zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Biała księga, białe ryzyko ryzykonomia

0
białe ryzyko

Nie wiemy na ile i “czy” P.T. Czytelnicy Bloga wiedzą, ale Wasza Redakcja nie tylko zajmuje się promocją bestseellera naszego Naczelnego, który twardo siedzi w czołówce listy empikowych bestsellerów, ale i Naczelny się odgraża, że nowe “rzeczy” (myśli, że nie wiemy, jakieś ma hemigłejowskie sugestie stary bufon) już zaczyna pisać, teraz zdaje się jakiś duży artykuł o audycie zewnętrznym biegłych rewidentach regulacjach i nie wiemy naprawdę o czym jeszcze. Choć słusznie się Czytelnik/czka spodziewa, że jak już napisane będzie to i czym prędzej w ręce P.T. Czytelników te ryzykonomie przekażemy.
Póki co wrócilismy z koncertu Bon Joviego w Ergo Arenie, i to ryzykonomicznie skomentujemy, ale za chwilę bo jeszcze jedna rzecz czeka “na parapecie” do opisania.

A rzecz to niebłacha bo dopieroco z wielką acz niedostrzeżoną pompą ukazała się “Biała księga
Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczpospolitej” pod patronatem samego Prezydenta.  Nie tylko Biała ale i wieeelka to księga licząca coś 265 stron. Przyznajemy, że tyle niegdy nie czytamy z takich megadokumentsów, z amerykańskich firm został nam leniwy nawyk czytania executive summaries, bo zwykle tam można wyczytać całe klue programu. No, tu ES-u zasadniczo nie ma choć na końcu są różne podsumowania, wyznamy szczerze równie dla nas mało zrozumiałe jak cały documents. Wogóle to z wielkim szacunkiem o sprawie mowimy, żeby nie było niedomówień, wystarczy całe kompanie (a raczej bataliony) autorów wyczytać, a chyba same tytuły naukowe ustawione jeden na drugim dałyby nam

Białe ryzyko

ZOMBIE ATAKUJĄ !

bezpośrednie połączenie jeżeli nie z księżycem to na pewno z drzwiami do piotrogrodu.
Oczywiście nie jest tak żebyśmy tego szacownego tytulu do pobrania (link niżej) bliżej nie przejrzeli
http://www.spbn.gov.pl/portal/sbn/667/4630/Biala_Ksiega.html
ale choć różne diagnozy tam deklaruje się – to analizy ryzyka (tak jak to rozumie prosta Redakcja Ryzykonomii) – ani słychu ani dychu. Co do koncepcji to może i umysł zbiorowy był ale chyba nie zadziałał.
Generalnie i subiektywnie podsumowujac, to jak widzimy podobne strategie to sobie myślimy, że dobrze jest uczyć się języków obcych. Oczywiście po to, żeby móc poznać głębie białoksięgowych przemyśleń, ale i dla rozrywki i dla bezpieczeństwa.
A już za chwilę, zagramy dla vas o samym koncercie Jonie Bon Jovi…. Słuchajcie jak gramy !!!

białe ryzyko
białe ryzyko
białe ryzyko
białe ryzyko

Sztuka interview za 100 milionów

0
sztuka interview

Sztuka interview….bo każdy menadżer doskonale wie (albo się dowie), że jednym z największych wyzwań jest rozmowa z ludźmi, czy przy klasycznym, rekrutacyjnym interview („gdybyś był/a drzewem to”… albo „co jest dal Ciebie ważne w pracy” ps. podpowiadamy „samorozwój i satysfakcja”. O środkach na spłatę kredytu, jako mało ważnym czynniku, Redakcja Ryzykonomii sugeruje nie wspominać…)

Rekrutacyjne interview to oczywiście wielkie wyzwaniem i wielkie ryzyko, że…. Zatrudnimy niewłaściwą osobę!·Skoro o kosztach „ryzyka interview” mowa to chcielibyśmy polecić P.T. Czytelnikom bloga bardzo ciekawy podcast audio pt. „The art of the Interview”, który niedawno wysłuchaliśmy (nawiasem mówiąc kręcąc pedałami rowerku w lokalnej siłce, można i tak przecież, przyjemne z pożytecznym).

Podcast „Sztuka Interview” można znaleźć na portalu HBR IdeaCast (ja np. słucham w fonie za pośrednictwem Tunein, ale pewnie można różnie) link zamieszczam tutaj.

https://hbr.org/ideacast/2016/02/the-art-of-the-interview.html

Sztuka interview, podcast audio w języku angielskim to właściwie zapis wywiadu z dziennikarzem Esquire’a (zawsze przypomina mi się tu dobry stary Ernest, też o ile pamiętam dla nich pisał) Cal’em Fussmanem niezwykle doświadczonym i czytanym w Stanach dziennikarzem znanym z przeprowadzania wywiadów z dużymi postaciami tego świata, choćby w podcaście zabawna opowieść nt. wywiadu z Jeffem Bezosem, oczywiście szefem Amazona.

Cal Fussman daje naprawdę ważne rady, jak zrobić dobrą rozmowę, nie tylko przecież interview bo całe szczęście rozmowa to zaryzykuję tezę core business businessu i nie dziwota, że na spotkania z nim walą tłumy (dosłownie) biznesmenów chcących się dowiedzieć, co zrobić żeby rozmowa przybliżyła nas do osiągania naszych biznesowych, i nie tylko celów.

A jaka jest cena ryzyka niedobrych, nieefektywnych i niewłaściwych rozmów wspomina jeden z tuzów amerykańskiego biznesu przytoczonych w tym bardzo ciekawym wywiadzie. Swoje straty z „złych” interview szacuje on rocznie na 100 milionów dolarów!

Sztuka interview to przecież ryzyko interview, polecam.   

Ps.
No to jeszcze wyjawię, że sam w trakcie różnych, licznych interview, które prowadziłem, szefując tu i tam, nigdy pytań o drzewo, krzaki czy np. słabości rozmówców (i temu podobnych) nie zadawałem. Zawsze starałem się rozmawiać z ludźmi jak z człowiekiem. I mam wrażenie czasami z dobrym, także biznesowym skutkiem.
A potwierdzenie tej strategii znalazłem także w polecanym wywiadzie….

Dołącz do 512 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w formularzu subskrybcji dla potrzeb niezbędnych do wysyłki Newslettera Ryzykonomii (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o Ochronie Danych Osobowych; tekst jednolity: Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.).

 

 

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw nawalnym

0
zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw
Jeszcze czytając poprzedniego posta mogli się P.T. Czytelnicy bloga zastanawiać, gdzie to nas pędziło po kraju, więc zaraz ujawnimy, że jechaliśmy-wracaliśmy z walnego zebrania członków rodzimego Polrisku, gdzie to udzielamy się społecznie w Zarządzie i Vice-Prezesujemy, zdobywamy wiedzę przeróżną o zarządzaniu ryzykiem, poznajemy dużo ciekawych i fajnych ludzi z branży ryzyka i zasadniczo nieźle się bawimy.
Nie będziemy tu zdawać relacji z tego organizacyjnego spotkania, wyboru komisji skrutacyjnych i temu podobnych, jak zawsze spotkania ludzi z branży są okazją do wymiany
opinii na różne tematy, networkingu, który uważamy osobiście za jeden z fundamentów developmentu i modernizacji, a nawet już po spełnionym organizacyjnym i społecznym obowiązku – wypicia kieliszka tekili.
Natomiast, jak to w polriskowym dobrym zwyczaju ostatnio bywa spotkanie risk menadżerów było okazją do posłuchania garści merytoryki, tym razem o ocenie ryzyka łańcucha dostawa.
Temat to jak wiecie arcyciekawy, krem di krem zarządzania ryzykiem biznesowym dzisiaj, piszemy o tym regularnie. A temat był także ciekawy, bo zaprezentowany przez amerykańskich przedstawicieli agencji ratingowej Standard & Poors,
która – o dziwo – oprócz ratingowania korporacji czy Grecji stworzyła i promuje również własny model oceny popularnego dzisiaj wspomnianego ryzyka dostawczego.
Najogólniej mówiąc, model S&P oceny ryzyka supply chain-u opiera się, co lekko zaskakujące, na analizie ryzyka de facto kredytowego (a więc przecież finansowego) dla węzłów
łańcucha dostaw. Na pewno takie podejście jest o tyle sensowne i możliwe, że dane finansowe większych czy listowanych dostawców są powszechnie dostępne, stąd i analiza fundamentów finansowych jest dość łatwa. S&P nie odżegnuje się też od analizy (ratingu) całego uniwersum ryzyk łańcucha dostaw także niefinansowych, choćby dobrze znanych tej agencji ryzyk suwerenów czy x-border-u (mało znane ryzyko „korporacyjnego” przekraczania granic – napiszemy o tym jeszcze).
Na pewno może nasuwać się taka wątpliwość, że głównym ryzykiem w zarządzaniu ryzykiem łańcucha dostaw nie jest ryzyko kredytowe, ale ryzyko wykonania, performance risk, także pewnie techniczne, pewnie prawne, zgodnościowe itd. Zdaje się, że i w S&P to rozumieją, choć i z tym się trzeba zgodzić, że jakby, co ryzyko kredytowe jest łatwiej mierzalne i umożliwia wyselekcjonowanie grupy potencjalnie „zdrowych” dostawców. Dalej możemy poddać ich bardziej szczegółowym “performancowym” oględzionom.
Także, nie powiemy, możliwe jest S&Powe podejście, choć zapewne to rozwiązanie dla międzynarodowych korporacji. Ale i zajrzenie w wyniki finansowe naszych głównych dostawców, w ten czy inny sposób każdej firmie może się przydać i nie jest aż takie trudne.
Jak widzicie podziałaliśmy i dowiedzieliśmy się, co nieco i dzielimy się z Wiernymi Czytelnikami, jak zwykle, pa.

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

 

Mapa Myśli Ryzyka 2014 cz. 1

2
mapa myśli ryzyka 2

Trochę nas nie było, ale już jesteśmy, o czym opowiemy jeszcze, tęskniliście za porcją ryzykonomii ?  No, dobrze zostawmy te mazgajstwa, bo ryzyko nie śpi i zarządzanie ryzykiem czeka. Więc od razu przyłożymy z grubszej rurki ot choćby co nas i wiele więcej może czekać w 2014 a do tego jak wiadomo mapa ryzyka jest idealna i w biznesie popularna. O Mapie ryzyka pisaliśmy już niejednokrotnie zawsze z odnotowanym wielkim zainteresowaniem P.T. Czytelników Bloga, a w tym roku już też tradycyjnie na zamówienie naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, którą czytajcie, wiadomo, zamieściliśmy znaczny artykuł właśnie dotyczących ryzykowizji Naczelnego Ryzykonomii na temat ryzyk 2014.
A, żeby było ciekawiej i bardziej up-to-date nasza Mapa 2014 została wykonana z użyciem techniki Mind Mappingu, czyli Mapy Myśli, których jesteśmy propagatorami, zwolennikami i trenerami i o których zastosowaniu w zarządzaniu ryzykiem, szczególnie na etapie identyfikacji i analizy pisaliśmy onegdaj i która to technika jest często stosowaną w biznesie na rozwiniętym świecie, choć powiedzmy sobie szczerze – raczej nie u nas.

No więc ku uciesze oka Mapę Ryzyka 2014 zamieszczamy poniżej, a komentarz do niej w cz. 2 już za chwilę na blogu.

mapa myśli ryzyka 2

mapa myśłi ryzyka 2

COSO czyli ISO – Zarządzanie ryzykiem a KZ

COSO czyli ISO

COSO czyli ISO? Wiemy, że niejednemu się narazimy, ale uważamy, że być może najbardziej wartościową publikacją (pominąwszy publikacje Ryzykonomii) jaki ukazał się w związku z Kontrolą zarządczą w sektorze publicznym jest „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym”  zwany też czasami “Polskim Podręcznikiem” autorstwa tajemniczego Bentleya Jennisona.

No, może nie tak tajemniczego, bo o ile słyszeliśmy, to brytyjska
firma współpracująca onegdaj z ojcami i matkami KZ-u w Polsce z samego Ministerstwa oczywiście w ramach stosownego EUprojektu. Anglosaskie pochodzenie Podręcznika używane jest jako jeden z argumentów sugerujących jego „niedostosowanie” do „polskich realiów”, co jest zupełnie bezpodstawne, bo ów „Podręcznik” to zbiór dobrych praktyk i porad,
a nie opracowanie nakazowo-rozdzielcze. Nie mowiąc o tym, że anglosasi to akurat bardzo dobre źródło w temacie.
Jego słabością jest być może to, że trzeba go dokładnie
przeczytać (co zdaje się niewielu uczyniło) i ZROZUMIEĆ. A to zrozumienie jest niestety bardzo trudne bez pomocy wykwalifikowanego risk managera albo specjalisty jak kto woli, choć nie takiego kto pracował tu i ówdzie zna się i na audycie i na kopycie, a w ogóle to zarządzaniem ryzykiem zajmuje się od 32 lat.
Niestety, „tłumacze” i „wdrażacze” zarządzania ryzykiem nie
poprzestają na dezawuowaniu porad płynących z Podręcznika ale postanowili tworzyć sami swoje objaśnienia kontroli zarządczej i zarządzania ryzykiem też, które choć zawierają całą masę tabelek do wypełnienia (widzieliśmy nawet książkę składająca się z samych chyba tabelek, bagatela ponad stówę kosztowało to cudeńko, przy tym ostatni nasz e-book bestseller, dla prostych ludzi, przez prostego człowieka napisany, jest jak za darmo ), no więc takie “wdroż-pomocniki”,  przynajmniej w kwestii  zarządzania ryzykiem nie dają kompletnie NIC oprócz instrukcji… wypełnienia tabelki.
Ale przez zapełnianie tabelki zarządzanie ryzykiem nie działa – i  niech się nikt nie zdziwi, że nie zadziała.
Polski podręcznik nie jest oczywiście doskonały, szczególnie
mamy pretensje o wprowadzające w błąd i NIELOGICZNE skale ryzyka, ale to o zgrozo ! jest jednym z elementów najczęściej kopiowanych do różnych procedur .
Wartościowe są za to na pewno różnorodne wskazówki dotyczące
organizacji struktury ramowej zarządzania ryzykiem i samego procesu, przykłady opisów ryzyka i sekwencje działań, ankietowe metody identyfikacji ryzyka (mocno niedoskonałe ale całkiem do wykorzystania – jak na pierwszy ogień). I podkreślanie roli leadershipu, komunikacji, monitoringu i ewaluacji ale to
znowu niezrozumiałe przez tabelkowiczów umyka, a to kolejny klucz do zadziałania systemu. I nie działa.
Zobacz Teraz !
Inny ciekawy element to przykład rejestru ryzyka, znowu
traktowany wybiorczo przez wdrażaczy jak Polska długa i szeroka (dlaczego ? – dlaczegoś !) choćby sekwencja opisu ryzyk root –cause jest pomijana na rzecz jakiś „czynników” czy „źródeł” ryzyka i innych ubezpieczeniowych hazardów. COSO czyli ISO?
Wreszcie, o dziwo, i na szczęście mało kto robi w rejestrze
analizę ryzyka inherentnego i rezydualnego i przez przypadek najwyraźniej nie jest to najgorsze bo jak donoszą najnowsze jaskółki ze świata i sama IIA  w najnowszym opracowaniu (do tematu powrócimy jeszcze) ma to ograniczony sens.
Nie ma już zresztą ryzyka inherentnego w ISO 31000 Zarządzanie
ryzykiem i tu dochodzimy do kolejnego odkrycia, a tego mianowicie, że Podręcznik mający pomagać we wdrożeniu Kontroli zarządczej opartej na COSO wcale nie jest z COSO tylko z ISO, a dokładniej z jego poprzednika i ojca – matki bardzo dobrego skądinąd standardu australijsko nowozelandzkiego AS/NZS 4360 co każdy, kto te standardy zna, zaraz z ducha i litery wyczuje. Nie mówiąc o schemacie procesu na jednej z pierwszych stron właśnie z AS/NZS i jak byk definicji procesu zarządzania ryzykiem.
Także mamy Kontrolę według COSO a podręcznik z ISO, per qui
pas, a póki co kończymy ten odcinek objaśnień  KZ-u, bo jesteśmy na kolejnym projekcie, siedzimy w hotelu lekko wyczerpani, to i „literowki” mamy nadzieję nam P.T. Czytelnicy wybaczą ….
 COSO czyli ISO?

Agencje ratingowe

agencje ratingowe

Agencje ratingowe to temat każdemu menadżerowi, jako tako znany choć menadżerowi ryzyka na pewno lepiej. Ale też, jak to ostatnio bywa, wszyscy naokoło przechodzą szybką, rzec by można eksternistyczną edukację w zarządzaniu ryzykiem, także i w tym zakresie.

Edukacja w ryzyku

No, bo już setki tysięcy Obywateli na własnej skórze wyedukowało się w ryzykach kursowych, teraz uczymy się błyskawicznie o ryzykach politycznych. Choćby tego, że z punktu widzenia oceniających, nie ma zasadniczo znaczenia czy rządzą nami X czy Y-ki. Mamy państwa mocno totalitarne oceniane jako inwestycyjnie stabilne i te znacznie bardziej demokratyczne, gdzie lepiej nie przywozić swoich pieniędzy.

Istotne jest więc to, jak sytuacja polityczna oddziałuje na profil ryzyka, zestaw szans i zagrożeń mogących mieć wpływ na biznes. Oczywiście biznes to interesy, a interesy zawsze są “czyjeś”. Natomiast rynki finansowe są w swojej ocenie ryzyka politycznych w pełni subiektywnie obiektywne, działają tak jak działają, czy się to nam podoba czy nie.

W drodze do Timbuktu

Agencje ratingowe, o których tak ostatnio głośno są w temacie ryzyk politycznych kluczowym graczem, ze wszystkimi ich, agencji blaskami i cieniami szeroko opisywanymi w źródłach specjalistycznych i bulwarowych.
Jeżeli natomiast postawimy się „w butach” boardu inwestora, rozmyślającego o inwestowaniu dajmy na to w Timbuktu, to i my sami szukalibyśmy jakiejś pomocy w ocenie ryzyka Timbuktu bez względu jakbyśmy ze słodkim / znienawidzonym (niepotrzebne skreślić) Timbuktu byli związani.

Wreszcie, zupełnie deprecjonując opinie tych agencji musielibyśmy założyć, że niczego się one na swoich błędach nie nauczyły, pozwy i postępowania wytoczone przeciw niem między innymi przez rząd USA nie doniosły żadego skutku i wogole siedzi tam banda idiotów i oszustów sterowanych przez niezgłębione a tajemnicze siły. No, to by były chyba dość daleko idące konstatacje. A nawet gdyby, to co by to zmieniło ?

Zaprawdę musielibyśmy w ogóle konsekwentnie zaprzeczyć, że ryzyka politycznych i pewnie w ogóle ryzyka nie ma, co jest, pewną metodą zarządzania ryzykiem, zdaje się nam jednak zasadniczo błędną. Albo co gorsze musielibyśmy sami do wspomnianego Timbuktu jechać i z timbuktańczykami rozmawiać i ich zapoznawać. Oh, słodkie Timbuktu !

Zresztą krytyka funkcjonowania agencji ratingowych jest o tyle przesadzona, że w zasadzie jest krytyką całego współczesnego sytemu kapitalistycznego, który jakkolwiek ma wiele wad póki, co nie rysuje się nam na horyzoncie nic innego.

Agencje ratingowe powrócą

Także wydaje się nam, ż powinniśmy zgłębiać zasady działania agencji zarówno na poziomie mikro i makro i szanse i zagrożenia z tym związane, i co nam mogą powiedzieć ratingi, które na przykład coraz więcej interesują się dojrzałością zarządzania ryzykiem w organizacjach, o czym jeszcze za chwilę pozwolimy sobie napisać.

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?

0
Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ?Jak Czytelnikowi doskonale wiadomo, Wasza Redakcja nie obawia się poruszać delikatnych tematów, szczególnie takich, co do których nikt nie ma wątpliwości , że są jakie Są i już i już szykowaliśmy się do kolejnego tekstu, który wykaże nasze dziecięce niezrozumienie do oczywistych oczywistości, kiedy Sekretarz Redakcji, Pan Wojtek, wchodząc rano do Redakcji znalazł pod drzwiami kopertę z listem takiej oto treści:

„Szanowna Redakcjo Bloga Ryzykonomia ! 

Jesteście…. ( tu zwykły zestaw ochów i achów na temat Bloga,
które pomijamy przez wrodzoną skromność – przyp. red. )

Ad rem… (czytamy dalej… )
Od dłuższego czasu nurtuje mnie dziwny, moim zdaniem, a wszędzie powielany zlepek frazeologiczno – pojęciowy „zarządzanie ryzykiem i kontrola wewnętrzna”. Czy to przypadkiem nie to samo ? Przecież „controlsy”, mechanizmy kontrolne, które deklaruje teoria i praktyka  „Kontroli wewnętrznej” to nic innego jako
metody, sposoby postępowania z ryzykiem zwane też „reakcją” na ryzyko czy nieprecyzyjnie „zarządzeniem” ryzykiem.
Ja myślę, że nie ma znaczenia czy z ryzykiem postępujemy
(używając tu terminologii ISO 31 000) drogą doraźnego działania (jak to przenoszenie ryzyka, ograniczanie itp.)  czy przez wprowadzenie stałej procedury postępowania,
regulaminu, czy innych „stałych”, „instytucjonalnych” działań a więc „mechanizmów kontrolnych”.
Sprowadza się to do tego samego. Co gorsza jednak ów podział
sugeruje stworzenie dwóch systemów, które optymalizują ryzyko raz za pomocą „mechanizmów kontrolnych” ( w KW )  a raz „reakcji” na . Widać to zresztą w niejednym rejestrze ryzyka, gdzie stosuje się „controlsy” i „reakcje” naprzemiennie lub jednocześnie, kompletnie mieszając w głowach nam, maluczkim !
 
A przecież z samych standardów COSO, które powołały do życia
Kontrolę wewnętrzną w jej obecnym wszechwymiarze proces kontroli wewnętrznej„sensu stricte” jest niezmiernie podobny do procesu zarządzania ryzykiem, a sama identyfikacja ryzyka i reagowanie na ryzyko (z terminologii COSO) stanowi podstawowy sens i Kontroli wewnętrznej  i Zarządzania ryzykiem.
 
Żeby dobić jeszcze osinowy kołek przypominam Szanownej
Redakcji, że w samym standardzie COSO znalazło się literalne stwierdzenie, o którym zdaje się nikt nie pamięta albo nie doczytał: 
Cytuję : „ Kontrola wewnętrzna jest integralną częścią
zarządzania ryzykiem korporacyjnym. Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym jest pojęciem szerszym niż kontrola wewnętrzna, a wychodząc poza jej zakres formuje solidniejszy
aparat pojęciowy w  większym stopniu ukierunkowany na ryzyko” . (Załącznik C. do standardu COSO str. 105 polskiego
Wydania, wrzesień 2004) 
Tak tam napisano !

O co tu wiec chodzi ! Proszę,  Droga Redakcjo pomóżcie. Wyjaśnijcie !”
Wszystko jednak poszło w innym kierunku mamy kontrolę
szersze powinno iść na pierwszy ogień, szczególnie że mocno tu i ówdzie krytykowane), nie mówiąc o tym, że po opublikowanym w 2011 COSO III („Jak monitorować system kontroli wewnętrznej”) mam jeszcze większy misz- masz, bo choć ciekawe i pełne przykładów controlsów (czyli postępowań z ryzykiem !) koncentruje się w tytule na Monitorowaniu siebie samej, a ryzyko gdzieś tam zostało upchnięte po rozdziałach.  Mamy więc
znowu  podkreślanie szacowanie ryzyka   jako element
Kontroli wewnętrznej i wdrażanie mechanizmów „controlsów” a gdzieś tu znika nam zarządzanie ryzykiem…!   
Podpisano:
Wasz Wierny Czytelnik
 Wiesław (nazwisko do
wiadomości Redakcji Bloga)
Hmmm. Niezły kołek nam Pan zabił Panie Wiesławie. Naczelny
Bloga jak to przeczytał tylko się tajemniczo uśmiech i bulgocze na grzebieniu, jak zawsze kiedy cos go zaintryguje.
Może więc nasi Czytelnicy pomogą nam odpowiedzieć na list
Wiesława.
Co sądzicie, jaka jest Wasza opinia ? Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna ? Dlaczego się myli ?

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna Czy istnieje Kontrola Wewnętrzna

Ryzyko operacyjne vs. zwykłe

0
ryzyko operacyjne

Gnaliśmy ostatnio w Polskę jak długa i szeroka, zarządzanie ryzykiem & navigare necesse est a przynajmniej powinno być, swoją drogą jazda po polskich drogach to niestety istny hazard i tak sobie zawsze myślimy, że odzwierciedla-niestety- nasz „narodowy” stosunek do ryzyka i zarządzania w ogóle. I nic tu nie dają wyjaśnienia, że to wina dróg, bo na autostradach jest równie źle mamy nawet wrażenie, że idzie ku gorszemu, ot plaga jeżdżenia na zderzaku 140,150 nie ma znaczenia jak śmiecie wjechać mi w drogę, kiedy ja tu jadę, mnie prawa fizyki nie dotyczą, ruch jednostajnie opóźniony, dystans „halb tacho” jak piszą na tablicach naiwni germanie nie dla nas, zapamiętajcie nasze motto spotkaniowo-biznesowe „jak wyjechałeś spóźniony, przyjedź na spotkanie spóźniony”, a propos nie martwcie się, niezmiernie rzadko się spóźniamy.

No, ale porzucając te daremne apele w eter, bo przecież nie do P.T. Czytelników bloga, bo to z natury rzeczy element światły i ryzyka świadomy, tak wierzymy, od dłuższego czasu nurtuje nas koncepcja ryzyka operacyjnego niezmiernie promowana w sektorze finansowym a to oczywiście za sprawą Umów Kapitałowych, Solvency i Bazylei, kolejnych numerków. Tak sobie myślimy przy okazji jak to będzie za 20, 30 lat, Bazylea XXXV  i Solvency XXI,   właśnie Mark Carney z Bank of England na Bloombergu mówi, że rośnie nam kolejna bańka na rynku hipotecznym, zaraz wyrąbie nam prosto w ….(znaczy bańka nie Carney), ktoś powie, że to ryzyka „czysto” finansowe, kredytowe a nie operacyjne, ale przecież finansowo tu wszystko wiadomo, znowu

ryzyko operacyjne
LInk

greed, problemy ze strategią i zwykłym rozsądkiem, tu nie potrzeba modeli matematycznych, Var czy CFar tylko Common Sense at Risk (CsaR nieźle wymyśliliśmy nes pa ? ). Ale zdaje się i regulatorzy tu nie pomagają, wystarczy pomyśleć, co z rynkiem nieruchomości wyprawia się u nas,
swoją drogą ostatnio dokopaliśmy się do Community Reinvestemnt Act z 1977 tam jest pies pogrzebany, zadziwiająco mało się o tym mówi, a propos źródeł POPRZEDNIEGO, kryzysu. No nie przerażajcie się bo przecież będą następne to dzisiaj stan permanentny, od was tylko zależy jak się przygotujecie i zarządzicie swoim ryzykiem i zwykłym i operacyjnym.

A czy jest tu jakaś różnica między ryzykiem zwykłym i operacyjnym trwa dyskusja pierwszej, jedynej, najlepszej, polskojęzycznej (choć możecie pisać w dowolnym języku, jak dusz zapragnie) grupie „Zarządzanie ryzykiem” na LinkedIn, dołączcie czym prędzej i się wypowiadajcie, w grupie jest już 28 członków szybko rośnie, atakujcie bezwzględnie interlokutorów i utwierdzajcie swój obraz eksperta i fachowca nawet jeżeli nie tylko od ryzyka operacyjnego to i od każdego, zwykłego.

 https://www.linkedin.com/groups/Zarz%C4%85dzanie-ryzykiem-4512747?trk=my_groups-b-grp-v

ryzyko operacyjne, ryzyko operacyjne

Zarządzanie ryzykiem i Kontrola zarządcza

1
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza

Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza.
Wiosna, nawet opóźniona jest zawsze dobrą okazją do podsumowań (tak jak każda inna okazja) Ale i tą wiosną, jak co roku jest okazja szczególna, bo właśnie  mamy klimax składania dorocznych Oświadczeń o stanie kontroli zarządczej w Jednostkach.

A więc wszystkie cele i zadania są strategicznie rychtowywane,
rejestry ryzyka glansowane, a mapy ryzyka kolorowane. Przynajmniej domniewywowujemy, że tak jest,  bo jak jest ? …(dyskretnie przypominamy o możliwości komentowania postów…)
Oto jest pytanie !… …A pytanie całkiem zasadne, bo puknął
już trzeci rok od wprowadzenia Kontroli zarządczej i

naszego ulubionego zarządzania ryzykiem do narodowego sektora publicznego i dorzeczne wydaje się właśnie zadanie pytanie: Jak jest z tym zarządzaniem ryzykiem w JSFP -ach AD
2013!

Dobrze, niedobrze czy może Nijak? Zanim uczciwie się przyznamy, że mamy różne  choć nienaukowe przemyślenia i podejrzenia oparte  na szerokiej wiedzy
empirycznej, zgromadzonej przez trzy lata wędrówek po dziesiątkach jednostek sektora publicznego, jak Polska długa i szeroka, jednostek wojskowych, szpitalnych edukacyjnych, wyższo (też), sądowniczych, prokuratorskich, samorządowych etc. etc. etc. to jeszcze nieustająco zareklamujemy, że na Golden
Line działa „od lat” otwarta (niedawno) grupa pt. „Zarządzanie ryzykiem w JSFP” licząca ca. 70 członków. Zapraszamy ! Nie ma spamu a nawet czasem jest dyskusja.
Do KZ-u i zarządzania ryzykiem u publicznych wracając, to
należy zauważyć, że próby pewnego podsumowania tematu pojawiły się na łamach NIK-u w roku 2011, które jedn akowoż nie były zbyt optymistyczne po czym, jak wyczytaliśmy, doszło do porozumienia i uzgodnienia stron oraz wyjaśnienia
stanowisk.
Dzisiaj chyba jednak wciąż nie przybliżyliśmy się do
odwiedzi na pytanie: co po 3 latach dało polskiemu sektorowi publicznemu nie mające odpowiednika w skali europejskiej, a nawet światowej (tak, tak !), masowe, obligatoryjne wprowadzeni obowiązku systematycznego zarządzania ryzykiem we wszystkich JSFP.
Wydaje się, że temat dojrzewa do solidnej analizy, bo sami
reprezentatywnej, 100 % empirycznej analizy problemu nie jesteśmy – oczywiście – tu w stanie dokonać i nawet nie zamierzamy…
…3 lata to jednak trochę czasu i jakieś efekty mrówczego
tworzenia tysięcy rejestrów ryzyk, mianowania tysięcy risk ownerów  powinny jednak być ocenione. Bo mroczenia, że
to całe zarządzanie ryzykiem “nie ma sensu”, to “zamorskie fanaberie” odrzucamy stanowczo nie tylko ze zwykłej subiektywnej ryzykonomiczności, ale z prostej (a nawet prymitywnej ) obserwacji wielu dramatycznych wydarzeń z jednostkami
sektora publicznego w roli głównej, które nie powinny mieć miejsca, gdyby zarządzanie ryzykiem i ład organizacyjny szerzej mówiąc akurat w tych jednostkach rzeczywiście, a nie tylko w Oświadczeniach o KZ realnie funkcjonowało.
A co do „Podręcznika” tajemniczego Bentleya Jennisona to wcale
się nie zgadzamy, z często spotykaną opinią, że… ale powoli, powoli nie wyprzedzajmy biegu wydarzeń…
Skoro więc o znanym każdemu kierownikowi dokumencie wspominamy, to akurat Oświadczenia idą na pewno dobrze, może nawet za dobrze, bo z tego co widać „oświadczeniowo” wszystko, także z risk manadżmentem, jest u Publicznych w najlepszym
porządku.
Chyba niewiele jest dzisiaj jednostek, które odważyłyby się zapisać, że „ w ograniczonym stopniu funkcjonowała …..KZ ” a potem nie kliknąć zarządzania ryzykiem, że Jest. O innych elementach nie wspominając, ale nie są one przedmiotem dzisiejszej dysertacji.
Ryzykujemy pozytywną ocenę zaradności i znajomości, nigdy nie spisanej, lecz potężnej wiedzy z zakresu „strategii zachowań pracowniczo-kierowniczych”, która to ocena sugeruje
niedwuznacznie (i potwierdzają to badania „face-to-face”), że  większość kierowników takie czy inne procedury (KZ oraz ) zarządzania ryzykiem już zakupiła/skopiowała/ zleciła –
niepotrzebne skreślić.
Tak więc Procedury i Polityki Zarządzania ryzykiem , wiele ich widzieliśmy, już SĄ. Ale jakie są ? Co zawierają? Czy da się je przeczytać, zrozumieć i efektywnie stosować?
I powracamy do pytania: gdzie jesteś dzisiaj Kontrolo
zarządczo i Zarządzaniu ryzykiem AD 2013  ? (i znowu dyskretnie zachęcamy do komentowania…)
O tym będziemy kontynuować w kolejnych odcinkach
ryzykonomicznego serialu, już za chwilę, zostańcie z nami, nie idźcie na blogakasi, może zarabia kokosy ale nie zna się na zarządzaniu ryzykiem tak jak My, wasza skromna i zawsze do usług Redakcja Ryzykonomii ! 
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza
Zarządzanie ryzykiem Kontrola zarządcza

COSOII vs. ISO31000 . Runda pierwsza: 400 g

0
COSOII

Zdarzyło mi się kiedyś, od deski do deski przeczytać książkę o winach, nie powiem ciekawa, ale wstyd się przyznać, zapamiętałem szczególnie dobrze, była tam taka rada, że jak nie wiadomo, które wino wybrać na półce, to dobrze jest wybrać te butelkę, której etykieta bardziej nam się podoba. Jak się nad tym dobrze zastanowić, nie jest to takie bez sensu, oczywiście, o ile nie jesteśmy wielbicielami wina „Siłacz” owocowo-jabłkowego…
No, więc po tym zgrabnym zagajeniu przechodzimy do tytułowego porównania dwóch, jak pokazują statystyki, najbardziej popularnych standardów „w temacie” zarządzanie ryzykiem korporacyjnym, czyli ISO 31000 Zarządzanie ryzykiem. Zasady i wytyczne oraz COSOII Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym. Struktura ramowa.

Zauważę tylko, że o jednym i o drugim już wielokrotnie na blogu pisaliśmy (wystarczy spojrzeć do historii, czy kliknąć właściwe tagi w chmurce na dole) i od razu deklarujemy, że nie jesteśmy jakimś
specjalnym adoratorem ani jednego, ani drugiego ani żadnego innego, ale zawsze staramy się eklektycznie wykorzystywać to, co najlepsze i najbardziej dla określonej organizacji odpowiednie. Choć trudno nie ukrywać, że jakoś tak ostatnio zwykle wykorzystujemy ISO, bo… no właśnie i tak pewnie wyjdzie to w naszych porównaniach.

Tak w ogóle, to wspomnimy, że do podjęcia tematu skłoniła nas świeża informacja z Wall Street Journal, który zapodał, że COSO rozpoczyna projekt mający na celu up-date lekko już przecież leciwego (jak na dzisiejsze czasy) wspomnianego COSOII. No i nie ma się co dziwić tej typowej dla COSO niekonsekwencji, bo wpierw niedawno wypuściła uaktualnienie COSO Kontrola Wewnętrzna a potem startuje z COSO II Zarządzanie ryzykiem, który jest jak sama organizacja deklaruje jego dopełnieniem i rozwinięciem.

Ale, wracając do ogłoszonego w tytule pojedynku – to jak jest z tym COSO vs. ISO ?
I tu użyjemy winnej metafory ze wstępu i już na początku wykorzystamy równie proste, ale i skuteczne przy ewentualnym wyborze standardu porównanie MIARY zawodników i wychodzi nam, że:

COSOII  to ca. 600 g 
ISO 31000 to ca. 200 g

* waga analogowa kuchenna, własna, bez homologacji

Pewnie, ktoś zakpi, co to za porównanie, ale synestetycznie pokazuje na „wielkość” tych standardów, co przecież dla Praktyka rozglądającego się za sensownym wdrożeniem nie jest bez znaczenia.

No, więc w kategorii wagi ważonej (nie merytorycznej, o tym dalej), także naszym zdaniem kwestii nie bez znaczenia, stawialibyśmy na ISO, ale…
…są jeszcze oczywiście inne fakty i o tym już w kolejnych odcinkach naszego porównania niebawem.  Czytajcie Ryzykonomię !!!