zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 12

Szanse w smogu

0
Szanse w smogu

Szanse w smogu. W ostatnich dniach jak zapewne i P.T. Czytelnicy Ryzykonomii zauważyli wiele jest mowa o smogu, który opanował polskie miasta i wsie.
Nie będziemy tu straszyć mapami zanieczyszczeń, które pokazują jak wiele papierosów dziennie „z powietrza” wypalają nasze dzieci. I co można z tymi wiekami zaniedbań zrobić. I ile kosztują nasz system opieki zdrowotnej nie mówiąc o gigantycznej utracie PKB związanej z utratą 45 000 ludzi rocznie (sic). Nawiasem mówiąc i Redakcja Ryzykonomii zawsze z przerażeniem obserwowała jak szybko znikały wystawione na „wystawkach” stare meble i jak szybko można było dym z nich poczuć z kominów sąsiadów.

Dla nas cała sprawa z zagrożeniem smogowym jest a rebours doskonałym przykładem na dwoistą naturę ryzyka. Bo przecież o ile zagrożenia smogowe są jasne i oczywiste, przynajmniej dla nas, to zwróćcie uwagę jak wiele szans pojawia się w walce z tym dymem. Nowe technologie, inwestycje, edukacja, wynalazki. Energia wiatrowa i solarna, oszczędne domy, inteligentne instalacje, elektryfikacja motoryzacji. To wszystko są olbrzymie szanse do nadania gospodarce impulsów rozwojowych, o ile oczywiście takowe szanse będą dostrzeżone i ryzyko z nimi związane odpowiednio zarządzane.
Oczywiście idąc dalej to szanse dla instytucji finansujących, ubezpieczycieli, doradców etc. etc etc.

Weźmy przykład. W USA w kopalniach węgla (które nowa nadzieja białych ma chronić) pracuje coś 70 000 ludzi. A sam przemysł energii odnawialnych, jak donoszą źródła w jedynej Kalifornii to… co najmniej 500 000 zatrudnionych i szybko rośnie. Oczywiście nie każdy jest Kalifornią, ale jak ktoś zauważył jeszcze nigdy trzymanie się starej technologii nie przyniosło światu nie dobrego… szanse w smogu

Także natura ryzyka jest dwoista i nigdy nie należy zapominać o szansach, które ryzyko niesie choćby z drugiej strony było śmierdzące i smoliste, jak smog…

Szanse w smogu Szanse w smogu

Menadżer ryzyka i audytor

0

Audyt to dzisiaj bardzo modne słowo, zagościło nawet na dobre na salonach politycznych, różnych audytorów w biznesie i u publicznych też nam nie brakuje inna sprawa, co w rzeczywistości robią, i kto te ich audyty czyta.

Twarze audytu

Ale nas w dzisiejszym odcinku ryzykonomii bardziej zainteresują relację pomiędzy dwoma tytułowymi funkcjami, przy czym o ile audytora spotkamy w rodzimych organizacjach powszechnie, to menadżera ryzyka już zupełnie nie. Oczywiście trzeba jeszcze dodać, że dobrze znana finansistom funkcja biegłego rewidenta, to nic innego niż zewnętrzny, nienależny audyt finansowy i w rzeczywistości poza granicami też się mówi o „audytorach” w przypadku biegłej rewizji ksiąg.

Sektor ubezpieczeniowy, a szerzej w ogóle sektor finansowy jest tu o tyle specyficzny, że z zasady w zakładach ubezpieczeniowych znajdziemy zarówno menadżerów ryzyka jak i audytorów. I pewnie jeszcze ekspertów od zgodności i różne inne specjalistyczne funkcje kontrolno-badawcze.

Menadżer ryzyka na L4

Jak to bywa w sektorach silnie regulowanych, jeżeli coś „ma być” to „jest”, Komisja Nadzoru Finansowego wymaga. Oczywiście same regulacje nigdy sprawy nie załatwiły i nie załatwią, i dowodów na to codziennie mamy mnóstwo, jeżeli nie w kraju to za granicą. Oto, na przykład właśnie dowiadujemy się o kolejnym finansowym przekręcie w Stanach, gdzie jak wielki bank Wells Fargo otwierał różne rachunki bez autoryzacji swoich klientów. No, nie takie rzeczy się w finansach zdarzały, ale już naprawdę dowcipną nowością jest, że menadżer ryzyka banku tuż przed przesłuchaniem przez komisję senacką audytującą bulwersujący temat poszedł na wielomiesięczne zwolnienie lekarskie, wziął sobie amerykańskie L4…

W rodzimym sektorze niefinansowym, choć badań jest bardzo mało, audytora znajdziemy w wielu spółkach giełdowych, z zasady w tych największych, ale już z menadżerami ryzyka bywa bardzo krucho. No, więc można zaryzykować, że istnieje tu pewien przechył na stronę audytu, który jako, że jest dzisiaj risk-based, oparty na ocenie ryzyka, jak się wydaje może być traktowany, jako swojego rodzaju „proteza” zarządzania ryzykiem. Bywa, że zarządzanie ryzykiem jest lokowane we wspólnym departamencie audytu wewnętrznego i, jak pokazywał ostatnio raport o sektorze zarządzania ryzykiem w Europie FERMA, nawet kilka procent europejskich menadżerów raportuje do szefów działu audytu.
Mogliby się tu nawet, co światlejsi audytorzy oburzyć, że przecież sam Instytut Audytorów Wewnętrznych (IIA) jasno pokazuje w swoim klasycznym diagramie „wachlarzu”, co może, a co nie może robić audytor w obszarze zarządzania ryzkiem. W zasadzie sugeruje zdecydowane oddzielenie tych dwóch funkcji.

Za chińskim murem

Oczywiste jest przecież, że audytor nie powinien sam siebie audytować, a tak by się stało gdyby zajął się zarządzaniem ryzykiem. Ale z drugiej strony „wersje kanoniczne” nie zawsze są jedyne najlepsze, bo chociażby w znanym na świecie modelowym success – story wdrożenia zarządzania ryzykiem (w kanadyjskim koncernie energetycznym Hydro One) funkcjonowały połączone departamenty zarządzania ryzykiem i audytu. Podzielone stosownymi chińskimi murami, dodajmy.

Tak czy inaczej, jak uczy doświadczenie audytor bywa często, szczególnie w sektorze niefinansowym jednym z ojców założycieli systemu zarządzania ryzykiem. Dobrze to i nie dobrze, bo zapomina się często, że „sylwetka”, cechy osobowe, doświadczenie zawodowe audytora i menadżera ryzyka są z natury rzeczy bardzo różne. I chyba powinny być, żeby każdy mógł dobrze wykonywać swoją funkcję. No, więc dobry audytor to chyba nie będzie dobry menadżer ryzyka i vice-versa, choć dowodów empirycznych na tak postawioną tezę przyznajemy, brak.

Pełna synergia

Co łączy audytora i menadżera ryzyka, to również niedola bycia „wtłoczonym” w powszechnie akceptowany sposób budowania odporności organizacji na zagrożenia zwany „modelem” trzech linii obrony. Jeżeli podejść do zagadnienia modelowo, to sugeruje i narzuca ono linearność funkcjonowania i oderwanie od siebie wielu różnych „odpornościowych” funkcji w organizacji. I bez względu na to, czy ktoś ten model dokładnie studiował czy nie, w wielu organizacjach tak się właśnie dzieje. Brakuje synergii między audytem, zarządzaniem ryzykiem, compliance, bezpieczeństwem IT i różnymi nowymi, wschodzącymi funkcjami zarządzania. W efekcie wiele ryzyka błąka się po organizacji niezarządzanych i niezaudytowanych, a specjaliści od zarządzania nawołują na puszczy do porzucenia „silosów organizacyjnych” i doskonalenia bardzo już przecież udoskonalonych systemów.

Ekonomia głupcze !

0
ekonomia głupcze

Ekonomia głupcze! >>>
Kiedyś napisałem na Ryzykonomii artykuł nawiązujący do sławnego powiedzenia Billa Clintona, jak w tytule, ale sparafrazowanego wtedy na „planowanie głupcze”. Teraz coraz bardziej myślę, jak ważne jest to pierwotne stwierdzenie, widząc jak za oknem rozlewa się lekceważenie podstawowych praw i zasad ekonomii. Ba, zasad zdrowego ekonomicznego rozsądku, bo przecież ekonomia to nauka logiczna, nie wymyślona u zarania w zaciszu gabinetów akademików. Ale opisująca to co dzieje się w realu w biznesie. Ekonomia, jako nauka społeczna o wykorzystaniu, gospodarowaniu rzadkimi zasobami. No, bo przecież zasoby zawsze są rzadkie.

Oczywiście i zarządzanie ryzykiem to wiedza przede wszystkim ekonomiczna, stąd choćby ważne są tu liczby i pomiary, ale i ważne wymiary finansowe ryzyka, które zawsze gdzieś na końcu przyjmuje wymiar „złotówkowy”. Ekonomia głupcze!…

WINIEN równa się MA…. choćby taka złota zasada zarządzania budżetami małych i wielkich organizacji, a i całych państw. Właściwie bardziej oczywista dla gospodarstwa domowego, a już często lekceważona, a juz na pewno w wymiarze całych budżetów państwowych. Wydajmy więcej niże mamy, nie ma ryzyka, jakoś to będzie. Zaciągniemy nowe długi, na spłatę starych.

Albo weźmy: zlikwidujmy biedę, tu czy tam, zabierzemy jednym, damy drugim. I już radość w telewizorze jak tu szybko udało się uporać z prawami ekonomii, że każda inwestycja musi mieć swoje źródło finansowania. Ot, jakie to proste, po co uczyć się , studiować.
Albi zarządzanie przedsiębiorstwami. Każdy może zarządzać i każdy zarządza, a przynajmniej stara się… Jak to kiedyś podsumowali znajomi nie-ekonomiści, o co tu chodzi w tej ekonomii? „Tanio kupić , drogo sprzedać”. Tak niestety wiele osób rozumie to czego się uczy na tych wszystkich „grach i zabawach” o zarządzaniu, finansach przedsiębiorstw, budżetach i marketingach. Co to za nauka ta ekonomia… ha, ha ha.
Ekonomia głupcze!

Oczywiście poziom nauczania ekonomii to inna sprawa, ale ten sam zarzut można mieć do każdej nauki, nie wydaje mi się, żeby zły inżynier czy lekarz był z samej swojej „ścisłości naukowej” lepszy od dobrego ekonomisty. Przy okazji zauważyć należy, że i Leonardo myślał o ekonomii , nie byli wolni od niej impresjoniści czy wielcy generałowie, królowie i książęta. Nauka może nie zawsze w świetle reflektorów ale zawsze przecież grająca kluczowe role, nawet jeżeli pozostająca w cieniu.

Dzisiaj, kiedy rośnie lekceważenie, ba często pogarda do nauki w ogóle (tak, tak ) i dotyczy to chyba całego świata, wbrew pozornemu postępowi technologicznemu, rozumianemu jako budowanie coraz bardziej wykwintnych maszynek i gadżetów, problemy ekonomiczne pozostają nie mniej ważne niż kiedykolwiek.
Jak to sfinansować, skąd wziąć pieniądze, jak najlepiej, najefektywniej gospodarować, jak zarządzać ryzykiem? Ekonomia, głupcze !

Zarządzanie jest proste !

0
zarządzanie

„Wszystko jest trudne zanim stanie się proste” zauważył kiedyś Thomas Fuller. Zasadniczo miał rację ale w jednym się fundamentalnie pomylił, przynajmniej jeżeli chodzi o zarządzanie. Prosto powinno być, ale wcale nie musi i często nie jest. Im bardziej skomplikowanie i trudniej, tym lepiej i skuteczniej, a przynajmniej tak uważa chyba wielu menadżerów. 

Musieć i móc

Weźmy takie zarządzanie ryzykiem wdrażane tu i ówdzie przez tych co chcą albo muszą. Kiedy „muszą” to na pewno prosto nie jest. Regulacje jak „dobrze i bezpiecznie” zarządzać są coraz bardziej rozbudowane i skomplikowane. Solvency czy Bazylea mają swoje kolejne odsłony, różne ustawy są coraz dłuższe i bardziej pokręcone. 

zarządzanie ryzykiem jest

Nic dziwnego, że firmy muszą sobie z tymi regulacyjnymi „ułatwieniami” jakoś radzić powołując kolejne działy compliance i zatrudniając zastępy ekspertów. Nic przy tym nie wskazuje, że jest dzięki temu bezpieczniej. Wręcz przeciwnie, czytelnik prasy finansowej jeden pewny wniosek może wyciągnąć z lektury: kolejny kryzys finansowy to kwestia czasu, armata jest już załadowana, kto pociągnie za sznurek i kiedy, to zasadnicze pytania.

Nic dziwnego, że firmy muszą sobie z tymi regulacyjnymi „ułatwieniami” jakoś radzić powołując kolejne działy compliance i zatrudniając zastępy ekspertów.

Tam gdzie „bezpieczniej” organizacje robią sobie same niestety zwykle nie jest lepiej. Doświadczenie uczy, że kiedy zarządy zabierają się za zarządzanie ryzykiem i w ogóle za jakieś poważne organizacyjne przemiany też zazwyczaj prościej nie jest. Klasycznie na początek zamawia się kolejny moduł komputerowego „wspierania” do którego pracownicy pracowicie wpisują różne ważne kwestie. System pęcznieje od informacji i staje się zapewne jej kopalnią. Tylko często na tyle duża i głęboką, że pracownicy pochłonięci realizacją kolejnych projektów i codzienną orką nie mają ochoty i czasu z niej tych wszystkich cennych informacji wykopywać. 

Usprawnianie usprawnień

Informacja ma również to do siebie, szczególnie informacja o ryzyku, że starzeje się w ekspresowym tempie i szybko „niewykopana” staje się bez cenna. A dodatkowo dowodem na to, że cały proces „zmiany” jest mało komu potrzebny, bo jeżeli organizacja funkcjonuje, a często i prosperuje, to pracownicy zaczynają się zastanawiać po co komu to „usprawnienie”. 

Możemy oczywiście zatrudnić ekspertów czy zewnętrznych konsultantów, którzy nam ułatwią wdrożenie „zmiany”. Niestety i konsultanci są ludźmi i zdaje się nie zawsze rozumieją i-lub im zależy żeby było prościej i łatwiej.

Bo duża i skomplikowana zmiana to potencjalnie więcej godzin i większe pieniądze. A jeżeli jesteśmy doradcą wielkim i doradzamy wielkim to już bez wielkich i skomplikowanych zmian obejść się zarządzanie proste jestnie może. Powstaję całe „maszyny” zmiany ze stosowanym oprogramowaniem, procedurami i funkcjami. A potem się okazuje, że proces i system owszem był i opracowano frejmworki. Niestety nie zadziałał, bo jakiś manager i tak zrobił swoje mimo niemałych przecież zasobów wydanych na „zmianę”. 

pracownicy zaczynają się zastanawiać po co komu to „usprawnienie”.

A prawdziwa zmiana powinna zmienić ludzi, a nie procedury pod którymi się podpisują, choć oczywiście i to jest konieczne. 

Oczywiście i pracownicy i szefowie od zawsze tęsknili do prostoty, bo w końcu to stan zupełnie naturalny i ludzki. Każdy mieszkaniec osiedla poradzi od ręki, żeby chodniki kłaść po tym, gdy ludzi się już wprowadzą i wydepczą najbardziej naturalne i najlepsze dla nich ścieżki. Żeby potem nie deptać trawników. Ale, powiedzmy szczerze, który architekt osiedla się tym przejmuje? 

Proste: pytaj !

Podobnie jest i z procesami zmian, choćby wdrażania zarządzania ryzykiem. Wystarczy zapytać się pracowników i kierowników, gdzie są ryzyka i jak sobie z nimi najprościej poradzić. Pytajcie, a odpowiedzą Wam. 

Ale, kto się specjalnie pyta? No może nie to, że się nigdy nie pyta. Pyta, a potem jakże często robi się swoje. Nie bez powodu jedna z najważniejszych zasad zarządzania ryzykiem mówi, że „proces ten służy podejmowaniu decyzji”. Wskazówka, wydawać się może dość dziwna, ale tak niestety często bywa, że nie służy. Wszyscy wiedzieli, że coś musi pójść nie tak. I poszło. Choćby dlatego, że jak zauważył Lord Keynes „dla zachowania reputacji lepiej popełnić błąd konwencjonalnie, niż mieć rację niekonwencjonalnie”. Jakie to proste. 

3 podcasty do słuchania dla menadżera

0
3 podcasty słuchania

Słuchanie o ryzyku bywa łatwiejsze niż czytanie…. Słuchać można siedząc, w biegu, jedząc a nawet jeżdżąc, (choć przestrzegaliśmy na Ryzykonomii ostatnio o zasadzkach multitaskingu). Słuchanie jest też małym odwrotem od wszechogarniającej ostatnio konieczności oglądania wszystkiego.
Oczywiście czytamy też sporo i jak i rozumiemy P.T. Czytelnicy naszego bloga też. Niestety czytanie (ze zrozumieniem!) to ginąca w naszym kraju sztuka, jak świadczą dowody empiryczne i nawet pobieżna obserwacja. Stąd też pewnie moda na różne proste wyjaśnienia Wszystkiego (nomen omen poniżej, ale w innym kontekście) i mnożących się wypowiadaczy na wszystkie tematy, choćby ekonomiczne i zarządcze… ooo…czytamy właśnie jednym okiem jak tu jedna pani/pan, kto się domyśli to skreśli niepotrzebne zarządziła ryzykami, brawo, brawo nononono….Prosty doktor latami się uczy, tu… cyk, zarządzone, chyba czas na emeryturę, ale gdzież ona, gdzież…

No, ale po tym wstępie ogolnowojskowym obiecaliśmy wyjaśnić, co słuchamy. No, więc idąc za zagranicznymi modami słuchamy od jakiegoś czasu różnych podcastów czyli takicj mini radiowych audycji via internet. Bardzo to popularne tu i ówdzie. A interesują nas różne – i te profesjonalne i popularnonaukowe, i z lekka politglobalne i informacyjne. Niestety z reguły w języku angielskim, u nas z podcastosferą słabo (i znowu narzekacie towarzyszu, obywatelu, jeszcze tylko 150 lat i wszystko u nas się zmieni, długie perspektywy już JMK przewidział)…

Dzisiaj żeby było pozytywnie chciałbym polecić 3 znane skądnąd podcasty do słuchania, które ćwiczymy regularnie:

Harvard Business Ideacast

http://feeds.harvardbusiness.org/harvardbusiness/ideacast

Setki często niezwykle ciekawych audycji o zarządzaniu, wywiady z przedsiębiorcami, naukowcami. HB wiadomo.

Od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

Freakonomics

http://freakonomics.com/

Bestsellerowy podcast „ujawniający ukryte strony wszystkiego”.

Zawsze bardzo ciekawe, a czasami naprawdę pasjonujące. Spróbujemy omówić niektóre w przyszłości, a w szczególności obalające albo, co najmniej poddawające w wątpliwość wiele stereotypów a nawet paradygmatów zarządzania, ekonomii i socjologii, a także „ludowej” (przeciwstawiamy ją naukowej) quasi ryzykonomii.

Nawet do ponagdziny. Jest też książka po polsku w tym tytule, polecamy.

Fareed Zakaria – Global Public Square

http://globalpublicsquare.blogs.cnn.com/

Sławny anchor CNN (także w Polsce ostatnio, ale najwyraźniej komentujący podcastów nie słuchają). Podcasty te cenimy za szerokie, globalne spojrzenie na problemy geopolityczne, ekonomiczne, naukowe. Choć nie zawsze się zgadzamy, ale przecież o to chodzi, żeby menadżer miał otwarty umysł a nie był zakutym łbem, czyż nie?
Często ciekawe wywiady z najważniejszymi graczami świata. Na przykład ostatnio gościem był Reid Garrett Hoffman, współzałożyciel LinkedIn, venture capitalist i wizjoner niewątpliwie sądząc po majątku. Ciekawe wnioski a propos naszy rodzimych, żałosnych pomysłków na innowacje.
Czas trwania coś koło 4o minut, różnie.

Mały tip of the day…

 

Linki podane są internetowe, ale oczywiście najłatwiej jest słuchać na urządzeniach przenośnych używając apek typu Apple Podcast albo na Androida typu Podcast Addict…

 

3 podcasty słuchania

 

 

 

 

 

 

 

Filara filary

0
A po godzinach

Filara filary >>>
Jesień czasem konferencji jest… i zaledwie niedawno wzięliśmy udział w ciekawym biznes-spotkaniu, na którym oprócz, jak to dzisiaj bywa ciekawego biznes networkingu, mieliśmy okazję
wysłuchać prezentacji Dariusz Filara, cenionego przez nas profesora, dawniej, mało kto pamięta, pisarza science fiction, całkiem nie-ostatnio Członka Rady Polityki Pieniężnej.  Spotkanie zorganizowali zaprzyjaźnieni biegli rewidenci z firmy ESO Audit.

Profesora Filara zawsze
słuchamy z zainteresowaniem, bo mówi
logicznie i ciekawie co – o dziwo -aż tak częste u nas nie bywa.
Najważniejsze wątki
wystąpienia notowaliśmy dla naszych nieocenionych, wiernych, ciekawych
(„wystarczy, wystarczy” szarpie mnie za rękę Naczelny Bloga…. tak, ten)  P. T. Czytelników na smartfonie i poniżej pokrótce relację tę przedstawiamy:
3 filary analizy trendów
makro kluczowe dzisiaj, zdaniem prelegenta, dla menadżera:
– Wzrost gospodarczy
– Kurs walut
– Inflacja
Polska gospodarka (zmiany PKB) idealnie skorelowana ze strefą euro
Ścieżka polskiego PKB biegnie nieco wyżej Polskie społeczeństwo
póki co – więcej wydatków konsumpcyjnych co jeszcze podtrzymuje wzrost
Ponadto ciągle jesteśmy gospodarka „doganiającą” (patrz wzrost)
Fundusze unijne (patrz wzrost)
„Zieloną wyspa” śmieszne
ale ciągle prawdziwe.
Obniżenie składki
rentowej wzrost długu publicznego
Deficyt w systemie
rentowym
Obecnie nie ma impulsów
wyciągających dalej  gospodarkę !!!
Stąd prognoza best
scenario na 2013  2 % wzrost PKB a raczej
1,5 %.  Budżet 2013 zbyt optymistyczny.
Dane GUS: przedsiębiorstwa
wyzbywały się zapasów w 2 kw roku,  nie
wierzą we wzrost.
Póki co ciągnie eksport
netto, ale dlatego, że eksport jest jeszcze stały (nie spada, nie rośnie) eksporterzy
bronią swojej pozycji, nie ekspandują dalej.
Za to import spada.
Jak długo się to eksporterom
uda ?
Kurs PLN ściśle uzależniony od rynków światowych.
Trend słabnący wartości euro w stosunku do dolara stały.
Inflacją bazowa to
inflacja CPI bez paliwa żywności i energii bo są niezależne od polityki
pieniężnej państwa.
Przykłady historyczne: bazowa
spadła ceny drobiu ptasia grypa, wzrosła od cen energii rynek globalny etc.
Teraz znowu wzrost.
Ps.
Potem była makro dyskusja….tamże nasz Naczelny zadał mówcy dręczące (jak przyznał również zapytany, pytanie) dotyczące fundamentów długoterminowych dalszego wzrostu  i modernizacji 
za-kredytowanych i z-socjalizowanych Państw europejskich.  Już kiedyś o tym braku strategicznego i
fundamentalnego myślenia pisaliśmy i mamy taką obawę, że nic się tu nie zmienia. A
ryzyko rośnie…
.

 

Zarządzanie ryzykiem na LinkedIn

1
zarządzanie

Zarządzanie ryzykiem.

Największa i jedyna polska grupa dyskusyjna  profesjonalistów na LinkedIn pod tytułem „Zarządzanie ryzykiem” szybko rośnie i liczy już 115 osób! Grupa, szczególnie ostatnio mocno się zaaktywizowała, co bardzo cieszy bo polskich forum dyskusji, nie tylko o zarządzaniu ryzykiem bardzo brakuje.
Kilka ostatnio poruszanych wątków to: „COSO czy ISO?”, „Czym się różnią GRC i ERM?”, „Yeti? Czy istnieje apetyt na ryzyko„, „Ankiety: anonimowe czy imienne?”.
Praktycy dyskutują ważne dla nich tematy z zarządzania ryzykiem, kontroli wewnętrznej, compliance, kontroli zarządczej i nie tylko. Zakładają własne wątki. Dołącz, czytaj, dyskutuj i dowiedz się więcej ! (wypróbuj link)

Newton na bańce (Mórz Południowych)

0
Newton na bańce
Newton na bańce
Jedni mówią, że przysłowia są mądrością narodu , inni że głupotą („Wyjątek potwierdza regułę”?!) . My powiedzonka i przysłowionka w Ryzykonomii lubimy bo niejedne są bardzo celne. Choć oczywiście conieco nas denerwuję dziwna, a popularna maniera oklejania prezentacji licznymi Celnymi Cytatami co ma zdaje się uczynić przedstawienie bardziej multimedialnym.
Tak czy inaczej tradycyjnie  będąc za, a nawet przeciw, zamieszczamy w naszej kolekcji Cytatów (patrz pasek – pod tytułem Bloga) niezłe powiedzonko Newtona (tak, tego od zasad dynamiki, które przespaliście na Fizyce w 6ej B)
Rzeczony Newton był jednym z wielu niewydarzonych inwestorów, którzy stracili na South Sea Bubble, czyli Bańce Mórz Południowych. Jednej z wielu znanych baniek inwestycyjnych…..
…. które były, są i będą i wcale nie jest to wina złego kapitalizmu, czy „wad” zarządzania ryzykiem. Dmuchanie i pękanie baniek wynika natomiast z  ludzkiej chciwości i głupoty i dał temu wyraz wspomniany uczony deklarując samokrytycznie, że
„I can calculate the motion of heavenly bodies, but not the madness of people”
(Mogę kalkulować ruch ciał niebieskich ale nie ludzkie szaleństwo”)
Choć wcześnie deklarował, iż:
“God created everything by number, weight and measure”
(Bóg stworzył wszystko używając liczby, wagi i miary”)
Wspomniany Newton na inwestycjach w akcje Kompanii Mórz Południowych, która miała rozwijać zyskowny handel (zasadniczo z tytułowymi Morzami Południowymi),  które ogarnięci inwestycyjnym szaleństwem kupowali mieszkańcy Anglii ca. około 1720 roku, stracił pono 20 tys. funtów, dzisiejszych 3 miliony dolarów. Nawiasem mówiąc są widać kraje gdzie tradycyjnie można zarobić przy nauce…
W Bańce Południowej ciekawe jest to, że (w szczegóły nie wchodząc) owa Kompania zawarła z Rządem deal mający pomóc Rządowi w zamianie wysoko oprocentowanego (ale trudnosprzedawalnego długu publicznego) na niżej oprocentowany (ale łatwiej sprzedawalny) dług Kampanii.
Ciekawe także, że krach owej bańki był w koincydencji z tzw. bańką Missisipi w Ameryce.
Jak ta historia kołem się toczy….

Relacja TV – występujemy i linkujemy

1
Relacja TV

Relacja TV>>>

już wcześniej pisaliśmy Redaktor Naczelny Bloga 10 maja bieżącego wziął  udział w Konferencji Krajowej Izby Biegłych Rewidentów pod wiele mówiącym tytułem „Ryzyko pod kontrolą”.
Clipy filmowe z konferencji zostały niedawno opublikowane i są już dostępne przez You tube (link) oraz przez stronę KIBR (link)

My wypowiedź przedstawiciela  Redakcji Ryzykonomii publikujemy dzisiaj, poniżej.
Gwoli wyjaśnienia, to przytoczony spot zawiera kilka zdań, które wygłosiliśmy akurat nt. whistleblowingu, o którym już niejednokrotnie pisaliśmy z niemałym odzewem i pewnym wzburzeniem  P.T. Czytelników.
Dlaczego akurat whistleblowerowy wątek naszych wypowowiedzi przykuł uwagę realizatora tej konferencji nie jesteśmy pewni, może z racji egzotyki nazewnictwa?
Chociaż (nawiasem mówiąc) ciekawy przykład „gwizdaczowania” mieliśmy, jak donosi prasa przy ostatniej nepo-aferze.
I jeszcze i to trzeba przyznać: liczne dane, i o tym pisaliśmy w Ech ! , wskazując na niezwykła efektywność wykrywania nieprawidłowości finansowych. A to przecież jest niezwykle istotne dla rewizji finansowej.

Jednakże na wspomnianej Konferencji usiłowaliśmy opowiedzieć więcej o narzędziach ERMu, nawet przygotowaliśmy za wskazówką organizatorów mini-przentację, do której jakoś nie doszło, a jak to na panelach mamy wrażenie bywa, zrobiło się ogólne gadu-gadu  o-tym-i-o-owym i na wypowiedź mieliśmy może z minutę czasu, małomało…..
Taką mamy też konstatację po kolejnych panelach z różnych konferencji, że ciągle u nas trwa dyskusja „czy”, kiedy na świecie od dawna zastanawiają się „jak?”.
Ale może właśnie łatwiej jest po prostu nieustająco dyskutować „jak budować drogi?” niż je po prostu budować ?

COSO czyli ISO – Zarządzanie ryzykiem a KZ

0
COSO czyli ISO

COSO czyli ISO? Wiemy, że niejednemu się narazimy, ale uważamy, że być może najbardziej wartościową publikacją (pominąwszy publikacje Ryzykonomii) jaki ukazał się w związku z Kontrolą zarządczą w sektorze publicznym jest „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym”  zwany też czasami „Polskim Podręcznikiem” autorstwa tajemniczego Bentleya Jennisona.

No, może nie tak tajemniczego, bo o ile słyszeliśmy, to brytyjska
firma współpracująca onegdaj z ojcami i matkami KZ-u w Polsce z samego Ministerstwa oczywiście w ramach stosownego EUprojektu. Anglosaskie pochodzenie Podręcznika używane jest jako jeden z argumentów sugerujących jego „niedostosowanie” do „polskich realiów”, co jest zupełnie bezpodstawne, bo ów „Podręcznik” to zbiór dobrych praktyk i porad,
a nie opracowanie nakazowo-rozdzielcze. Nie mowiąc o tym, że anglosasi to akurat bardzo dobre źródło w temacie.
Jego słabością jest być może to, że trzeba go dokładnie
przeczytać (co zdaje się niewielu uczyniło) i ZROZUMIEĆ. A to zrozumienie jest niestety bardzo trudne bez pomocy wykwalifikowanego risk managera albo specjalisty jak kto woli, choć nie takiego kto pracował tu i ówdzie zna się i na audycie i na kopycie, a w ogóle to zarządzaniem ryzykiem zajmuje się od 32 lat.
Niestety, „tłumacze” i „wdrażacze” zarządzania ryzykiem nie
poprzestają na dezawuowaniu porad płynących z Podręcznika ale postanowili tworzyć sami swoje objaśnienia kontroli zarządczej i zarządzania ryzykiem też, które choć zawierają całą masę tabelek do wypełnienia (widzieliśmy nawet książkę składająca się z samych chyba tabelek, bagatela ponad stówę kosztowało to cudeńko, przy tym ostatni nasz e-book bestseller, dla prostych ludzi, przez prostego człowieka napisany, jest jak za darmo ), no więc takie „wdroż-pomocniki”,  przynajmniej w kwestii  zarządzania ryzykiem nie dają kompletnie NIC oprócz instrukcji… wypełnienia tabelki.
Ale przez zapełnianie tabelki zarządzanie ryzykiem nie działa – i  niech się nikt nie zdziwi, że nie zadziała.
Polski podręcznik nie jest oczywiście doskonały, szczególnie
mamy pretensje o wprowadzające w błąd i NIELOGICZNE skale ryzyka, ale to o zgrozo ! jest jednym z elementów najczęściej kopiowanych do różnych procedur .
Wartościowe są za to na pewno różnorodne wskazówki dotyczące
organizacji struktury ramowej zarządzania ryzykiem i samego procesu, przykłady opisów ryzyka i sekwencje działań, ankietowe metody identyfikacji ryzyka (mocno niedoskonałe ale całkiem do wykorzystania – jak na pierwszy ogień). I podkreślanie roli leadershipu, komunikacji, monitoringu i ewaluacji ale to
znowu niezrozumiałe przez tabelkowiczów umyka, a to kolejny klucz do zadziałania systemu. I nie działa.
Zobacz Teraz !
Inny ciekawy element to przykład rejestru ryzyka, znowu
traktowany wybiorczo przez wdrażaczy jak Polska długa i szeroka (dlaczego ? – dlaczegoś !) choćby sekwencja opisu ryzyk root –cause jest pomijana na rzecz jakiś „czynników” czy „źródeł” ryzyka i innych ubezpieczeniowych hazardów. COSO czyli ISO?
Wreszcie, o dziwo, i na szczęście mało kto robi w rejestrze
analizę ryzyka inherentnego i rezydualnego i przez przypadek najwyraźniej nie jest to najgorsze bo jak donoszą najnowsze jaskółki ze świata i sama IIA  w najnowszym opracowaniu (do tematu powrócimy jeszcze) ma to ograniczony sens.
Nie ma już zresztą ryzyka inherentnego w ISO 31000 Zarządzanie
ryzykiem i tu dochodzimy do kolejnego odkrycia, a tego mianowicie, że Podręcznik mający pomagać we wdrożeniu Kontroli zarządczej opartej na COSO wcale nie jest z COSO tylko z ISO, a dokładniej z jego poprzednika i ojca – matki bardzo dobrego skądinąd standardu australijsko nowozelandzkiego AS/NZS 4360 co każdy, kto te standardy zna, zaraz z ducha i litery wyczuje. Nie mówiąc o schemacie procesu na jednej z pierwszych stron właśnie z AS/NZS i jak byk definicji procesu zarządzania ryzykiem.
Także mamy Kontrolę według COSO a podręcznik z ISO, per qui
pas, a póki co kończymy ten odcinek objaśnień  KZ-u, bo jesteśmy na kolejnym projekcie, siedzimy w hotelu lekko wyczerpani, to i „literowki” mamy nadzieję nam P.T. Czytelnicy wybaczą ….
 COSO czyli ISO?