po ryzykach 17

Po ryzykach 17 idą 18

ryzykonomia cytowana
wesołych ryzyka

Wesołych ryzyka precz !

ekonomia głupcze

Ekonomia głupcze !

8 lat ryzykonomii

8 lat Ryzykonomii !

zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Wątpliwy paradygmat: Trzy linie obrony przed ryzykiem

0
paradygmat
Pisanie profesjonalnego Bloga nie jest łatwe w dzisiejszych czasach, bo nie tylko człowiek musi znosić presję wdzięczności P.T. Czytelników za cotygodniowe dostarczanie cennej wiedzy o tak poszukiwanym nad Wisłą temacie, jakim jest zarządzanie ryzykiem biznesowym. Pisanie nie jest łatwe (też), bo od Czytelników ciągle wpływają do Naczelnego (tak, tego) monity i nieledwie skargi, że tego czy owego tematu jeszcze nie poruszyliśmy „a cała Dyrekcja Czytelnika czeka rozgrączkowana na praktyczne sugestie”… Czy „tamtego” paradygmatu nie nadgryźliśmy „a przecież obiecaliśmy”! I potem trzeba się tłumaczyć naszemu Naczelnemu na nudnych nasiadówkach redakcyjnych, ględzącemu, że: „bo przecież bycie Najważniejszym Blogiem o Zarządzaniu Ryzykiem w Polsce” i “bloga prawie w ogóle o zarządzaniu” – „zobowiązuje”… I tym podobnych smęceń. Ech !
No więc dawajmy z tymi paradygmatami ! Na widelec je!
No, właśnie niedawno na łamach naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej, która naprawdę serio popiera temat zarządzania ryzykiem, co aż tak częste nie jest ukazał się artykuł Waszego Ulubionego Redaktora na temat pewnego Ważnego Paradygmatu. Artykuł, którego główne tezy z pewnymi skrótami poniżej przytaczamy….
„Model trzech linii obrony” organizacji przed ryzykiem został spopularyzowany (choć autorstwa nie widzieć czyjego, zdaje się) przez IIA, Instytut Audytorów Wewnętrznych, , potężną organizację zrzeszającą 170 tysięcy audytorów wewnętrznych z całego świata. Model ten pokazuje jak organizacja powinna bronić się przed niepewnością. Jest też dowodem na to, że dobrze zapakowana i narysowana idea zawsze dobrze się sprzeda i łatwo zyskuje status paradygmatu, a więc powszechnie obowiązującego poglądu, z którym się już nie dyskutuje. A jednak…
Jak wiadomo Linie Obrony powinny być mniej więcej takie:
Linia obrony pierwsza. Tworzy ją „ogół” działań służących osiąganiu celów organizacji podejmowanych przez kierownictwo w ramach „zwykłego” zarządzania.  Kolejnym filarem tej defensywy powinien być system kontroli wewnętrznej, popularny Internal control, na przykład według standardu COSO.
 
Druga linia obrony obejmuje „tradycyjną” kontrolę finansową, istniejące w organizacji systemy zarządzanie jakością, bezpieczeństwo IT, zgodność z regulacjami (compliance) i tak dalej. A przede wszystkim zarządzanie ryzykiem.  Trzeba od razu zauważyć, że poszczególne elementy procesu zarządzania ryzykiem takie jak identyfikacja, analiza ryzyka, postępowanie z ryzykiem są wykorzystywane w ramach wszystkich wymienionych „linii obrony” organizacji. W tym sensie zarządzanie ryzykiem pełni rolę służebną wobec całego systemu Ładu Korporacyjnego nadając mu odporność (resilience) na ryzyko.
paradygmat
Trzecia linia obrony to audyt wewnętrzny, czyli „niezależna działalność doradcza i
weryfikująca, której celem jest usprawnienie operacyjne organizacji i wniesienie do niej wartości dodanej”.
Poza tymi “wewnętrznymi” 3 liniami obrony organizacji model wskazuje także, że z ryzykiem “walczą”: zewnętrzna rewizja finansowa i regulacje, system norm prawnych przeciwdziałających lepiej lub gorzej (a czasami bardzo źle) ryzyku. Zresztą na świecie mówi się dziś „risk regulation”.
Brzmi nieźle, jak każdy paradygmat. I dlatego model ten zobaczy Czytelnik w tysiącach podręczników i prezentacji powtarzanych na konferencjach i szkoleniach na temat audyty, kontroli wewnętrznej, compliance, ERM-u. Na całym świecie. Ale, czy aby na pewno w ten sposób walka z ryzykiem powinna „dziać się” w firmie?
Zarzutów różnego kalibru wobec tej miliony razy powtarzanej militarnej koncepcji można wytoczyć kilka. Choćby jej linearność. Bo model „graficznie” implikuje, że ryzykiem zarządza się w niezależnych linach obrony, a zwykle dzieje się to (powinno się dziać!) równolegle, jednocześnie.
Inny, niebezpieczniejszy wydźwięk paradygmatu, to sugestia oddzielania „specjalistycznej” funkcji zarządzania ryzykiem od „zwykłych” funkcji zarządczych. A przecież ERM „zintegrowany” oznacza zintegrowany z zarządzaniem na wszystkich „liniach”. To samo dotyczy zresztą innych wymienianych funkcji 2-ej linii, choćby compliance.
Model sugeruje również, że organizacja zarządza ryzykiem w sposób reaktywny a nie proaktywny, czekając w okopach na zagrożenia, zwalcza je w kolejnych transzejach. O słabości takiego, w istocie „samobójczego” podejścia do zarządzania ryzykiem nie trzeba się chyba rozpisywać.
Kliknij i zobacz !
A skoro o “liniach obrony” i obronie przed ryzykiem mowa, to gdzie jest istota zarządzania ryzykiem jako “sposób osiagania celów organizacji”. Która armia wygrała wojnę siedząc w okopach ? A co z szansami, “risk taking” ?
No i wreszcie, choć to sam wspomniany IIA promuje model: audyt wewnętrzny nie powinien „bronić” przed ryzykiem. To nie jego funkcja jak sami audytorzy gdzie indziej deklarują. Audyt powinien dostarczać „zapewnienia” (assurance), że wszystkie funkcje organizacji takie jak kontrola zarządu, kontrola wewnętrzna, ryzyko, cybersecurity działają w sposób zapewniający osiąganie celów. A to coś zgoła innego niż „bronienie”.
I wreszcie, co gorsza w modelu nie ma nic o sprawie najważniejszej, o kulturze zarządzania ryzykiem. Także, choć tu i ówdzie zaczyna się podważać model linii obrony wciąż funkcjonuje on jako prawda objawiona. Czy to, aby nie kolejna linia Maginota?
Jakie jest wasze zdanie ?
ps.
A już w kolejnym artykule na Ryzykonomii, pokażemy jak model linni obrony powinien – naszym zdaniem – działać. Czekajcie i czytajcie !

Ryzyko szklane, niewidoczne

0
ryzyko szklane

Zaczęło nas to intrygować, że jak tylko spotykamy na biznesowym forum jakąś kobietę z zzagranicy z branży risk menadżmetowej czy jakiejś innej (dla precyzji podamy – zwykle Panią z krajów rozwiniętych Europ Zach., Ameryki itp. ) to zaraz pojawia się temat Równouprawnienia. Wiemy też już, że to temat bardzo delikatny, bo mamy wrażenie , że w oczach dyskutantek pojawia się zwykle jakaś -takaś nuta offensywna (“wy-faceci”….), trochę nas to bawi, bo i w Redakcji Ryzykonomii zdajemy sobie sprawę, że to temat dziś na świecie ważny, duża dyskusja w ramach Corporate Governance i sami w co niektórych organizacjach natykamy się na Panie śmielej podnoszące ten u nas, skądinąd lekce ważony temat, bo jak wiadomo mamy społeczeństwo silnie ułańskie, a więc męskie.
Skądinąd też zresztą uważamy, że dyskryminacja kogokolwiek, bez względu na przyczynę to zwykłe
świństwo, niemałe ryzyko (utrata talentów, destrukcja zespołów, sprawy o molestowanie itp.).
Inna jednak sprawa, że regulowanie, akcje afirmatywne i krążący po Europie duch parytetów to wyganianie dżumy cholerą i złudna wiara, że można zwalczyć niesprawiedliwość większą – niesprawiedliwością mniejszą (?).

Temat ten zresztą już poruszalismy na Ryzykonomii i daliśmy jasny wykład swoich równościowych poglądów a przyszedł nam na myśl przy okazji intrygującego artykułu w międzynarodowej edycji HBR.
Zresztą zaczyna się od tematu tytułowego: “Dlaczego tylu niekompetentnych zostaje liderami?”
To zresztą inny temat, czekamy na doktoraty, bo pole badawcze jest u nas niezmierzone. Tytuł zresztą już na początku wprowadza w błąd bo: może i kimś zostają, ale na pewno nie LIDERAMI.
Ale zostawmy ten beznadziejny temat…
Wracając do artykułu to autor płynnie przechodzi do tematów równouprawnieniowych, szklanych sufitów dla kobiet, i serwuje pogląd, że mężczyźni są o tyle gorsi (a jednak!) od kobiet, że są obdarzeni cechami pomocnymi na etapie walki o stanowiska, bo już na etapie właściwym “stołkowym” są zasadniczo od kobiet mniej predystynowami do za(rzdzania). Autor powołuje się nawet na badanie

ZOBACZ!

(niestety tylko jedno) i zastrzega sie też, że może ono być obciążone błędem, biasem, bo bada się kobiety na stanowiskach (te najlepsze supermanki, które się jakoś dochrapały) w porównaniu do masy facetów przecież także średniaków i cieniasów.

Tutak przychodzi nam do głowy inny raport na temat kobieco-męskie, tym razem w Radach Nadzorczych niemieckich banków opublikowany niedawno, szeroko komentowany   a przygotowny na zlecenie Bundesbanku, z którego wynikało, że kobiety w Radach są bardziej skłonne do podejmowania ryzykownych decyzji niż faceci, i może to zwiększać ryzyko systemu.
http://www.econstor.eu/bitstream/10419/56024/1/688561233.pdf

I tu jest jednak sensowne tłumaczenie a rebours: kobiety w Radach chcą, muszą się wykazać, jak się już dochrapały, że zasłużyły a faceci – nic nie muszą.
Także ostrożni jesteśmy z badaniami… pamiętam też ołów w oczach naszej zagranicznej rozmówczyni jak wspomniałem o tym badaniu , z dobrą i obiektywną wolą.
Ot, “kolejna świnka szowinistyczna męska”, pomyśłała pewnie…
Hrum , hrum.

Ale Cyrk !

0
ale cyrk

Uwielbiamy nabierać naszych wiernych P.T. Czytelników Bloga ! Pewnie zoczyli tytuł i myślą, że Ryzykonomia zzsuwa się w objęcia taniej popularności i na przykład dzisiaj będziemy opisywać niesukcesy naszej narodowej modernizacji, choćby porównywać , że Lux Torpeda z Krakowa do Zakopca gnała w 36-ym lekko ponad 2 godziny a spendolino o ile będzie sie niewychylał, nawet jakby chciał pewnie dwa razy dłużej. Albo zasmęcimy kolejny temat z długą brooooodą, o którym opowiadał właśnie Znajomy, jak to szukał dla swoich uczniaków podręczników do 5-tej klasy podstawówki i dowiedział się, że do polskiego jest coś z osiem różnych, podobnie matematyki, przyrody itemu podobnych do tego “nowe programy” i “podstawy programowy” istny busz, no proszę jak się ta biologia czy matematyka dla pięcioklasistów co roku zmienia ciągle coś nowego nauka odkrywa i trzeba nowe podręczniki drukować, lasy ciąć a naiwnych rodziców (bo co im pozostaje) golić, golić i golić z kasy. Pewnie dlatego jak donoszą statystycy jest dzisiaj u nas o 4 miliony dzieci mniej niż 20 lat temu, dokąd to ryzyko demograficzne zmierza niedługo się w jakiś

świat science fiction bez dzieci zmienimy a Ryzykonomie nam przyjdzie do 90-ki (jak Bóg da) pisać bez łaskizus. Cieszycie się ?

No, przecież nie o tych cyrkach będziemy dziś pisać, bo to cyrk nudny, wręcz nużący i jakże przewidywalny….

Piszemy dziś o ryzyku cyrkowym prawdzimym, tak, tak, znowu ryzykonomia nam przyszła na myśl jak nieledwie parę tygodni temu siedzieliśmy w Arenie w Sopocie, wśród pobrzmiewających
zewsząd rosyjskich zachwytów (tak!) oglądając sławny Cirque du Soleil i rzeczywiście robiący wrażenie cyrkowy szoł pod dźwięcznym tytułem “Alegria”. Klauni byli najlepsi….
Na cyrk trafiliśmy trochę przypadkiem, ale “jak dają to bierz” i nie żałujemy bo choć slonie nie

ale cyrk

ryczały i tygrysy nie trąbiły to było na co popatrzeć. No i to ryzyko….

Ryzyko w cyrku jest, to zgrzebny truizm, pamietamy nawet, choć adepci ryzykonomii mogą nie pamiętać jak pamiętny Kapitan Żbik walczył z złodziejskim duetem akrobatów w zeszycie “Salto śmierci” o mało tam jedni z trapezu nie spadli, oczywiście nie sam Żbik, bo jego nikt nie miał szans przechytrzyć, wtedy to byli Milicjanci, nie to co…
Ale do cyrkowej ryzykonomii wracająć to dzisiaj i w cyrku mówi się systematycznie o ryzyku.
Choćby sam de Soleil podkreśla jak dużą wagę przywiązuje do systematycznego risk managmentu
tutaj można sobie obejrzeć profesjonalną cyrkową deklarację apetytu na ryzyko i główne kroki.
Wierzyć też należy, że i dzięki solidnemy traktowani ryzyka przez ponad 30 lat nie było tam tak poważnego wypadku jak tego lata w Las Vegas gdy niestety zginęła piękna akrobatka…. smutne.
Ryzyka na pewno w takiej dziedzinie nigdy nie zabraknie, choć niektóry donoszą, że statystycznie, wiele dziedzin sportu, choćby futbol jest dużo bardziej niebezpieczny. Nawet oglądanie cyrku jest bezpieczniejsze, może oprócz emocji, szczególnie, że do cyrku jednak przychodzi dość kulturalne towarzystwo; notabene zrobiło na nas pewne wrażenie karność widowni, która proszona o nie błyskanie fleszami (dla bezpieczeństwa artystów) chyba ani razu nie błysnęła. Brawo !
A wystarczy pójść do bylejakiego oceanarium, czy zoo. Jak tam biednym zwierzakom po oczach flesze strzelają !
Ale w rzeczonym Sopocie wszystko świetnie zagrało tym większy podziw dla sztuki i odwagi. Mamy nadzieję, jak nasi nieocenieni sponsorzy dopiszą, Cyrk ten zobaczyć jeszcze….
Zobacz !

Me ! A może Bee ?

0
me ryzykonomia

W najnowszym numerze Gazety Ubezpieczeniowej, którą czytajcie aż miło z dumą prezentujemy mały nasjterszczyk Naczelnego Redaktora Ryzykonomii (więcej) artykuł o dźwięcznym tytule “Meeczeniee owiec”. Nie jest to jednka rzecz o zarządzaniu ryzykiem w rolnictwie, a przecież i ten niezwykle ważny dla naszego rolniczego kraju podejmowaliśmy na łamach. Nie jest to rownież analiza metod porozumiewania się przedmiotowych ssaków choć, przyznajemy, przy lekturze artykułu może pojawić się pytanie: mee, czy może bee? Bowiem niektóre źródła sugerują, że to dźwięk paszczowy kozy, ewentualnie barana…Eeeee.

Ale, skoro o komunikacji jest mowa to już jesteśmy bliżej, bo Autor przedmiotowego artykułu sprytnie przemyca w tekście tematykę herdingu, owczego pędu, który ma zwykle niezwykle ważne
znaczenie dla procesu podejmowania decyzji w warunkach ryzyka, a więc zawsze (no może oprócz takich projektów jak nasze superprawie szybkie nonPendolino gdzie ryzyka nie ma a bilety będą po 49,50).
Otóż owczy pęd to zjawisko powszechne i niestety bardzo ryzykowne, choćby widoczne w klasycznym run-ie na banki czy jak w przypadku Grecji ostatnio, na bankomaty.
Owczy pęd jest bezpośrednio związany z problemem asymetrycznej informacji (bo taka tylko jest dzisiaj) i tak zwanymi kaskadami informacyjnymi, których klasycznym przykładem może być plotka oddolna (kaskada wstępująca) obemująca coraz większy obszar, jak ostatnio o wybuchu eletrowni, mamy nadzieję nie opiliście się jodyny, czy odgórna czyli kaskada zstepująca (żeśmy znieśli bariery zadłużenia, bo inni znieśli, ale oczywiście podatki żeśmy podnieśli).

Oczywiście, zasadniczo owczy pęd nikomu specjalnie nie przynosi korzyści chociaż są przesłanki i

Czytaj i Nie błądź !

na to, że w stadzie i tak lepiej, nawet błędnie.
Co ważne w artykule poruszony został temat herdingu w zarządzaniu ryzykiem ale niestety nie tym “pozytywnym” (zarządzajmy ryzykiem bo inni zarządzają).
Bo jest i herding “negatywny”, szkodliwe beeczenie widoczne choćby w reguacyjnym rozpasaniu, kiedy uważa się że kolejne regulacje zastąpią prawdziwą kulturę zarządzania ryzykiem, a już historia SOX-a dowiodzi przecież, że tak nie jest. U nas ten mit regulacyjny w zarządzaniu ryzykiem próbuje się challengować rodzimymy regulacjami w zakresie ryzyka powtykanymi to-tu, to-tam czy systemem Kontoli zarządczej.
Inna sprawa i co światlejsi eksperci od zarządzania ryzykiem (jak wspominany Autor artykułu zauważa celnie, że i w ERM-e mamy swoisty herding, który można zauważyć w:

  • komplikowaniu języka (inherentne, rezydualne, apetyt, tolerancja, istotność, czynniki itd.)
  • radosnym mapowaniu
  • mnożeniu bądź dziesiątkowaniu ryzyk
  • niezgłębianiu mocnych i słabych stron standardów
  • pompowaniu dokumentacji
  • zlepkach pojęciowych (zarządzanie ryzykiem i kontrola zarządcza, mechanizmy kontrolne…)
  • oczywistych czywistościach (model 3linii obrony, “najważniejsze” ryzyka)
  • i więcej …

O czym napiszemy jeszcze, doszcegółowiając, w kolejnych odcinkach Ryzykonomii.

 

Głosujcie nakryzysowo

0
na kryzysowo

Całkiem niedawno znajomy Blog kryzysowo.pl , którego Polecamy, wystosował do Redakcji Ryzykonomii zupełnie nieoficjalne i niewiążące zapytania czy nie moglibyśmy poinformować Czytelników o tym, że oni, tj. kryzysowo.pl zostali zgłoszeni do konkursu “społecznie odpowiedzialny bloger”, choć nawet wcześniej mieli już podobno dosyć konkursów bloggerskich, w których wygrywa klaka seo-kuchenno-spodniowa (skąd my to znamy) i oczywiście zachęcić Rzeczonych Czytelników, aby (po świadomym zapoznaniu się z treścią  kryzysowo.pl) oddać swój cenny głos. Z radością więc informujemy i zachcamy do wejścia na kryzysowo.pl , gdzie więcej informacji znajdziecie…
Noooo….
Muszę tu powiedzieć, że “środowisko ratowniczo-kryzysowe”, z którym się spotykam już to w Internecie, już to przy innych okazjach (ostatnio przy wdrażaniu zarządzania ryzykiem w pewnej placówce ochrony zdrowia, co jak wiadomo jest jednym z obszarów eksperckich Ryzykonomii),  budzi w nas zawsze bardzo  pozytywne emocje. Od razu wyjaśnię, że nie chodzi tu o liczne antykryzysowo-ustawowe komitety, co do których…dużo by mówić, ale o anty-krysyzowo “misyjne”.
Mam wrażenie, że ratownicy oraz wszelkiej maści anty-kryzysanci to prawdziwi zapaleńcy, oddani swojej misji, ryzykonomicznej przecież w swojej istocie, misji niezwykle istotnej dla wymarzonej Modernizacji, misji niesienia bezpośredniej pomocy i wiedzy (!!!) tym, którzy tego potrzebują, a nawet… czasami nie potrzebują, bo nie wiedzą na przykład jak sie zachowac w przypadku pożaru, wypadku czy innego zagrożenia. Już nie będę nawet wspominał jak z tym u nas “cienko”. Nawet jak donoszą w Holandii wydają już porady po polsku nt. “Nauka nietopienia się w weekend”….
Sami ostatni nad morzem powstrzymywaliśmy pociechę przed brnięciem we wzburzony ocean bałtycki, a niestety obok cała rodzinka (PL) nieustraszona – brnęła. I znowu wyszliśmy na strachliwych, zapinający pasy w autobusie itp. Nawet nie mamy piwka na kocyku, jak co drugi kocyk na plaży. Coś jest z nami nie tak? Ryzyko Mania ? Z innej beczki: nie chcemy dołączyć do kolejnego rekordu rzezi na drogach w ostatnim tygodniu – jak doniesiono. Ech ?

Wracając do ratownictwa i anty-kryzysów, to ostatnio mieliśmy okazję słuchać w TVN wypowiedzi zaproszonego ratownika dotyczącego  ostatnich tragedii wodnych (link) i aż strzygliśmy uszami, ile tam ważnych i profesjonalnych (o co w naszej TV trudno choć psychologów i politologów znających się na Wszystkim nie brakuje)  i praktycznych informacji o “wodnych ryzykach” można było wysłuchać.Dlaczego tacy ludzie nie piszą programów szkolnych ?

Także, czytajcie, głosujcie ma kryzysowo.pl o co uprasza Was Wasza Redakcja bloga rychtując kolejne artykuły “o ryzyku”, wkrótce….

Prażeni słońcem smagani wiatrkiem

0
prażeni ryzykonomią
Jak już wspominaliśmy naszym Wytrwałym P.T. Czytelnikom
bloga musimy jeszcze trochę odłożyć łamanie risk managementowych paradygmatówbo mamy jeszcze zlecenie na napisanie Bardzo Naukowego Artykułu na konferencję “o
dobrobycie” we wrześniu i jako nieuleczalny ryzyzkomaniak przedłożyliśmy sobie karkołomne zadanie zderzenia „Państwa Dobrobytu” popularnego Welfare State z ryzykiem i
zarządzaniem ryzykiem;  wogóle to lubimy takie koncepcje słoń a sprawa polska, ryzyko a sprawa polska, ryzyko a sprawa cyrkowa (o, o tym wkrótce będzie) itp. itd. Bo na ryzyku się akurat znamy, a nie jak dajmy na to drudzy, na wszystkim.
Treści rzeczonego, artykułu o roboczym tytule “Zarządzanie ryzykiem jako warunek dobrobytu”   nie zdradzając, już teraz w  rezultacie kwerendy przede wszystkim zagranicznych

materiałów (bo gdzie inne są?…) od razu zwaliła się na nas kupa rozważań nt. “welfer a sprawa ryzyka”, “społeczeństwo
a ryzyko” , “bogactwo a ryzyko”, “politka gospodarcza, społeczna, zatrudnienia, taka siaka, owaka a ryzyko”…..

Taki Beck na przykład wnosi twardo, że mamy dzisiaj do czynienia bardziej z dystrybucją ryzyka zamiast z dystrybucją bogactwa, risk society, społeczeństwo ryzyka się wytwarza, a skutkiem tego….
I znowu nachodzi nas kac choć nie moralny ale raczej poznawczy, że strasznie się w Cywilizacji wszyscy zastanawiają: jaka jest rola ryzyka i co z nim robić, dokąd ten świat zmierza i jak tym wszystkim zarządzać (?) , ale to jest właśnie Moi Mili myślenie
strategiczne i myślenie o przyszłości które zawsze kształtowało Świat i odróżnia człowieka od maupy.  W społeczeństwach
małorozwiniętych rozważania takie traktuje się jako mało istotne, niepraktyczne jarzenia jajogłowych, i pewnie wielu wciąż się wydaje, że Historię kształtował Wołodia Traktorzysta a nie Nitzche czy na przykład Keynes, którzy najwyraźniej nie byli przecież “praktykami”.
Z tym “praktycznym” epitetem to zresztą sami się nieraz spotykamy, ponad 20 lat w biznesie nie wystacza, ale zawsze też powtarzamy że nie ma praktyki bez teorii i vice versa i trzeba dogłębi poznać ryzyko, proces i standard, żeby wszystko to sensownie i “praktycznie” poukładać.
Myślenie jako takie nigdy, z zasady nie było czynnością “praktyczną”.... i nawet nam się ta maksyma podoba, może ją zapiszemy w naszym konciuku ryzyko-cytatów powyżej, który zresztą stale uzupełniamy i zapraszamy do zgłaszania nowych przez Czytelników także.
Tak tak bez refleksji co się na tym zmieniającym świecie dzieje (niechby choć w wakacje) zmierzamy jak baran pędzący na murowaną ścianę, choć inna sprawa, przejrzeliśmy znowu pewną Bardzo Ważną rodzimą Strategię “Rozwoju” i nawet nam się nie chce o tym pisać o czym i czyją, zwykły zestaw tabelek “gdzie to jesteśmy”  (jak zawsze gdzieś daleko) i jak ważne są innowacje i nauka i jak zwykle żadnego jasnego Planu, analizy ryzyka wogóle, ani ożywczej samodzielnej myśli: jak to wszystko zrobić?
Póki co donosimy, że nieustannie staramy się animować
naszą obecność na różnych multimedialnych forach. A to:
Na Facebooku – Dołączcie do Nas !
Na Golden Line – grupa „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym JSFP”; już ma 79 członków i są świeże dyskusje
Na Linked In łaczymy się chętnie z innymi ryzykomaniakiami,
A nawet update-ujemy się regularnie ma Twitterze jakby kto chciał Ćwierk !
A, jeszcze ciekawe, bo w pierwszym tygodniu nowego miesiąca aż trzy nasze e-booki, do których podstępnie wiedzie ten link, znalazły się w pierwszej setce rankingu empik.com biznes i ekonomia i z tej popularności
przeczuwamy, że zaraz do nas zadzwonią Czynniki po strategiczną refleksję nad ryzykiem i kiedyś otrzymamy wreszcie Order z ziemniaka.
O czym wciąż w letnim nastroju i klimacie donosimy prażonym słońcem ale i mamy nadzieję smaganym ożywczym powiewem naszym P.T. Czytelnikom.

Push! Crash! Smash!

0
push ryzykonomia
Nasz mały dzienniczek, dzienniczątko wakacyjne
Karol Olgierd Borhardt jeden z naszych ulubionych pisarzy
młodzieńczych sturm und drang periode a dziś każdy mówi, tak było jest i będzie, nie wychylaj, nie podskakuj, nie narzekaj ucz dzieci na prawych równowszeregu, mądrzejsi ich znajdą a  jak nie trudno,  pisał kiedyś wspomnienia z Drugiej wojny, że brytyjscy
żołnierze z ntegoś regimentu mieli takie zawołanie bojowe atakuj! niszcz! zabijaj !
W weekend wraz z spragnionymi rodakami wyruszamy w kierunku
plaż popularnego resortu, słoneczko pięknie przygrzewa, zimny łokieć, muzyczka w radiu, na drogach push, crash, smash, kto pierwszy dopadnie następnego skrzyżowania, objechać, najechać, zajechać (!!!) zniszczyć konkurencję do zajęcia grajdołka i … już jesteśmy szczęśliwi na plaży. Nachodzi nas w drodze objawienie halb tacho, odległość między samochodami „pół licznika” w rodzimej transkrypcji to pół licznika 2pi r
znaczy obwód tarczy licznika czyli ca. 20-30 cm i wszystko się zgadza, hosanna !
Ale o zaskoczenie na plaży – MÓR parawanów, co roku dłuższe
10-20-30 metrów, kochani plażowicze wygradzają po 100
m2 własnej plaży wara innymi od widoku morza i terenu
zajętego przez kaduka, nasze, nasze, nasze
Za plażę, w cień drzew wspominamy leniwie wreszcie nasz
Bestseller empik.com, biznes i ekonomia kategoria „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu”  dziś wyjątkowo na
drugim miejscu wśród 100 najlepszych, czyli przeglądarka nam się nie zepsuła, niech sobie pobędą parę chwil na pierwszych za chwilę, wracamy, Czytelników przybywa, wartowarto.
Mocarna, opalona klata, chłodzona delikatnym zefirkiem
pochyla się nad najnowszą ulubioną Gazetą Ubezpieczeniową tam o ciekawym PwC raporcie Insurance Banana Skins 2013 fajny tytuł, link tutaj, ryzyko dla sektora ubezpieczeniowego
jak skórki od banana, regulacje, regulacje, regulacje exe kwo 1 miejsce a przecież Solvency i Bazylea to cudowny lek z gabinetów eurokratów, czyż może nie ?!  a już na kolejnych miejscach (m.in.):
CZyTAjCIECzYTAJCIE!
Wyniki inwestycyjne 2 (przedtem 4)
Makro 3 (3)
Natkat 5 (5)
Jakość zarządzania ryzykiem 7 (15) !!!
Zarządzanie ryzykiem 8 (14) !!!!!
Kanały dystrybucji 11 (9) spada supply chain ? eeeeeeee….
Reputacja 14 (16)
Zarządzanie zmianą 15 (31) alecotowłaściwie jest nie lubimy
tego nieprocesowego ględzenia
Ład korporacyjny 17 (8)
a zarządzanie ryzykiem ? coś się nie zgadza
Media społecznościowe 21
(new !)
Terroryzm 27 (23) oj uważajcie, żeby…
Plaża, plaża, i po plaży a tu jeszcze chcą od nas artykulik
spory, dobrobyt, sfera realna, zarządzanie ryzykiem, ulrich beck straszy ryzykiem społeczeństwa Wszystkich, ech bracie, z szacunkiem, naukowo, niepowiemy, piszemy,
czytajcie, zostańcie z nami !

push ryzykonomia push ryzykonomia

Plac Narutowicza

0
Plac Narutowicza

Znowu zaszalejemy, i lekko odpłyniemy  od standardów, metod, technik, dobrych  praktyk zarządzania ryzykiem a także od obiecanego obalania paradygmatów…Ale czy kto zarządza w Polsce ryzykiem w wakacje…
UUUps , przepraszamy Wierni Czytelnicy !!!

Więc, pozostając w ogólno-ryzykonomicznym, wakacyjnym
nastroju przemyśleniowym parę słów o wydarzeniu, które jest dla nas co roku jaskrawą łuną na firmamencie Braku kultury zarządzania ryzykiem w Narodzie.
To wydarzenie to Powstanie Warszawskie, bo właśnie kolejna
jego rocznica. Nas najbardziej zawsze uderza dysonans tego wydarzenia, a więc obraz katastrofalnie przeprowadzonej operacji wojskowej (?) opartej na błędnych założeniach i przesłankach, źle zaplanowanej i przygotowanej i zakończonej
kompletną taktyczną i strategiczną porażką we wszystkich wymiarach zestawiony z propagandową ideą zwyciężenie przez
porażkę i udawania czy to z nieświadomości czy to z innych powodów, że tak być MUSIAŁO.
Zarządzania ryzykiem tu nie było żadnego a nawet jeżeli, ten
i ów próbował jakieś ryzyka zauważać, to z różnych przyczyn, czasem jak się wydaje całkiem świadomie obiekcje zostały przez dowodzących Powstaniem pominięte, zlekceważone. Słowem „na koń wsiędziem i jakoś to będzie” w najczystszej
postaci – tylko konia też nawet nie było za to z drugiej strony straszni i bezwzględni przeciwnicy. Jak to na wojnie zresztą, bo wojna to nie Czterej Pancerni.
I pies.
Jednostkowym, a więc zawsze najbardziej przemawiającym  przykładem czystego surrealizmu Powstania są
dla nas wydarzenia na Placu Narutowicza (na pewno niejeden z P.T. Czytelników bloga mija często to miejsce) gdzie tłum powstańców napuszczony przez swoich szalonych dowódców miał zdobyć broń na wrogu.  GOŁYMI RĘKAMI.
Bieg na czekające już, ufortyfikowane, najlepsze na świecie niemieckie karabiny maszynowe MG 34 (900 strzałów/min) i MG 42 (1200 strzałów/min) zakończył się po kilkunastu
metrach trudną do wyobrażenia jatką, ręce, nogi, głowy, wnętrzności, kto jest nieco obeznany z militariami i ma odrobinę wyobraźni, zrozumie. O tej histprii polecamy także ten link i różne artykuły tamże :
Oczywiście podobnych historii było wiele, równie głupich i
jeszcze głupszych. Albo Antki Rozpylacze, wysyłanie dzieci na wojnę przeciw uzbrojonemu po zęby okrutnemu wrogowi, duma
narodowa,  pisał o tym choćby Łubieński, ani triumf ani zgon, nawet widzieliśmy gry planszowe się ukazały, zgroza, wara od naszych dzieci,  dyletanci ! Grajcie sami w gry planszowe. Wojna to planowanie, logistyka i zarządzanie, zajęcie dla specjalistów. Plus trochę bohaterstwa i tchórzostwa jednako.

Ktokolwiek zapoznany z wojskowością myśli z przerażeniem o
mitach o tygrysach na visach i trwaniu powstania tak naprawdę sztucznie przedłużanego przez naszych wrogów. To przecież wiadomo od dawna. Elitarne dywizje pancerne SS, ciężki sprzęt, mogły pozamiatać raz-dwa. Tylko po co? Artyleria, głód, bombardowania, gołebiarze, dzicy kałmucy wystarczą. A Stalinowi w to graj. O dramacie ludności cywilnej 200 tysięcy wyrżniętych, eh….Oni nie występują na rocznicach nie noszą opasek jak liczne zastępy bohaterów, bo jak już zauważył Hemingway zadziwiające jak wielu nie-bohaterow na wojnie ginie, a ilu bohaterów przeżywa. A Miasto zrównane z ziemią…
Najgorsze w tym wszystkim jest brak jakichkolwiek lessons
learned. Z projektu Porażki w imię fałszywej martyrologii, interesów i interesików małych mężyków stanu,
małych idejek i zwykłego braku wiedzy tworzy się wręcz Dobrą Praktykę bo „Gloria victis”,  co za oksymoron , co za
niepraktyczna złuda, powiedzcie to posiekanej na miazgę młodzieży na Placu Narutowicza.

Na koń znowu wsiędziem i…. jakoś to będzie ! 

Prędkość zabija pełna ryzykonomia

0
prędkość zabija
Uff,  właśnie rodzina przyjechała znad jezior, nie żebym się martwił o zdolności kierownicze, dużo bardziej wierzę rozsądkowi kobiet z kółkiem, ale wiadomo ci Świetni Kierowcy w swych super maszynach z naprzeciwka z lewa i z prawa (i na jednopasmówkach także).
ICH się po ponad 20 latach dość intensywnej i póki co
bezwypadkowej (odpukujemy) i 2-manadatowej jazdy (tym się chwalimy choć mamy wrażenie u nas jest to powód do niedumy, tak jak powodem do macho-dumy jest bulenie mandatów), ICH  boimy się naprawdę.
Temat poruszamy nie tyle dlatego, że najwyraźniej tragedia
kolejowa w Hiszpanii jest wynikiem surrealistycznego speedingu. Nawiasem mówiąc, zarządzanie ryzykiem w kolejnictwie to temat bardzo ważny, wspominaliśmy jakiś czas temu jak sobie z tym radzą w legendarnym Schinkansenie. Japończycy zresztą bardzo podkrelaj wagę systematycznego zarządzanie ryzykiem  bardzo, a w szczególności, pisaliśmy o tym, konieczność nieustannego budowania i wzmacniania  kultury zarządzania ryzykiem. Bo w istocie szalona prędkość, hekatomba na polskich
drogach (nie bujajmy się i na nowych i na starych) jest soczewką w tysiąckrotnym powiększeniu pokazującą  niską kultury
zarządzania ryzykiem czy bezpieczeństwa (jak kto woli) Polaków właśnie. Na wypadkach drogowych, tym „nierozwiązywalnym” problemie tracimy c orocznie miliardy PKB, potem na przykład próbujemy te roztrwonione gigantyczne środki w ułamku dozbierać na Orkiestrze; zawsze jest lepiej rzucić grosik i uronić z dumą łezkę niż pomyśleć i zaoszczędzić miliardy. O hipokryzja ! (Uczciwie mówiąc podobnych “schematów” możemy wymienić wiele).
O aspekcie ludzkiego nieszczęścia nawet nie wspominamy, do
tego trzeba wyobraźni, której większości rodzimych kierowców zwyczajnie brakuje.
Zdjęcie pierwsze
Przy herbacie, po pewnym biznes spotkaniu, inteligentni
przecież i dystyngowani rozmówcy przechwalali się przy stole,  jak to jeżdżą z Gdańska do Warszawy w 3 i może
pół godziny (my jedziemy, ca. 5 co za wstyd…), oczywiście jak zawsze SZYBKO ale OSTROŻNIE. Tak zresztą pewnie
myślała pewna znajoma, która ledwie uszła z życiem po długim szpitalu wyjechał ktoś na skrzyżowaniu, bo przecież fizyka ma swoje prawa dynamiki i stali nie da się zatrzymać ot, tak w miejscu. Nawet tak Dobrym Kierowcom, jakich nieustannie
spotykam.
Zdjęcie drugie
Korzystam z uprzejmości znajomych, podwożą mnie do domu
przez Polskę. Obiecałem sobie już nigdy nie jeździć z nieznajomymi, ale lenistwo, parę groszy zaoszczędzone. Kilka godzin jazdy często po 180 choćby na zatłoczonych odcinkach A2, odległości po paręnaście metrów. Także w deszczu.  Udało się , żyjemy. Tylko ja najwyraźniej dziękuję niebiosom za przetrwanie. Normalka.
Zdjęcie trzecie
Wracam polskim busem zimą. Biała droga śnieżyca, wyprzedzamy
po trzy ciężarówki na jednopasmówce, najszybszy pojazd na trasie. Zgroza. W pól roku później, niedawno wypadek tej samej lini i setki komentarzy potwierdzających
moje obserwacje. Przy okazji, jestem chyba jedyną osobą w zasięgu wzroku w pasach, które ma każdy nowoczesny autobus. Bo wstyd. Ale odcięte nogi, ręce – nie wstyd ?
I tak dalej….
ZOBACZ BESTSELLER !
W ogóle zawsze nas zastanawia ten “odlot rozumu” (jak celnie przy innej okazj zauważył Paul Johnson), rozmawiamy z miłymi i inteligentnymi ludźmi, potem wsiadają do samochodu i zmieniają się w Dr Jekylla i Hyda pędząc na zatracenie, najeżdżając na grubość zderzaka innych „zbyt wolnych”, „nie tak dobrych” użytkowników (hej, czy to nie kompleks….). Zresztą to najeżdżanie ala’ Formuła 1 to powszechna plaga polskich dróg . I znowu jeden
z drugim (cenzura) nie jest w stanie zrozumieć, że to czysty ruch opóźniony, im szybciej jedziesz tym dłuższa droga hamowania, „halb tacho” jak piszą na austriackich autostradach, zmienia się u nas w „pół zderzaka”, bo przecież jest SZYBKO ale OSTROŻNIE.
Nie wiadomo do końca z jakiego powodu hiszpański
maszynista tak speedował, bo co do tego nie ma wątpliwości, przychodzi jednak taka refleksja, że podejście do prędkości i zasad ruchu drogowego jest w Hiszpanii cokolwiek zbliżone do naszego (nasza empiryczna wiedza,; choć chyba znacznie bardziej
boją się policji i zdaje się guardia civil), ta sama ułańsko-donżuańska idiotyczna fantazja i brak obiektywnej oceny sytuacji i własnych ograniczeń.
Prędkość zabija i nie ma co do tego wątpliwości, to są empiryczne
dane (bardzo proszę), wystarczy poczytać, nie żebyśmy jakoś lubili się wlec po drodze, ale po to są przepisy, prawo, za którego stanowienie i utrzymanie SAMI płacimy, żeby je przestrzegać ! Czy Prawo, instytucjonane zarządzanie ryzykiem to jakiś oksymoron ?
Co z tego że dojedziemy na wakacje pół godziny wcześniej
albo będziemy mogli się pochwalić przed macho kolegami naszym genialnym kierownictwem, jak któregoś dnia – nie dojedziemy ?Albo inni przez nas nie wrócą do domu przez nas ? Czy
ludzkie tragedie są warte paru minut, o ile o to w ogóle chodzi? Bo niby gdzie wszyscy się śpieszą w weekend?

Śpiesz się powoli. Jak wyjedziesz spóźniony przyjedź spóźniony.
Prędkość zabija, głupota zabija. Dobrze jest znać swoje ograniczenia. Także fizyki i prędkości. Amen. 

Prędkość zabija Prędkość zabija Prędkość zabija

Kulturalne kondyszyns i ryzyko

0
Kulturalne kondyszyns

Już, już mamy przejść do zapowiadanego w ostatnim poście obalania risk manadżmentowych (i nie tylko) paradygmatów, a tu ostatnio uczestniczymy w ciekawej dyskusji, po prezentacji w pewnym klubie biznesu,  kilku profesjonalnych zapaleńców (tak, tak, jeszcze tacy całkowicie nie
wymarli ani nie wyjechali, ale pewnie za chwilę).

A dyskusja, w opustoszałej sali ale przy wciąż obfitym, niewyjedzonym cateringu (ach te babeczki z malinkami, ale o zgrozo ! Wasza Redakcja zrzuca wagę…)  dotyczy  bynajmniej nie tylko ściśle ryzykonomicznej domeny. Otóż jakoś – takoś w tym małym, acz zacnym gronie  zgadaliśmy się na temat modnego dziś CSR-u a potem i przeszło na kulturę zarządzania
i zarządzania ryzykiem też.

Jeden z interlokutorów denerwował się miedzy innymi, o co w
tym całym CSR-e chodzi, jedna wielka ściema, dużo hałasu o nic, a biznes przecież – is biznes.

Kulturalne kondyszynszrobić żeby nie doszło do kolejnych kryzysów i przewałek , a choć szał regulacyjny, także u nas, trwa to nie ma empirycznych dowodów na to, że kolejne regulacje zmniejsząją ryzyko
systemu. Regulacji jest rzeczywiście co niemiara od SOX –a 404, potem Dodda-Franka, Bazyleę i Solvency, COSO-wy Internal Kontrol zaordynowany przez amerykański SEC, różne Governancowe regulacje, także powoli przenikające do
Polski, choćby w ustawie o biegłych rewidentach (dlaczego tam !?) czy ustawie o TFI …..itd. itd.
Lubisz Czytać ….

Koszty wprowadzaniem tej regulacyjnej twórczości liczone są w miliardach dolarów, a efekty, czego przykładem jest choćby sam protoplasta SOX 404  (jeszcze przecież przed-lehmanowy i too-big-to failowy ) są nikłe albo wręcz ŻADNE.

Może więc kluczem jest właśnie „kultura” ? Tylko co właściwe
ona oznacza i jak ją (jeżeli już) w organizacjach rozsiewać ?
Weźmy choćby naszą ulubioną kulturę zarządzania ryzykiem,
już zaczynają się schody…
the combined set of individual and corporate values, attitudes,
competencies and behaviour that determine a firm’s commitment to and style of operational risk management.
Basel Committee (2011) …the general awareness, attitude and behaviour of its employees and appointed representatives to risk and the management of risk within the
organisation.
FSA (2006)
 …the values, beliefs, knowledge and understanding about risk shared by a group of people with a common purpose, in particular the employees of an organisation or of teams or groups within an organisation. IRM (2012)
…the system of values and behaviors present throughout an organisation that shape risk decisions. Risk culture influences the decisions of managementand employees, even if they are not consciously weighing risks and benefits. KPMG (2010)
Małe ble, ble nie prawdaż ?
Stąd pewnie nasi koledzy z London School of
Economics po swoich ostatnich researchach stawiają tezę, że “w odróżnieniu od paradygmatów publicznej debaty o kulturze
organizacyjnej, która kładzie nacisk na zmianę sposobu myślenia i postaw, koniecznej jest położenie znacznie większego nacisku na poprawę struktur, procesów monitorujących funkcjonowanie organizacji i zapewniających efektywny przepływ informacji, a także wprowadzenie skutecznych mechanizmów mierzących efektywność w odniesieniu do ponoszonego ryzyka oraz tych zapewniających “good compliance”. 
No, to nam się znacznie bardziej podoba bo, jak ktoś mądrze zauważył:
“The best way to avoid mistakes is not to change human condition but the conditions of human work”
Co niniejszym dodajemy do naszego zbioru Ryzykonomicznych cytatów (patrz: pasek pod tytułem Bloga)
A kultura, jak uczyli mnie w domu, jest w życiu potrzebna,
niby można jeść rękami albo nawet nogami, można budować stadiony zamiast bibliotek, ale gdzie nas to, czy to w biznesie, czy życiu społecznym doprowadzi?
Zapalonych dyskutantów pozdrawiamy, więcej takich dyskusji chcielibyśmy słyszeć, szczególnie, że jednym z kluczowych zadań risk manadżmentów, o którym jakoś słabo sie pamięta, jest krytyczna analiza i “challengowanie” założeń.
pa, pa !

Kulturalne kondyszyns Kulturalne kondyszyns Kulturalne kondyszyns