zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Ryzyka telekomunikacyjne (10)

2
ryzyka telekomunikacyjne

Ryzyka telekomunikacyjne a właściwie ich ciekawą listę sugeruje w opracowaniu wielko-czwórkowa firma EY (dżwięcznie wokalizowany jako „iłaj”), pozdrawiamy szacowne grono ekspertów i czasami naszych konkurentów.

Według analizy EY, która podsyłają nam Źródła najważniejsze dzisiaj zagrożenia dla sektora wspomnianego sektora  są następujące, a jest ich dziesięć. (Tu na marginesie zauważamy, że ostatnio strasznie modne stało się zamieszczanie różnych numerowanych list: dziesięć tego, siedem tamtego, pięć innego. Podobno to przyciąga uwagę i Ryzykonomia też od czasu do czasu idzie z prądem…).

No, więc lista a’la ryzyka telekomunikacyjne jest następująca:

  1. Niezdolność do zajęcia nowej roli w zmieniającym się otoczeniu biznesowym
  2. Brak przewidywalności regulacji, szczególnie na nowych rynkach
  3. Ignorowanie znaczenia prywatności i bezpieczeństwa
  4. Niezdolność do usprawnienia organizacji
  5. Rozproszone dane ograniczają rozwój i efektywność
  6. Niewystarczające mierzenie wyników utrudnia osiąganie celów
  7. Niezrozumienie prawdziwych oczekiwań klientów i postrzeganych przez nich wartości w świadczeniu usług
  8. Nieumiejętność tworzenia wartości w oparciu o posiadane aktywa infrastrukturalne
  9. Źle zdefiniowany wzrost nieorganiczny
  10. Niezdolność do innowacyjności

Tak sobie tylko skomentujemy, że lwią część wymienionych ryzyka znajdziemy w każdej organizacji co oczywiście pokazuje też ich uniwersalność z całym szacunkiem. Ciekawe też są tu niewątpliwie relacje krzyżowe bo przecież telekomunikacja to dzisiaj “kręgosłup: każdego biznesu i z usług tego rodzaju każdy korzysta.

A nam najbardziej podoba się numer, 4 czyli „niezdolność do usprawnienia organizacji”, co niewątpliwie jest kluczem i dobrym podsumowanie skądinąd. Inna sprawa i nie mamy wątpliwości, że autorzy dobrze to rozumieją kwestią jest szczegółowe zidentyfikowanie i postawienie specyficznej diagnozy dla poszczególnych organizacji, co jak wiemy rzeczą łatwą nie jest.

Bardziej szczegółową rozpiskę poszczególnych ryzyk może znaleźć zainteresowany P.T. Czytelnik Ryzykonomii pod linkiem tutaj:

Bez paradygmatu o ryzyku

0
Bez paradygmatu o ryzyku
Niedawno na forum prowadzonym przeze mnie na Golden Line „Zarządzanie ryzykiem w JSFP” jeden z uczestników , który większość kariery zawodowej spędził w Ameryce zadał dramatyczne pytanie, mniej więcej: „Dlaczego
na naszych rodzimych forach, nie tylko GL,  nikt nie podejmuje dyskusji, ani na ten ani na inny profesjonalny interesujący mnie temat. Na forach anglojęzycznych np. Linked In jest zupełnie inaczej ! Wszyscy dyskutują i spierają się nieustannie ” .
Nie ma debaty, nie ma dyskusji, nie ma challengowania
założeń, w Internecie i “w ogóle”.
A krytyczna analiza założeń i oczywistych oczywistości, paradygmatów jest jednym z fundamentów nie tylko w samym
zarządzaniu ryzykiem, ale i modernizacji  w życiu gospodarczym, społecznym, o polit nie wspominając. Nie ma kultury zarządzania, nie tylko kluczowej kultury zarządzania ryzykiem, bo nie ma
otwartej dyskusji o problemach, a  za to jest powszechne udawanie, w imię (czego?)  że problemów nie ma. Everything Goes According to Plan a także Not in My Term of Office, itepe, itede…
I znowu im/nam nie wyszło czy to śmiecie, czy to
infrastruktura, czy to dziura budżetowa i nieuchronny klif fiskalny. 50, 60 a może 90% …..no, może nie tak nieuchronny, bo przecież jak nam się KRI świecą, to wystarczy je wyłączyć i…
już po ryzyku!
Po raz kolejny okazuje się, że jak mówi motto bloga „Na Kon
wsiędziem….” i rzeczywiście jest „Jakoś”. Nie będziemy tu się znęcać politycznie bo i tak nigdy nic z tego nie wynika a i dzięki krytyce do wymarzonego koryta i tak nie dopuszczają, a jednocześnie ciągle słyszymy , że to dopiero 10/15/20 (niepotrzebne skreślić) lat i „mamy czas”, i  były zabory i wojna i Janka Muzykanta w piecu Prusacy z Anielką upiekli, przez to wiadomo jest nam trudno etecetera, a trzeba i przyznać Waszej Redakcji Ryzykonomii lata lecą i coraz trudniej na te zmiany w długim okresie czekać, bo jak mawiał Keynes „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”. Tamten kolega wyjechał za granicę, ta córka koleżanki już się szykuje, tamci żałują że nie wyjechali jak mogli, ale może jeszcze …Ale ponoć już za chwileczkę już za momencik coś się zmieni, zaczniemy planować,
przewidywać, liczyć i robić to co jest do zrobienia i „jakoś to będzie”. Taaa….
No, znowu bezwiednie zdryfowaliśmy poza ściśle zarządzanie ryzykiem, może jak kasia te
Bestseller ! Kliknij by zobaczyć!

zaczniemy pisać o modzie i makaronie nabijając sobie tysiące
fanów ważnymi tematami, ale  niech nam P.T. Czytelnicy Bloga dzisiejszy pesymizm wybaczą ( choć preferujemy profesjonalny termin      dentyfikacja ryzyka” ) sądząc po kierunkach modernizacji, a raczej jej braku widać jak na dłoni i bez rejestru i bez mapy ryzyka, dokąd nieuchronnie zmierzamy.

 No debate, tylko paradygmaty … tu przychodzi nam na myśl
ciekawy cytat naszego kolegi i prelegenta Granta Purdego z Australii, który napisał niedawno, że:
„Ostatnimi czasy, coraz częściej zauważam, że w zarządzaniu
ryzykiem nadmierny nacisk na rozwój różnego rodzaju „ceremonialne instrumenty”,  „ryty” , „obrzędy”, jak
w jakimś sekretnym stowarzyszeniu powoduje, że coraz trudniej zrozumieć innym, co naprawdę powinni oni robić, aby lepiej zarządzać ryzykiem”  
(cytat niniejszym dodajemy do naszej rubryki cytatów na
pasku po tytułem bloga)
Tajemniczo brzmi, prawda? Już wyjaśniamy. Otóż na „zachodzie”
także w zarządzaniu ryzykiem toczy się nieustanna debata: jak to robić? jakich narzędzi używać? Który standard jest lepszy… a może coś innego?  Co ma, a co nie ma sensu ?
To tak jakby ktoś u nas zadał pytanie: po co nam kontrola
zarządcza i jaki jest tu ratio  koszt/zysk ? Gdzie było zarządzanie ryzykiem przy klęsce śmieciowej ?  Albo, z innej działki:  jak to jest z tym zarządzaniem jakością w firmach? Każdy ma znaczek, ale jakie są rezultaty wydrukowania mega regulaminów i auditów (nie mylić z audytami) ? Szalone pytania,  nieprawdaż ?
Jest – jak jest, więc póki co Wasza Redakcja Bloga będzie
samopas rzucała sobie challenge do takich wydawałoby się „oczywistych oczywistości” i paradygmatów rodzimego rachitycznego risk manadżmenetu jak (na początek) :
Czy mapowanie ryzyk , wszechpopularny kolorowy  gadżet ma w ogóle sens ? Czy to nie strata czasu i mega zmyłka ?

Czy istnieje w ogóle apetyt na ryzyko ? Kto to umie policzyć
? Po co to komu ? Kto 
to zrozumie ? Czy nie wystarczy koncepcja “kryteriów ryzyka” ?

Co broni  “kanoniczny” wręcz model  trzech
linii obrony i czy w ogóle coś broni ?
I nie myślcie, że otrzymacie odpowiedzi na jakie oczekujecie….
To już wkrótce , zostańcie z nami ……

Bez paradygmatu o ryzyku Bez paradygmatu o ryzyku Bez paradygmatu o ryzyku

Mylenie się jest esencją zarządzania ryzykiem

0
mylenie się

Myliłem się ! Jeszcze kilka dni temu przyznaję, trochę cynicznie wieszczyłem wysoką wygraną Le Pen w wyborach we Francji. I nawet jeżeli nie w pierwszej turze, to potem i tak. Inna sprawa, że wiele się jeszcze może wydarzyć….

Wynik wyborczy we Francji jest i tak niezwykle ciekawy, bo przecież w II turze nie znalazł się żaden z kandydatów dwóch największych ugrupowań od lat. I Le Pen i Macron są spoza “układu”. To nowe nadzieje ludu na zmianę “systemu”…

Inna spraw, że i w II turze wiele się jeszcze może zdarzyć. A i prawdopodobne są zamachy terrorystyczne, które mogą mieć wpływ na wynik wyborów, podobnie jak to było w Hiszpanii w 2004. Dlaczegoś (ha, ha) islamistom zależy na wygranej Le Pen… no nic w tym dziwnego, bo chodzi o sianie nienawiści. A to na pewno bardzo dobry kandydat, wręcz wymarzony dla dżihadystów.

Ale miało być o myleniu się… Bo tak sobie przy okazji pomyśleliśmy, że “godzenie” się na możliwość pomyłki jest jednym z kluczowych wyzwań nie tylko zarządzania ryzykiem, ale też i planowania, budżetowania, budowania scenariuszy. No, przecież tu o TO chodzi. Zastanawiamy się nad przyszłością, próbujemy ją przewidzieć, ale nie zawsze musi się to zakończyć sukcesem. I nawet nie powinno, bo to by oznaczało że czas już zwinąć manatki i udać się na spotkanie w niebiosach, albo pobiec do najbliższej kolektury Lotto…

Ludzie się mylą i nie jest to ani niczym dziwnym, ani złym, ani nagannym. Ani już na pewno mylenie się nie powinno być argumentem PRZECIW planowaniu, zarządzaniu ryzykiem, budżetowaniu itd.

Mylenie się powinno być natomiast lekcją, nauką, co poszło nie tak, jakie założenia były błędne. I oczywiście jak to zmienić w PRZYSZŁOŚCI, która…ponownie może nas zaskoczyć, bo mylić się rzeczą ludzką est. Byle mylić się jak najbardziej procesowo, systematycznie. I nie na przysłowiową “pałę” , kiedy to tylko jest możliwe.

Jak ładnie ktoś powiedział: człowiek mądry uczy się na błędach własnych, sprytny na cudzych, a głupiec… nie uczy się WCALE !

Howgh!

mylenie się mylenie się

Mapa ryzyka 2016

0
mapa ryzyka 2016

Mapa ryzyka 2016, kontynuujemy naszą doroczną analizę.

Tak się składa, że od paru rocznic, trochę samozwańczo, ale i z pewną zachętą Redakcji Gazety Ubezpieczeniowej pochylaliśmy się nad naszą prywatną szklaną kulą próbując zgłębić ryzyka tylko czekające już na wygaśnięcie sylwestrowych lampionów. A, że tworzenie map ryzyka pozostaje nieustająco en vogue, więc jeszcze raz pokusimy się o zarysowanie naszej autorskiej Mapy ryzyka 2016. Nic innego zresztą nam nie pozostaje, bo od jakiegoś czasu nawołujemy bezskutecznie na Ryzykonomii, że bardzo by się takie mapy ryzyka wszystkim przydały. Rządom i ich agendom, biznesom i „zwykłym człowiekom” też.

Przechodząc do szkicowania Mapy 2016 w natury rzeczy okrojonej przez wielkość tej kolumny formie, pomni tak zmiennego roku 2015 zauważamy, że precyzyjne oszacowanie wielkości ryzyk staje się coraz większym wyzwaniem. Bo konia z rzędem temu, kto przewidział chociażby rozmiar masakry w cieniu Wieży Eiffla, czy nasze rodzime konstytucyjne zamieszania. Nie porzucając wysiłku oceny wielkości ryzyk spróbujmy tutaj przede wszystkim skoncentrować się na interrelacjach, powiązaniach, które naszym zdaniem zdominują profil ryzyka roku 2016. Roku jeszcze bardzie ryzykownego i pełnego coraz bardziej splątanych ryzyk niż lata poprzednie.

Mapa ryzyka 2016 ma w tym roku trochę inną formułę niż w latach ubiegłych i zdradzimy zresztą już w tym miejscu, że to jest główne przesłanie, które płynie z naszej analizy: rośnie niepewność, scenariusze stają się coraz bardziej zamazane, wielowątkowe i wielopoziomowe. Jednocześnie dalej tkwimy w prostych, mechanistycznych ekstrapolacjach dochodów narodowych i deficytów budżetowych, pięknie to wygląda i matematycznie, tylko czy idzie z duchem czasu 2016?  Dziś bowiem duch ponownie zaczyna coraz wyraźniej dominować nad materią (nie mówiąc o prawach), mapa ryzyka 2016 faluje, zawiewa wiatr historii, chcą tak nawet klimatolodzy.

Oczywiście, wszystkie analizy potwierdzają, że ryzyko polityczne będzie grało w 2016 na najwyższym rejestrach, równie globalnych jak i lokalnych. Rozpychające się Chiny, grasujący po świecie Rosyjski Niedźwiedź, poszukujący przywództwa Wielki Szeryf, pozbawiona Idei Europa, trudno wskazać jakiś stabilny punkt na globalnej szachownicy. I tu na przykład wydaje się, że w kręgach naszych rodzimych właścicieli ryzyk wciąż niska jest świadomość, że nasz skromny kraik również ma swoje miejsce na globalnej mapie ryzyk politycznych i to być może nie tak aż poślednie. Ba, już wcześniej, co niektórzy pisarze zwracali uwagę, że między Odrą, a Wisłą toczą się boże igrzyska. Więc nie ma co się dziwić, że nasz rodzima mapa ryzyk politycznych będzie baczniej obserwowana z zewnątrz i kto myśli dzisiaj, że jego chata z kraja, wolnoć tomku w swoim domku, po prostu nie dostrzega sieci powiązań, które oplatają naszą globalną wioskę. Z tego punktu widzenia gmeranie w systemie ma swój geopolityczny i geogospodarczy wymiar, bo polityka zawsze była spłatana z gospodarką i w nadchodzącym roku będzie to widoczne jeszcze jaskrawiej.

Z europejskiej perspektywy możemy sobie wyobrazić scenariusz Brexitu, połączony ze zwrotem Francji w prawo po wyborach i wzrost nacjonalizmów spowodowanych kryzysem emigracyjnym. Czarna wizja, gdyby tylko ten pęczniejący milion uchodźców czekających na plażach Morza Śródziemnego nie był tak realny. Taka wędrówka ludów będzie miała wielki wpływ na gospodarkę, jeżeli ktoś wątpi niech zajrzy do podręczników historii. Choć w krótkim okresie 2016 roku systemowe zabezpieczenia wspólnego rynku wciąż pozostaną niepodważone, ale już ograniczenie strefy Schengen wydaje się nieodwracalne. Jak sobie będzie w tym galimatiasie radzić polska gospodarka? Jeszcze w październiku ankietowani dyrektorzy finansowi przewidywali, że nasz PKB będzie na poziomie ca. trochę poniżej lub ponad 3%. Trudno powiedzieć jak dzisiaj do ryzyka nastawieni są zapytywani, dużo naobiecywano ze wspólnej kasy, a gdyby kto nie pamiętał przypominamy, że żaden rząd własnych pieniędzy nie ma, tylko żeby było dowcipniej, ma nasze.

mapa ryzyka 2016

Schodząc na poziom “mikro mapa ryzyka 2016”, to opiewany od zawsze przez polityków przedsiębiorca, ciągnący wózek gospodarczego rozwoju kraju będzie musiał jeszcze bardziej kluczyć w gąszczu globalnych i lokalnych zasadzek. Z jednej strony przedsiębiorcy ma być lepiej i łatwiej, a gospodarka „ma” się rozwijać, przy czym mógłby ktoś argumentować, że biznes lubi spokój, a z tym w najbliższej perspektywie może być słabo. W bliskości majaczy powabna idea reindustrializacji i repolonizacji także sektora bankowego i ubezpieczeniowego, dlaczego nie, tylko nie za bardzo wiadomo, jak wpłynie na rynki i jak będzie to robione. W tej całej niepewności i zawierusze jak się wydaje, co najmniej sektor ubezpieczeniowy powinien mieć się lepiej, bo w końcu ubezpieczyciel zarabia na ryzyku. Oczywiście nie na tym ryzyku, któremu sam podlega, splątanemu ryzyku roku 2016, jak wszyscy.

Dołącz do 550 profesjonalistów.
Zamów cykliczny bezpłatny Newsletter.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w formularzu subskrybcji dla potrzeb niezbędnych do wysyłki Newslettera Ryzykonomii (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o Ochronie Danych Osobowych; tekst jednolity: Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.).

Agencje ratingowe

agencje ratingowe

Agencje ratingowe to temat każdemu menadżerowi, jako tako znany choć menadżerowi ryzyka na pewno lepiej. Ale też, jak to ostatnio bywa, wszyscy naokoło przechodzą szybką, rzec by można eksternistyczną edukację w zarządzaniu ryzykiem, także i w tym zakresie.

Edukacja w ryzyku

No, bo już setki tysięcy Obywateli na własnej skórze wyedukowało się w ryzykach kursowych, teraz uczymy się błyskawicznie o ryzykach politycznych. Choćby tego, że z punktu widzenia oceniających, nie ma zasadniczo znaczenia czy rządzą nami X czy Y-ki. Mamy państwa mocno totalitarne oceniane jako inwestycyjnie stabilne i te znacznie bardziej demokratyczne, gdzie lepiej nie przywozić swoich pieniędzy.

Istotne jest więc to, jak sytuacja polityczna oddziałuje na profil ryzyka, zestaw szans i zagrożeń mogących mieć wpływ na biznes. Oczywiście biznes to interesy, a interesy zawsze są “czyjeś”. Natomiast rynki finansowe są w swojej ocenie ryzyka politycznych w pełni subiektywnie obiektywne, działają tak jak działają, czy się to nam podoba czy nie.

W drodze do Timbuktu

Agencje ratingowe, o których tak ostatnio głośno są w temacie ryzyk politycznych kluczowym graczem, ze wszystkimi ich, agencji blaskami i cieniami szeroko opisywanymi w źródłach specjalistycznych i bulwarowych.
Jeżeli natomiast postawimy się „w butach” boardu inwestora, rozmyślającego o inwestowaniu dajmy na to w Timbuktu, to i my sami szukalibyśmy jakiejś pomocy w ocenie ryzyka Timbuktu bez względu jakbyśmy ze słodkim / znienawidzonym (niepotrzebne skreślić) Timbuktu byli związani.

Wreszcie, zupełnie deprecjonując opinie tych agencji musielibyśmy założyć, że niczego się one na swoich błędach nie nauczyły, pozwy i postępowania wytoczone przeciw niem między innymi przez rząd USA nie doniosły żadego skutku i wogole siedzi tam banda idiotów i oszustów sterowanych przez niezgłębione a tajemnicze siły. No, to by były chyba dość daleko idące konstatacje. A nawet gdyby, to co by to zmieniło ?

Zaprawdę musielibyśmy w ogóle konsekwentnie zaprzeczyć, że ryzyka politycznych i pewnie w ogóle ryzyka nie ma, co jest, pewną metodą zarządzania ryzykiem, zdaje się nam jednak zasadniczo błędną. Albo co gorsze musielibyśmy sami do wspomnianego Timbuktu jechać i z timbuktańczykami rozmawiać i ich zapoznawać. Oh, słodkie Timbuktu !

Zresztą krytyka funkcjonowania agencji ratingowych jest o tyle przesadzona, że w zasadzie jest krytyką całego współczesnego sytemu kapitalistycznego, który jakkolwiek ma wiele wad póki, co nie rysuje się nam na horyzoncie nic innego.

Agencje ratingowe powrócą

Także wydaje się nam, ż powinniśmy zgłębiać zasady działania agencji zarówno na poziomie mikro i makro i szanse i zagrożenia z tym związane, i co nam mogą powiedzieć ratingi, które na przykład coraz więcej interesują się dojrzałością zarządzania ryzykiem w organizacjach, o czym jeszcze za chwilę pozwolimy sobie napisać.

Wybory, ryzykonomiczne wybory !

0
wybory

No nie denerwujcie się drodzy Czytelnicy, chodzi o wybory odpowiedniej opcji… bo właśnie na Ryzykonomii macie niezapomnianą, jedyną taką i wyjątkową okazję wziąć udział w kolejnym badaniu ryzykonomicznym.

Tym razem spóbujemy (z Waszą pomocą ) odpowiedzieć na pytanie “Ile ryzyk powinno się znaleźć w typowym rejestrze ryzyka?”

Choć może część z P.T. Czytelników bloga się żachnie (to zależy, to zależy, to zależy !!!) ale doświadczenie uczy, że wiele organizacji zastanawia się, a nawet być może boi wręcz zarządzania ryzykiem, bo nie wie ile problemów (ryzyk) może taki proces wygenerować.
A także: jaki jest benchmark? Więcej czy mniej ? Gdzie się zatrzymać? Czy już “wystarczy”? A wielkości rejestrów ryzyka, są różne, różne, wierzcie mi…

Głosujmy !!! Wybory !
Na stronie !!! Wyniki wkrótce !!!

Risks of a lean superduper

0
risks of lean

A lean management concept is based upon the elimination of everything that does not bring added value to the respective product or service from the supply, production and sale process. And… please accept my deepest apologies for this simplification, Dear lean management experts, or whoever is reading this article…

Firstly, Toyota

Normally, as the best benchmark of a successful lean implementation, proponents of this idea point out the TPS or Toyota Production System. Lean processes are constantly excelled in the Toyota Corporation resulting in the well-known reliability of this company’s products. Of course, we can also mention other roots of a lean idea. These are the organisational improvements and inventions of Henry Ford, the father of the modern automotive industry and mass production in general.
I must confess here and now, that I am not an expert in lean management, but only in risk management. Thus, when a discussion titled “defects of lean management” appeared on my “radar screen” some time ago, my attention was drawn to the word “defects”. From “defects” (I thought) there is just one step to “risks”, and, after all, that’s what tigers do best!
Firstly, I dare say that at least some protagonists of a lean approach I have seen believe that this System (or solution, or idea, or managerial philosophy, whatever you call it) has a risk management component already included. Lean is so perfect and all-problem-solving super-duper, that no separate risk management is needed. Fact?

Poohsticks

News about ideal risk-free circumstances is always good news because, for a risk manager, as Donald Rumsfeld, the once US former Secretary of Defence remarked in his ironic speech: “There are known knowns. These are things we know that we know. There are known unknowns. That is to say, there are things that we know we don’t know. But there are also unknown unknowns. There are things we don’t know we don’t know.” And, we could also quote here another famous thinker: “…the more he looked inside, the more Piglet wasn’t there.
And here you are! Even before considering the known and unknown advantages of lean management, just some simple research of easily available sources such as The Financial Times or The WSJ shows that… The risk is still there and, what a surprise! The best example is indeed the Toyota Production System itself!
Sources indicate, for example, that the slimming of the supply chains of the world’s largest auto maker that embrace the elimination of an “excessive” number of suppliers results in a simultaneous increase of a “classic” supply chain risk. That relationship was dramatically demonstrated during the tragic tsunami in Japan in 2014.

Another manifestation of “lean” philosophy is a specific approach to product design, which allows automakers to use the same elements in different car models. By the way, this is indeed a global trend, because all cars lookalike, don’t they?
Of course, from the point of view of production and cost efficiency, lean is good and brings profits but assume that something dramatic happens with a “lean” supplier of a very small but very important part and in a moment, production of all Toyota models Yaris, Corolla, Lexus is affected. Well, maybe, not Lexus and Yaris together, apologies for simplifying (as a lean management and Lexus non-expert).

These long chains

Unfortunately, a nasty and hidden risks of lean management not only creates a threat of supply chain interruption (or even total business interruption) but also immediately sets off a reputational risk. Every journalist appreciates the good news of bad news coming from top business names, as Toyota is. And carmakers are undoubtedly on the top of their “Breaking news” agenda.
Of course, the competition, politicians and other risk “stakeholders” are not going to miss an opportunity. Just think about the scandal of alleged “self-accelerating” Toyotas. Incidentally, the case appeared to be faked and simply not true. It was finally explained in favour of Toyota but… who remembers it today, in a world of an electronic public opinion, mindless social media bringing a verdict of “guilty” in seconds?
Another “lean related” risk, that is common and important for business today, not only just manufacturing, is product recall. This is again a big headache for the automotive industry – see the “Das Auto” problem. Of course, product recall threat is well known everywhere, so we can repeatedly read about electrocuting hair dryers, contaminated infant food and lethal toys.

Only human

Last but not least, a risk related to lean management arises from a “human” factor. There are sociological studies pointing out that lean, as the most modern approach to work organisation, also brings de-humanisation of labour. Within global lean production chains employees can be perceived as another “brick in the wall” sacrificed for the sake of growing “value added” optimisation. Remember Charlie Chaplin in “Modern times”? Lean is king, so stay in line and produce, produce, produce…
Thus, even a quick review of the lean risk landscape shows that there are a number of not so “lean” risks related or even created by lean management itself. That is, on the other hand, no surprise because risk is everywhere and usually man-made. And for the protagonists and lovers of “clean” lean management, without a separate risk management process we can recommend Toyota’s corporate web page, where you can easily find a dedicated and separate risk management framework. As well as such typical ERM functions like CRO, Chief Risk Officer and Board Risk Committee. Because each new, even more sophisticated management solution in addition to new opportunities creates new risks of lean to manage.

risks of lean   risks of lean    risk of lean   risks of lean   risks of lean

Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem cz.1

0
Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem

Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem, albo i… nie zarządza, bo to ciekawy naszym zdaniem temat, który chcielibyśmy dzisiaj poruszyć na łamach Waszej ulubionej Ryzykonomii…

Zarządzanie ryzykiem jak wiadomo, poza sferą wokalno-paszczową jakoś specjalnie u nas popularne nie jest. Choć, oczywiście nie obrażajcie się „wy którzy tu (na ryzykonomia.pl) wchodzicie” (re: Danthe Alighieri). Tak to jest, jak mówi trzecia zasada Ryzykologii, że krytyczne uwagi o spóźnialskich słuchają ci, którzy przybyli na czas, a  uwagi o niewiedzy innych ci, którzy wiedzą. Nie ma sprawiedliwości….

No więc, wracając do kwestii naczelnych, to tam, gdzie ono w końcu jest (lub ma zaraz być) to zawsze ciekawym problemem i o dziwo zasadniczo niezbyt eksponowanym jest rola jaką powinna pełnić Rada Nadzorcza.
Czy może powinno być taka, jak mówią choćby Dobre Praktyki Spółek Notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. Tamże czytamy, że:

 III.Z.5. Rada nadzorcza monitoruje skuteczność systemów i funkcji, o których mowa w zasadzie III.Z.1, (kontroli wewnętrznej, zarządzania ryzykiem oraz nadzoru zgodności działalności z prawem (compliance przy. Red ), a także skuteczną funkcję audytu wewnętrznego, w oparciu między innymi o sprawozdania okresowo dostarczane jej bezpośrednio przez osoby odpowiedzialne za te funkcje oraz zarząd spółki, jak również dokonuje rocznej oceny skuteczności funkcjonowania tych systemów i funkcji, zgodnie z zasadą II.Z.10.1.
W przypadku, gdy w spółce działa komitet audytu, monitoruje on skuteczność systemów i funkcji, o których mowa w zasadzie III.Z.1, jednakże nie zwalnia to rady nadzorczej z dokonania
rocznej oceny skuteczności funkcjonowania tych systemów i funkcji.

No więc według Dobrych Praktyk Rada Nadzorcza w ten sposób zarządza ryzykiem, uczestniczy w tej chwalebnej aktywności, że „monitoruje”. Od razu pojawiają się tu pytanie, jak i czy w ogóle to monitorowanie przebiega i jakie oceny może tu Rada Nadzorcza wystawić?
Monitorowani oznacza proces ciągły, czyli co? Monitoruje jak często? Na każdy posiedzeniu, kwartalnie, półrocznie?
Bo na pewno, jak by wynikało z dalszych akapitów – rocznie? Kto o tej, jakże ważnej częstotliwości decyduje i gdzie jest ona zapisana?
Jak donosi nam przecież niezwykle ceniony w biznesie Dział Doradczo-Szkoleniowy Ryzykonomii, Rady Nadzorcze rzadko przyjmują jakiekolwiek regulacje wewnętrzne w tym zakresie. A i Politykę Zarządzania Ryzykiem, jakże przyjazny i pożyteczny dla Rad, prościutki dokument mało kto ma. Bo jak bez niego mówić że Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem?

No dobra, kiedy by to nie było, “monitorujemy”, ale…Co właściwie monitorujemy, choć niby to proste, że – „skuteczność”.

Tu mała uwaga, wtręt od-Redakcyjny. Nasze rozważania to wcale, wyobraźcie sobie nie jest krytyka zapisów Dobrych Praktyk GPW. Zastanawiamy się natomiast jak mogą i są one prawdopodobnie przetwarzane (o ile, o ile!) przez spółki.     

Jak możemy monitorować skuteczność zarządzania ryzykiem?

Wiemy, wiemy, że nasi oczytani P.T. Czytelnicy zaraz tu powołają się na polecany przecież już i przez Redakcję Ryzykonomii podręcznik dla Rad Nadzorczych, a propos Komitetów Audytu autorstwa KNF. Czy dobry poradnik “Komitety Audytu – pierwsze kroki”.  A w przypadku Kontroli Wewnętrznej mamy na przykład ogromniaste COSO III „Jak monitorować system kontroli wewnętrznej”, choć akurat radom tego dokumentasa nie polecam. Fajny miejscami, ale wielgaśny.

W ogóle to fajne są wszelkie podręczniki, ale przecież w biznesie, w konkretnych wdrożeniach Rady i Zarządy „dawajcie praktyczne narzędzia, zero teorii, tylko praktyka!” wołają. No więc jak monitorować tę “skuteczność”? Zapewne, dobrze byłoby coś tu niecoś skwantyfikować i zmierzyć. Co i jak zrobiono i w jakiej ilości, może jakieś KRI obejrzeć i co on właściwie Zarządowi pokazał?
Jak nam się zmieniły KPI-aje w odniesieniu do KRI-jów? Jakie są benchmarki? Co sądzi kontrola wewnętrza i audyt o ryzykach? Co sądzi sam dział zarządzania ryzykiem o swoich działaniach? Jak zmienił się profil ryzyka spółki? I czy my (na Odyna!), w ogóle jakiś Profil Ryzyka mamy?
No więc pytań na sam początek nie brakuje. I jak się Czytelnik już chytrze domyśla temat będziemy kontynuować, bo to pierwszy odcinek “Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem”. Wracamy za chwilę…

Rada Nadzorcza zarządza ryzykiem

Me ! A może Bee ?

0
me ryzykonomia

W najnowszym numerze Gazety Ubezpieczeniowej, którą czytajcie aż miło z dumą prezentujemy mały nasjterszczyk Naczelnego Redaktora Ryzykonomii (więcej) artykuł o dźwięcznym tytule “Meeczeniee owiec”. Nie jest to jednka rzecz o zarządzaniu ryzykiem w rolnictwie, a przecież i ten niezwykle ważny dla naszego rolniczego kraju podejmowaliśmy na łamach. Nie jest to rownież analiza metod porozumiewania się przedmiotowych ssaków choć, przyznajemy, przy lekturze artykułu może pojawić się pytanie: mee, czy może bee? Bowiem niektóre źródła sugerują, że to dźwięk paszczowy kozy, ewentualnie barana…Eeeee.

Ale, skoro o komunikacji jest mowa to już jesteśmy bliżej, bo Autor przedmiotowego artykułu sprytnie przemyca w tekście tematykę herdingu, owczego pędu, który ma zwykle niezwykle ważne
znaczenie dla procesu podejmowania decyzji w warunkach ryzyka, a więc zawsze (no może oprócz takich projektów jak nasze superprawie szybkie nonPendolino gdzie ryzyka nie ma a bilety będą po 49,50).
Otóż owczy pęd to zjawisko powszechne i niestety bardzo ryzykowne, choćby widoczne w klasycznym run-ie na banki czy jak w przypadku Grecji ostatnio, na bankomaty.
Owczy pęd jest bezpośrednio związany z problemem asymetrycznej informacji (bo taka tylko jest dzisiaj) i tak zwanymi kaskadami informacyjnymi, których klasycznym przykładem może być plotka oddolna (kaskada wstępująca) obemująca coraz większy obszar, jak ostatnio o wybuchu eletrowni, mamy nadzieję nie opiliście się jodyny, czy odgórna czyli kaskada zstepująca (żeśmy znieśli bariery zadłużenia, bo inni znieśli, ale oczywiście podatki żeśmy podnieśli).

Oczywiście, zasadniczo owczy pęd nikomu specjalnie nie przynosi korzyści chociaż są przesłanki i

Czytaj i Nie błądź !

na to, że w stadzie i tak lepiej, nawet błędnie.
Co ważne w artykule poruszony został temat herdingu w zarządzaniu ryzykiem ale niestety nie tym “pozytywnym” (zarządzajmy ryzykiem bo inni zarządzają).
Bo jest i herding “negatywny”, szkodliwe beeczenie widoczne choćby w reguacyjnym rozpasaniu, kiedy uważa się że kolejne regulacje zastąpią prawdziwą kulturę zarządzania ryzykiem, a już historia SOX-a dowiodzi przecież, że tak nie jest. U nas ten mit regulacyjny w zarządzaniu ryzykiem próbuje się challengować rodzimymy regulacjami w zakresie ryzyka powtykanymi to-tu, to-tam czy systemem Kontoli zarządczej.
Inna sprawa i co światlejsi eksperci od zarządzania ryzykiem (jak wspominany Autor artykułu zauważa celnie, że i w ERM-e mamy swoisty herding, który można zauważyć w:

  • komplikowaniu języka (inherentne, rezydualne, apetyt, tolerancja, istotność, czynniki itd.)
  • radosnym mapowaniu
  • mnożeniu bądź dziesiątkowaniu ryzyk
  • niezgłębianiu mocnych i słabych stron standardów
  • pompowaniu dokumentacji
  • zlepkach pojęciowych (zarządzanie ryzykiem i kontrola zarządcza, mechanizmy kontrolne…)
  • oczywistych czywistościach (model 3linii obrony, “najważniejsze” ryzyka)
  • i więcej …

O czym napiszemy jeszcze, doszcegółowiając, w kolejnych odcinkach Ryzykonomii.

 

Prędkość zabija pełna ryzykonomia

0
prędkość zabija
Uff,  właśnie rodzina przyjechała znad jezior, nie żebym się martwił o zdolności kierownicze, dużo bardziej wierzę rozsądkowi kobiet z kółkiem, ale wiadomo ci Świetni Kierowcy w swych super maszynach z naprzeciwka z lewa i z prawa (i na jednopasmówkach także).
ICH się po ponad 20 latach dość intensywnej i póki co
bezwypadkowej (odpukujemy) i 2-manadatowej jazdy (tym się chwalimy choć mamy wrażenie u nas jest to powód do niedumy, tak jak powodem do macho-dumy jest bulenie mandatów), ICH  boimy się naprawdę.
Temat poruszamy nie tyle dlatego, że najwyraźniej tragedia
kolejowa w Hiszpanii jest wynikiem surrealistycznego speedingu. Nawiasem mówiąc, zarządzanie ryzykiem w kolejnictwie to temat bardzo ważny, wspominaliśmy jakiś czas temu jak sobie z tym radzą w legendarnym Schinkansenie. Japończycy zresztą bardzo podkrelaj wagę systematycznego zarządzanie ryzykiem  bardzo, a w szczególności, pisaliśmy o tym, konieczność nieustannego budowania i wzmacniania  kultury zarządzania ryzykiem. Bo w istocie szalona prędkość, hekatomba na polskich
drogach (nie bujajmy się i na nowych i na starych) jest soczewką w tysiąckrotnym powiększeniu pokazującą  niską kultury
zarządzania ryzykiem czy bezpieczeństwa (jak kto woli) Polaków właśnie. Na wypadkach drogowych, tym „nierozwiązywalnym” problemie tracimy c orocznie miliardy PKB, potem na przykład próbujemy te roztrwonione gigantyczne środki w ułamku dozbierać na Orkiestrze; zawsze jest lepiej rzucić grosik i uronić z dumą łezkę niż pomyśleć i zaoszczędzić miliardy. O hipokryzja ! (Uczciwie mówiąc podobnych “schematów” możemy wymienić wiele).
O aspekcie ludzkiego nieszczęścia nawet nie wspominamy, do
tego trzeba wyobraźni, której większości rodzimych kierowców zwyczajnie brakuje.
Zdjęcie pierwsze
Przy herbacie, po pewnym biznes spotkaniu, inteligentni
przecież i dystyngowani rozmówcy przechwalali się przy stole,  jak to jeżdżą z Gdańska do Warszawy w 3 i może
pół godziny (my jedziemy, ca. 5 co za wstyd…), oczywiście jak zawsze SZYBKO ale OSTROŻNIE. Tak zresztą pewnie
myślała pewna znajoma, która ledwie uszła z życiem po długim szpitalu wyjechał ktoś na skrzyżowaniu, bo przecież fizyka ma swoje prawa dynamiki i stali nie da się zatrzymać ot, tak w miejscu. Nawet tak Dobrym Kierowcom, jakich nieustannie
spotykam.
Zdjęcie drugie
Korzystam z uprzejmości znajomych, podwożą mnie do domu
przez Polskę. Obiecałem sobie już nigdy nie jeździć z nieznajomymi, ale lenistwo, parę groszy zaoszczędzone. Kilka godzin jazdy często po 180 choćby na zatłoczonych odcinkach A2, odległości po paręnaście metrów. Także w deszczu.  Udało się , żyjemy. Tylko ja najwyraźniej dziękuję niebiosom za przetrwanie. Normalka.
Zdjęcie trzecie
Wracam polskim busem zimą. Biała droga śnieżyca, wyprzedzamy
po trzy ciężarówki na jednopasmówce, najszybszy pojazd na trasie. Zgroza. W pól roku później, niedawno wypadek tej samej lini i setki komentarzy potwierdzających
moje obserwacje. Przy okazji, jestem chyba jedyną osobą w zasięgu wzroku w pasach, które ma każdy nowoczesny autobus. Bo wstyd. Ale odcięte nogi, ręce – nie wstyd ?
I tak dalej….
ZOBACZ BESTSELLER !
W ogóle zawsze nas zastanawia ten “odlot rozumu” (jak celnie przy innej okazj zauważył Paul Johnson), rozmawiamy z miłymi i inteligentnymi ludźmi, potem wsiadają do samochodu i zmieniają się w Dr Jekylla i Hyda pędząc na zatracenie, najeżdżając na grubość zderzaka innych „zbyt wolnych”, „nie tak dobrych” użytkowników (hej, czy to nie kompleks….). Zresztą to najeżdżanie ala’ Formuła 1 to powszechna plaga polskich dróg . I znowu jeden
z drugim (cenzura) nie jest w stanie zrozumieć, że to czysty ruch opóźniony, im szybciej jedziesz tym dłuższa droga hamowania, „halb tacho” jak piszą na austriackich autostradach, zmienia się u nas w „pół zderzaka”, bo przecież jest SZYBKO ale OSTROŻNIE.
Nie wiadomo do końca z jakiego powodu hiszpański
maszynista tak speedował, bo co do tego nie ma wątpliwości, przychodzi jednak taka refleksja, że podejście do prędkości i zasad ruchu drogowego jest w Hiszpanii cokolwiek zbliżone do naszego (nasza empiryczna wiedza,; choć chyba znacznie bardziej
boją się policji i zdaje się guardia civil), ta sama ułańsko-donżuańska idiotyczna fantazja i brak obiektywnej oceny sytuacji i własnych ograniczeń.
Prędkość zabija i nie ma co do tego wątpliwości, to są empiryczne
dane (bardzo proszę), wystarczy poczytać, nie żebyśmy jakoś lubili się wlec po drodze, ale po to są przepisy, prawo, za którego stanowienie i utrzymanie SAMI płacimy, żeby je przestrzegać ! Czy Prawo, instytucjonane zarządzanie ryzykiem to jakiś oksymoron ?
Co z tego że dojedziemy na wakacje pół godziny wcześniej
albo będziemy mogli się pochwalić przed macho kolegami naszym genialnym kierownictwem, jak któregoś dnia – nie dojedziemy ?Albo inni przez nas nie wrócą do domu przez nas ? Czy
ludzkie tragedie są warte paru minut, o ile o to w ogóle chodzi? Bo niby gdzie wszyscy się śpieszą w weekend?

Śpiesz się powoli. Jak wyjedziesz spóźniony przyjedź spóźniony.
Prędkość zabija, głupota zabija. Dobrze jest znać swoje ograniczenia. Także fizyki i prędkości. Amen. 

Prędkość zabija Prędkość zabija Prędkość zabija