zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 2

Ekonomia głupcze !

0
ekonomia głupcze

Ekonomia głupcze! >>>
Kiedyś napisałem na Ryzykonomii artykuł nawiązujący do sławnego powiedzenia Billa Clintona, jak w tytule, ale sparafrazowanego wtedy na „planowanie głupcze”. Teraz coraz bardziej myślę, jak ważne jest to pierwotne stwierdzenie, widząc jak za oknem rozlewa się lekceważenie podstawowych praw i zasad ekonomii. Ba, zasad zdrowego ekonomicznego rozsądku, bo przecież ekonomia to nauka logiczna, nie wymyślona u zarania w zaciszu gabinetów akademików. Ale opisująca to co dzieje się w realu w biznesie. Ekonomia, jako nauka społeczna o wykorzystaniu, gospodarowaniu rzadkimi zasobami. No, bo przecież zasoby zawsze są rzadkie.

Oczywiście i zarządzanie ryzykiem to wiedza przede wszystkim ekonomiczna, stąd choćby ważne są tu liczby i pomiary, ale i ważne wymiary finansowe ryzyka, które zawsze gdzieś na końcu przyjmuje wymiar „złotówkowy”. Ekonomia głupcze!…

WINIEN równa się MA…. choćby taka złota zasada zarządzania budżetami małych i wielkich organizacji, a i całych państw. Właściwie bardziej oczywista dla gospodarstwa domowego, a już często lekceważona, a juz na pewno w wymiarze całych budżetów państwowych. Wydajmy więcej niże mamy, nie ma ryzyka, jakoś to będzie. Zaciągniemy nowe długi, na spłatę starych.

Albo weźmy: zlikwidujmy biedę, tu czy tam, zabierzemy jednym, damy drugim. I już radość w telewizorze jak tu szybko udało się uporać z prawami ekonomii, że każda inwestycja musi mieć swoje źródło finansowania. Ot, jakie to proste, po co uczyć się , studiować.
Albi zarządzanie przedsiębiorstwami. Każdy może zarządzać i każdy zarządza, a przynajmniej stara się… Jak to kiedyś podsumowali znajomi nie-ekonomiści, o co tu chodzi w tej ekonomii? „Tanio kupić , drogo sprzedać”. Tak niestety wiele osób rozumie to czego się uczy na tych wszystkich „grach i zabawach” o zarządzaniu, finansach przedsiębiorstw, budżetach i marketingach. Co to za nauka ta ekonomia… ha, ha ha.
Ekonomia głupcze!

Oczywiście poziom nauczania ekonomii to inna sprawa, ale ten sam zarzut można mieć do każdej nauki, nie wydaje mi się, żeby zły inżynier czy lekarz był z samej swojej „ścisłości naukowej” lepszy od dobrego ekonomisty. Przy okazji zauważyć należy, że i Leonardo myślał o ekonomii , nie byli wolni od niej impresjoniści czy wielcy generałowie, królowie i książęta. Nauka może nie zawsze w świetle reflektorów ale zawsze przecież grająca kluczowe role, nawet jeżeli pozostająca w cieniu.

Dzisiaj, kiedy rośnie lekceważenie, ba często pogarda do nauki w ogóle (tak, tak ) i dotyczy to chyba całego świata, wbrew pozornemu postępowi technologicznemu, rozumianemu jako budowanie coraz bardziej wykwintnych maszynek i gadżetów, problemy ekonomiczne pozostają nie mniej ważne niż kiedykolwiek.
Jak to sfinansować, skąd wziąć pieniądze, jak najlepiej, najefektywniej gospodarować, jak zarządzać ryzykiem? Ekonomia, głupcze !

8 lat Ryzykonomii !

1
8 lat ryzykonomii

8 lat Ryzykonomii! Okrągła roczniczka strzeliłam nam już parę dni temu to jest 21 października i… kto by to pomyślał ! 8 lat…niesienia ryzykonomii pod polskie strzechy, dachy fabryczne i korporacyjne pokrycia dachowe, żeby utrzymać się w konwencji.

A tu kilka liczb : 625 opublikowanych wpisów różnej tematyki, długości i zawartości !!!
Od analiz ryzyk różnych, przez budowanie procesu zarządzania ryzykiem, frejmworków i wyzwań wdrożeniowych. Standardy ISO 31000, COSO II, kontrola zarządcza, kontrola wewnętrzna, wszelkie możliwe odmiany zarządzania ryzykiem. Jakość, compliance, prawo, audyt, rewizja finansowa, modele obrony i odporności. Małe i wielkie firmy, krajowe i zagraniczne i sektor gov i non-profit też. Fabryki, handel, szpitale, urzędy, samochodowe, lotnicze i kosmiczne.

A wiedza ta przecież ciągle dostępna w naszym archiwum na stronie czy tagach w stopce portalu, jak tutaj (link)>>>
Ryzyka biznesowe wszystkie możliwe systematyczne i nie, operacyjne, finansowe, ludzkie i nieludzkie. Sporo tego.Na poważnie i na wesoło (mamy nadzieję) sytuacji ryzykowne z biznesu i z życia zwykłego wzięte. Relacje z wystąpień, konferencji, eventów krajowych i zagranicznych. Po polsku ale i angielsku czasami w zakładce oddzielnej na górze też.

Dziesiątki artykułów własnych z prasy „papierowej” i elektronicznej, mediów społecznościowych. Kilka e-booków powstałych na kanwie Ryzykonomii (wciąż do nabycia zresztą, nieustannie promocyjnie, choćby na empik.com). (Link) !

Wreszcie od pewnego czasu również Newsletter Ryzykonomii na razie bezpłatny a potem po 100 dolców za issue 😉 (żarty, żarty spokojnie…) , ktory ma już prawie 500 subskrybentów i szybko rośnie, tu się można zapisać tu, tu, tu…..

http://www.ryzykonomia.pl/newsletter/

Oczywiście pewna popularność jest, czemu nie miałoby być. Jesteśmy tu i ówdzie pozdrawiani przez naszych Czytelników, których większość, inna sprawa woli zostawać w cieniu, nie dyskutować i nie wyrażać swoich poglądów, choć czasami jakieś internetowe wyrazy poparcia byłby miłe. Ale inna sprawa Redakcja jest już dużymi chłopcami i zdaje sobie sprawę z kulturowych uwarunkowań, a to przecież ryzyka skądinąd i temat kapitałow społecznych. No więc, akurat tutaj mamy nadzieję, troszkę przyczyniliśmy się do podbudowania tej rachitycznej i zdeptywanej ostatnio zawzcięcie wątłej roślinki.

No, w końcu nieskromnie uważamy, że Redakcja ma się czym chwalić, bo takich blogów, portali w Polsce jest na policzenie na palcach i z taką historią długą tym bardziej. A ponad wszystko przecież pro publico bono i ot tak sobie, dla własnej satysfakcji, bo zawsze pogodnie, serio, serio radzę podejmującym podobne wyzwanie: róbcie to dla siebie i nie oczekujcie poklasku i pochwał specjalnych. This is not America… A przecież… piszemy i pewnie pisać będziemy Ryzykonomię dalej… choć kto wie, kto wie…

8 lat Ryzykonomii…Brawo MY ! Niech i tak będzie …

Nowe COSOII już jest

0
Mapa ryzyka politycznego Aon

Nowe COSOII Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym, struktura ramowa już jest. Jak P.T. Czytelnicy naszego jedynego takiego, nie wahamy się powiedzieć, w Polsce portalu o zarządzaniu ryzykiem, pamiętają Redakcja Ryzykonomii już od lat (tak, tak) pisze, popularyzuje i mówi o standardach COSO. I na mównicach i katedrach i szkoleniach i przy wdrożeniach biznesowych…

Jeżeli też w Ryzykonomii pogrzebiecie, to znajdziecie nasze wcześniejsze artykuły dotyczące COSO, ale już tego COSOII starszego. Bo, jak też już donosiliśmy od jakiś ca. 2 lat trwały prace światowe nad modernizacją „starego” COSOII, przy czy zauważamy już wcześniej „uwspółcześnione” COSO I Kontrola wewnętrzna.
Przy okazji ośmielamy się postawić tezę, że zrozumienie dla Kontroli wewnętrznej jest w Polsce jeszcze mniejsze niż dla zarządzania ryzykiem. I wciąż zawęża się do kontroli finansowej. Oczywiście audytorzy gromko zakrzykną A PRZECIEŻ ! No, nie chcemy się tu znęcać jak sam audyt w wielu aspektach naszego życia wygląda. Historia zatacza koło, oj słabo, słabiutko, samo pisane raportów z audytu nie wystarcza, przydałoby się jeszcze jakieś ich wdrożenie realne. Ale zostawmy to…

No więc, pewnie zapytacie jaki jest ten nowy COSOII? Różnymi draftami i wersjami dysponowaliśmy już w Redakcji Zagranicznej Ryzykonomii już dawno. Przeglądaliśmy i czytaliśmy licząc że solidnie prześwietlimy, mając pewność CO tam się w końcu urodziło….
Tak czy inaczej od razu wam się rzuci, że zniknęła gdzieś sławna costka, sześcian COSO choć w zamian mamy całą masę innych piktogramów i schematów ideowych, hm. Ale to oczywiście sprawa mniej ważna. Być może jednak po latach doświadczeń z wdrażaniem zarządzania ryzykiem ważne naprawdę będą deklaracje autorów, którzy stwierdzają, że:

Zarządzanie ryzykiem to nie funkcja albo departament. To kultura organizacyjna, umiejętności i praktyki, które organizacja integruje w procesie tworzenia strategii i jej realizacji…”

Albo

„Zarządzania ryzykiem nie polega na tworzeniu list ryzyk…”

Albo (znowu hi, hi kochani audytorzy…)

„Zarządzanie ryzykiem adresuje więcej niż Internal control..”

Oczywiście jest jeszcze więcej o apetycie na ryzyko, czego akurat nigdy Ryzykonomia nie wspierała, jako rzecz niepraktyczną. I paru innych kwestiach do, których w zasadzie będziemy nawiązywać. W zasadzie, bo po latach mamy w Ryzykonomii takie dziwne przemyślenia, kogo to wszystko naprawdę obchodzi. Zgoda, są corpo jest wiele firm, ale my tego klimatu zarządzania ryzykiem, budowania całościowej kultury organizacyjnej jakoś nie widzimy, w każdym razie z przykładami pozytywnymi dość słabo, jednostkowo. A czas leci i jak widać świat odjeżdża…
A propos ciekawe, który teraz COSO stosować, jak ten nowy oczywiście przetłumaczony na polski nie jest. Chyba czytać Ryzykonomię, ha, ha. Dobrze, będziemy do tematu wracać bo mamy miękkie serce ze złota i szaleństwo w rozumie, prawie jak jakaś siłaczka, o zgrozo…

Dla porządku dodamy, że oficjalny komunikat o nowym relizie COSO II ujawniono 6 Septembra A.D. Obecnego, a więc sprawa jest, jako się rzekło, mosterdzieje świeża….
Stay tuned.

Nowe COSOII Nowe COSOII  Nowe COSOII Nowe Nowe COSOII

NIMTOF, EGAP i Koniec Historii

0
Koniec historii

Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że menadżerowie i politycy, kiedy jest koniunktura i biznes rośnie uważają, że będzie to trwało wiecznie, a kiedy jest słabo wszystko dołuje, że to już za chwileczkę się kończy.

No więc, mamy o wiele więcej podobnych efektów behawioralnych w zachowaniu decydentów, żeby użyć terminu a’la Kahneman.
Jak to: Everything is Going According to Plan, Not in My Terms of Office, czy przesławny Koniec Historii, cała zupełnie nietrafiona i empirycznie obalona teza, ze już będzie płasko a nie sinusoidalnie, że wszystko już się skończyło. Będzie coraz cieplejsza woda w kranie.

Dziwić może takie nastawienie, które wszechunosi się tu i owdzie i na świecie, bo trąci jakimś odlotem rozsądku, zupełnym niedostrzeganiem i naiwnością jak zmienny i w rzeczywistości skotłowany mamy dzisiaj świat.

Podstawowe problemy pozostają nierozwiązane, budżety niezrównoważone, rosną ekstremizmy, a na pewno nie zostały nigdy, albo w ogóle, albo tyci-tyci, zaadresowane fundamentalne przyczyny problemów. Długi Grecji nie zostały spłacone i nie zniknęły a bieda na świecie jest jeszcze biedniejsza. Make world great again pozostaje deklaracją podążania w niewiadomym kierunku, choć z obietnicą, że jest to już kierunek zapoznany.
W kraju jak do tej pory mamy potężny problem z innowacyjnością, oświata i szkolnictwo wyższe słabują, naszą przewagą konkurencyjną pozostaje tania siła robocza oraz jabłka i truskawki.

Otoczenie makro też wciąż pozostawia wiele do życzenia, choć koniunktura jest i bardzo dobrze, ale jak to zawsze w kapitalizmie, do czasu. Geopolityka rozciąga się w burzowych chmurach już na bliskim horyzoncie, grają werble wiatru historii, choć niewprawnemu uchu może się wydawać że to dźwięki kan-kana.

Na poziomie firm pewnie te same percepcje: jakoś to będzie, póki co idzie dobrze, zarządzanie ryzykiem jest ważne, tylko nie mamy na to czasu, ryzyko się może wydarzy tylko nie za mojej kadencji… Historia się nie skończyła, już za chwile wraca, a przetrwanie wciąż pozostaje nieobowiązkowe…

Koniec Historii Koniec Historii Koniec Historii 

Raz w roku to za mało

2
raz

Raz w roku to za mało >>>
Wiele jest barier skutecznego zarządzania ryzykiem w organizacjach. Ale największe wyzwania stawiają przed nami te przeszkody, które są związane z nawykami, przyzwyczajeniami, a może i przesądami.

Nie ma, więc jest

Kiedy już więc po wielomiesięcznych bojach uda nam się przekonać zarząd i szeregowych pracowników, że ryzyko „jest” (bo często „nie ma”), zaczynają się „schody”. I tu, jednym z ciekawszych pytań, które pojawiają się na owych „schodach” do sukcesu zarządzania ryzykiem jest: jak często mamy zarządzać ryzykiem?
Oczywiście, łatwo odpowiedzieć, że „nieustannie” i tu wszyscy chętnie się zgadzają. Ale jeżeli podrążymy i zapytamy jak często ryzyko ma być identyfikowane, analizowane i zapisywane, znowu pojawia się opór „materii”.
Może, by tak raz na pół roku? A może, postawimy sobie takie wyzwanie, że raz na kwartał? No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli, że częściej? Kto miałby czas na taką biurokrację? Tu idzie produkcja i sprzedaż! I tak urzeczywistnia się ta starta mądrość ludowa, która mówi, że „zarządzanie ryzykiem jest ważne, po prostu nie mamy na to czasu!”.
Oczywiście, można przekonywać zarządy i samych pracowników, że ryzyko nie czeka do początku kolejnego kwartału. A nawet wskazywać, że może się złośliwie ujawnić już o ósmej pięć następnego dnia, kiedy nasze właśnie zatwierdzone rejestry ryzyka spokojnie czekają na następny kwartalny, a może i semi-roczny przegląd. Doświadczenie uczy jednak, że taka argumentacja słabo działa.

Ryzyko chadza, gdzie chce

Raczej więc usłyszymy, że sprobujemy na razie rzadziej, a jak ryzyka nie dopasują się do naszego rozkładu, to zaczniemy się im przyglądać częściej. I już na początku wdrażania procesu, w organizację płynie sygnał: spokojnie, nie śpieszy się, mamy czas !
Czy aby na pewno mamy? Potem się pali, gwałtu rety, przecież mamy ten cały proces, tyle mówiliście i szkoliliście, i proszę nie działa! Po co nam to całe zarządzanie ryzykiem w ogóle potrzebne?! Samosprawdzająca się przepowiednia.
O co więc chodzi z tym nieustannym, codziennym zarządzaniem ryzykiem? I czy w ogóle jest to możliwe?
Tu przychodzi mi na myśl rozmowa z Grantem Purdym, australijskim ekspertem od zarządzania ryzykiem, miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w prowadzonym przez niego szkoleniu. Grant, to jeden z autorów standardu ISO 31000, znany na świecie mówca i konsultant „w temacie” zarządzania ryzykiem. A wcześniej również menadżer ryzyka w BHP Billiton, największym na świecie koncernie wydobywczym, zatrudniającym ponad 41000 ludzi. Oczywiście ryzyk przy takiej działaności nie brakuje.
Tamże Grant opowiadał nam, słuchaczom takie ciekawostki, jak ta że dział zarządzania ryzykiem liczył w BHP Billiton w porywach do kilku osób. A o ryzyku dyskutowało się nie raz do roku, ale na każdym (sic) spotkaniu kierowników, w każdej kopalni na świecie.

TE 5 minut

I to jest właśnie rozwiązanie tej prostej zagadki. Zarządzanie ryzykiem nie oznacza, nie musi oznaczać, a nawet często nie powinno oznaczać, wypełniania kolejnych formularzy. Ba, to właśnie wypełnianie kolejnych formularzy, papierowych czy elektronicznych, jest często przysłowiowym gwoździem do trumny wielu innowacji w zarządzaniu, także zarządzaniu ryzykiem.
No więc wyjaśnijmy: zdrowe, potrzebne, zarządzanie ryzykiem powinno mieć formę TYCH właśnie pięciu minut (albo i więcej jeżeli potrzeba) poświęconych mówieniu TYLKO o zagrożeniach i szansach. Stojących przed waszym projektem, zadaniem, budową, zespołem, brygadą. Tu i teraz. Wyrażone w słowach, które wszyscy uczestnicy rozumieją, co nie oznacza nie obleczonych w terminologię i specyficzny język mówienia o ryzyku. Którego skądinąd, jak wszystkiego należy się nauczyć.
Takie spotkanie może trwać pięć minut i dwadzieścia pięć, a jeżeli trzeba jeszcze krócej. Pamiętam taki film o pewnym generale odpowiedzialnym za logistykę operacji Pustynna Burza. Małe piwo to przerzucenie ćwierć miliona ludzi ze sprzętem i coca cola na drugi koniec świata. Ów generał już w stanie spoczynku został skrzętnie przechwycony przez dużą amerykańską korporację, oczywiście do logistyki. W korporacji wprowadzał ciekawe wzorce sprawdzone w US Army. Choćby organizację krótkich treściwych spotkań, bo w wojsku nikt nie ma przecież czasu na ględzenie. Spotkania z ex generałem odbywały się dodatkowo na stojąco, co swoją drogą miałoby dla wielu zaprawionych w piciu kawy i jedzeniu ciasteczek pracowników walor zdrowotny. No więc, na takim spotkaniu kierowników był jasno określony czas wypowiedzi. I każdy uczestnik jeżeli nie miał nic do zakomunikowania mógł powiedzieć „pas”.

Pisz i czytaj – raz !

Podobnie można wyobrazić sobie omawianie ryzyk. Pięć minut przy każdym spotkaniu zespołu. Krótkie raporty według uzgodnionego schematu i „pas”, jeżeli nie mamy nic do powiedzenia.
I to jest właśnie to, codzienne, nieustające zarządzanie ryzykiem. Tak trudne do zaakceptowania przez kierowników z wydrukowaną w podświadomości wizją długich i nudnych narad, zakończonych raportami, których nikt nie czyta.

Pożar ! Pożar ! Pożar !

0

Powiem szczerze, mam taką sąsiadkę, starsza panią i ona chyba specjalnie mnie nie lubi, no może tylko się do mnie nie uśmiecha. Ale jak kiedyś w jej mieszkaniu zaczął wyć alarm i także przeciwpożarowy, to powiedziała z uznaniem – byłem jedyną osobą w dużym budynku, która zeszła i się zainteresowała. A sąsiedzi – nic. Wyje, to wyje i niech sobie wyje. Co nam do tego?
A przecież mógł być pożar, włamanie. A kogo to obchodzi?

Pożar, pożar, pożar ! 

Straszne słowo, nawet na wodzie pamiętam onegdaj w moim niedoszłym marynarskim życiu, też mi do głowy wbijano. Statek jest z metalu, ale jak się zapali, to ho-ho. Nie ma nic gorszego, niż pożar na statku. Albo w budynku, albo w biurze, albo w fabryce, portugalskim lesie, wieżowcu Grenfell w Londynie.

Nie udajemy, że jesteśmy specjalistami w Ryzykonomii od ppoż, ale od zarządzania ryzykiem, od budowania kultury ryzyka, owszem. A czym innym jest zapobieganie i walka z ogniem? Właśnie zarządzaniem ryzykiem.
I dlatego zawsze na wykładach, szkoleniach, konsultacjach dla klientów, o takim pradawnym ryzyku wspominamy. A wspominamy dlatego, że ludzie o dziwo o tym zagrożeniu stosunkowo mało myślą, taka prawda. Wydaje im się, że jak powieszą plany przeciwpożarowe i gaśnice, wykupią ubezpieczenie ( a właśnie, jakie?) to mają sprawę pożaru załatwioną. No, nie mają.

Bo choćby założę się, w większości przypadków nie zastanawiają się co naprawdę o tym ryzyku wiedzą ich pracownicy, co oni sami wiedzą o jego następstwach, nie tylko tych „zniszczeniowych”. Bo z tym często nawet łatwiej, ale co wiedzą o następstwach biznesowych, finansowych, sprzedażowych, reputacyjnych.

Jedno z moich ulubionych pytań do słuchaczy dla zilustrowania niskiej kultury ryzyka, słabej odporności na ryzyko „w ogóle” jest: czy macie Państwo w domu gaśnicę? Albo, jeżeli komuś się nie podoba: ilu z Państwa po przybyciu do pokoju hotelowego zapoznaje się z planem dróg ewakuacyjnych? Podobnie na stadionie, w innych pomieszczeniach?

W Polsce rocznie jest coś ponad 180 000 pożarów, z tego kilka tysięcy w przeróżnych biznesach, które zwykle po takim zdarzeniu kończą swoją działalność.
Czy jesteście odpowiednio przygotowani na to ryzyko? Czy potraficie nim zarządzać po stronie przyczyn i skutków? Oto pytania, które należy sobie zadawać codziennie.
Nie musisz zarządzać ryzykiem. Przetrwanie nie jest obowiązkowe.

Kurze ryzyko i śmierć orangutana

0

Kurze ryzyko i śmierć orangutana>>>
Nie jem jajek. To znaczy nie w ogóle. Bardzo lubię jajka, ko, ko, ko. Od pewnego czasu nie jem jajek z tak zwanego chowu klatkowego.
Wiedziałem od pewnego czasu, że coś jest tu nie tak. Ale kiedy zobaczyłem na You Tube film pokazujący przerażające, straszliwe, nieludzkie , bestialskie warunki tych hodowli i co się robi z kurami dostarczającymi najtańszej i najpopularniejszej u nas wersji jajek, powiedziałem dosyć.


Moi dziadkowie, gdzie w dzieciństwie na wsi spędziłem niejedne wakacje, nigdy tak nie traktowali zwierząt, które ich żywiły, bo tak jest świat zbudowany, jakby kto wytykał mi szaleństwo.Wiadomo, są droższe ale dzisiaj wolałbym nie jeść żadnych, choć zapewne bezwiednie wciąż konsumuję te klatkowe w wielu produktach, nawet o tym nie wiedząc. Ale dobre i to.

Świadomość konsumencka a jeszcze wyżej Społeczna Odpowiedzialność Biznesu, Corporate Social Responsibility. Puste słowa, przez wielu wyśmiewane.

Ale z radością zauważmy, że już teraz nawet w Polsce największe sieci handlowe dostrzegają, że coraz więcej konsumentów nie chce dręczenia zwierząt, nie chce masowej produkcji taniego żarcia, które potem wyrzuca się w tysiącach ton do kibla.
Czy firmy robią to dla Społecznej Odpowiedzialności, czy po prostu dla kasy i większego ROE.? Jest mi to obojętne. Chociaż nie wątpię, że w sieciach handlowych pracują przede wszystkim normalni ludzie, którzy nie chcą robić biznesu na ludzkiej czy zwierzęcej krzywdzie. Stąd choćby Good Agricultural Practice, z olbrzymim zarządzaniem ryzykiem, o którym pisaliśmy kiedyś na Ryzykonomii.

Ja bardzo lubię zwierzęta, szczerze mówiąc bardziej niż niejednego człowieka.
Lubię orangutany, które masowo giną na plantacjach palm kokosowych. Tam produkujeorangutan się hektolitry oleju kokosowego na potrzeby przemysłu spożywczego i kosmetycznego.
Wycina się w szaleńczym, samobójczym pędzie płuca naszej planety. Po to, aby masowo produkować olej zrazu nie aż tak szkodliwy, po utwardzeniu, rakotwórczy, co potwierdzają nawet agendy unijne. Jest w płatkach, chipsach, kremach, lodach, czekoladach, wszędzie.
Ale i rodzice milusińskich zaczynają kapować, że to co słodkie nie oznacza dobre i zdrowe. Weźmy głośną ostatnio sprawę producenta brązowej masy na chlebek , flagowego produktu koncernu. Kremik ten zawiera pono 30% tego rakotwórczego świństwa, Mniam?

Społeczna Odpowiedzialność, to chyba przeczucie biznesu, że bezwględna eksploatacja ludzi i natury (w sumie to to samo) generuje nowe ryzyka i jeżeli, się na nie nie odpowie, zrobi to konkurencja. Albo regulator, albo sama matka natura, nie jestem zwolennikiem mitów a’la Gaja czy Avatar, ale to bezwzględny mściciel.

Jest globalne ocieplenie czy go nie ma ? Wolimy wungiel i kominy i smog, czy innowacje i nowe technologie? Które ryzyka wolimy dla nas i dla naszych dzieci?

Ryzykonomiczne executive summary czyli profil ryzyka

0
Ryzykonomiczne executive summary

Ryzykonomiczne executive summary >>>
Oczywiście fundamentalną zasadą jest, bez tego nie ma procesu zarządzania ryzykiem, aby proces ten był audytowalny. Innymi słowy, musi fizycznie istnieć. 
Musi znajdować odbicie w dokumentacji, politykach, procedurach, zapisach w rejestrach ryzyk. Audytowalny oznacza także, że będzie mógł być poddany audytowi, wewnętrznemu i/lub wewnętrznemu. A audytorzy przecież nie pracują na tym co „wieść gminna niesie”, ani na tym co mówią kierownicy, ale na dokumentacji, realnych dowodach, że w sprawie „coś” się dzieje. Dokumentacja procesu zarządzania ryzykiem może być mniej lub bardziej rozbudowana, to zależy od potrzeb, wiedzy i stopnia zaawansowania samego procesu.

Co być musi

Podstawowe, najczęściej spotykane elementy tej dokumentacji to polityka zarządzania ryzykiem, która jest ogólną, ale niezwykle potrzebną deklaracją zarządu, że zarządzania ryzykiem jest ważne i że organizacja „chce” ryzykiem zarządzać. 
 Kolejny dokument to procedura zarządzania ryzykiem, szczegółowo opisująca framework, strukturę ramową procesu. Pokazuje ona jak zarządzanie ryzykiem „dzieje się” w organizacji. Jest oczywiście też rejestr ryzyka, w którym na bieżąco (częściej niż raz do roku, prosimy!) opisuje się ryzyka. I to w zasadzie mogłoby wystarczyć.
Jest jednak jeszcze jedno ciekawe narzędzie komunikacji, szczególnie pomocne dla C-level poziomu zarządu przedsiębiorstwa, pożądane również przez światłe rady nadzorcza. To profil ryzyka organizacji. Do dziś (nawiasem mówiąc) pamiętam jak pewien uczony akademik gwałtownie zripostował użycie tego określenie, twierdząc, że to anglicyzm i czegoś takiego nie ma.
Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby część Czytelników już spotkała się z takim określeniem, bo zrobiło ono już pewną karierę w biznesie, choć pewnie raczej tym korporacyjnym, międzynarodowym, niż polskim.

Co mówią standardy

No więc, jeżeli zajrzymy do przewodnika PKN-ISO Guide 73 „Zarządzanie ryzykiem terminologia”, to przeczytamy tam, że jest to „opis zestawu ryzyk” przy czym „zestaw ryzyk może zawierać ryzyka odnoszące się do całej organizacji, do jej części, lub do inaczej zdefiniowanego zakresu”.
Rzecz to najwyraźniej bardzo istotna w zarządzaniu ryzykiem, bo w dyskutowanej właśnie nowej wersji standardu COSOII „Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym” opisowi czym jest i jak „ugryźć” praktycznie profil ryzyka poświęcono znacznie więcej miejsca. Dowiemy się tam przede wszystkim, że profil ryzyka dostarcza (zarządowi) całościowego obrazu ryzyka na określonym poziomie organizacyjnym (w tym całego przedsiębiorstwa); lub w odniesieniu do modelu biznesowego wybranego przez organizację. 
 Jak zauważają autorzy COSO relacje profil ryzyka – organizacja – model biznesowy nie są ani linearne, ani niezmienne. Zależą również od specyfiki organizacji, tak jak samo ryzyko.

Koncepcja profilu ryzyka jest również ważna przy analizie takich pojęć jak apetyt na ryzyko, akceptowany poziom ryzyka, tolerancja na ryzyko. 
 Idąc dalej, całościowa ocena ryzyka, właśnie ów „profil” pozwala kierownictwu w realnym, codziennym, ale i długoterminowym, strategicznym zarządzaniu oceniać, gdzie w stosunku do deklarowanego apetytu na ryzyko, znajduje się organizacja. Czy odchylenia w stosunku do zakładanych wyników działalności są akceptowalne? Czy mieszczą się w granicach tolerancji, czy już ją przekraczają. Stąd profil ryzyka to i narzędzie modnego dzisiaj performance management.
Profil ryzyka jest z natury rzeczy narzędziem kierowniczym, swoistym executive summary całej analizy ryzyka i stąd jest bardzo często (tam gdzie jest) analizowany i wykorzystywany przez rady nadzorcze. Rada i jej członkowie zwykle nie prowadzą szczegółowej analizy każdego ryzyka, które może wydarzyć się na każdym poziomie organizacji. Natomiast całościowy obraz jest dla tego „ciała” bardzo ważny. Pozwala również efektywniej nadzorować, jak działania podejmowane przez zarząd wpływają na profil ryzyka organizacji, jej apetyt na ryzyko, wreszcie na wyniki działalności.

Audytowalny czyli na papierze (ale nie tylko)

Dobrą praktyką, ba, koniecznością dobrze zarządzanej organizacji jest, aby ów profil ryzyka znajdował odbicie „na papierze”, również jako ważne (i audytowalne!) narzędzie komunikacji. 
Tu, znowu organizacje mają dowolność w określaniu zawartości i formuły takiego profilu. Na pewno nie powinien być on zbyt długi (maksymalnie 2 strony), powinien zawierać opis najważniejszych, wyselekcjonowanych według przyjętych kryteriów ryzyk, wnioski z analizy i proponowane działania. I oczywiście powinien być czytany i zawsze brany pod uwagę przy podejmowaniu najważniejszych decyzji zarządczych.

Artykuł ukazał się w Gazecie Ubezpieczeniowej z dnia 29.05.17

Ryzykonomiczne executive summary Ryzykonomiczne executive summary Ryzykonomiczne executive summary

Prawda was wyzwoli czyli nasz mały sukces wydawniczy na Linkedin

0
6 powodów

Musimy donieść P.T. Czytelnikom Ryzykonomii, że Wasza Redakcja wywołała niejakie poruszenie na portalu profesjonalistów Linkedin. A to za sprawą artykuły pod znaczącym tytułem „6 powodów dlaczego NIE lubię polskiego Linkedin”.

Link do artykułu dla obecnych na Linkedin (tutaj)

Ale ponieważ, jak być może Czytelnik się domyśla Wasza Redakcja robi rzeczy po prostu ot, tak sobie, więc i na Linkedin od lat jesteśmy, zbieramy cenne kontakty z ludźmi. Bo lubimy kontakty i dzielenie się wiedzą uważamy, za jedną z ważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Naturalnie, po telewizji…

Artykuł jak napisaliśmy we wstępie powstał z pewnej irytacji, że musimy ciągle udawać, że dobrze jest jak jest, a przecież jako menadżer ryzyka i zwykły Polak-szarak zawsze chcielibyśmy, żeby było TROCHĘ lepiej.

Także cieszymy się, że nasz artykuł obejrzano coś parę tysięcy razy, wielokrotnie skomentowano (także przeciw, co zawsze jest dla nas ważne) i….

Jest to najwyraźniej dowód, że ludzie potrzebują prawdy i realizmu, po to choćby by móc zrealizować swoje marzenia…

Prawda Was wyzwoli !!!!

 

Nie ma zarządzania bez pisania

0
nie ma zarządzania

Nie ma zarządzania bez pisania>>>

Przygotowywanie raportów to wcale nie jest taka łatwa i prosta sprawa, jak się wydaje.
U nas w ogóle traktowana w firmach po macoszemu. O czytaniu nie wspominając.

Pisania w szkołach już się po prostu nie uczy. To znaczy uczy się „stawiania” znaków i ich porządkowania w miarę sensowne, zgodne z „kluczem” maturalnym ciągi. Już w podstawówce ginie sztuka eseju, czyli wypracowania. A nawet jeżeli pozornie istnieje to muzę epiki, Kaliope zastąpiła muza Google i jej boski brat Kopiuj – Wklej.

Witam, brrr

Nic więc dziwnego, że potem i raporty, i różne opracowania, i jak mi powtarza znajomy prawnik, pisma procesowe pisze się mało logicznie, nieciekawie. I w ogóle byle jak. 
O korespondencji biznesowej nie wspominając, które w epoce e-maila została zastąpiona zdawkową wymianą „kluczowych informacji” i coraz częściej nie ma w niej miejsca na wyrażenie podstawowych uczuć piszącego. Takich jak sympatia, szacunek czy uznanie. 
A najwyraźniej to niszczące tsunami widać w pismach od studentów uczelni biznesu, jeżeli ktoś ma okazję je czytać. Zaprawdę, powiadam Wam: idzie pokolenie pisarzy, po których zostanie nam już tylko język obrazkowy oraz nieśmiertelne słowo „witam” ! Brr.

No więc, pisanie raportów, sprawozdań w biznesie jest jednak bardzo ważne, taką stawiamy tezę. Choć, oczywiście wielu będzie kręcić nosem, że to biurokracja i papierologia. Tych spytamy: jak inaczej ma w organizacji przepływać rzecz najważniejsza, czyli informacja ? 

Weźmy na to: informacja o ryzyku. Jak ją przekazywać? Oczywiście w raportach, memach, pisemnie ! Mamy oczywiście rejestry i mapy ryzyk, są potrzebne. Ale problemy i ryzyka są dzisiaj wielowymiarowe, scenariuszowe. To trzeba opisać, wyjaśnić, zrozumieć.

Pisanie? Czytanie? Kto dzisiaj ma na to czas?

Bezos ma czas

Ma na przykład… Jeff Bezos, założyciel i właściciel Amazona. Otóż ten kolos biznesu, każde spotkanie swoich dyrektorów wykonawczych rozpoczyna od wspólnej, cichej 30 minutowej lektury przygotowanych na okoliczność spotkania raportu(ów). Oczywiście raportów napisanych przez swoich dyrektorów, jak się domyślamy menadżerów niemałego „kalibru”. Bezos uważa, że własnoręczne (!) pisanie raportów jest dla każdego menadżera niezwykle ważne, umożliwia mu „przerobienie”, przemyślenie i przeanalizowanie problemu. 
Te 30 minut jest też uczciwym „daniem” czasu na przeczytanie raportu kolegi lub koleżanki, bo znowu: kto ma czas na czytanie? Piszemy do kosza i nie czytamy innych, jeżeli nie musimy. Przychodzimy na zebranie z raportem w ręku, udając, że znamy szczegóły. I jak tu ma w organizacji przepływać informacja? Jakie ryzyka rodzi brak jej przepływu? Wszystkie!
I znowu wymowny przykład. Badania Verizon pokazują porażającą prawdę, że w 82% przypadków cyber zaatakowanych firm w organizacji była (!) wcześniej dostępna informacja o zagrożeniu, lecz nie została ona wykorzystana lub nie dotarła „tam gdzie trzeba”. Ile miliardów wydane na wyszukane systemy i procedury wcześniej?
I tu zapewne ujawnia się jeszcze jedna, niezwykła zaleta pisania pisemnych raportów. Są one napisane, zapisane, są na papierze. Fizycznie istnieją i ci, którzy je zlekceważą lub w ogóle nie przeczytają, być może będą się musieli się w przyszłości z tego zaniechania wytłumaczyć. I ponieść, powiedzmy wprost, czasami dramatyczne konsekwencje, organizacyjne, prawne, finansowe. A może i karne też. Bez straszenia natomiast, to czytający bedą przede wszystkim wiedzieć, a wiedza jak każdy chyba wie to „potęgi klucz”.
Z drugiej strony, piszący raport odnoszą z tej żmudnej i mało popularnej czynności niemałe korzyści. Po pierwsze pokazują, że są profesjonalistami, myślą i w ogóle nie biorą pieniędzy „za nic”.
Po drugie i to na przykład podkreśla inny legendarny CEO Andy Grove, tym razem z Intela, pisanie jest (być może) dla menadżera nawet ważniejsze, niż samo czytanie! Jest to bowiem proces analizowania i „układania” w myślach problemu. Moment autorefleksji, introspekcji. Dlaczego to robię/robimy? Po co?

Nie ma zarządzania, jest zarządzanie

„Przemyśliwanie” przez pisanie często w naturalny sposób podsuwa nam także opcje rozwiązywania problemu, choćby postępowania z ryzykiem. Przy czym pamiętajmy: nierozwiązywanie, unikanie, akceptowanie jest także działaniem. O ile przemyślanym i świadomym.
Grove w wywiadach wspomina również, że pisanie jest narzędziem samodyscypliny. Bo raport wymaga wypowiedzenia swoich myśli, obaw, podejrzeń, przeczuć. Nadaniu im logicznej struktury, formy i treści. To dla wielu, powiedzmy szczerze, wielkie wyzwanie i nie tylko z powodu luk w edukacji. 
Zapisane myśli, jakkolwiek genialne muszą być również zrozumiałe dla naszych szefów, pracowników, partnerów biznesowych. Pisząc w biznesie, możemy i powinniśmy także starać się „wczuć” w sposób myślenia drugiej strony. Wiele dzięki temu można zyskać.
A jakby komu było mało, to jeszcze dodamy, że pisemny raport to także, brutalnie mówiąc ważna „pupo-krytka”. A dlaczego nie ? Mówiliśmy, pisaliśmy, ostrzegaliśmy. Proszę bardzo oto pisemny raport droga rado nadzorcza, wysoki sądzie….

nie ma zarządzania , nie ma zarządzania, nie ma zarządzania