zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Jakie standardy zarządzania ryzykiem. Wyniki badania.

jakie standardy zarządzania

“Jakie standardy zarządzania ryzykiem wykorzystujemy?”
Tak brzmiało pytanie postawione Czytelnikom Ryzykonomii w pierwszym, z mamy nadzieję licznych badań branży zarządzania ryzykiem w Polsce prowadzonym przez IAR, Instytut Analiz Ryzykonomii. (No, dobrze niech będzie nie ma żadnego Instytutu, ale w sumie jak patrzymy w telewizję to mnożą u nas się różne samozwańcze think tanki, więc dlaczegoby nie ?).

W badaniu, które trwało około 2 tygodni wzięło udział 24 anonimowych respondentów. Może nie jest to bardzo dużo, ale mamy nadzieję w kolejnych edycjach będzie więcej. Oczywiście serdecznie dziękujęmy wszystkim, którzy kliknęli i wzięli udział.
To naprawdę dużo znaczy w kraju, gdzie wogóle ludzie, nawet powiązani “branżowo” są niechętni do jakiejkolwiek kooperacji, czy ujawniania swoich opinii. Niestety, i to mamy okazję obserwowawać w naszym akademickiem życiu (bo mamy kilka “żyć” jak w grze komp: konsultingowe, akademickie, trenerskie, blogowe, komentatorskie…) zasadniczo obowiązuje u nas staroradziecka zasada “tisze jediesz dalsze budiesz”, nikogo tu nie winię taka dygresja, taki mamy system kształcenia… Oczywiście dla zarządzaania ryzykiem, gdzię ujawnianie “niedobrych informacji” ma fundamentalne znaczenie, ba to istota risk menadżmentu, ta zasada jest zabójcza, i z pewnością każdy menadżer także menadżer ryzyka mam nieraz okazję tego doświadczać…

Ale, wracając: wyniki naszego quizu – badania obrazujemy na załączonych obrazkach.

jakie standardy zarządzania

 

 

Na pewno jesteśmy trochę zaskoczeni, że przynajmniej wśród ankiektujących równą w zasadzie popularnością, “zastosowalnością” cieszyły się obydwa “największe” pod względme popularności na świecie standardy, czyli COSO II Zarządzanie ryzkiem korporacyjnym. Struktura Ramowa oraz ISO 31000 Zarządzanie ryzykiem. Zasady i wytyczne.
Ciekawe, ciekawe…

Oprócz tego, ponieważ była również możliwość dodatkowych komentarzy, lista dopowiedzi na tytułowe pytanie poniżej:

“Własny”
“Żaden” 
“FERMA” (standard Federtion of European Risk Mgmt Associations)
“Korzystam z kilku i wybieram najlepsze rozwiązania”
“ISO 27005” (IT security przy. red. )

Jakie standardy zarządzania ryzykiem wykorzystujemy?
Różne i jak się wydaje, ma to sens.

A jaka jest Państwa opinia, jak oceniacie problem? Prosimy o komentarze, poniżej.

FERMA European Risk Benchmarking

0
FERMA European Risk Benchmarking

Nasza rodzima FERMA, czyli Europejskie Stowarzyszenie Zarządzania Ryzykiem, do którego mamy przyjemność należeć, co roku przeprowadza pan – europejskie analizy developmentów zarządzania ryzykiem czyli European Risk Benchmarking Survey. Sami wypełnialiśmy

stosowne kwestionariusze, podobnie jak prawie tysiąc naszych kol. i kolż. z całej Europy z firm małych i gigantycznych, lokalnych i globalnych.  Survey FERMy jest największym badaniem
zarządzania ryzykiem na Kontynencie i można z niego wyczytać różne interesujące i brzemienne w skutkach spostrzeżenia, takie jak:

Top 5 ryzyk wg. europejskich risk manadżerów:

 

  1. Konkurencja, klienci, strategia rynkowa, rynek
  2. Compliance, regulacje krajowe i zagraniczne
  3. Finanse (stopy, FX, dług, płynność, ryzyka suwerenów)
  4. Reputacja (media społecznościowe, komunikacja) – zepchnęło produkcję, jakość  i koszt kating !!!
  5.  Planowanie i wykonanie
Kolejne wnioski:
  • Najważniejszy czynnik zewnętrzny popychający do ERM-owania to wymogi prawne, regulacyjne i w ogóle compliance (61% respondentów), potem wymogi shareholderów (37 %) ale rośnie
  • Kryzys wpływa na wzrost raportowania ryzyka do Rad
    nadzorczych (46%) 39 % komórek zarządzania ryzykiem łączy funkcje zarządzania ryzykiem, ubezpieczeniami (Risk nad Insurance Management)  a audyt i kontrola wewnętrzna są oddzielone. Wszystkie funkcje są  połączone wyłącznie w 9%
  • Rośnie synergia IA i RM ale wciąż dużo do zrobienia, bo
    tylko w 41 % jest advanced
  • 37 % wykorzystuje własne rozwiązania ERM, skrojone na miarę, 29 % deklaruje COSO2, 25 % ISO 31000
  • 42 % ma zawansowany dialog zarządzania ryzykiem z Zarządem (rok wcześniej 40%)
  • U 53 % wzrasta raportowanie ryzyka do top managementu (poprzednio 45%)
  • 62 % mapuje ryzyko zaawansowanie
  • Stanowcza większość bazuje na WIR-ach (62%),  stochastyka to wciąż tylko 11%
  • Analiza synergii zarządzania ryzykiem i procesu podejmowania decyzji (tzw. embedded RM) wciąż
    pozostawia wiele do życzenia, zaawansowana tylko u 38 % respondentów (ale rośnie)
  • W raportowaniu i komunikacji ryzyka przodują, jak deklarują Niemcy (naturlich !)

A już za chwilę c.d. wniosków z Reportu….

FERMA European Risk Benchmarking FERMA European Risk Benchmarking FERMA European Risk Benchmarking

50 Newslettera Ryzykonomii

0
50 Newslettera Ryzykonomii

50 Newslettera Ryzykonomii ! Najnowsze nowości o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem. Z dumą donosimy, że nasz Newsletter liczy już 343 subsrybentów i liczba ta szybko rośnie. Bo ryzyko rośnie, to widać, słychać i czuć!

Czytajcie pilnie i polecajcie Newsletter innym koleżankom, kolegom, znajomym z pracy, listonoszowi i pani w sklepie. Serdecznie dziękujemy w imieniu powszechnej Ryzykonomii!

Pan Jarek zapisał się na Newsletter i już następnego dnia wygral miliony w Lotka, poznał miłość swojego życia i został dobrym czlowiekiem. Pani Zosia się nie zapisała na subskrybcję, a wieczorem uciekł jej kot, wykipialo mleko, a syn stracił zasilanie w czasie przechodzenia na 38 level World of thanks !

Już na poważnie, wybaczcie nam to przedświąteczne żarty 🙂 Na Newsletter można się bardzo łatwo zapisać podając dowolny adres email, korzystając z prostego formularza poniżej. W Newsletterze regularnie zamieszczamy informacje tylko dla jego subskrybentów.
Zapraszamy i dziękujemy !!!
Dołącz do 629 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w formularzu subskrybcji dla potrzeb wysyłki Newslettera (zgodnie z Ust. z dn. 29.08.97 r. o Ochronie Danych Osobowych (Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.).

50 Newslettera Ryzykonomii

Ryzyka muzeum w Luwrze

4
ryzyka muzeum

Zarządzanie ryzykiem ma wiele twarzy, co jest oczywiste, bo znajduje zastosowanie wszędzie. Dzisiaj mały przykład wygrzebany w Internecie przez departament R&R Ryzykonomii (research and research) a pokazujący jak do zarządzania ryzykiem podchodzi nikt inny a… sławne muzeum w Luwrze. Byliśmy i podziwialiśmy, jak donoszą źródła to niemały proces i projekt, bo na 60 600 metrów kwadratowych znajdują się zbiory liczące około 300 000 dzieł sztuki. Wartych ? Oj ! Jeszcze jakieś pytania o konieczność zarządzania ryzykiem może?

Jak czytamy w artykule, papierze o znamiennym tytule „Globalne zarządzanie ryzykiem w muzeum Luwr” zarządzanie muzealnym ryzykiem odbywa się na wielu poziomach.

1100 agentów

To oczywiście bezpieczeństwo drogocennych zbiorów, nad którym czuwa coś 1100 agentów (ci, o których mówią jak się domyślamy).

Potem są kwestie ochrony przeciwpożarowej i powodzi, które oczywiście odgrywają kluczową rolę, o zagrożeniu wodą zresztą przekonaliśmy się dopiero, co czytając o powodzi w Paryżu, to zresztą o ile wiemy nieustanne naprawdę katastrofalne zagrożenie dla Paryża, bo jakby nie było leży on nad sporą rzeką.

60 in-house strażaków

O ogniu i co mógłby on zrobić ze zbiorami nie wspominamy i tu muzealne zarządzanie jest silnie pokreślone muzeum ma własną straż pożarną liczącą 60 osób, do tego jak myślimy dochodzi współpraca z zewnętrzną strażą pożarną.

Nad koordynacją zarządzania ryzykiem czuwa stały personel 4 osób stanowiący siły główne biura Security and Safety, które jak czytamy koordynuje również zarządzanie ryzykami operacyjnymi typu dajmy na to kłótnia Mony Lisy z Wenus z Samotraki (pomysł nasz).

Oczywiście cały system i proces podlega regularnemu audytowi oceniającymi uzyskiwany stopień zapewnienia. Na marginesie też dodamy, że jak rozumiemu Luwr to sektor publiczny, więc to i niezkłe case study a’la kontrola zarządcza a i u nas przecież muzeuów nie brakuje, choć nie mamy wiedzy zupełnie jak się tam całościowo zarządza ryzykiem…

1 (link)

Więc w Luwrze zarządzanie ryzykiem muzeum jest, bo musi być a link do tego ciekawego źródła znajdą P.T. Czytelnicy bloga poniżej wystarczy tylko udostępnić skromny link do tego artykuły przyczyniając się do upowszechniania powszechnej Ryzykonomii w Polsce i we Wszechświecie.

 

 

ryzyka muzeum ryzyka muzeum

Deja vu jerza pigmejskiego komunijnego

0
Deja vu jerza
Deja vu jerza >>>
 niesłusznie spodziewasz się po tytule Nasz Szanowny Czytelniku, że  idziemy na Blogu w wiedzę tajemną i czytanie przyszłości meczowej przez zwierzęta jak to: żyrafy, słonie, pancerniki a może i jeże pigmejskie (jak donoszą media prezentowy hit no. 3 Komunii 2012),  co najwyraźniej staje się nowym szaleństwem przed zbliżającym się niepowstrzymanie sukcesem EURO . Nic z tych rzeczy. Losowaniem opcji decyzyjnych Ryzykonomia, a przynajmniej jej jasna strona, się (póki co) nie zajmuje.   
Chodzi nam tu o deja vu , które nas regularnie nachodzi,  bo gdziekolwiek żeśmy-byśmy się nie udali z dobrą nowiną o ERMi-e  zawsze w pewnym momencie z pierwszego, czy drugiego rzędu, unosi się ręką i pada standardowe, takie mniej więcej pytanie, w zamyśle retoryczne:
„Po co to całe zarządzanie ryzykiem i co to daje skoro w Ameryce to banki miały i bankrutowały !”
(trafiony –zatopiony)
Pytanie jest, jak zaznaczyliśmy  nam dobrze znane, i nawet bylibyśmy nim nieledwie zmęczeni,  ale z powagi naszej Ryzykonomicznej misji cierpliwie klarujemy na to  między innymi,  że:

Pra- źródła obecnego kryzysu są socjo-polityczne z natury a finanse są jedynie kryzysu zapisem księgowym. Kto pamięta, że jeszcze Reagan i  Clinton i inni  przekonywali, że każdy Amerykanin  Ninja No Income No Job No Assets może sobie kupić domek na kredyt. Za tą wolą polityczną a raczej oszustwem szły konkretne (para) gwarancje  dla pozarządowych, ale wspieranych przez rząd  agencji kredytowych  jak Fannie Mae i Freddie Mac , które rozkręciły zamachowe „koło hipoteczne”  potem pazerni bankowcy zwietrzyli mięso i dalej,  już płynęli z prądem….i poszłoooooo….
Czy naprawdę kryzys w Grecji wywołali źli bankowcy,  którzy zmusili Greków do życia i zadłużenia ponad stan, niepłacenia podatków, nepotyzmu, klientelizmu, rozwojowego krótkowidztwa i samolubstwa  !?
Czy to że ludzie umierają w szpitalu (wcale niemało) znaczy, że medycyna nie działa, lekarze to szarlatani i nie mamy chodzić to szpitala?
Dlaczego  media  i różni specjaliści ( – ) ciągle znęcają się nad amerykańskimi bankami (i dobrze im tak) ale nie mówią nic o krajach , które w których sektor finansowy dzięki dobremu Governance znacznie lepiej poradził sobie z kryzysem .  Weźmy choćby przykład kanadyjski wg. Bloomberga obecnie wśród 10 najmocniejszych banków jest zdaje się 5 kanadyjskich. Niejeden rozeznany powie, że kanadyjski CoCo jest lepszy od amerykańskiego COSO, najbardziej zresztą krytykowanego rozwiązania w zakresie ERMu i Internal Controli na świecie, które karierę zawdzięcza wprost amerykańskiemu SEC-owi i SOXowi….
Żebyśmy mieli takie kryzysy, aple, krzemowedoliny , boingi  w  Polsce jak w USA, których budżet obronny jest coś 2 razy większy niż Chin indii i rosji razem wziętych, oj pomarzyć o takiej biedzie ….
Jak świat długi i szeroki  już od dawna zastanawiają się „Jak?” a w Polsce menadżerowie ciągle pytają „Czy?” .  Może jednak COŚ w tym jest
(bardzo demagogiczny , przyznajemy argument ….)  
A jeżeli nie to, to co nam pozostaje – losowania, ratuj się kto może, jakoś to będzie, nos Pana Witka menadżera ? (jedziemy po bandzie)
Itd. , etc. do następnego razu ….

Ale Cyrk !

0
ale cyrk

Uwielbiamy nabierać naszych wiernych P.T. Czytelników Bloga ! Pewnie zoczyli tytuł i myślą, że Ryzykonomia zzsuwa się w objęcia taniej popularności i na przykład dzisiaj będziemy opisywać niesukcesy naszej narodowej modernizacji, choćby porównywać , że Lux Torpeda z Krakowa do Zakopca gnała w 36-ym lekko ponad 2 godziny a spendolino o ile będzie sie niewychylał, nawet jakby chciał pewnie dwa razy dłużej. Albo zasmęcimy kolejny temat z długą brooooodą, o którym opowiadał właśnie Znajomy, jak to szukał dla swoich uczniaków podręczników do 5-tej klasy podstawówki i dowiedział się, że do polskiego jest coś z osiem różnych, podobnie matematyki, przyrody itemu podobnych do tego “nowe programy” i “podstawy programowy” istny busz, no proszę jak się ta biologia czy matematyka dla pięcioklasistów co roku zmienia ciągle coś nowego nauka odkrywa i trzeba nowe podręczniki drukować, lasy ciąć a naiwnych rodziców (bo co im pozostaje) golić, golić i golić z kasy. Pewnie dlatego jak donoszą statystycy jest dzisiaj u nas o 4 miliony dzieci mniej niż 20 lat temu, dokąd to ryzyko demograficzne zmierza niedługo się w jakiś

świat science fiction bez dzieci zmienimy a Ryzykonomie nam przyjdzie do 90-ki (jak Bóg da) pisać bez łaskizus. Cieszycie się ?

No, przecież nie o tych cyrkach będziemy dziś pisać, bo to cyrk nudny, wręcz nużący i jakże przewidywalny….

Piszemy dziś o ryzyku cyrkowym prawdzimym, tak, tak, znowu ryzykonomia nam przyszła na myśl jak nieledwie parę tygodni temu siedzieliśmy w Arenie w Sopocie, wśród pobrzmiewających
zewsząd rosyjskich zachwytów (tak!) oglądając sławny Cirque du Soleil i rzeczywiście robiący wrażenie cyrkowy szoł pod dźwięcznym tytułem “Alegria”. Klauni byli najlepsi….
Na cyrk trafiliśmy trochę przypadkiem, ale “jak dają to bierz” i nie żałujemy bo choć slonie nie

ale cyrk

ryczały i tygrysy nie trąbiły to było na co popatrzeć. No i to ryzyko….

Ryzyko w cyrku jest, to zgrzebny truizm, pamietamy nawet, choć adepci ryzykonomii mogą nie pamiętać jak pamiętny Kapitan Żbik walczył z złodziejskim duetem akrobatów w zeszycie “Salto śmierci” o mało tam jedni z trapezu nie spadli, oczywiście nie sam Żbik, bo jego nikt nie miał szans przechytrzyć, wtedy to byli Milicjanci, nie to co…
Ale do cyrkowej ryzykonomii wracająć to dzisiaj i w cyrku mówi się systematycznie o ryzyku.
Choćby sam de Soleil podkreśla jak dużą wagę przywiązuje do systematycznego risk managmentu
tutaj można sobie obejrzeć profesjonalną cyrkową deklarację apetytu na ryzyko i główne kroki.
Wierzyć też należy, że i dzięki solidnemy traktowani ryzyka przez ponad 30 lat nie było tam tak poważnego wypadku jak tego lata w Las Vegas gdy niestety zginęła piękna akrobatka…. smutne.
Ryzyka na pewno w takiej dziedzinie nigdy nie zabraknie, choć niektóry donoszą, że statystycznie, wiele dziedzin sportu, choćby futbol jest dużo bardziej niebezpieczny. Nawet oglądanie cyrku jest bezpieczniejsze, może oprócz emocji, szczególnie, że do cyrku jednak przychodzi dość kulturalne towarzystwo; notabene zrobiło na nas pewne wrażenie karność widowni, która proszona o nie błyskanie fleszami (dla bezpieczeństwa artystów) chyba ani razu nie błysnęła. Brawo !
A wystarczy pójść do bylejakiego oceanarium, czy zoo. Jak tam biednym zwierzakom po oczach flesze strzelają !
Ale w rzeczonym Sopocie wszystko świetnie zagrało tym większy podziw dla sztuki i odwagi. Mamy nadzieję, jak nasi nieocenieni sponsorzy dopiszą, Cyrk ten zobaczyć jeszcze….
Zobacz !

Zastrzyk z zarządzania ryzykiem

0
zastrzyk

Czas szybko leci bo jeszcze przy końcu ubiegłego roku roku ekspertów zarządzania ryzykiem, w tym Redakcję Ryzykonomii, zelektryzowała publikacja brytyjskiego Financial Reporting Council pt. „Przewodnik zarządzania ryzykiem, kontroli wewnętrznej oraz związanego z nimi raportowania finansowego i biznesowego”. Brytyjski przewodnik szybko zyskał miano “zastrzyku energii” dla zarządzania ryzykiem, “zastrzyku” który czyni z risk manadżmentu realnie jeden z kluczowych elementów zarządzania organizacją (szczególnie, że zaaplikowanego przez tak ważnego Regulatora).

Podstawowe przesłanie, jakie płynie z „Przewodnika” (i niech nie zmyli Czytelnika ten „turystyczny” tytuł, bo jego autorzy wiążą go bezpośrednio z brytyjskim Corporate Governance Code) służy podkreśleniu potrójną grubą kreską wagi, znaczenia i konieczności zarządzania ryzykiem w spółkach regulowanych przez FRC. Podkreślane jest również znaczenie kontroli wewnętrze (internal control) jednak dokument w zasadzie posługuje się „terminologią ryzyka” wspólną skądinąd dla obu tytułowych pojęć.

Co ma fundamentalny znaczenie, brytyjski regulator „in plain English”, czarno-na białym czyni zarządy spółek (pamiętajmy o specyfice anglosaskiego „boardu” gdzie nie funkcjonuje odrębna rada
nadzorcza) odpowiedzialnymi za ustanowienie i funkcjonowanie systemu zarządzania ryzykiem w organizacji. W dokumencie wyliczone jest, że to nikt inny tylko zarząd odpowiada za wdrożenie procesu, określanie apetytu na ryzyko, ustanowienie efektywnego przepływu informacji o ryzyku i podejmowanie decyzji zarządczych w odniesieniu do przeprowadzonej oceny ryzyk. To podkreślenie odpowiedzialności jest kluczowe, bowiem krytycy kondycji zarządzania ryzkiem od dawna wskazywali na występowanie „szklanego sufitu” pomiędzy istniejącym procesami zarządzania ryzykiem a zarządami i radami nadzorczymi, które o ryzyku często nie chciały albo też nie potrafiły słyszeć. To była właśnie tajemnica wielu głośnych katastrof, bo jak się niejednokrotnie okazywało, zarządzanie ryzykiem było traktowane, jako „compliancowy” kwiatek do kożucha. A bywało i tak, że menadżerowie ryzyka byli wypraszani (sic) z posiedzeń zarządu, kiedy dyskusja dotyczyła najważniejszych dla przedsiębiorstw decyzji.

No more, mówią twardo autorzy przewodnika gdzie, co drugi akapit zaczyna się od słów „Zarząd jest odpowiedzialny za…”. W „Przewodniku” najdziemy również proste, ale jakże znaczące stwierdzenie, że samo istnienie systemu i „zgodnościowe” podejście nie może być dłużej akceptowane. System zarządzania ryzykiem ma realnie istnieć i efektywnie działać, i już.

O tym, jak budować system zarządzania rykiem mówi stosowny rozdział, przy czym jak to w tego rodzaju dokumentach bywa nie ma tu szczegółowych wytycznych. Autorzy słusznie zakładają, że powszechnie dostępna jest wiedza, istnieją standardy zarządzania ryzkiem takie jak ISO 31000 czy COSOII, znane są dobre praktyki, które pokazują jak skutecznie i efektywnie zarządzać korporacyjnym ryzykiem. Dlatego zarząd powinien sam decydować jak „to” zrobić, wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie, menadżerów ryzyka i innych ekspertów wewnętrznych i zewnętrznych. Ważne, aby funkcjonujący system służył osiąganiu celów organizacji, zapewniał jakość wewnętrznego i zewnętrznego raportowania oraz zgodność z regulacjami. Warto też zauważyć, że mowa jest również o wymogu tworzenia warunków do sygnalizowaniu nieprawidłowości czyli whistleblowingu, który jak pokazują statystyki jest najskuteczniejszym sposobem wykrywania wysoko usytuowanych „fraudów.

Nowa regulacja wprowadza również szereg bardzo konkretnych, potwierdzanych przez zarząd ujawnień dotyczących istnienia i funkcjonowania zarządzania ryzykiem i analizy najważniejszych ryzyk biznesowych. Jak zauważają komentatorzy regulacja FRC głównym partnerem zarządów i rad nadzorczych w obszarze ryzyka czyni menadżerów ryzyka, a nie jak do tej pory audyt wewnętrzny. „Przewodnik” bowiem jednoznacznie skierowuje uwagę zarządu i rady nadzorczej na przyszłość i ryzyka biznesowe, a to jest istota idei zarządzania ryzykiem i pracy menadżerów ryzyka.

Zastrzyk FRC…dokument ten może być kamienieniem milowym dla zarządzania ryzykiem biznesowym, bo regulacje FRC są światowym benchmarkiem i dotyczą kluczowego ryku giełdowego. Przy okazji należy podkreślić przejrzystą formę dokumentu i prostą, zrozumiałą chyba dla każdego treść. Można sobie tylko życzyć podobnych regulacji na rynku polskim. Jest się na kim w bardzo prosty sposób wzorować !

Zastrzyk, zastrzyk…

Ryzyko inherentne – błędny paradygmat

0
ryzyko inherentne

Uczestniczyliśmy ostatnio w ciekawej dyskusji w pewnym gronie profesjonalistów na temat ryzyko inherentne a ryzyko rezydualne. No, mówiąc bez ogródek po rozważeniu tej kwestii, naszym zdaniem koncepcja ryzyka inherentnego jest czysto teoretyczna, niepraktyczna i jak to z teoriami bywa może być myląca. Albo, co najmniej wpuszcza nas zarządzających w ślepą uliczkę, kanał na etapie analiz ryzyk.

Zaczęło się od COSO

Jak P.T. Czytelnicy bloga być może pamiętają koncepcje te zostały chyba najbardziej spopularyzowane przez standardy COSO. I tak COSO II Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym – Struktura Ramowa mówi, że:

Kierownictwo analizuje zarówno ryzyka wewnętrzne (inherentne) jak i nieodłączne (rezydualne). Ryzyko inherentne jest to ryzyko występujące w sytuacji braku działań kierownictwa w kierunku wpłynięcia na prawdopodobieństwo wystąpienia ryzyka lub jego efekty.

Ryzyko nieodłączne (rezydualne) to ryzyko, które pozostaje po reakcji kierownictwa na ryzyko. Ocenę ryzyka stosuje się najpierw wobec ryzyka inherentnego. Kiedy określone zostaną reakcje na ryzyko, kierownictwo przystępuje do analiz ryzyka rezydualnego (nieodłącznego).

No właśnie, ryzyko inherentne występuje w sytuacji braku działania na ryzyko, innymi słowy braku jakichkolwiek postępowań z ryzykiem (mówiąc językiem ISO 31000), bez istnienia jakichkolwiek mechanizmów kontrolnych wpływających na ryzyko.

Zastanówmy się jednka, czy gdziekolwiek, w jakiejkolwiek organizacji znajdziemy ryzyko w swojej naturalnej, czystej niezarządzanej, inherentnej postaci?
No, nie, oczywiście, że nie. Naszym zdaniem ryzyko inherentne to konstrukt czysto teoretyczny, już nawet nie akademicki, czysta fikcja nieobserwowana w przyrodzie i gospodarce.

100% czystości

Wyobraźmy sobie, że określamy ryzyko inherentne związane z pokojem, w którym siedzimy (albo leżymy…). Konsekwentnie musielibyśmy założyć, że został on (pokój) wykonany w 100 % z

100% palnych materiałów, zbudowany z całkowitym pominięciem zasad sztuki budowalnej, jednym słowem powinien już dawno zwalić się nam na głowę. To oczywisty absurd i podobną sytuację można odnieść również do rzeczywistości organizacyjnej, technicznej, każdej.

W istocie, więc protagoniści tej koncepcji (na czele z COSO) zmuszają oceniających ryzyko do intelektualnych łamigłówek niemających odniesienia do rzeczywistości.

Co gorsza jednak taka ocena MUSI być obarczona poważnym błędem, bo oceniający ryzyko MUSI wyobrazić sobie (wg. COSO) taką czystą, wolną od mechanizmów kontrolnych postać ryzyka. Albo, i mamy wrażenie tak dzieje się częściej, ryzyko inherentne

zawiera już w sobie pierwiastek mechanizmów kontrolnych, więc jest skażone kontrolą, a więc rezydualne.

RYZYKO INHERENTNE REZYDUALNIE

Jakie są następstwa takiego podejścia? Z definicji COSO wynika, że określenie wielkości ryzyka inherentnego jest punktem odniesiena do określenia poziomu ryzyka rezydualnego. Ergo, jeżeli błędnie (na co istnieją jak wskazujemy wszelkie przesłanki) zostanie określony poziom ryzyka inherentnego, to i poziom ryzyka rezydualnego będzie określony z błedem, co oczywiście będzie miało wiadomym dramatyczny skutek na wybór odpowiedniej reakcji na ryzyko.

Także wydaje nam się, że koncepcja aczkolwiek nęcąca możliwościami oceny relacji zysk/koszt wdrażanych mechanizmów kontroli jest obarczona błędem i stąd nieefektywna i najlepiej po prostu oceniać tylko ryzyko “takie jakie jest”, a więc rezydualne. Tak czyni zresztą chyba większość (?) zarządzających ryzykiem, choć na przykład spodziewamy się tu zdania odrębnego w szczególności ze strony audytu…

Ciekawi nas więc bardzo opinia Czytelników Ryzykonomii w tym „oczywistym” temacie, takie mamy wrażenie, że to kolejny paradygmat, błędny paradygmat zarządzania ryzykiem… 

Dla zarządzania ryzykiem pożytki z …

Dla zarządzania ryzykiem

Zarządzanie ryzykiem niejedno ma imię….a Naczelny Bloga Ryzykonomia się ostatnio podfascynował Rogerem Scrutonem i popełnił w referencji tekst do naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej nt. „Pożytki z pesymizmu”, sam tytułu nie wymyślił, gdzie wypisał fundamentalne, acz skromnym zdaniem niektórych członków Kolegium Redakcyjnego mocno dyskusyjne “myśli”…

…A zaczyna Nasz Naczelny tak…

Otóż Scruton, znany zresztą filozof, pisarz i kompozytor (wow) z Londynu w swej książce dowodzi, że źródłem największych nieszczęść i katastrof w europejskiej historii była nieokiełznana wiara, że wszystko zmierza ku lepszemu, że należy być niepoprawnym optymistą, bo świat się zmienia na lepsze, a jakby co, to „jakoś to będzie”.  Przykładów na popularność tej postawy z historii politycznej czy gospodarczej można wymieniać od ręki,  nawet bez Scrutona tysiące. Wierzyliśmy, że nie będzie wojny Pierwszej i Drugiej, że w Europie skończyła się Historia, i to jeszcze 3 miesiące temu. Wierzyliśmy, że nie będzie drugiego równie Wielkiego kryzysu, że rynki finansowe zmądrzały. Że rządy nie będą dalej się zadłużać, a obecne pokolenia zjadać zapasy następnym, co jest o tyle prawdziwe, że zostały one już chyba zjedzone.


Potem i już z grubej rury przymierza Naczelny bezlitośnie w Świętości…

Zresztą jedną z największych naszych narodowych „urban legend” jest to miliony razy powtarzane nieporozumienia jakoby „Polacy lubili narzekać” ergo byli urodzonymi pesymistami. Nic bardziej błędnego, niemającego żadnego uzasadnienia w naszej ani najstarszej, ani najbardziej współczesnej historii. Pokażcie mi drugi taki naród optymistów na świecie!

I nawet dodaje mały rys historyczno – ryzykonomiczny…

Setki razy w historii radośnie biegliśmy na cekaemy z gołymi rękami i wierzyliśmy w wiarołomnych sojuszników. Albo dzisiaj: większość spotkanych pełna jest skrywanego (ale jednak) optymizmu, że i z emeryturami jakoś to będzie, choć na żadnym nawet najprostszym kalkulatorze nie da się tego udowodnić, a demograficzne tsunami już szumi za oknem. Podobnie w wielu innych obszarach, i społecznych i gospodarczych, znowu można mnożyć tysiące przykładów. Czyż nie jest wyrazem najwyższego stopnia optymizmu niepopularność haseł o potrzebie ubezpieczania się? Będzie dobrze! Nie będzie powodzi, ani choroby, ani pożaru. Skończmy z tym narzekaniem. Optymiści w natarciu, po Euro zaróbmy na Olimpiadzie!

Stawia też dyskusyjną dla nas, Optymistów tezę …

Postawię wręcz tezę, że owo wytykanie rzekomego pesymizmu jest typowym „flekowaniem” i zamykaniem ust tym, którzy ośmielają się poddać w wątpliwość, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale, a wskazują, że trzeba wysilić wyobraźnię i coś zrobić z ryzykiem.

I zaraz w dość pokrętny sposób przeskakuje na sprawy biznesowe …

Schodząc na poziom poszczególnych biznesów, ważne to dla zarządzania ryzykiem, nieposkromiony optymizm to oczywiście także  światowy problem. Nie bez powodu w zarządzaniu ryzykiem mówi się o syndromie czarnowidza i prognozuje się krótkie życie posłańca złych wieści. Wystarczy spojrzeć na półki księgarni pęczniejących od wspomnień „człowieków sukcesu”, a pokażcie regał z opowieściami tych, którym się nie powiodło. A przecież to znany fakt empiryczny, do potwierdzenia ze zwykłym Rocznikiem Statystycznym, że tych, którym się nie powiodło  jest znacznie więcej.
Podobnie, każdy to łatwo zweryfikuje z doświadczenia biznesowego, menadżerowie są zwykle nastawieni na optymizm i sukces a mówienie, że coś się nie uda jest o wiele, wiele niżej (wy)cenione niż radosny optymizm. To zresztą klasyczna cecha ludzkiej natury udowodniona w badaniach z obszaru ekonomii behawioralnej i eksperymentalnej.

A potem, na dodatek wciąga w swoje majaczenia Matkę(Naturę)…

Oczywiście, może ktoś dramatycznie zauważyć, że bez optymizmu do niczego byśmy nie doszli, a żaden kraj, ani żadna firma by się nie rozwinęła. Owszem, ale nie zawsze i nie do końca. Poza tym jakąż strategię działania (inną niż optymistyczną) można przyjąć? Ale przecież spójrzmy, że Matka Natura, ta najdoskonalsza z organizacji wcale nie hołduje koncepcjom optymistycznych ekspansji, ale raczej realistycznego przetrwania i zrównoważonego rozwoju.
Przełóżmy to na obszar biznesu, znaczenie dla zarządzania ryzykiem. Co by było gdyby pionierzy śmieciowego kapitalizmu z Wall Street zamiast wymyślać nowe pola do zarabiania pieniędzy, mniej optymistycznie skoncentrowali się na dobrze znanym, choć może nie tak zyskownym biznesie. Co by było gdyby nasza firma nie wchodziła we wszystkie nowe obszary licząc na dodatkowe zyski. Czy ochrona wartości nie przynosi „na koniec dnia”, jakże często lepszych efektów niż chorobliwe szukanie sposobów na jej wzrost?

I jeszcze dokłada “redundancją” (?!)…

Albo, jeszcze inny przykład ilustrujący pożytki z pesymizmu dla zarządzania ryzykiem. Natura obdarzyła nas, gdzie tylko mogła naturalną redundancją, na wszelki wypadek. Mamy dwie nerki, dwoje płuc, i innych rzeczy po dwie, niektórzy nawet po dwie półkule mózgowe. A spróbujmy w firmie zaproponować zakup zapasowej maszyny, instalacji czy programu, dodatkowego szkolenia, albo nawet podwojenie ochrony ubezpieczeniowej. Ooooo! Po co komu taki wzrost kosztów! Będzie stało/leżało nie przynosząc żadnych korzyści. Siadł i wstydził

dla zarządzania ryzykiem 1
książki
Poznaj…

się czarnowidzu Kowalski/ Malinowska! (niepotrzebne skreślić)
Skoro o kluczowym temacie kosztów mowa, to powiedzmy sobie otwarcie, bez niepotrzebnego optymizmu, że zarządzanie ryzykiem jest wciąż postrzegane przez olbrzymią liczbę zarządów, a w każdym razie w Polsce jako modna, acz kosztowna fanaberia. Zbyt pesymistycznie? Proszę, służę statystykami. Co prawda, nie mniej niebezpieczny jest też optymizm, że rozbudowane modele dla zarządzania ryzykiem, wprowadzenie wzorów na obliczanie przyszłości zabezpiecza nas przed każdym ryzykiem, podczas gdy istocie kreuje zupełnie nowe i nie mniejsze zagrożenia.


A tak, nie z gruszki nie z pietruszki podsumowuje tę burzę w szklance wody…

Na zakończenie tej krótkiej i z założenia pesymistycznej opowieści jeszcze anegdota o pesymiście, optymiście i menadżerze ryzyka. Kim jest pesymista? To człowiek, który widzi szklankę w połowie pustą. Optymista widzi szklankę w połowie pełną. A menadżer ryzyka? Analizuje, czy w szklance są zarazki.

I widzicie, co nawypisywał w imieniu całej (sic) Redakcji Ryzykonomii? Kto go prosił, bo nie my wieczni Optymiści, menadrzeży ryzyka.

Nie uważacie, że to wszystko lekka przesada dla zarządzania ryzykiem?

Specjalista ds. kultury ryzyka

0
specjalista ds. kultury ryzyka

Monitor Ryzykonomii pozostaje nieustannie zaintrygowany kolejnymi developmentami ryzyka wyśledzonymi w Sieci przez nasz zające gończe. I tym razem wywęszyły one ciekawą Ryzykonomiczną informację a mianowicie: ofertę pracy.
Ciekawą, bo poszukiwany pracownik to:
SPECJALISTA DS. POLITYK I KULTURY RYZYKA dodatkowo Z JĘZYKIEM ANGIELSKIM i „Młodszy”, (więc pewnie jest i „Starszy”), ale sprawa wydaje nam się ciekawa, bo pierwszy raz o takim specjaliście słyszymy.

Analiza i aktualizacja kultury

W opisie czytamy między innymi, że ów młodszy specjalista ds. kutury ryzyka będzie: „aktualizował/a”, „Przygotowywał raporty „ i analizował”, ale też „wspierać będzie działania z zakresu promowania kultury oraz działań szkoleniowych z tematyki związanej z zarządzaniem ryzykiem”.

No ciekawe, dla wyjaśnienia dodamy, że to “pozycja” bankowa, znaczy praca w banku banku, stąd chyba jeszcze intrygujący wymóg: „wymagane kreatywne podejście do sposobu promocji wśród pracowników”. Ale też i godne uwagi dostrzeżenie przez ową instytucję wagi podkreślanej przez nas na Ryzykonomii wielokrotnie KULTURY ZARZĄDZANIA RYZYKIEM.

Tak sobie coraz częścij, z płynącymi latami myślimy, czytając o coraz to nowych niedoskonałościach wysublimowanych i prze-matematyzowanych systemów zarządzania ryzykiem, że bez owej mitycznej kultury wszystko to na nic.
Problem z kultura wogóle jest zawsze ten sam, że jej trudno ją opisać w podręcznikach, wykuć na blachę, ale za to ją zawsze widać, słychać ci czuć. Dlatego jest niedoceniana bardzo często, ale do czasu, kiedy nie pojawią się jak najbardziej widoczne finansowo efekty jej braku.

Kultura wyspecjalizowana

Z drugiej strony wprowadzani „kultury” wymaga kulturalnego podejścia, wiedzy i doświadczenia, mądrości, rozsądku, skromności, empatii, humanizmu, nieustannego samodoskonalenia. No, więc tych wszystkich umiejętności, które noszą uwłaczającą nazw „miękkich” i które nieudolnie próbuje się wyćwiczyć na różnych korporacyjnych szkoleniach. Choć coraz częściej mamy wrażenie, że wynosi się je po prostu z domu (Dzień matki !) z podstawowej edukacji, kultury rozumianej wszechogarniająco.

Ciekawe podejście oferenta do tematu i problemu. Ważne, że dostrzeganego. Nas jednak zastanawia, czy powoływanie specjalnych funkcji ds. ryzyka będzie/jest rzeczywiście efektywne, raczje stawialibyśmy na prawdziwe zaangażowanie menadżerów liniowych, zarządu, wzystkich pracowników. Wiemy z doświadczenia, że powoływanie oddzielnych funkcji jest często sposobem na łatwe zaadresowanie problemu. No, trudno nam się tu wypowiadać, bo nie mamy danych jak naprawdę taki specjalista ds. kultury ryzyka będzie efektywny…

A swoją drogą ciekawe byłoby zobaczyć opis stanowiska „starszego specjalista ds. kultury ryzyka” ….

A. Link tutaj…

specjalista ds. kultury ryzyka