zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Mapa Myśli Ryzyka 2014 cz.2

0
mapa myśli ryzyka 2014

Zgodnie z obietnicą zamieszczamy komentarz do “Mapa myśli ryzyka 2014”, którą opublikowaliśmy w tekście zamieszczonym w Gazecie Ubezpieczeniowej z 14 stycznia b.r., prasowo-medialnym liderze tematyki ubezpieczeniowej, konsekwentnie promującej bliską sercu i umysłowi Redakcji Bloga tematykę ryzyka. Więc jasne, że polecamy…

“Jak zwykle przełom roku jest okazją do zamieszczania prognoz, co też może się wydarzyć w roku kolejnym, tym razem 2014. Ta noworoczna aktywność niejednokrotnie sprawia wrażenie wróżenia ze szklanej kuli szczególnie, że mało kto o tych wróżbach w kolejnych latach pamięta. Albo tylko tak nam się wydaje,
że to spekulacje gazetowych lekkoduchów, bo przecież jak świat długi i szeroki różne think –tanki, instytuty i ciała mędrców tworzą projekcje, analizy i przepowiednie dotyczące przyszłości, które są całkiem poważnie wykorzystywane przez rządy, organizacje
międzynarodowe i wielki biznes, także ubezpieczeniowy. Przewidywanie przyszłości jest nieodzownym elementem zarządzania i to wcale nie żadne czary-mary á la wyrocznia delficka choć… jak donoszą Źródła popularna Pytia opierała swoje
wróżby na solidnej sieci informatorów, którzy dostarczali najświeższe informacje stanowiące solidny grunt do całkiem sensownych przepowiedni.

Od przewidywania przyszłości do analizowania ryzyka już tylko mały kroczek, w istocie to samo wyzwanie, a popularną w naszym post-delfickim świecie techniką analizy ryzyka jest tworzenie Map ryzyka, które w dwuwymiarowym układzie współrzędnych określają
prawdopodobieństwa i wielkości skutków prognozowanych zdarzeń. Taka mapa ma tę przewagę nad szklaną kulą, że zapisana w papierach organizacji staje się punktem odniesienia ot, choćby do strategicznego planowania. W 2012 nawet rząd (brytyjski)
stworzył mapę ryzyka identyfikującą grupę ryzyk istotnych dla przetrwania Zjednoczonego Królestwa; niestety w kolejnych latach ten godny naśladowania eksperyment nie był kontynuowany.

Swoje mapy ryzyka na 2014 tworzą dziś „standardowo” przedsiębiorstwa na całym świecie. Także gracze z branży ubezpieczeniowej i choć nie mamy do nich tutaj wglądu, to możemy przypuszczać, że pozostają one w relacji do oceny ryzyka serwowanej od jakiegoś czasu regularnie przez EIOPY-ę w „Risk dashboardach” („tablicach kontrolnych ryzyka”). Ostatni „dashboard” z 12 grudnia szereguje w kolejności od najbardziej do mniej ważnych, nadchodzące ryzyka 2014 następująco: niskie
stopy procentowe, ryzyka suwerenów, ryzyko makro, ryzyko kredytowe  instytucji finansowych, ryzyka kapitałowe,
ALM,  ryzyko rezygnacji, ryzyko kredytowe instytucji niefinansowych. Nie trzeba być specjalnie odkrywczym aby zauważyć, że każde z analizowanych przez EIOP-ę ryzyk jest samo w sobie olbrzymią gałęzią ryzyka, którą łatwo możemy połączyć z ryzykami analizowanymi z innego punktu widzenia.

Przykładem  takiego odmiennego  „punktu widzenia”  ryzyka jest raport Global Risk z World Economic Forum. Na wielowymiarowych mapach ryzyka eksperci z całego świata analizują i poszukują współzależności ryzyk o globalnym zasięgu. Wielkość
analizowanych ryzyk oceniano tu w pięciostopniowej skali prawdopodobieństwa i skutków. Najważniejsze pięć globalnych zagrożeń pod względem prawdopodobieństwa ich wystąpienia to według WEF (w kolejności od naj- potem malejąco): rosnące
różnice w dochodach ludności, chroniczne nierównowagi budżetowe, zmiana klimatu, brak wody, starzenie się społeczeństwa. W przypadku oceny wielkości skutków
ryzyka największe znaczenie według ekspertów mają następujące ryzyka: kolejny kryzys na rynkach finansowych, brak wody, chroniczne nierównowagi budżetowe, proliferacja broni masowego rażenia, klimat. Ciekawy jest też ranking ryzyk „wschodzących”: skutki wprowadzania regulacji, jednostronna nacjonalizacja
zasobów (znacie ?), chroniczna nierównowaga na rynku pracy, gwałtowne zatrzymanie wzrostu krajów rozwijających się, starzenie się społeczeństwa.

We tym i chyba wszystkich współczesnych rankingach i mapowaniach ryzyka zwraca uwagę zależność, że w efekcie przeciwdziałania ryzykom powstają nowe ryzyka.
Klasyczny jest tu przykład regulacji i związane z nim ryzyko niezgodności… i czyż nie ma „piękniejszego” przykładu niż Bazylea czy Solvency?  Zresztą, podobny problem dotyczy „walki” ze
zmianami klimatu, gdy działania podejmowane w reakcji na to zagrożenie mogą negatywnie wpływać na gospodarki krajów rozwijających się, które w przeważającej mierze wykorzystują węgiel (na przykład Polska).

Temat prognozowania i analizowania wpływu ryzyk w szerokim społeczno-ekonomiczny wymiarze jest dzisiaj dostrzegany i analizowany na poziomie takich „globalnych” organizacji jak MFW, Bank Światowy czy OECD, przy czym katalog identyfikowanych
ryzyk oraz rankingi „ważności” nie są jednakowe. Na przykład OECD podkreśla znaczenie 5 potencjalnych globalnych „szoków”, wśród których są: kryzys finansowy, pandemie, krytyczne awarie infrastruktury informatycznej, burze magnetyczne związane z aktywnością słońca zagrażające systemom energetycznym,
niepokoje społeczne.

I w tym przypadku można mówić o oddziaływaniu każdego z wymienionych zagrożeń na wszystkie obszary gospodarki. Wpływ wybuchu pandemii w 2014 roku na rynki finansowe i sferę realną byłby wieloraki, a wśród najciężej dotkniętych gałęzi znalazłyby
się transport i handel międzynarodowy. Zakłócenia w tych obszarach spowodowałby efekt ryzyka łańcucha dostaw, co mogłoby mieć nieobliczalne skutki dla wszystkich. Symulacje wpływu pandemii o europejskim zasięgu na kraje EU-25
pokazują, że w ciągu 2-3 lat łączne efekty popytowo-podażowe takiego zdarzenia spowodowałyby spadek PKB tej grupy krajów od 2 do 4%. W przypadku gospodarki globalnej ten wpływ byłby już dużo bardziej dramatyczny i przekroczyłby 11%. Potencjalne
skutki pandemii wykraczają jednak daleko poza czysto konomiczne kalkulacje.

Katastrofa taka mogłaby mieć na przykład istotne reperkusje polityczne, spowodować niepokoje społeczne, a nawet konflikty zbrojne. Ciekawe, że ryzyko pandemiczne, choć mapowane przez organizacje na całym świecie, jest u nas traktowane dość
egzotycznie a niesłusznie, bo powody aby podejmować ten temat są zasadniczo dwa. Pierwszy jest taki, że pandemia grypy (czy innej choroby) może jednak wystąpić, bo ludzie chorują. Drugi jest taki, że plany reagowania kryzysowego są uniwersalne
i te przygotowane na pandemię przydadzą się w przypadku wystąpienia innych, nieoczekiwanych ryzyk.

Nasze Czynniki map ryzyka chyba nie tworzą, zresztą może to i lepiej, bo jak na przykład pomyśleć o odpalonym właśnie mega-maxi ryzyku „compliance-owym” w kwestii OFE, to aż włos staje dęba co się stanie, jeżeli Trybunał jednak za jakiś czas zawetuje.
Przy tej okazji nie sposób nie wzmocnić już i tak silnej pozycji ryzyk regulacyjnych na wszystkich mapach ryzyka 2014, bo coraz więcej regulacji legislatywy jest u nas de facto odsyłanych przed sądy, ta dramatyczna inflacja tworzenia prawa zdaje się być a priori wpisana w sam proces jego tworzenia. Najgorsze, że
prawdopodobieństwa zaistnienia tego ryzyka nikt chyba nie jest w stanie ocenić.
Inna ciekawa sprawa związana z mapowaniem przyszłości jest taka, że istotą zarządzania ryzykiem jest odpowiadanie na wyzwania wszechobecnej niepewności. A jaka jest niepewność w powszechnie mapowanych ryzykach typu „chroniczne
nierównowagi budżetowe”? Bilanse kluczowych graczy są niezrównoważone od lat, za chwilę kolejny klif fiskalny w USA, Francja półbankrutem, Grecja udaje, że żyje, nasz budżet „zalepiony” przez „darczyńców” z OFE, itd. To nie niepewności,
lecz pewne pewności coraz trudniej zamiatane pod dywan. W zasadzie to ich miejsce jest nie na mapie ryzyka, pytanie czy wylezą w całej swoje koszmarnej okazałości już w 2014 roku? Czy może jeszcze troszkę później, jeszcze pożyjemy?

Ale, ale!  Jeżeli Czytelniku zgubiłeś się w tym gąszczu ryzyk, to…. bardzo dobrze! Takie jest zasadnicze przesłanie tego felietonu
o mapowaniu 2014, że będzie nie tylko bardziej ryzykowanie, ale i bardziej skomplikowanie. Tradycyjne, coraz większe krzyżowe zależności między ryzykami urosną w 2014, „stare” ryzyka latami nierozwiązywane jeszcze bardziej się skołtunią i przybędą jeszcze nowe, wiele nowych.  Dlatego zamiast tradycyjnej 2-wymiarowej mapy ryzyka można sięgnąć po mapy wielowymiarowe,
gdzie kluczowe są właśnie współzależności prognozowanych ryzyk. Dobrze nadaje się do tego celu koncepcja map myśli (mind map), popularna skądinąd także w świecie biznesu. Rysunek mapy myśli ryzyka 2014 z natury rzeczy niepełny, bo temat jest olbrzymi, załączamy…”

mapa myśli ryzyka 2014

 

Mapa Myśli Ryzyka 2014 cz. 1

2
mapa myśli ryzyka 2

Trochę nas nie było, ale już jesteśmy, o czym opowiemy jeszcze, tęskniliście za porcją ryzykonomii ?  No, dobrze zostawmy te mazgajstwa, bo ryzyko nie śpi i zarządzanie ryzykiem czeka. Więc od razu przyłożymy z grubszej rurki ot choćby co nas i wiele więcej może czekać w 2014 a do tego jak wiadomo mapa ryzyka jest idealna i w biznesie popularna. O Mapie ryzyka pisaliśmy już niejednokrotnie zawsze z odnotowanym wielkim zainteresowaniem P.T. Czytelników Bloga, a w tym roku już też tradycyjnie na zamówienie naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, którą czytajcie, wiadomo, zamieściliśmy znaczny artykuł właśnie dotyczących ryzykowizji Naczelnego Ryzykonomii na temat ryzyk 2014.
A, żeby było ciekawiej i bardziej up-to-date nasza Mapa 2014 została wykonana z użyciem techniki Mind Mappingu, czyli Mapy Myśli, których jesteśmy propagatorami, zwolennikami i trenerami i o których zastosowaniu w zarządzaniu ryzykiem, szczególnie na etapie identyfikacji i analizy pisaliśmy onegdaj i która to technika jest często stosowaną w biznesie na rozwiniętym świecie, choć powiedzmy sobie szczerze – raczej nie u nas.

No więc ku uciesze oka Mapę Ryzyka 2014 zamieszczamy poniżej, a komentarz do niej w cz. 2 już za chwilę na blogu.

mapa myśli ryzyka 2

mapa myśłi ryzyka 2

Zarządzanie ryzykiem reputacyjnym.

2
zarządzanie ryzykiem reputacyjnym
W sumie to pisanie bloga nt. zarządzanie ryzykiem reputacyjnym jest znacznie łatwiejsze niż tworzenie bloga o-tym-i-owym, jak dajmy na to czynią popularni piewcy nowych,modnych skarpetek czy sprzedażymarketingu, przy okazji zauważamy, że strasznie jest ten marketing u nas popularny, zawsze nam się przypomina w takich razach, jak zdaje się Kapuścinski pisał, że w Afryce wszyscy chcą wszystkim coś sprzedać, pełen marketing, tylko mało kto co produkuje, choć może to i niesłuszny zarzut, bo podobno jesteśmy potentatem w produkcji soku jabłkowego, coś tam jeszcze z nadziei gazu łupkowego zostało, no i jest jeszcze wunderwaffe grafen, brzmi nieźle, więc…
Ale, ale wracając na tory, z których zboczyliśmy w dygresje okołoryzykonomiczne, zauważymy, że  łatwo jest pisać o
ryzyku, bo jego kolejnych, nowych manifestacji nigdy nie brakuje.
Ot, choćby właśnie toczy się niezwykle interesująca odsłona wcześniej już przez nas poruszanego ryzyka reputacyjnego, szczególnie ciekawa, że dotyczy tego samego i dobrze znanego podmiotu, choć źródło ryzyka, popularna „optymalizacja podatkowa” jest zupełnie inny.
Przypadek polskiej firmy odzieżowej jest na pewno wszystkim
znany a ciekawy również, dlatego, że jest to chyba pierwszy polski case study o takim wymiarze gdzie jedną z głównych ról odgrywają internetowe społeczności, w tym przypadku facebook, gdzie najpierw utworzono „ hejterską” ( nie oceniam, to
nazw obiektywna) potem kontr-stronę, przy czy ta pierwsza została ba czyjeś (czyje) żądania przez FB „zbanowana”, mówiąc językiem ludzkim zablokowana. Co z tego wyniknie jeszcze zobaczymy i do tematu wrócimy, akurat mamy pewne
wątpliwości czy to najszczęśliwsze dla dotkniętego zagrożeniem reputacyjnym podmiotu. Tak czy inaczej spory  kryzys
reputacjny i to na bliskim podwórku jako lessons learned warto obserwować aby wyciągnąć wnioski jak zarządzanie ryzykiem reputacyjnym powinno wyglądać.
Inną kwestią jest źródło kłopotów firmy, czyli optymalizacja
się w rajach podatkowych, to rzecz dziś powszechna w m-narodowym biznesie a nawoływania do społecznej  powiedzialności są zgoła oderwane od rzeczywistości. Nawet Tina Turner się przechrzciła na Szwajcarkę żeby się „zoptymalizować” i to naszym zdaniem domena regulatorów żeby podatników podatkami nadmiernie nie zdołować. Inaczej się zoptymalizują czy ktoś chce czy nie, a spraw jak kiedyś czytaliśmy ma poczwórne dno, bo podobno każde z wielkich światowych graczy UK, USA, Francja ma w swojej jurysdykcji jakąś wysepkę „optymalizacji”, choć oficjalnie jest zupełnie przeciw.
W ogóle to różne aspekty tej sprawy są interesujące choćby
zainteresowanie, żeby nie rzec interesy CSRa który zdaje się z
lekka ostatnio zacichł, a przecież zawsze jest miło przeszkolić firmy w odpowiedzialności, pragnienie naprawy świata przez ludzi lepszych od nas, czy nawet fakt, że sprawa toczy się w
okolicach tradycyjnej ogólnonarodowej histerii związanej z wrzucaniem kilku grosików do durszlaka, z którego rocznie wyciekają miliardy.
Nie należy też zapominać „tematy” są od dawna przerabiane
„na zachodzie” choćby pisaliśmy jakiś czas temu o Apple , które (-o ?) znany jest z niezwykle efektywnej optymalizacji, przy doskonałym zarządzaniu ryzykiem reputacyjnym, a przecież i w usa wiele jest przykładów firm , które płacą wysoką cenę za
nagłaśniane reputacyjno-optymlizacyjne kryzysy.
“Polski” przykład unaocznia również, że nie bez powodu w
FERMA-owskim Risk Banchmarking Surveyu europejscy risk menadżerowie wymieniali ryzyka związane z social media wśród 5-ciu topowych no, bo jeżeli gdzieś dzisiaj waszą firmę będą chcieli obsmarować, to gdzie? Oczywiście w Internecie a najpewniej na facebooku.

Stąd płynie nauka, że w ramach śledzenia ryzyka reputacyjnego dobrze jest regularnie:

  •  „skanować” zwartość internatu na nazwę naszej firmy ( np.
  • raz w miesiącu 10 pierwszych stron w google.com i google.pl)
  •  analizować, co dzieje się na facebooku na naszym firmowym profilu (o ile go mamy)
  • obserwować tworzenie się ew. grup przeciwników, wyrażane
    przez nich opinie i głoszone hasła (np. nawoływania do bojkotu)
  • reagować szybko
  • ale z rozmysłem
  • czytać Ryzykonomię.

Do tematu “zarządzanie ryzykiem reputacyjnym” wrócimy, ciekawi co też dalej się wydarzy, bo to chyba jednak nie koniec, pa.

Zarządzanie ryzykiem reputacyjnym

 

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw nawalnym

0
zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw
Jeszcze czytając poprzedniego posta mogli się P.T. Czytelnicy bloga zastanawiać, gdzie to nas pędziło po kraju, więc zaraz ujawnimy, że jechaliśmy-wracaliśmy z walnego zebrania członków rodzimego Polrisku, gdzie to udzielamy się społecznie w Zarządzie i Vice-Prezesujemy, zdobywamy wiedzę przeróżną o zarządzaniu ryzykiem, poznajemy dużo ciekawych i fajnych ludzi z branży ryzyka i zasadniczo nieźle się bawimy.
Nie będziemy tu zdawać relacji z tego organizacyjnego spotkania, wyboru komisji skrutacyjnych i temu podobnych, jak zawsze spotkania ludzi z branży są okazją do wymiany
opinii na różne tematy, networkingu, który uważamy osobiście za jeden z fundamentów developmentu i modernizacji, a nawet już po spełnionym organizacyjnym i społecznym obowiązku – wypicia kieliszka tekili.
Natomiast, jak to w polriskowym dobrym zwyczaju ostatnio bywa spotkanie risk menadżerów było okazją do posłuchania garści merytoryki, tym razem o ocenie ryzyka łańcucha dostawa.
Temat to jak wiecie arcyciekawy, krem di krem zarządzania ryzykiem biznesowym dzisiaj, piszemy o tym regularnie. A temat był także ciekawy, bo zaprezentowany przez amerykańskich przedstawicieli agencji ratingowej Standard & Poors,
która – o dziwo – oprócz ratingowania korporacji czy Grecji stworzyła i promuje również własny model oceny popularnego dzisiaj wspomnianego ryzyka dostawczego.
Najogólniej mówiąc, model S&P oceny ryzyka supply chain-u opiera się, co lekko zaskakujące, na analizie ryzyka de facto kredytowego (a więc przecież finansowego) dla węzłów
łańcucha dostaw. Na pewno takie podejście jest o tyle sensowne i możliwe, że dane finansowe większych czy listowanych dostawców są powszechnie dostępne, stąd i analiza fundamentów finansowych jest dość łatwa. S&P nie odżegnuje się też od analizy (ratingu) całego uniwersum ryzyk łańcucha dostaw także niefinansowych, choćby dobrze znanych tej agencji ryzyk suwerenów czy x-border-u (mało znane ryzyko „korporacyjnego” przekraczania granic – napiszemy o tym jeszcze).
Na pewno może nasuwać się taka wątpliwość, że głównym ryzykiem w zarządzaniu ryzykiem łańcucha dostaw nie jest ryzyko kredytowe, ale ryzyko wykonania, performance risk, także pewnie techniczne, pewnie prawne, zgodnościowe itd. Zdaje się, że i w S&P to rozumieją, choć i z tym się trzeba zgodzić, że jakby, co ryzyko kredytowe jest łatwiej mierzalne i umożliwia wyselekcjonowanie grupy potencjalnie „zdrowych” dostawców. Dalej możemy poddać ich bardziej szczegółowym “performancowym” oględzionom.
Także, nie powiemy, możliwe jest S&Powe podejście, choć zapewne to rozwiązanie dla międzynarodowych korporacji. Ale i zajrzenie w wyniki finansowe naszych głównych dostawców, w ten czy inny sposób każdej firmie może się przydać i nie jest aż takie trudne.
Jak widzicie podziałaliśmy i dowiedzieliśmy się, co nieco i dzielimy się z Wiernymi Czytelnikami, jak zwykle, pa.

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

Zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw

 

Risikogesellschaft ! Ryzyko w natarciu.

0
risiko

Już trochę czasu upłynęło, kiedy w te wakacje Redakcja Ryzykonomii popełniała hurtem artykuły naukowe, z niemałym
trudem, bo jak Nasz Czytelnik zauważył Redakcja jest prostym Człowiekiem i lubi pisać i mówić jak najprościej i nienaukowo. Ale, jak trzeba, to trzeba i naukowo. Zresztą tak to jest z nauką, także ekonomii (którą znajomi „techniczni” nazywają „grami i zabawami” po co to komu, tanio kupić drogo sprzedać to jest istota, śpiewać i zarządzać każdy może), no więc tak jest z tą nauką, nawet ekonomii,  przynajmniej gdzie indziej, że pozostaje w
bliskum związku z biznesem i jedni drugim się przyglądają – co by tu jeszcze wymyśleć. Ale i u nas tak ma być, przecież.

No więc skoro o naukowym pisaniu mowa, to zaproszony na konferencję na rodzimym Uni „O dobrobycie” i do napisania artykułu w relacji do tematu,  zaraz nam przyszło na myśl podjąć temat wg. prostej zasady „słoń a sprawa Polska” (a propos,
czy kto jeszcze pamięta o co z tym słoniem chodziło, to ciekawa historia skądinąd) no więc „dobrobyt a ryzyko” tak to sobie Wasza Redakcja przetworzyła i stworzyła „white paper” pod tytułem „Ryzyko, dobrobyt, zarządzanie ryzykiem” .
Może nam ktoś zarzucić czyste teoretyzowanie, ale po solidnej kwerendzie, niesieni ryzykonomicznym przeczuciem, co na ten temat na świecie napisano i wymyślono doszliśmy do wniosku, że pomiędzy tymi trzema pojęciami są silne i nierozerwalne
zależności.  Artykuł ukaże się niebawem i na papierze, ale podsumowując, tok naszego rozumowania jest taki:
Żyjemy w społeczeństwie ryzyka (Beck, 2004)  Społeczeństwo XXI wieku samo wytwarza ryzyka („man-made risk”) i równocześnie poszukuje metod skutecznego reagowania na ryzyko. To jeden z przejawów refleksyjnej modernizacji (Giddens, 2001).  „Refleksyjność” w obszarze ryzyka jest jednym z głównych atrybutów społeczeństwa ryzyka (też Beck, 2004).  
Dowodów na to, że przyśpieszająca modernizacja i industrializacja towarzysząca rozwojowi

Bestseller listopada empik.com

gospodarczemu powodują wzrost znaczenia ryzyka, a następnie konsekwentnie wzrost zainteresowania metodami reagowania na ryzyko nie brakuje (Fraser, Simkins 2008).

„Risk uncertainty and profit” (Knight, 1921). Już od dawna.
No, ale oczywiście zysk, sukces gospodarczy nie jest jedynym czynnikiem dobrobytu, (jeżeli złodziej wybije Wam okno, kupicie nowe, PKB wzrośnie. A jak tam z dobrobytem? Lepiej? No
właśnie).
To jak zarządzać? Co z „czarnymi łabędzimi”(Taleb, 2008), czy „unknow unkows”  Donalda Rumsfelda? Ale przecież ryzyk
mierzalnych, zarządzalnych nie brakuje (Global Risk, WEF 2013). To jak zarządzać ? Jasne, że zarządzać. Resilience rulez ! (OECD,
2011)
Bogaci i rozwinięci zarządzają i inwestują w swoja kulturę ryzyka (FERMA, 2012).  Świadomość ryzyka ma wpływ na regulacje, kodeksy dobrych praktyk, sygnały płynące od inwestorów, z rynku.
Czy tu tkwi jakaś tajemnicza tajemnica ? (moje, Teraz)
Riskogeschellschaft ist, riskomanagement, muss sein!

risko risiko risiko risiko risiko

Ryzyko reputacyjne wprost z życia wzięte

1
ryzyko reputacyjne

Dużo było ostatnimi czasy ględzenia o społecznej odpowiedzialności biznesu, CSR-rze i wszyscy się pewnie zastanawiali o co tu chodzi i kogo to u nas dotyczy. A tu proszę mamy piękne kejs study polskie z życia wzięte już profesorzy biznes uczelni rychtują pałer pojnty, ślą umyślnych asystentów i szykują empiryczne rozprawki, ale my, jak zawsze na Ryzykonomii, będziemy piersi.

Otóż, jak Baczny Czytelnik pamięta 24 kwietnia doszło do katastrofy w bangladeszczańskiej fabryce odzieży lekkiej, a raczej w obozie pracy, gdzie żwawi pracownicy w wieku 6-99 lat szyli Te-shirty wszystkich chyba Waszych ulubionych marek, nie wyliczamy tu,żeby żadnej nie obrazić pominięciem. Płace podobno podłe niewątpliwie, coś 150 zł/mc czyli prawie tyle ile dajmy na to rozpasany asystent na polskiej wyższej uczelni zarabia w 3 dni, choć szalony Korwin by słusznie zauważył, że lepsze to niż głód i pusty garnek.
Jak wiadomo też na gruzach zniszczonej fabryki znaleziono również metki producenta sławnego wśród mieszkańców polskich miast i wsi Reserved i nie tylko.
Przy tym należy wspomnieć, w Bangladeszu wogóle jest niestabilnie i katastrofa jeszcze zaogniła sytuację społeczną; ostatnio ciągle dochodzi – jak donoszą media – do zamieszek na tle warunków pracy i nie tylko, ryzyko reputacyjne rośnie…
http://wyborcza.pl/1,75477,14672278.html
Dość  powiedzieć, że przestaraszeni (chyba) i przyciśnięci przez “zachodnią” opinię społeczną czułą na sprawy CSR-owe europejscy zleceniodawcy lokalnych sub-contractorów podjęli działania, które mają na celu polepszyć dolę niewolników-pracowników w tym robią zrzutkę na poczet ofiar.

No i dochodzimy do sedna polskiego kejs – stady bo jak donoszą media (a to jest zawsze prawda obiektywna zarządzania kryzysem, nawet jeżeli nieprawdziwa) zarząd spółki “nie czuje się winny” i “rozważa”, “myśli” czy przyłączyć się do inicjatywy innych producentów i co wogole zrobić.
Przy okazji zauważamy, że argument o niewiedzy co dzieje się u poddostawców jest klasycznym problemem ryzyka łańcucha dostaw i wydaje się wątpliwym argumentem bo świadczyłby, że spółka nie wie co się dzieje w tymże łańcuchu a to, zauważamy nie tylko ryzyko reputacyjne ale i wiele innych ryzyk biznesowych dla niej samej. Sugerujemy więc naszym Czytelnikom jeżeli zdarzy się podobna sytuacja, takich argumentów nie powtarzać.

Swoją drogą to nawet dziś uczestniczyliśmy w małej fejsbukówej dyskusji “na temat” i generalnie były dwa stanowiska “pro-społeczne” i cyniczne “probiznesowo-korwinowskie”.
My stoimy na stanowisku jak zawsze obiektywnie ryzykonomicznym i profesjonalnym, że chyba jednak spółka ma problem i z komunikacją i z zarządzaniem kryzysem bo oddźwięk komentarzy “opinii publicznej” (czymkolwiek ona jest)  jest jednak zdecydowanie negatywny i gdzie-niegdzie i coraz zdaje się głośniej, pojawiają się klasyczne w tego typu wydarzeniach nawoływania już to zaangażowanych społecznie blogerów, już to organizacji CSR-owych do bojkotów i “ukarania” bezwzględnej firmy.

Oczywiście nie jesteśmy na tyle naiwni, żeby nie rozumieć że przy tego typu zdarzeniach motywacje szczere i społeczne mieszają się z chęcią dowalenia kapitaliście czy zrobienia medialnego rozgłosu, ale tak to już na tym świecie jest.

Tak czy inaczej wypada zauważyć, że tego typu społeczno-korporacyjne kryzysy już na świecie ćwiczono i albo się producent dostosuje albo straci na reputacji a stąd i na sprzedaży, niewątpliwie, choć pytanie na ile i na jak długo.
Bo mamy znowu jednak wrażenie, a może i pewność, że kwestie Corporate Goveranance, a to również kwestie etyczne, o zarządzaniu ryzykiem wogóle nie wspominając, traktuje się u nas wciąż z przymrużeniem oka, a szkoda, wielka, także dla biznesu szkoda. Z drugiej strony zauważamy, że jak się chce grać na Dużym Boisku, to tam wymagania są jednak znacznie większe, ale też i prawda, że dlaczegoś nas na tym Dużym Boisku za dużo nie ma.
Inna też jest, i tu może tkwi kolejna odpowiedź, wrażliwość konsumenta, choć zwykle deklarowana, podobnie jak inteligencja, jako wielka i  być może jednak kierownictwo spółki dobrze kalkuluje, że Polacy i tak będą kupować – co by w tym Bangladeszu nie wyszło.
Mamy więc niezłe studium przypadku “ryzyko reputacyjne” i jeszcze pewnie się mu przyjrzymy.

 

W konferencyjnym pędzie czyli podróży menadżera ryzyka c.d.

0
konferencyjnym

Pędzimy ostatnio z jednej konferencji na drugą “wrzesień ( i jak zauważamy empirycznie maj) miesiącem konferencji jest i tak się zastanawiamy o czym by tu dzisiaj napisać, od czego zacząć żeby nie zostać posądzonym o zbytnie teoretyzowanie – bo konferowanie o ryzyku swoje, a “życie swoje”.
Ale nie jest chyba jednak tak źle z “celowością” tego konferowania, bo sporo się ostatnio nasłuchalismy i nadyskutowalismy o ciekawych developmentach risk manadżmentu, więc może jednak porzucimy te rozterki i drażnienie apetytu Czytelnika, bo – jak mówił poeta – “zupa stygnie” !

Po ostatniej konferencji o KZ-cie zaraz skorzystaliśmy z zaproszenia szacownego PZU, który przygotował w sopockim Sheratonie niezwykle ciekawy miting (i już nie ma mowy o konferencji cyk-mik) pod znamiennym tytułem “Risk Engeenering Days 2013”.  Wydarzenie na tyle obszerne i ciekawe że przygotowujemy oddzielną relacje dla Gazety Ubezpeczeniowej…a jak już napiszemy, to
przytoczmy sprawozdanie na Ryzykonomii…. ku uciesze naszych wiernych P.T. Czytelników.
Żeby zaś narobić małą chrapkę na temat “inżynierowania” ryzykiem –  poniżej program Wydarzenia

 

konferencyjnym
Dodaj napis

i zdjęcie nietuzinkowego Key-not’a, z którym  zresztą, jak widzicie, Wasza Redakcja zawarła znajomość.

konferencyjnym

No!…
Więc wprost “z inżynierii”  pobiegliśmy na naukową konferencję “O dobrobycie”, gdzie Naczelny Bloga zreferował temat “ryzyko a dobrobyt” wywołując, bez fałszywej skromności,   bo tak to określił jeden z prowadzących  “poruszenie” (haha, śmiejemy się w Redakcji, że na jednej z “podypomówek” bali się ostatnio przerwać, żeby wyjść na przerwę i na siku “bo Pan psor mówił z taka pasją”.
A i o ryzyku welferu napiszemy oddzielnie, bo temat  upragnionego “państwa dobrobytu”  i zarządzania nim, zarówno na mikro jak i makro poziomie ma arcyważne i zupełnie praktyczne konotacje.  Choć –  jak zwykle – nie u nas. U nas będzie miało za 30 lat. Albo 50. No.
Teraz zaś pędzimy żelaznymi drogami do Stolicy na spotkanie całkowicie niekonferencyjne z Klientem, potem będziemy dyskutować w gronie polriskowych menadżerów ryzka: jak i co w risk manadżmencie certyfikować. I: “kim powinien być risk manger”. I o tym też będzie niedługo.  A w przyszlym tygodniu….no będą też kolejne odcinki Ryzykonomii.
I tak siedzimy w pekapowskim norwidzie biedny norwid co on im zawinił z piątą godzinę, pykamy ten tekst w smartfona  za oknem w szalonym pedzie przelatują nam przed oczami krowy pasące sie na polu ogon krowy, śroooodek krowy, głowa, głowa, głow-a, krowy, rogiiii. Pędzimy pędzimy…

Ps.
Technicznie wyjaśniamy, że dojachaliśmy i piszemy…

konferencyjnym

 

Outsourcing zarządzania ryzykiem ?

0
outsourcing zarządzania ryzykiem

Jak nie miażdżymy paradygmatów zarządzania ryzykiem, jak w ostatnim artykule, to przeglądamy sobie różne źródła i źródełka dotyczące zarządzania ryzykiem; nawet czasami mamy wrażenie, że jak na tutejsze zaawansowanie risk manadżmentu jesteśmy “overskilled” jak powiedziano pewnemu znajomemu emigrantowi, którego posadzili w kasie, a chował w zanadrzu za duże “skillsy” i doświadczenie. Ale przyznajemy, szybko się tam na nim poznali i… Ale to już zupełnie inna historia. A i u nas idzie uliczny wiatr zmian, czujemy w powietrzu rosnące zainteresowanie ryzykiem wystarczy choćby spojrzeć w szklane okienko i zaraz widać, że wielkim ludziom, jak mawiał poeta, rosną skrzydła i…. tak dalej,  ha, ha.
No więc porzuciwszy te porobocze (bo właśnie jesteśmy po robocie) docinki wpadliśmy gdzieś przypadkiem na takie oto źródełko o outsourcingu (link), gdzie porusza się temat nurtujący na pewno niejednego z tysięcy Czytelników Ryzykonomii, a mianowicie: jak tu nie będąc mega wielką firmą zorganizować sobie risk manadżment.

Tak, outsourcing może być częścią odpowiedzi na to pytanie, zamiast tworzenia “z kopyta”  własnych komórek zarządzania ryzykiem i  mnożenia etatów i kosztów ku radości ZUSa.
Tak,  jeżeli nie jesteście mega korporacją budowanie risk manadżmentu w oparciu o zewnętrzną siłę “merytoryczną” może i musi w dzisiejszych kryzysowych czasach (choć jak zapodano tu i ówdzie “kryzys już się skończył”)  sensowną alternatywą.

Oczywiście trzeba zauważyć, że small biznes amerykański i polski to co najmniej różnica trzech zer w bilansie i Pi and eLu . Ale – tym bardziej. Sami pracujemy tu i ówdzie, nawet jeżeli nie jako risk manager “na godziny” to jako doradca pomagający zdeterminowanym zarządom przygotować strukturę zarządzania ryzykiem w organizacji, odpowiednie polityki i procedury, przeszkolić ludzi, poprowadzić Warsztaty Identyfikacji Ryzyka.
Nie udajemy, że się tu nie reklamujemy jako Interim Risk Managerowie, bo prawdopodobnie część co bardziej przemyślnych Czytelników już to odkryła (sic!) ale, zostawiwszy na boku naszą nieskromną prywatę, takie działanie ma sens i kosztowy i,  nazwijmy go, merytoryczny.
Klasycznym błędem “pierwszych kroków” wdrażania ERM-u  może być po-uczestniczenie w jednym, dwóch szkoleniach i nabycie przekonania, że już, już wiemy wszystko. Nawet potrafimy mapę ryzyka namalować. (A ten dyskusyjny koncept mamy już, nawiasem mówiąc, od pewnego czasu na naszym anty-paradygmatowym celowniku w Redakcji….)

Kliknij !

Prawdziwa wiedza, to truizm, tkwi w szczegółach i doświadczeniu, a tego się od ręki nie zdobywa. Stąd też i na świcie popularność różnych doradców, całkiem zasłużona zazwyczaj, choć znowu mamy wrażenie i “zadanie domowe” jest przez tamtejszych doradców odrabiane znacznie solidniej. Wystarczy choćby wejść na różne “zachodnie” fora dyskusyjne jakie tam spory i dyskusje się prowadzi, kiedy u nas – cisza, tak jakby wszyscy-wszystko wiedzieli. Albo – co gorsza – bali się powiedzieć. A kto pyta nie błądzi przecież. O dostępności pisanych źródeł o ERM w naszych bibliotekach czy czytelniach (tak, są i u nas czytelnie, z zakurzonymi woluminami) nie wspominając…

Wreszcie co naszym zdaniem jest olbrzymią korzyścią outsourcingu (także przeliczalną i na koszty i na czas)  pozwala łatwo “kupić” wiedzę i zorientować się co naprawdę firma/organizacja potrzebuje. Nie bez powodu znany na świecie kej study wdrażania ERM-u  z Hydro One wspomina, że po próbach oparcia się wyłącznie na outourcingu  zdecydowano się na prowadzenie dalszych prac przez już wyedukowane własne kadry, choć wciąż wykorzystywano wiedzę doradców zewnętrznych. I dobrze. Można i tak byle sensownie. I o to chodzi. I wilk syty i owca syta.
I to by było na tyle, o risk manadżmentowym outsourcing  na dziś.

 outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem

Wątpliwy paradygmat: Trzy linie obrony przed ryzykiem

0
paradygmat
Pisanie profesjonalnego Bloga nie jest łatwe w dzisiejszych czasach, bo nie tylko człowiek musi znosić presję wdzięczności P.T. Czytelników za cotygodniowe dostarczanie cennej wiedzy o tak poszukiwanym nad Wisłą temacie, jakim jest zarządzanie ryzykiem biznesowym. Pisanie nie jest łatwe (też), bo od Czytelników ciągle wpływają do Naczelnego (tak, tego) monity i nieledwie skargi, że tego czy owego tematu jeszcze nie poruszyliśmy „a cała Dyrekcja Czytelnika czeka rozgrączkowana na praktyczne sugestie”… Czy „tamtego” paradygmatu nie nadgryźliśmy „a przecież obiecaliśmy”! I potem trzeba się tłumaczyć naszemu Naczelnemu na nudnych nasiadówkach redakcyjnych, ględzącemu, że: „bo przecież bycie Najważniejszym Blogiem o Zarządzaniu Ryzykiem w Polsce” i “bloga prawie w ogóle o zarządzaniu” – „zobowiązuje”… I tym podobnych smęceń. Ech !
No więc dawajmy z tymi paradygmatami ! Na widelec je!
No, właśnie niedawno na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, która naprawdę serio popiera temat zarządzania ryzykiem, co aż tak częste nie jest ukazał się artykuł Waszego Ulubionego Redaktora na temat pewnego Ważnego Paradygmatu. Artykuł, którego główne tezy z pewnymi skrótami poniżej przytaczamy….
„Model trzech linii obrony” organizacji przed ryzykiem został spopularyzowany (choć autorstwa nie widzieć czyjego, zdaje się) przez IIA, Instytut Audytorów Wewnętrznych, , potężną organizację zrzeszającą 170 tysięcy audytorów wewnętrznych z całego świata. Model ten pokazuje jak organizacja powinna bronić się przed niepewnością. Jest też dowodem na to, że dobrze zapakowana i narysowana idea zawsze dobrze się sprzeda i łatwo zyskuje status paradygmatu, a więc powszechnie obowiązującego poglądu, z którym się już nie dyskutuje. A jednak…
Jak wiadomo Linie Obrony powinny być mniej więcej takie:
Linia obrony pierwsza. Tworzy ją „ogół” działań służących osiąganiu celów organizacji podejmowanych przez kierownictwo w ramach „zwykłego” zarządzania.  Kolejnym filarem tej defensywy powinien być system kontroli wewnętrznej, popularny Internal control, na przykład według standardu COSO.
 
Druga linia obrony obejmuje „tradycyjną” kontrolę finansową, istniejące w organizacji systemy zarządzanie jakością, bezpieczeństwo IT, zgodność z regulacjami (compliance) i tak dalej. A przede wszystkim zarządzanie ryzykiem.  Trzeba od razu zauważyć, że poszczególne elementy procesu zarządzania ryzykiem takie jak identyfikacja, analiza ryzyka, postępowanie z ryzykiem są wykorzystywane w ramach wszystkich wymienionych „linii obrony” organizacji. W tym sensie zarządzanie ryzykiem pełni rolę służebną wobec całego systemu Ładu Korporacyjnego nadając mu odporność (resilience) na ryzyko.
paradygmat
Trzecia linia obrony to audyt wewnętrzny, czyli „niezależna działalność doradcza i
weryfikująca, której celem jest usprawnienie operacyjne organizacji i wniesienie do niej wartości dodanej”.
Poza tymi “wewnętrznymi” 3 liniami obrony organizacji model wskazuje także, że z ryzykiem “walczą”: zewnętrzna rewizja finansowa i regulacje, system norm prawnych przeciwdziałających lepiej lub gorzej (a czasami bardzo źle) ryzyku. Zresztą na świecie mówi się dziś „risk regulation”.
Brzmi nieźle, jak każdy paradygmat. I dlatego model ten zobaczy Czytelnik w tysiącach podręczników i prezentacji powtarzanych na konferencjach i szkoleniach na temat audyty, kontroli wewnętrznej, compliance, ERM-u. Na całym świecie. Ale, czy aby na pewno w ten sposób walka z ryzykiem powinna „dziać się” w firmie?
Zarzutów różnego kalibru wobec tej miliony razy powtarzanej militarnej koncepcji można wytoczyć kilka. Choćby jej linearność. Bo model „graficznie” implikuje, że ryzykiem zarządza się w niezależnych linach obrony, a zwykle dzieje się to (powinno się dziać!) równolegle, jednocześnie.
Inny, niebezpieczniejszy wydźwięk paradygmatu, to sugestia oddzielania „specjalistycznej” funkcji zarządzania ryzykiem od „zwykłych” funkcji zarządczych. A przecież ERM „zintegrowany” oznacza zintegrowany z zarządzaniem na wszystkich „liniach”. To samo dotyczy zresztą innych wymienianych funkcji 2-ej linii, choćby compliance.
Model sugeruje również, że organizacja zarządza ryzykiem w sposób reaktywny a nie proaktywny, czekając w okopach na zagrożenia, zwalcza je w kolejnych transzejach. O słabości takiego, w istocie „samobójczego” podejścia do zarządzania ryzykiem nie trzeba się chyba rozpisywać.
Kliknij i zobacz !
A skoro o “liniach obrony” i obronie przed ryzykiem mowa, to gdzie jest istota zarządzania ryzykiem jako “sposób osiagania celów organizacji”. Która armia wygrała wojnę siedząc w okopach ? A co z szansami, “risk taking” ?
No i wreszcie, choć to sam wspomniany IIA promuje model: audyt wewnętrzny nie powinien „bronić” przed ryzykiem. To nie jego funkcja jak sami audytorzy gdzie indziej deklarują. Audyt powinien dostarczać „zapewnienia” (assurance), że wszystkie funkcje organizacji takie jak kontrola zarządu, kontrola wewnętrzna, ryzyko, cybersecurity działają w sposób zapewniający osiąganie celów. A to coś zgoła innego niż „bronienie”.
I wreszcie, co gorsza w modelu nie ma nic o sprawie najważniejszej, o kulturze zarządzania ryzykiem. Także, choć tu i ówdzie zaczyna się podważać model linii obrony wciąż funkcjonuje on jako prawda objawiona. Czy to, aby nie kolejna linia Maginota?
Jakie jest wasze zdanie ?
ps.
A już w kolejnym artykule na Ryzykonomii, pokażemy jak model linni obrony powinien – naszym zdaniem – działać. Czekajcie i czytajcie !

Ryzyko szklane, niewidoczne

0
ryzyko szklane

Zaczęło nas to intrygować, że jak tylko spotykamy na biznesowym forum jakąś kobietę z zzagranicy z branży risk menadżmetowej czy jakiejś innej (dla precyzji podamy – zwykle Panią z krajów rozwiniętych Europ Zach., Ameryki itp. ) to zaraz pojawia się temat Równouprawnienia. Wiemy też już, że to temat bardzo delikatny, bo mamy wrażenie , że w oczach dyskutantek pojawia się zwykle jakaś -takaś nuta offensywna (“wy-faceci”….), trochę nas to bawi, bo i w Redakcji Ryzykonomii zdajemy sobie sprawę, że to temat dziś na świecie ważny, duża dyskusja w ramach Corporate Governance i sami w co niektórych organizacjach natykamy się na Panie śmielej podnoszące ten u nas, skądinąd lekce ważony temat, bo jak wiadomo mamy społeczeństwo silnie ułańskie, a więc męskie.
Skądinąd też zresztą uważamy, że dyskryminacja kogokolwiek, bez względu na przyczynę to zwykłe
świństwo, niemałe ryzyko (utrata talentów, destrukcja zespołów, sprawy o molestowanie itp.).
Inna jednak sprawa, że regulowanie, akcje afirmatywne i krążący po Europie duch parytetów to wyganianie dżumy cholerą i złudna wiara, że można zwalczyć niesprawiedliwość większą – niesprawiedliwością mniejszą (?).

Temat ten zresztą już poruszalismy na Ryzykonomii i daliśmy jasny wykład swoich równościowych poglądów a przyszedł nam na myśl przy okazji intrygującego artykułu w międzynarodowej edycji HBR.
Zresztą zaczyna się od tematu tytułowego: “Dlaczego tylu niekompetentnych zostaje liderami?”
To zresztą inny temat, czekamy na doktoraty, bo pole badawcze jest u nas niezmierzone. Tytuł zresztą już na początku wprowadza w błąd bo: może i kimś zostają, ale na pewno nie LIDERAMI.
Ale zostawmy ten beznadziejny temat…
Wracając do artykułu to autor płynnie przechodzi do tematów równouprawnieniowych, szklanych sufitów dla kobiet, i serwuje pogląd, że mężczyźni są o tyle gorsi (a jednak!) od kobiet, że są obdarzeni cechami pomocnymi na etapie walki o stanowiska, bo już na etapie właściwym “stołkowym” są zasadniczo od kobiet mniej predystynowami do za(rzdzania). Autor powołuje się nawet na badanie

ZOBACZ!

(niestety tylko jedno) i zastrzega sie też, że może ono być obciążone błędem, biasem, bo bada się kobiety na stanowiskach (te najlepsze supermanki, które się jakoś dochrapały) w porównaniu do masy facetów przecież także średniaków i cieniasów.

Tutak przychodzi nam do głowy inny raport na temat kobieco-męskie, tym razem w Radach Nadzorczych niemieckich banków opublikowany niedawno, szeroko komentowany   a przygotowny na zlecenie Bundesbanku, z którego wynikało, że kobiety w Radach są bardziej skłonne do podejmowania ryzykownych decyzji niż faceci, i może to zwiększać ryzyko systemu.
http://www.econstor.eu/bitstream/10419/56024/1/688561233.pdf

I tu jest jednak sensowne tłumaczenie a rebours: kobiety w Radach chcą, muszą się wykazać, jak się już dochrapały, że zasłużyły a faceci – nic nie muszą.
Także ostrożni jesteśmy z badaniami… pamiętam też ołów w oczach naszej zagranicznej rozmówczyni jak wspomniałem o tym badaniu , z dobrą i obiektywną wolą.
Ot, “kolejna świnka szowinistyczna męska”, pomyśłała pewnie…
Hrum , hrum.