zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 3

Smacznego Jaja !

0
smacznego jaja

Smacznego Jaja, Wesołych Świąt, Mokrego Dyngusa etc. etc. życzy wszystkim Starym, Nowym, Przyszłym, Wiernym i Niewiernym Czytelnikom portalu Ryzykonomia jego skromna Redakcja Naczelna.

Niech Wam… ale…. bardziej profesjonalnie jest nie zdawać się na Siły Wyższe, które i tak mają dostatecznie wiele zapytań, tylko samemu postępować z zagrożeniami i wykorzystywać pojawiające się szanse!

I… niech to będzie nasz Przekaz Dnia na nadchodzące Święta i po nich.
Trzymajcie się i wracajcie na Ryzykonomię, bo będzie jej coraz więcej i nowiej. Wkrótce.

Rady Nadzorcze 2013 – raport i analiza

0
rady nadzorcze
Rady Nadzorcze, ryzyko…Eh, znowu ta niedola pukania w klawisze zamiast robienia  kariery w jakiejś sympatycznej, nieciężkiej, nieodpowiedzialnej pracy…np. w  jakiejś Radzie Nadzorczej czy Coś. ( Naczelny Bloga właśnie się ironicznie uśmiecha do mnie zza szyby swojej kanciapy, jakby chciał powiedzieć „nie dla psa kabanosy”
coś za bardzo domyślny się staje stary sknera… a podwyżek to się nie domyśli, oj nie !)
.

Ryzyko i Rady Nadzorcze…

No, nic dziwnego że nam przychodzą takie myśli do głowy dopiero co byliśmy w Klubie Biznesu na prezentacji PwC ala’ wielka czwórka ich raportu „Rady Nadzorcze 2013. Skuteczność rad nadzorczych w spółkach publicznych notowanych
na GPW”
wyniki zbierali 2011-12 i zgrabny raporcik ulepili zresztą dostępny dla P.T. Czytelników bloga pod adresem tutaj.  Raporcik zgrabniutki na ładnym kredowym papierze wydrukowany szczerze jednak przy tym mówiąc…nic specjalnie w nim nie znajdujemy cobyśmy już wcześniej nie wiedzieli i nie tylko my chyba ale wszyscy co mają jakieś pojęcie o Governansie Korporacyjnym, audycie, Radach i zarządzaniu ryzykiem w szczególności. Nawet słupki pokazujące „zainteresowanie” zarządzaniem ryzykiem jako 3-cie w kolejności wyzwanie dla Rad w wysokości 15 % zainteresowanych, po strategii (21%) i poprawie wyników biznesowych (19%) (a są jakieś inne wyniki ?!).
Zawsze to zainteresowanie ryzykiem „rośnie” tylko dalej czytamy że Komitety Audytu ma 60-70 % mniejszych spółek, a Komitety ryzyka razem tylko 1% wszystkich, właściwie nie robi to na nas szczególnego wrażenia, nawiasem mówiąc nie wiadomo po co te
KA i co one naprawdę robią…

Rady Nadzorcze i ryzyko…

A może i wiadomo, bo znacznie ciekawszy był panel dyskusyjny. Byli tam i Pan Socha Jacek i profesjonalny (akurat nie mamy wątpliwości) Członek RN czołowego banku i Dyrekcja SEGu i
szacowni paneliści inni.
No więc w panelu Rady podzielono na dwie grupy: nadaktywne i
jedzące ciasta i kanapki, to podobno problem, zdaje się tych drugich jest znacznie więcej, choć kawę i pączki też pewnie spożywają. Na dobropraktykowe a nawet ustawobiegłorewidentowe „czuwanie” nad ryzykiem już nie starcza czasu szczególnie, że żeby czuwać trzeba wiedzieć nad czym.
Generalnie patologia (takie padło określenie) się utrwala, nie jedyna zresztą, jak widać wszędy z telewizji, synekury dla przyjaciół i znajomych królika i chyba nawet już Maleństwa, liczni akademicy do Rad się garną zewsząd, mocno książkowo, jak zauważył jeden z obecnych,  w biznesie osadzeni.
KNF to-tu  to-tam nowe regulacje z dowolnością maszyny losującej dokleja raz w ustawie o Biegłych, ostatnio o TFI,  tera pono się na Kodeks Handlowy z sieciami zasadza, może ma to i jakiś sens – Tylko jaki ?  Dlatego: jak żyć możnaby się zapytać, Panie
Premierze ?
I takie właśnie pytanie lekko zmodyfikowane o adresata zadaliśmy
czym prędzej panelistom, jak zawsze celne się nie chwaląc, wszystkim się spodobało, bo jak jest każdy koń widzi, ale co z
tego ?

Pan Jacek Socha zgrabnie nam za pytanie podziękował, inni
paneliści podchwycili sami inteligentni ludzie, bez kadzenia, dobre rady dawali, właściwie wszyscy się zgadzają, ż tak dalej być nie może, choć z drugiej strony wiadomo jest- jak – jest i pewnie het, het do końca Drogi Mlecznej albo i dalej jeszcze zostanie.

Ech !

2
Ech !
 Ech ! Gdziekolwiek byśmy temat whistleblowingu czyli kapowania nie poruszali zawsze czyni on poruszenie wśród naszych słuchaczy. Niedawno o tym zjawisku pisaliśmy powodując prowokacyjnie pewną dezorientację u P.T. Czytelników Bloga, a tu znowu kolejne ciekawe materiały przy studiowaniu standardów risk manadżmentu i internal controli o klikonach vel sygnalistach nam się napatoczyły.
Nic dziwnego bo przecież sam standard COSO II mówi że: „istnieją kanały komunikacyjne poza zwykłą hierarchią służbową i pracownicy rozumieją, że nie spotkają ich żadne represje za zgłoszenie istotnych informacji”.
Pracownicy to najwyraźniej choćby w Stanach rozumieją i efektywnie kapują bo jak szokuje w najnowszym raporcie  Asocjacja Certyfikowanych Wyszukiwaczy Fraudów ACFA właśnie dawanie tzw. tipów jest naj, naj, naj skuteczniejszym sposobem na wykrywanie oszustw i jakby łatwo wyliczyć bardzo efektywny kosztowo. Dlaczegóżby więc szerzej tego procederu nie wykorzystywać – pytamy się ?
Ech !
Weźmy takie amerykańskie Office of the Whistleblower czyli Biuro Donosu,

który do dawania tzw. „tipów” zachęca i promuje i ma nawet Whistleblower Award. Donosiciel Miesiąca? To jest coś ! Bez serca ! A co jakby potem taki frauder nam przed kamerą zapłakał, nie byłoby głupio i nieetycznie nagrodę wręczać i odbierać ?

 

Jak już mówiliśmy w praktycznym UeSA nagrody, które przysługują osobom ujawniającym oszustwa są niebagatelne i wynoszą od 10 do 30% wartości nałożonych kar finansowych, co może być, łatwo policzyć, dosyć niemało.
Jako wisienkę na torcie dodamy, że aktualnie na web-stronach wspomnianego Biura Kapowania przeczytać można info amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych SEC, która ostrzega o fałszywych, rozsyłanych niby przez tenże SEC do firm mailach, zwierających informację,  że adresaci zostali zatipowani przez whistleblowera i wszczyna się przeciw nim dochodzenie. SEC ostrzega, że inkryminowany hoax kończy się zdaniem: „Aby dowiedzieć się wiecej kliknij link”. I dalej następuje  link do złośliwego oprogramowania czy to wirusa, czy to trojana.

Zaraz przypominają się średniowieczni kieszonkowcy szczególnie aktywni zawodowo w czasie publicznych egzekucji schwytanych koleżków. Ech !

Ryzyka szklana kula 2016 i kolejna

0
ryzyka szklana kula

Ryzyka szklana kula to marzenie każdego ryzykonomisty, magiczne urządzonko, które dałoby nam wiedzę o tym co będzie. Nie bez powodu wspominamy o przepowiedniach dzisiaj. Bo przecież zbliża się koniec roku, a to na przepowiednie jest czas doskonały a z natury mediów, koniczny. A że jak P.T. Czytelnicy bloga pamiętają Wasza Redakcja już od zarania swojego istnienia suflowała koncepcji tworzenia narodowych, ludowych i powszechnych Map Ryzyka. Pozwólcie więc na ich małą retrospektywę. A Mapa Ryzyk 2017, oczywiście też będzie, już za chwilę i autorska redakcji i mamy znowu pomysł z pomocą Was Czytelników.

No więc pozwolimy sobie przypomnieć co pisaliśmy na blogu dobry rok temu. Przewidywaliśmy (wielka to mądrość, aż nie była przyznajemy) rosnącą zmienność globalnych i lokalnych, także polskich profili ryzyka. To nam się niestety sprawdza w całej okazałości. I jeszcze bardziej.

Pisaliśmy tam proroczo (?)…

Z europejskiej perspektywy możemy sobie wyobrazić scenariusz Brexitu, połączony ze zwrotem Francji w prawo po wyborach i wzrost nacjonalizmów spowodowanych kryzysem emigracyjnym.

I dalej:

Czarna wizja, gdyby tylko ten pęczniejący milion uchodźców czekających na plażach Morza Śródziemnego nie był tak realny. Taka wędrówka ludów będzie miała wielki wpływ na gospodarkę, jeżeli ktoś wątpi niech zajrzy do podręczników historii. Choć w krótkim okresie 2016 roku systemowe zabezpieczenia wspólnego rynku wciąż pozostaną niepodważone. Ale już ograniczenie strefy Schengen wydaje się nieodwracalne.

No, no Wasza Redakcja Ryzykonomii zaczyna się czuć jak Nostradamus, szczególnie ze dalej prorokowała:

Jak sobie będzie w tym galimatiasie radzić polska gospodarka? Jeszcze w październiku ankietowani dyrektorzy finansowi przewidywali, że nasz PKB będzie na poziomie ca. trochę poniżej lub ponad 3%. Trudno powiedzieć jak dzisiaj do ryzyka nastawieni są zapytywani, dużo naobiecywano ze wspólnej kasy, a gdyby kto nie pamiętał przypominamy, że żaden rząd własnych pieniędzy nie ma, tylko żeby było dowcipniej, ma nasze.

I potem jeszcze z tych rzeczy które wiedzieliśmy i chcieliśmy napisać dodaliśmy:

Schodząc na poziom „mikro mapa ryzyka 2016”, to opiewany od zawsze przez polityków przedsiębiorca, ciągnący wózek gospodarczego rozwoju kraju będzie musiał jeszcze bardziej kluczyć w gąszczu globalnych i lokalnych zasadzek. Z jednej strony przedsiębiorcy ma być lepiej i łatwiej, a gospodarka „ma” się rozwijać, przy czym mógłby ktoś argumentować, że biznes lubi spokój, a z tym w najbliższej perspektywie może być słabo.

W artykule mogliście jeszcze znaleźć naszą hybrydową Mapę Myśli ryzyk, więc można ją sobie też postudiować…
http://www.ryzykonomia.pl/mapa-ryzyka-2016/

Ale, oczywiście chylimy głowę przed przytykami, że aż takie to odkrywcze myśli nie były. I to jest chyba budzi w nas największe obawy i dzisiaj. Bo… ryzyka i wtedy dzisiaj widać i czuć. I jak możecie zobaczyć w jednym z materiałów udostępnionych jakiś czas temu tutaj i nam bardziej od czarnych niepowdziewanych łabędzi bardzie podoba się koncepcja spodziewanych, wielkich smoków i w 2016 i nadchodzącym 2017 roku.
O czym jak obiecaliśmy – za chwilę. ryzyka szklana kula

ryzyka szklana kula

 

Kunta zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

0
zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

Zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw. Właśnie ukazał się tekst Naczelnego Ryzykonomii w gościnnej Gazecie Ubezpieczeniowej (link)  dotyczący ryzyka w łańcuchach dostaw o znamiennym tytule… „W łańcuchach”. Wychodząc podstępnie od skojarzenia  tytułowych łańcuchów Naczelny Bloga zanęca Czytelników skojarzeniem z pamiętnymi Korzeniami i pojawiającym się w nich (jak co bardziej doświadczony P.T. Czytelnik bloga pamięta) niejakim Kunta Kinte
(znany również jako Tobi) a dalej już sprawnie po uchwyceniu uwagi Czytelnika przechodzi do trudnego, ale niezmiernie ważnego problemu zarządzania ryzykiem w łańcuchach
dostaw.

Idąc dale tropem tematu SCRM (supply chain risk management) Nasz Redaktor porusza następujące kwestie:
  • Kluczowego  czynnikiem rozwoju łańcuchów – optymalizacji kosztów produkcji
  • Lean management, czyli szczupłego zarządzanie jako promotora łańcuchów Szerokiej gamy
    ryzyk w łańcuchach…
  • …Choćby ryzyk reputacyjnychi „gorących” przykładów Gapa, Lewisa, H&M czy ostatnio Zary.
  • Kwestii ryzyk katastroficznych i ich wpływu na łańcuchy (np. japoński przemysł elektroniczny po tsunami)
  • Cyber ryzyka łańcuchowe, szczególnie utrata danych osobowych; już w 2014 roku  Unia Europejska wprowadza obowiązek ujawniania takich przypadków, a proponowane kary mają sięgać nawet 2 % łącznych przychodów
    firmy macierzystej).
  • Rosnącego zagrożenia regulacjami umownymi w łańcuchach
  • Konieczności przeprowadzania stosownego due dilligence łańcucha ( skąd-dokąd, kto-gdzie, za co-za – ile etc.)
  • Dalej Naczelny Bloga deklaruje zajęcie się tematem strategii zarządzania ryzykiem w łańcuchach.

I my obiecujemy sekundować w tych przemyśleniach.

Śledźcie nas też na Facebooku-u ! zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw, zarządzanie ryzykiem w łańcuchach dostaw

Dobrobyt a zarządzanie ryzykiem

0
dobrobyt

Dobrobyt to magiczne słowo. Każdy chciałby żyć w dobrobycie, mieć dobrobyt, zaznawać dobrobytu. Ale tak łatwo nie jest.

Kilka lat temu Redakcja Ryzykonomii „popełniła” na pewną konferencję naukową artykuł pod tytułem „Dobrobyt, ryzyko, zarządzanie ryzykiem”, który potem ukazał się w większej publikacji uniwersyteckiej publikacji pod tytułem „Mikro – makroekonomiczne aspekty dobrobytu” link do książki tutaj.


Dobrobyt mocno naukowy

Książka cała jest mocno naukowa, więc jakoś strasznie nie namawiamy, ale… Ale w naszym artykule próbowaliśmy spojrzeć na zarządzanie ryzykiem, a może i całą zorganizowaną działalność człowieczą z punktu widzenia przyczynienia się do owego pożądanego dobrobytu.

Artykuł jeżeli tylko P.T. Czytelnicy Ryzykonomii o filozoficzno-ekonomicznym zacięciu będądobrobyt ryzykonomia chcieli przeczytać udostępniamy niedługo w właśnie uruchomianej Księgarni Ryzykonomii za parę zet. Chwilunia już….

Ale dzisiaj temat dobrobyt a ryzyko przyszedł nam do głowy, kiedy patrzymy jak dzielni niepełnosprawni próbują zwrócić uwagę społeczeństwa na swój marny los w naszym kraju. A społeczeństwo jak nie wiedziało, tak dalej nie wie, co z tym fantem zrobić.

Nie dziwi nas to za bardzo, bo społeczeństwo takich sobie menadżerów, także przecież ryzyka od lat wybiera (fakt wybrać jest dość trudno) jakich ma. Menadżerów co nie rozumieją jak budować dobrobyt i przede wszystkim jak zarządzać ryzykiem, które na ów dobrobyt wpływa.

Bez analizy nie ma…

Więc nie ma żadnych analiz kontekstu, identyfikacji szans i zagrożeń, wreszcie zorganizowanych metod rozwiązywania problemów. No bo gdyby były, to rozumiemy Ci ludzie by na korytarzach z dziećmi z porażeniami mózgowymi na korytarzach nie spały.

Przypomnijmy tu fundamentalną definicję ekonomii, że jest to nauka o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami. Bo one zawsze są ograniczone i żeby tą ograniczonością dobrze zarządzać, trzeba zarządzać szansami i zagrożeniami.

A weźmy na to,  jakie tu są proste zagrożenia. Ot takie, że ludzie opiekujący się osobami chorymi odeślą je do systemu, a tam koszty opieki będą wielokrotnie wyższe niż domowa opieka sprawowana przez rodziny. Jest zysk dla społeczeństwa? Jest.

„Przypomnijmy tu fundamentalną definicję ekonomii,
że
 jest to nauka o gospodarowaniu
ograniczonymi
 zasobami.”

Zresztą przychodzi tu nam od razu na myśl przykład wypadków samochodowych, na których w Polska traci rocznie, różne są tu szacunki nawet 50 miliardów (słownie miliardów) złotych. Według statystyk Komendy Głównej Policji w 2017 na polskich drogach zginęło 2810 osób.  Warto coś zrobić z tym ryzykiem ? Warto ! Czy wpływa to na dobrobyt? Wpywa. Proste jak drut.

wypadki w Polsce

Wypadki na Polskich drogach 2015-2017. Żródło: KG Policji (link)

Podobnie z niepełnosprawnymi. Medycyna robi błyskawiczne postępy (ryzyko, ryzyko) to prawda, ale i osoby niepełnosprawne i ich rodziny, chcą dobrobytu więcej. To jest modernizacja. Dobrobyt społeczny, to także dobrobyt tych ludzi, bo to nasi krewni, znajomi, współobywatele. Jak tu nie dbać o ich dobrobyt?

Bezalternatywy

Więc dbać, dbać. Jak jest ryzyko, że środków nie starczy? Trzeba spojrzeć na definicję ekonomii raz jeszcze, przeanalizować ryzyka i starać się środki alokować. I mimo, że ich zawsze brakuje, przecież można wyznaczyć priorytety. Oczywiście jeżeli nie są to priorytety wyborcze. Szczególnie, że jak pokazują wszystkie analizy vox populi, jest tu pełna zgoda jakie te priorytety są. 

Alternatywa jaka jest? Udawanie, że nie ma zagrożeń i nie ma problemów, traktowanie spraw ad hoc, niesystemowo. W czym jesteśmy dobrzy, akurat tu tak. Ale wtedy nie będzie dobrobytu nie będzie modernizacji, zostanie tylko ryzyko.

 

Lean management i zarządzanie ryzykiem

0
lean management zarządzanie ryzykiem

Jak już wspominaliśmy niedawno, staramy się żywo uczestniczyć w bieżącej publicznej dyskusji, (nie nie obawiajcie się, nie w TEJ)  ale w tej, na której Redakcja Bloga zna się, jak myślimy całkiem dobrze, a więc w dyskusji o ryzyku i zarządzaniu ryzykiem. Takąż wymianę poglądów, nieraz ostrą (lubimy ostre!) spostrzegliśmy niezadawno na Golden Line w nieszczupłej grupie „Lean Management” w wątku „Wady lean management”, który się nam od razu skojarzył z ryzykiem.
Udział w (wciąż trwającej) dyskusji zaintrygował nas na tyle, że oprócz na forum Złotej Linii wypowiedzieliśmy się „na temat” na łamach  „Gazety Ubezpieczeniowej” w waszej ulubionej, naszej stałej rubryczce pod blogowym szyldem, dość często mylonym ostatnio, dlaczego nie, z Ryzyko m a n i ą…

Piszemy tam między innymi, że:

„Lean management, „szczupłego zarządzanie” jest koncepcją eliminowania z procesów produkcyjnych czy zaopatrzeniowych wszystkiego, co nie przynosi wartości dodanej dla produktu czy usługi. Zwykle jako przykład wskazuje się system produkcyjny TPS,  Toyota Production System, gdzie został on udoskonalony, a jego rezultatem są znane z niezawodności produkty tejże firmy (choć biegli w „temacie” wskażą i inne korzenie i wyrazy smukłego zarządzania, choćby jeszcze sięgające rewolucji w wytwarzaniu zapoczątkowanej przez Henry Forda).
Od razu tutaj wyznam, że nie jestem ekspertem od lean management, a w dyskusji dotyczącej „wad lean management”, która  przypadkowo pojawiła się w moim ryzykonomicznym okienku zaintrygowały mnie właśnie owe „wady”. Od „wad” , jak mniemam kroczek do „ryzyk”, a to przecież tygrysy lubią najbardziej.
Tu zaryzykuję obserwację, że co najmniej niektórzy protagoniści leanowego podejścia uważają, że
system ten (czy może koncepcja)  sam sobie radzi z ryzykami, sam się doskonali  i żadnego „oddzielnego” zarządzania ryzykiem nie potrzebuje.
Cieszy mnie zawsze niezmiernie wiadomości o takim idealnym bez-ryzykownym stanie, bo jak zauważył kiedyś Donald Rumsfeld, amerykański sekretarza obrony w swojej sławnej wypowiedzi „najbardziej interesujące są nieznane niewiadome (…) a więc takie, o których nie wiemy, że nic nie wiemy”. A, jak uczy nas ryzykonomiczne doświadczenie warto też parafrazować innego sławnego myśliciela: im bardziej nam się wydaje, że ryzyka nie ma, tym bardziej ono tam jest.

I tu – niestety! Nie odbierając nic znanym mi i nieznanym zaletom „szczupłego” zarządzania już prosta kwerenda światowych źródeł typu Financial Times czy WSJ pokazuje, że jednak ono (ryzyko) tam jest. Dobrym przykładem jest zresztą sama Toyota. Wskazuje się na przykład, że wyszczuplenie łańcuchów dostaw największego na świecie producenta samochodów, w tym choćby eliminacja „nadmiernej” liczby dostawców powoduje jednoczesny wzrost klasycznego ryzyka łańcucha dostaw, co przećwiczono choćby w czasie tragicznego tsunami. Innym przejawem „wyszczuplania” linii zaopatrzeniowych jest takie projektowanie wyrobów, które pozwala wykorzystywać części samochodowe w różnych modelach samochodów, to chyba zresztą globalny trend, bo wszystkie samochody zdają się dzisiaj być do siebie podobne.

Oczywiście, z punktu produkcyjnej i kosztowej efektywności to bardzo dobrze, ale niech coś się wydarzy u kluczowego dostawcy i już pada produkcja i Yarisa i Corolli i Lexusa. No może Lexusa jednak nie, upraszczam, jako nie-ekspert od lean managementu. Oczywiście wredne ryzyko wyszczuplonego łańcucha dostaw na samych ryzykach typu business interruption nie przestaje, od razu żeby daleko nie poszukiwać „wyskakują” nam tu ryzyka reputacyjne.  Wiadomo, że opisać jak coś się nie powiodło doskonałej Toyocie, to miód dla mediów i jej branżowych wrogów, których przecież nie brakuje. Przypomnijmy tu choćby skandal samo-przyśpieszających Toyot.

lean management zarządzanie ryzykiem
Dołącz do Szczęsliwych Czytelników !

Nawiasem mówiąc sprawa okazała się „dęta” i potem po cichu „odtrąbiona” przez niektóre media, ale któż o tym dzisiaj pamięta, w świecie szybko osądzającej i skazującej elektronicznej opinii publicznej.

Lean management zarządzanie ryzykiem…

Inne ryzyko, które jest dzisiaj charakterystyczne i ważne dla wszelkiego, nie tylko „szczupłego” wytwarzania to product recall, czyli konieczność „odwołania” wadliwych produktów w celu ich wycofania, naprawy lub wymiany. Product recall i związana z nim odpowiedzialność cywilna, to jak wiadomo wielki ból głowy przemysłu samochodowego, a tam lean management kwitnie. Oczywiście nie tylko tam, i co rusz słychać a to o rażących prądem suszarkach, a to dławiących soczkach dla spragnionych niemowląt, a to taboretach grożących śmiercionośną wywrotką.

No więc ten szybki przegląd leanowej ryzykonomii pokazuje, że „nieszczupłych” ryzyk w „szczupłym wytwarzaniu” nie brakuje, co nie jest skądinąd żadnym zaskoczeniem, bo nie brakuje ich nigdzie. I na dowód tego wystarczy przejrzeć korporacyjne strony Toyoty, nad którą się dzisiaj znęcamy pozostając w wielkie admiracji dla niezawodności jej produktów. Znajdziemy tam podkreślenie wagi korporacyjnego zarządzania ryzykiem wdrożonego w całej organizacji i funkcję globalnego Chief Risk Officera i stosowany Komitet Ryzyka przy Zarządzie, wszystko oczywiście w kontekście całej struktury Ładu Korporacyjnego. I tegośmy się, jako leanowi neofici spodziewali włączając się w „społecznościową” dyskusję o wadach – ryzykach w lean management.
Bo każda kolejna, doskonalsza metoda zarządzania oprócz nowych możliwości i przewag, niestety zawsze kreuje nowe i wcale „nieszczupłe” ryzyka.

lean management zarządzanie ryzykiem, lean management zarządzanie ryzykiem, lean management zarządzanie ryzykiem

Risikogesellschaft ! Ryzyko w natarciu.

0
risiko

Już trochę czasu upłynęło, kiedy w te wakacje Redakcja Ryzykonomii popełniała hurtem artykuły naukowe, z niemałym
trudem, bo jak Nasz Czytelnik zauważył Redakcja jest prostym Człowiekiem i lubi pisać i mówić jak najprościej i nienaukowo. Ale, jak trzeba, to trzeba i naukowo. Zresztą tak to jest z nauką, także ekonomii (którą znajomi „techniczni” nazywają „grami i zabawami” po co to komu, tanio kupić drogo sprzedać to jest istota, śpiewać i zarządzać każdy może), no więc tak jest z tą nauką, nawet ekonomii,  przynajmniej gdzie indziej, że pozostaje w
bliskum związku z biznesem i jedni drugim się przyglądają – co by tu jeszcze wymyśleć. Ale i u nas tak ma być, przecież.

No więc skoro o naukowym pisaniu mowa, to zaproszony na konferencję na rodzimym Uni „O dobrobycie” i do napisania artykułu w relacji do tematu,  zaraz nam przyszło na myśl podjąć temat wg. prostej zasady „słoń a sprawa Polska” (a propos,
czy kto jeszcze pamięta o co z tym słoniem chodziło, to ciekawa historia skądinąd) no więc „dobrobyt a ryzyko” tak to sobie Wasza Redakcja przetworzyła i stworzyła „white paper” pod tytułem „Ryzyko, dobrobyt, zarządzanie ryzykiem” .
Może nam ktoś zarzucić czyste teoretyzowanie, ale po solidnej kwerendzie, niesieni ryzykonomicznym przeczuciem, co na ten temat na świecie napisano i wymyślono doszliśmy do wniosku, że pomiędzy tymi trzema pojęciami są silne i nierozerwalne
zależności.  Artykuł ukaże się niebawem i na papierze, ale podsumowując, tok naszego rozumowania jest taki:
Żyjemy w społeczeństwie ryzyka (Beck, 2004)  Społeczeństwo XXI wieku samo wytwarza ryzyka („man-made risk”) i równocześnie poszukuje metod skutecznego reagowania na ryzyko. To jeden z przejawów refleksyjnej modernizacji (Giddens, 2001).  „Refleksyjność” w obszarze ryzyka jest jednym z głównych atrybutów społeczeństwa ryzyka (też Beck, 2004).  
Dowodów na to, że przyśpieszająca modernizacja i industrializacja towarzysząca rozwojowi

Bestseller listopada empik.com

gospodarczemu powodują wzrost znaczenia ryzyka, a następnie konsekwentnie wzrost zainteresowania metodami reagowania na ryzyko nie brakuje (Fraser, Simkins 2008).

„Risk uncertainty and profit” (Knight, 1921). Już od dawna.
No, ale oczywiście zysk, sukces gospodarczy nie jest jedynym czynnikiem dobrobytu, (jeżeli złodziej wybije Wam okno, kupicie nowe, PKB wzrośnie. A jak tam z dobrobytem? Lepiej? No
właśnie).
To jak zarządzać? Co z „czarnymi łabędzimi”(Taleb, 2008), czy „unknow unkows”  Donalda Rumsfelda? Ale przecież ryzyk
mierzalnych, zarządzalnych nie brakuje (Global Risk, WEF 2013). To jak zarządzać ? Jasne, że zarządzać. Resilience rulez ! (OECD,
2011)
Bogaci i rozwinięci zarządzają i inwestują w swoja kulturę ryzyka (FERMA, 2012).  Świadomość ryzyka ma wpływ na regulacje, kodeksy dobrych praktyk, sygnały płynące od inwestorów, z rynku.
Czy tu tkwi jakaś tajemnicza tajemnica ? (moje, Teraz)
Riskogeschellschaft ist, riskomanagement, muss sein!

risko risiko risiko risiko risiko

Komitet Zarządzania Ryzykiem: pro i con

Komitet Zarządzania Ryzykiem

Komitet Zarządzania Ryzykiem>>>

merytorycznie, mała dygresja etymologiczna, językowa. Tak myślimy, że słowo „komitet” zostało w języku polskim z dawien nieźle skompromitowanie i jakie by zgromadzenie tym
terminem nie określać, już budzi nienajlepsze skojarzenia. Ale od jego stosowania
nie da się uciec bo skądinąd, wciąż brzmi poważnie i niemal urzędowo, a i w „international
business englisz”  różne committee powszechnie funkcjonują.

Dzisiaj jednak podejmiemy
się pokrótce odpowiedzi na niełatwe a często zadawane pytanie:

Czy my w naszej firmie w ogóle
jakiś Komitet Ryzyka musimy powoływać ???

Otóż, odpowiedź jest
prosta, jak zawsze: To zależy. Bo są i pro i kontra.

Oczywiście powoływanie kolejnego komitetu do spraw czegokolwiek nigdy nie spotyka się z entuzjazmem, brzmi
drętwo i jakoś dziwnie się kojarzy. I to jest zasadny argument antybiurokratyczny.

Tym bardziej, że w spółkach giełdowych czy innych „jednostkach zainteresowania publicznego” powoływany Komitet Audytu. Bo tak chce Ustawa o biegłych rewidentach (zawsze w głowę zachodzimy dlaczego
akurat tam KA wsadzono, ale mniejsza).  Tamże
wśród zadań ryzykonomicznych zapisano, że Komitet Audytu, jako część ciała
radonadzorczego „czuwa”  nad
funkcjonowaniem w spółce systemu kontroli wewnętrznej i zarządzania ryzykiem. „Czuwa”,
a więc nie „zarządza”.  A w ogóle ten akapit Ustawy o BR  przenika jakby, tak to
wyczuwamy, wola ustawodawcy, żeby wśród zadań KA  najważniejsze było pilnowanie wiarygodności sprawozdań finansowych.
Wagi zagadnienia nie umniejszając, to zarządzanie ryzykiem jakby się tam na doczepkę pojawia. Już o tym pisaliśmy zresztą, że jest w ustawie mowa o czuwaniu nad systemami, których nie ma obowiązku
stworzyć, ale nie o tym dzisiaj.

Średnio to czuwanie Komitetów Audytu najwyraźniej w praktyce działa a i jak choćby donosi ostatnio w raportach COSO, coraz
częściej „na zachodzie” mówi się o konieczności ewolucji KA właśnie w Komitety
Ryzyka czyli – jesteśmy „w domu”.

 

Tymczasem jednak na ochotnicze
powoływanie Komitetów Ryzyka w Radach Nadzorczych, szczególnie, że nie
zadekretowane żadną ustawą bym nie liczył.

 

Może więc inaczej należy
postawić pytanie: czy Komitet Ryzyka powoływać w firmie oprócz KA, jako ciało
poza RN . I tu Redakcja Bloga Ryzykonomia skłania się do odpowiedzi
pozytywnej…. ale z pewnymi zastrzeżeniami:

 

A są one następujące:

– Komitet Ryzyka powołuje
się w firmie, której kultura organizacyjna, stopień skomplikowania operacji i wielkość uzasadnia jego
powołanie,
– pełni realną funkcję
koordynacyjno – doradczą, decyduje ale nie kasuje ryzyk
– w jego składzie
przeważają menedżerowie z realnym „powerem” decyzyjny,
– idealnie jeżeli uczestniczy
w nim ktoś z zarządu i/ lub wysoki menedżer z realnym dostępem do zarządu,
– idealnie jeżeli raz na
jakiś czas uczestniczy w nim Prezes/CEO,
– efektywność i potrzeba
funkcjonowania takiego komitetu jest realnie oceniana,
– jeżeli miałby być izba
refleksji i wyżerania cząsteczek – kasujemy,
– pewnie powinien mu przewodniczyć risk manager (jeżeli jest) albo koordynator

Dobrze jest też wymyślić
dla komitetu inną, mniej historycznie obciążoną nazwę.
Może Grupa ds. Ryzyka (SGR) albo Zespół
Ryzykonomiczny, albo ….

 

A jakie jest Twoje zdanie
?

Ryzyko reputacyjne wprost z życia wzięte

1
ryzyko reputacyjne

Dużo było ostatnimi czasy ględzenia o społecznej odpowiedzialności biznesu, CSR-rze i wszyscy się pewnie zastanawiali o co tu chodzi i kogo to u nas dotyczy. A tu proszę mamy piękne kejs study polskie z życia wzięte już profesorzy biznes uczelni rychtują pałer pojnty, ślą umyślnych asystentów i szykują empiryczne rozprawki, ale my, jak zawsze na Ryzykonomii, będziemy piersi.

Otóż, jak Baczny Czytelnik pamięta 24 kwietnia doszło do katastrofy w bangladeszczańskiej fabryce odzieży lekkiej, a raczej w obozie pracy, gdzie żwawi pracownicy w wieku 6-99 lat szyli Te-shirty wszystkich chyba Waszych ulubionych marek, nie wyliczamy tu,żeby żadnej nie obrazić pominięciem. Płace podobno podłe niewątpliwie, coś 150 zł/mc czyli prawie tyle ile dajmy na to rozpasany asystent na polskiej wyższej uczelni zarabia w 3 dni, choć szalony Korwin by słusznie zauważył, że lepsze to niż głód i pusty garnek.
Jak wiadomo też na gruzach zniszczonej fabryki znaleziono również metki producenta sławnego wśród mieszkańców polskich miast i wsi Reserved i nie tylko.
Przy tym należy wspomnieć, w Bangladeszu wogóle jest niestabilnie i katastrofa jeszcze zaogniła sytuację społeczną; ostatnio ciągle dochodzi – jak donoszą media – do zamieszek na tle warunków pracy i nie tylko, ryzyko reputacyjne rośnie…
http://wyborcza.pl/1,75477,14672278.html
Dość  powiedzieć, że przestaraszeni (chyba) i przyciśnięci przez „zachodnią” opinię społeczną czułą na sprawy CSR-owe europejscy zleceniodawcy lokalnych sub-contractorów podjęli działania, które mają na celu polepszyć dolę niewolników-pracowników w tym robią zrzutkę na poczet ofiar.

No i dochodzimy do sedna polskiego kejs – stady bo jak donoszą media (a to jest zawsze prawda obiektywna zarządzania kryzysem, nawet jeżeli nieprawdziwa) zarząd spółki „nie czuje się winny” i „rozważa”, „myśli” czy przyłączyć się do inicjatywy innych producentów i co wogole zrobić.
Przy okazji zauważamy, że argument o niewiedzy co dzieje się u poddostawców jest klasycznym problemem ryzyka łańcucha dostaw i wydaje się wątpliwym argumentem bo świadczyłby, że spółka nie wie co się dzieje w tymże łańcuchu a to, zauważamy nie tylko ryzyko reputacyjne ale i wiele innych ryzyk biznesowych dla niej samej. Sugerujemy więc naszym Czytelnikom jeżeli zdarzy się podobna sytuacja, takich argumentów nie powtarzać.

Swoją drogą to nawet dziś uczestniczyliśmy w małej fejsbukówej dyskusji „na temat” i generalnie były dwa stanowiska „pro-społeczne” i cyniczne „probiznesowo-korwinowskie”.
My stoimy na stanowisku jak zawsze obiektywnie ryzykonomicznym i profesjonalnym, że chyba jednak spółka ma problem i z komunikacją i z zarządzaniem kryzysem bo oddźwięk komentarzy „opinii publicznej” (czymkolwiek ona jest)  jest jednak zdecydowanie negatywny i gdzie-niegdzie i coraz zdaje się głośniej, pojawiają się klasyczne w tego typu wydarzeniach nawoływania już to zaangażowanych społecznie blogerów, już to organizacji CSR-owych do bojkotów i „ukarania” bezwzględnej firmy.

Oczywiście nie jesteśmy na tyle naiwni, żeby nie rozumieć że przy tego typu zdarzeniach motywacje szczere i społeczne mieszają się z chęcią dowalenia kapitaliście czy zrobienia medialnego rozgłosu, ale tak to już na tym świecie jest.

Tak czy inaczej wypada zauważyć, że tego typu społeczno-korporacyjne kryzysy już na świecie ćwiczono i albo się producent dostosuje albo straci na reputacji a stąd i na sprzedaży, niewątpliwie, choć pytanie na ile i na jak długo.
Bo mamy znowu jednak wrażenie, a może i pewność, że kwestie Corporate Goveranance, a to również kwestie etyczne, o zarządzaniu ryzykiem wogóle nie wspominając, traktuje się u nas wciąż z przymrużeniem oka, a szkoda, wielka, także dla biznesu szkoda. Z drugiej strony zauważamy, że jak się chce grać na Dużym Boisku, to tam wymagania są jednak znacznie większe, ale też i prawda, że dlaczegoś nas na tym Dużym Boisku za dużo nie ma.
Inna też jest, i tu może tkwi kolejna odpowiedź, wrażliwość konsumenta, choć zwykle deklarowana, podobnie jak inteligencja, jako wielka i  być może jednak kierownictwo spółki dobrze kalkuluje, że Polacy i tak będą kupować – co by w tym Bangladeszu nie wyszło.
Mamy więc niezłe studium przypadku „ryzyko reputacyjne” i jeszcze pewnie się mu przyjrzymy.