywiście jak to w zarządzaniu ryzkiem bywa, dobrze byłoby ten wymiar skwantyfikować. Najlepiej w dniach, bo już pewnie za późno żeby w godzinach (choć zauważamy, przy analizie ciągłości działania to czynią). Mamy więc ryzyka szybko materializujące się (fast clock speed risk) i te, które mogą poczekać, bo przecież zawsze musimy jak najbardziej sensownie alokować nasze zasoby na mechanizmy kontrolne. I co gorsza, zupełnie poza skalą czekają jeszcze ryzyka typu „bum”, jednym słowem klasyczne czarne łabędzie, spadające niczym jastrząb na pasące się spokojnie korporacyjne kuropatwy.

Porzuciwszy te ornitologiczne porównania trzeba wspomnieć, że koncepcja „szybkości”, velocity ryzyka budzi jednak pewne kontrowersje. Niektórzy uważają nawet, że pomysł ten podważa samą istotę pojęcia ryzyka, które „definicyjnie” związane jest z niepewnością. Jeżeli bowiem mielibyśmy możliwość oszacowania, kiedy zdarzenie nastąpi w dniach, godzinach, latach (dla ryzyk strategicznych) to jaka tu niepewność? Inni twierdzą, że „szybkość” ryzyka jest już „zaszyta” w szacunku prawdopodobieństwa zajścia zdarzenia, innymi słowy, jeżeli prawdopodobieństwo jest większe to także dlatego, że w naszych ryzykonomicznych rachunkach uwzględniamy już czas, kiedy może się ono zmaterializować.
Sprawa pozostaje dyskusyjna i na przykład w standardach zarządzania ryzykiem jednoznacznych wytycznych nie znajdziemy, choć COSO (gdzie indziej) proponuje ocenę „risk onset” („speed onset”) czyli czasu nadejścia ryzyka. Wydaje się jednak, że co najmniej na poziomie sporządzania korporacyjnego profilu ryzyka, tego klasycznego dokumentu dla zarządów, szkoda byłoby rezygnować z informacji, jak szacujemy nasz „time to impact”. Technicznie rzecz biorąc niektórzy proponują, aby ów TTI mnożyć przez prawdopodobieństwa i skutki, co da nam nowe uszeregowanie ryzyk, właśnie uwzgledniające „zegarowy” wymiar, velocity. Wcześniej oczywiście powinniśmy ustalić nasze kryteria oceny ryzyka, a więc skalę, w jakiej będziemy mierzyć ryzyka. Podobnie jak w przypadku skutków i prawdopodobieństwa dla każdej firmy „mały” lub „duży” TTI będzie oznaczał coś zupełnie innego. Pewnie w świecie producentów gier komputerowych strategiczne zmiany mierzy się w miesiącach, a w przypadku stalowego, ciężkiego przemysłu w latach, ale… czy aby na pewno? Już nawet poeci piszą „śpieszmy się kochać zarządy, tak szybko odchodzą…”.

Jak zawsze więc trzeba dobrze przemyśleć, według jakich kryteriów cokolwiek mierzymy, szczególnie skalę prawdopodobieństwa, to zresztą typowy błąd popełniany przy mapowaniu ryzyka powtarzany z dziwny, rzeklibyśmy małpim uporem.
Kwestia szybkości ryzyka nabiera też szczególnego znaczenia, biorąc pod uwagę rosnące wymogi regulacyjne w zakresie zarządzania ryzykiem. Regulacje wymuszają budowanie ciężkich, nieruchawych, ogromnych systemów zarządzania ryzykiem, pisania długaśnych ujawnień na tematy, które już stały się (pre) historią. Dziś drastycznie zmienia się horyzont wydarzeń przynosząc nowe ryzyka, potrzebne są systemy lekkie, zwinne, szybko reagujące na nadchodzące szanse i zagrożenia, agile risk management, jak mówi się coraz częściej.
Śpieszmy się zarządzać ryzykiem, tak szybko nadchodzi!

Narodowa Mapa Ryzyka 2012 ruszyła !!!

0
popieraj zarządzanie ryzykiem

Narodowa Mapa ryzyka >>>

Drodzy Czytelnicy !

Mamy przyjemność powiadomić o nowym projekcie Ryzykonomii. Jest nim Mapa Ryzyka 2012.  

Od dziś każdy Czytelnik może wziąć udział w tworzeniu  Narodowej Mapy Ryzyka. Identyfikujmy ryzyka, bo ci co powinni, tego nie robią !

W tym celu stworzyliśmy specjalną stronę gdzie można zobaczyć aktualną Mapę Ryzyka 2012.
Znaleźć ją można na pasku (zakładka „Mapa Ryzyka 2012”) – zaraz pod tytułem Bloga Tamże opisujemy krótko zasady zgłaszania ryzyk i tworzenia Mapy Ryzyka.przez Czytelników.

Obiecujemy na bieżąco uaktualniać Mapę Ryzyka i omawiać na Blogu wprowadzane zmiany. 

Szanse w smogu

0
Szanse w smogu

Szanse w smogu. W ostatnich dniach jak zapewne i P.T. Czytelnicy Ryzykonomii zauważyli wiele jest mowa o smogu, który opanował polskie miasta i wsie.
Nie będziemy tu straszyć mapami zanieczyszczeń, które pokazują jak wiele papierosów dziennie „z powietrza” wypalają nasze dzieci. I co można z tymi wiekami zaniedbań zrobić. I ile kosztują nasz system opieki zdrowotnej nie mówiąc o gigantycznej utracie PKB związanej z utratą 45 000 ludzi rocznie (sic). Nawiasem mówiąc i Redakcja Ryzykonomii zawsze z przerażeniem obserwowała jak szybko znikały wystawione na „wystawkach” stare meble i jak szybko można było dym z nich poczuć z kominów sąsiadów.

Dla nas cała sprawa z zagrożeniem smogowym jest a rebours doskonałym przykładem na dwoistą naturę ryzyka. Bo przecież o ile zagrożenia smogowe są jasne i oczywiste, przynajmniej dla nas, to zwróćcie uwagę jak wiele szans pojawia się w walce z tym dymem. Nowe technologie, inwestycje, edukacja, wynalazki. Energia wiatrowa i solarna, oszczędne domy, inteligentne instalacje, elektryfikacja motoryzacji. To wszystko są olbrzymie szanse do nadania gospodarce impulsów rozwojowych, o ile oczywiście takowe szanse będą dostrzeżone i ryzyko z nimi związane odpowiednio zarządzane.
Oczywiście idąc dalej to szanse dla instytucji finansujących, ubezpieczycieli, doradców etc. etc etc.

Weźmy przykład. W USA w kopalniach węgla (które nowa nadzieja białych ma chronić) pracuje coś 70 000 ludzi. A sam przemysł energii odnawialnych, jak donoszą źródła w jedynej Kalifornii to… co najmniej 500 000 zatrudnionych i szybko rośnie. Oczywiście nie każdy jest Kalifornią, ale jak ktoś zauważył jeszcze nigdy trzymanie się starej technologii nie przyniosło światu nie dobrego… szanse w smogu

Także natura ryzyka jest dwoista i nigdy nie należy zapominać o szansach, które ryzyko niesie choćby z drugiej strony było śmierdzące i smoliste, jak smog…

Szanse w smogu Szanse w smogu

Push! Crash! Smash!

0
push ryzykonomia
Nasz mały dzienniczek, dzienniczątko wakacyjne
Karol Olgierd Borhardt jeden z naszych ulubionych pisarzy
młodzieńczych sturm und drang periode a dziś każdy mówi, tak było jest i będzie, nie wychylaj, nie podskakuj, nie narzekaj ucz dzieci na prawych równowszeregu, mądrzejsi ich znajdą a  jak nie trudno,  pisał kiedyś wspomnienia z Drugiej wojny, że brytyjscy
żołnierze z ntegoś regimentu mieli takie zawołanie bojowe atakuj! niszcz! zabijaj !
W weekend wraz z spragnionymi rodakami wyruszamy w kierunku
plaż popularnego resortu, słoneczko pięknie przygrzewa, zimny łokieć, muzyczka w radiu, na drogach push, crash, smash, kto pierwszy dopadnie następnego skrzyżowania, objechać, najechać, zajechać (!!!) zniszczyć konkurencję do zajęcia grajdołka i … już jesteśmy szczęśliwi na plaży. Nachodzi nas w drodze objawienie halb tacho, odległość między samochodami „pół licznika” w rodzimej transkrypcji to pół licznika 2pi r
znaczy obwód tarczy licznika czyli ca. 20-30 cm i wszystko się zgadza, hosanna !
Ale o zaskoczenie na plaży – MÓR parawanów, co roku dłuższe
10-20-30 metrów, kochani plażowicze wygradzają po 100
m2 własnej plaży wara innymi od widoku morza i terenu
zajętego przez kaduka, nasze, nasze, nasze
Za plażę, w cień drzew wspominamy leniwie wreszcie nasz
Bestseller empik.com, biznes i ekonomia kategoria „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu”  dziś wyjątkowo na
drugim miejscu wśród 100 najlepszych, czyli przeglądarka nam się nie zepsuła, niech sobie pobędą parę chwil na pierwszych za chwilę, wracamy, Czytelników przybywa, wartowarto.
Mocarna, opalona klata, chłodzona delikatnym zefirkiem
pochyla się nad najnowszą ulubioną Gazetą Ubezpieczeniową tam o ciekawym PwC raporcie Insurance Banana Skins 2013 fajny tytuł, link tutaj, ryzyko dla sektora ubezpieczeniowego
jak skórki od banana, regulacje, regulacje, regulacje exe kwo 1 miejsce a przecież Solvency i Bazylea to cudowny lek z gabinetów eurokratów, czyż może nie ?!  a już na kolejnych miejscach (m.in.):
CZyTAjCIECzYTAJCIE!
Wyniki inwestycyjne 2 (przedtem 4)
Makro 3 (3)
Natkat 5 (5)
Jakość zarządzania ryzykiem 7 (15) !!!
Zarządzanie ryzykiem 8 (14) !!!!!
Kanały dystrybucji 11 (9) spada supply chain ? eeeeeeee….
Reputacja 14 (16)
Zarządzanie zmianą 15 (31) alecotowłaściwie jest nie lubimy
tego nieprocesowego ględzenia
Ład korporacyjny 17 (8)
a zarządzanie ryzykiem ? coś się nie zgadza
Media społecznościowe 21
(new !)
Terroryzm 27 (23) oj uważajcie, żeby…
Plaża, plaża, i po plaży a tu jeszcze chcą od nas artykulik
spory, dobrobyt, sfera realna, zarządzanie ryzykiem, ulrich beck straszy ryzykiem społeczeństwa Wszystkich, ech bracie, z szacunkiem, naukowo, niepowiemy, piszemy,
czytajcie, zostańcie z nami !

push ryzykonomia push ryzykonomia

Lean management i zarządzanie ryzykiem

0
lean management zarządzanie ryzykiem

Jak już wspominaliśmy niedawno, staramy się żywo uczestniczyć w bieżącej publicznej dyskusji, (nie nie obawiajcie się, nie w TEJ)  ale w tej, na której Redakcja Bloga zna się, jak myślimy całkiem dobrze, a więc w dyskusji o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem. Takąż wymianę poglądów, nieraz ostrą (lubimy ostre!) spostrzegliśmy niezadawno na Golden Line w nieszczupłej grupie „Lean Management” w wątku „Wady lean management”, który się nam od razu skojarzył z ryzykiem.
Udział w (wciąż trwającej) dyskusji zaintrygował nas na tyle, że oprócz na forum Złotej Linii wypowiedzieliśmy się „na temat” na łamach  „Gazety Ubezpieczeniowej” w waszej ulubionej, naszej stałej rubryczce pod blogowym szyldem, dość często mylonym ostatnio, dlaczego nie, z Ryzyko m a n i ą…

Piszemy tam między innymi, że:

„Lean management, „szczupłego zarządzanie” jest koncepcją eliminowania z procesów produkcyjnych czy zaopatrzeniowych wszystkiego, co nie przynosi wartości dodanej dla produktu czy usługi. Zwykle jako przykład wskazuje się system produkcyjny TPS,  Toyota Production System, gdzie został on udoskonalony, a jego rezultatem są znane z niezawodności produkty tejże firmy (choć biegli w „temacie” wskażą i inne korzenie i wyrazy smukłego zarządzania, choćby jeszcze sięgające rewolucji w wytwarzaniu zapoczątkowanej przez Henry Forda).
Od razu tutaj wyznam, że nie jestem ekspertem od lean management, a w dyskusji dotyczącej „wad lean management”, która  przypadkowo pojawiła się w moim ryzykonomicznym okienku zaintrygowały mnie właśnie owe „wady”. Od „wad” , jak mniemam kroczek do „ryzyk”, a to przecież tygrysy lubią najbardziej.
Tu zaryzykuję obserwację, że co najmniej niektórzy protagoniści leanowego podejścia uważają, że
system ten (czy może koncepcja)  sam sobie radzi z ryzykami, sam się doskonali  i żadnego „oddzielnego” zarządzania ryzykiem nie potrzebuje.
Cieszy mnie zawsze niezmiernie wiadomości o takim idealnym bez-ryzykownym stanie, bo jak zauważył kiedyś Donald Rumsfeld, amerykański sekretarza obrony w swojej sławnej wypowiedzi „najbardziej interesujące są nieznane niewiadome (…) a więc takie, o których nie wiemy, że nic nie wiemy”. A, jak uczy nas ryzykonomiczne doświadczenie warto też parafrazować innego sławnego myśliciela: im bardziej nam się wydaje, że ryzyka nie ma, tym bardziej ono tam jest.

I tu – niestety! Nie odbierając nic znanym mi i nieznanym zaletom „szczupłego” zarządzania już prosta kwerenda światowych źródeł typu Financial Times czy WSJ pokazuje, że jednak ono (ryzyko) tam jest. Dobrym przykładem jest zresztą sama Toyota. Wskazuje się na przykład, że wyszczuplenie łańcuchów dostaw największego na świecie producenta samochodów, w tym choćby eliminacja „nadmiernej” liczby dostawców powoduje jednoczesny wzrost klasycznego ryzyka łańcucha dostaw, co przećwiczono choćby w czasie tragicznego tsunami. Innym przejawem „wyszczuplania” linii zaopatrzeniowych jest takie projektowanie wyrobów, które pozwala wykorzystywać części samochodowe w różnych modelach samochodów, to chyba zresztą globalny trend, bo wszystkie samochody zdają się dzisiaj być do siebie podobne.

Oczywiście, z punktu produkcyjnej i kosztowej efektywności to bardzo dobrze, ale niech coś się wydarzy u kluczowego dostawcy i już pada produkcja i Yarisa i Corolli i Lexusa. No może Lexusa jednak nie, upraszczam, jako nie-ekspert od lean managementu. Oczywiście wredne ryzyko wyszczuplonego łańcucha dostaw na samych ryzykach typu business interruption nie przestaje, od razu żeby daleko nie poszukiwać „wyskakują” nam tu ryzyka reputacyjne.  Wiadomo, że opisać jak coś się nie powiodło doskonałej Toyocie, to miód dla mediów i jej branżowych wrogów, których przecież nie brakuje. Przypomnijmy tu choćby skandal samo-przyśpieszających Toyot.

lean management zarządzanie ryzykiem
Dołącz do Szczęsliwych Czytelników !

Nawiasem mówiąc sprawa okazała się „dęta” i potem po cichu „odtrąbiona” przez niektóre media, ale któż o tym dzisiaj pamięta, w świecie szybko osądzającej i skazującej elektronicznej opinii publicznej.

Lean management zarządzanie ryzykiem…

Inne ryzyko, które jest dzisiaj charakterystyczne i ważne dla wszelkiego, nie tylko „szczupłego” wytwarzania to product recall, czyli konieczność „odwołania” wadliwych produktów w celu ich wycofania, naprawy lub wymiany. Product recall i związana z nim odpowiedzialność cywilna, to jak wiadomo wielki ból głowy przemysłu samochodowego, a tam lean management kwitnie. Oczywiście nie tylko tam, i co rusz słychać a to o rażących prądem suszarkach, a to dławiących soczkach dla spragnionych niemowląt, a to taboretach grożących śmiercionośną wywrotką.

No więc ten szybki przegląd leanowej ryzykonomii pokazuje, że „nieszczupłych” ryzyk w „szczupłym wytwarzaniu” nie brakuje, co nie jest skądinąd żadnym zaskoczeniem, bo nie brakuje ich nigdzie. I na dowód tego wystarczy przejrzeć korporacyjne strony Toyoty, nad którą się dzisiaj znęcamy pozostając w wielkie admiracji dla niezawodności jej produktów. Znajdziemy tam podkreślenie wagi korporacyjnego zarządzania ryzykiem wdrożonego w całej organizacji i funkcję globalnego Chief Risk Officera i stosowany Komitet Ryzyka przy Zarządzie, wszystko oczywiście w kontekście całej struktury Ładu Korporacyjnego. I tegośmy się, jako leanowi neofici spodziewali włączając się w „społecznościową” dyskusję o wadach – ryzykach w lean management.
Bo każda kolejna, doskonalsza metoda zarządzania oprócz nowych możliwości i przewag, niestety zawsze kreuje nowe i wcale „nieszczupłe” ryzyka.

lean management zarządzanie ryzykiem, lean management zarządzanie ryzykiem, lean management zarządzanie ryzykiem

Mylenie się jest esencją zarządzania ryzykiem

0
mylenie się

Myliłem się ! Jeszcze kilka dni temu przyznaję, trochę cynicznie wieszczyłem wysoką wygraną Le Pen w wyborach we Francji. I nawet jeżeli nie w pierwszej turze, to potem i tak. Inna sprawa, że wiele się jeszcze może wydarzyć….

Wynik wyborczy we Francji jest i tak niezwykle ciekawy, bo przecież w II turze nie znalazł się żaden z kandydatów dwóch największych ugrupowań od lat. I Le Pen i Macron są spoza „układu”. To nowe nadzieje ludu na zmianę „systemu”…

Inna spraw, że i w II turze wiele się jeszcze może zdarzyć. A i prawdopodobne są zamachy terrorystyczne, które mogą mieć wpływ na wynik wyborów, podobnie jak to było w Hiszpanii w 2004. Dlaczegoś (ha, ha) islamistom zależy na wygranej Le Pen… no nic w tym dziwnego, bo chodzi o sianie nienawiści. A to na pewno bardzo dobry kandydat, wręcz wymarzony dla dżihadystów.

Ale miało być o myleniu się… Bo tak sobie przy okazji pomyśleliśmy, że „godzenie” się na możliwość pomyłki jest jednym z kluczowych wyzwań nie tylko zarządzania ryzykiem, ale też i planowania, budżetowania, budowania scenariuszy. No, przecież tu o TO chodzi. Zastanawiamy się nad przyszłością, próbujemy ją przewidzieć, ale nie zawsze musi się to zakończyć sukcesem. I nawet nie powinno, bo to by oznaczało że czas już zwinąć manatki i udać się na spotkanie w niebiosach, albo pobiec do najbliższej kolektury Lotto…

Ludzie się mylą i nie jest to ani niczym dziwnym, ani złym, ani nagannym. Ani już na pewno mylenie się nie powinno być argumentem PRZECIW planowaniu, zarządzaniu ryzykiem, budżetowaniu itd.

Mylenie się powinno być natomiast lekcją, nauką, co poszło nie tak, jakie założenia były błędne. I oczywiście jak to zmienić w PRZYSZŁOŚCI, która…ponownie może nas zaskoczyć, bo mylić się rzeczą ludzką est. Byle mylić się jak najbardziej procesowo, systematycznie. I nie na przysłowiową „pałę” , kiedy to tylko jest możliwe.

Jak ładnie ktoś powiedział: człowiek mądry uczy się na błędach własnych, sprytny na cudzych, a głupiec… nie uczy się WCALE !

Howgh!

mylenie się mylenie się

Kunta zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

0
zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

Zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw. Właśnie ukazał się tekst Naczelnego Ryzykonomii w gościnnej Gazecie Ubezpieczeniowej (link)  dotyczący ryzyka w łańcuchach dostaw o znamiennym tytule… „W łańcuchach”. Wychodząc podstępnie od skojarzenia  tytułowych łańcuchów Naczelny Bloga zanęca Czytelników skojarzeniem z pamiętnymi Korzeniami i pojawiającym się w nich (jak co bardziej doświadczony P.T. Czytelnik bloga pamięta) niejakim Kunta Kinte
(znany również jako Tobi) a dalej już sprawnie po uchwyceniu uwagi Czytelnika przechodzi do trudnego, ale niezmiernie ważnego problemu zarządzania ryzykiem w łańcuchach
dostaw.

Idąc dale tropem tematu SCRM (supply chain risk management) Nasz Redaktor porusza następujące kwestie:
  • Kluczowego  czynnikiem rozwoju łańcuchów – optymalizacji kosztów produkcji
  • Lean management, czyli szczupłego zarządzanie jako promotora łańcuchów Szerokiej gamy
    ryzyk w łańcuchach…
  • …Choćby ryzyk reputacyjnychi „gorących” przykładów Gapa, Lewisa, H&M czy ostatnio Zary.
  • Kwestii ryzyk katastroficznych i ich wpływu na łańcuchy (np. japoński przemysł elektroniczny po tsunami)
  • Cyber ryzyka łańcuchowe, szczególnie utrata danych osobowych; już w 2014 roku  Unia Europejska wprowadza obowiązek ujawniania takich przypadków, a proponowane kary mają sięgać nawet 2 % łącznych przychodów
    firmy macierzystej).
  • Rosnącego zagrożenia regulacjami umownymi w łańcuchach
  • Konieczności przeprowadzania stosownego due dilligence łańcucha ( skąd-dokąd, kto-gdzie, za co-za – ile etc.)
  • Dalej Naczelny Bloga deklaruje zajęcie się tematem strategii zarządzania ryzykiem w łańcuchach.

I my obiecujemy sekundować w tych przemyśleniach.

Śledźcie nas też na Facebooku-u ! zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw, zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw