zarządzanie ryzykiem

Strona główna zarządzanie ryzykiem Strona 9

Plac Narutowicza

0
Plac Narutowicza

Znowu zaszalejemy, i lekko odpłyniemy  od standardów, metod, technik, dobrych  praktyk zarządzania ryzykiem a także od obiecanego obalania paradygmatów…Ale czy kto zarządza w Polsce ryzykiem w wakacje…
UUUps , przepraszamy Wierni Czytelnicy !!!

Więc, pozostając w ogólno-ryzykonomicznym, wakacyjnym
nastroju przemyśleniowym parę słów o wydarzeniu, które jest dla nas co roku jaskrawą łuną na firmamencie Braku kultury zarządzania ryzykiem w Narodzie.
To wydarzenie to Powstanie Warszawskie, bo właśnie kolejna
jego rocznica. Nas najbardziej zawsze uderza dysonans tego wydarzenia, a więc obraz katastrofalnie przeprowadzonej operacji wojskowej (?) opartej na błędnych założeniach i przesłankach, źle zaplanowanej i przygotowanej i zakończonej
kompletną taktyczną i strategiczną porażką we wszystkich wymiarach zestawiony z propagandową ideą zwyciężenie przez
porażkę i udawania czy to z nieświadomości czy to z innych powodów, że tak być MUSIAŁO.
Zarządzania ryzykiem tu nie było żadnego a nawet jeżeli, ten
i ów próbował jakieś ryzyka zauważać, to z różnych przyczyn, czasem jak się wydaje całkiem świadomie obiekcje zostały przez dowodzących Powstaniem pominięte, zlekceważone. Słowem „na koń wsiędziem i jakoś to będzie” w najczystszej
postaci – tylko konia też nawet nie było za to z drugiej strony straszni i bezwzględni przeciwnicy. Jak to na wojnie zresztą, bo wojna to nie Czterej Pancerni.
I pies.
Jednostkowym, a więc zawsze najbardziej przemawiającym  przykładem czystego surrealizmu Powstania są
dla nas wydarzenia na Placu Narutowicza (na pewno niejeden z P.T. Czytelników bloga mija często to miejsce) gdzie tłum powstańców napuszczony przez swoich szalonych dowódców miał zdobyć broń na wrogu.  GOŁYMI RĘKAMI.
Bieg na czekające już, ufortyfikowane, najlepsze na świecie niemieckie karabiny maszynowe MG 34 (900 strzałów/min) i MG 42 (1200 strzałów/min) zakończył się po kilkunastu
metrach trudną do wyobrażenia jatką, ręce, nogi, głowy, wnętrzności, kto jest nieco obeznany z militariami i ma odrobinę wyobraźni, zrozumie. O tej histprii polecamy także ten link i różne artykuły tamże :
Oczywiście podobnych historii było wiele, równie głupich i
jeszcze głupszych. Albo Antki Rozpylacze, wysyłanie dzieci na wojnę przeciw uzbrojonemu po zęby okrutnemu wrogowi, duma
narodowa,  pisał o tym choćby Łubieński, ani triumf ani zgon, nawet widzieliśmy gry planszowe się ukazały, zgroza, wara od naszych dzieci,  dyletanci ! Grajcie sami w gry planszowe. Wojna to planowanie, logistyka i zarządzanie, zajęcie dla specjalistów. Plus trochę bohaterstwa i tchórzostwa jednako.

Ktokolwiek zapoznany z wojskowością myśli z przerażeniem o
mitach o tygrysach na visach i trwaniu powstania tak naprawdę sztucznie przedłużanego przez naszych wrogów. To przecież wiadomo od dawna. Elitarne dywizje pancerne SS, ciężki sprzęt, mogły pozamiatać raz-dwa. Tylko po co? Artyleria, głód, bombardowania, gołebiarze, dzicy kałmucy wystarczą. A Stalinowi w to graj. O dramacie ludności cywilnej 200 tysięcy wyrżniętych, eh….Oni nie występują na rocznicach nie noszą opasek jak liczne zastępy bohaterów, bo jak już zauważył Hemingway zadziwiające jak wielu nie-bohaterow na wojnie ginie, a ilu bohaterów przeżywa. A Miasto zrównane z ziemią…
Najgorsze w tym wszystkim jest brak jakichkolwiek lessons
learned. Z projektu Porażki w imię fałszywej martyrologii, interesów i interesików małych mężyków stanu,
małych idejek i zwykłego braku wiedzy tworzy się wręcz Dobrą Praktykę bo „Gloria victis”,  co za oksymoron , co za
niepraktyczna złuda, powiedzcie to posiekanej na miazgę młodzieży na Placu Narutowicza.

Na koń znowu wsiędziem i…. jakoś to będzie ! 

Newton na bańce (Mórz Południowych)

0
Newton na bańce
Newton na bańce
Jedni mówią, że przysłowia są mądrością narodu , inni że głupotą („Wyjątek potwierdza regułę”?!) . My powiedzonka i przysłowionka w Ryzykonomii lubimy bo niejedne są bardzo celne. Choć oczywiście conieco nas denerwuję dziwna, a popularna maniera oklejania prezentacji licznymi Celnymi Cytatami co ma zdaje się uczynić przedstawienie bardziej multimedialnym.
Tak czy inaczej tradycyjnie  będąc za, a nawet przeciw, zamieszczamy w naszej kolekcji Cytatów (patrz pasek – pod tytułem Bloga) niezłe powiedzonko Newtona (tak, tego od zasad dynamiki, które przespaliście na Fizyce w 6ej B)
Rzeczony Newton był jednym z wielu niewydarzonych inwestorów, którzy stracili na South Sea Bubble, czyli Bańce Mórz Południowych. Jednej z wielu znanych baniek inwestycyjnych…..
…. które były, są i będą i wcale nie jest to wina złego kapitalizmu, czy „wad” zarządzania ryzykiem. Dmuchanie i pękanie baniek wynika natomiast z  ludzkiej chciwości i głupoty i dał temu wyraz wspomniany uczony deklarując samokrytycznie, że
„I can calculate the motion of heavenly bodies, but not the madness of people”
(Mogę kalkulować ruch ciał niebieskich ale nie ludzkie szaleństwo”)
Choć wcześnie deklarował, iż:
“God created everything by number, weight and measure”
(Bóg stworzył wszystko używając liczby, wagi i miary”)
Wspomniany Newton na inwestycjach w akcje Kompanii Mórz Południowych, która miała rozwijać zyskowny handel (zasadniczo z tytułowymi Morzami Południowymi),  które ogarnięci inwestycyjnym szaleństwem kupowali mieszkańcy Anglii ca. około 1720 roku, stracił pono 20 tys. funtów, dzisiejszych 3 miliony dolarów. Nawiasem mówiąc są widać kraje gdzie tradycyjnie można zarobić przy nauce…
W Bańce Południowej ciekawe jest to, że (w szczegóły nie wchodząc) owa Kompania zawarła z Rządem deal mający pomóc Rządowi w zamianie wysoko oprocentowanego (ale trudnosprzedawalnego długu publicznego) na niżej oprocentowany (ale łatwiej sprzedawalny) dług Kampanii.
Ciekawe także, że krach owej bańki był w koincydencji z tzw. bańką Missisipi w Ameryce.
Jak ta historia kołem się toczy….

Push! Crash! Smash!

0
push ryzykonomia
Nasz mały dzienniczek, dzienniczątko wakacyjne
Karol Olgierd Borhardt jeden z naszych ulubionych pisarzy
młodzieńczych sturm und drang periode a dziś każdy mówi, tak było jest i będzie, nie wychylaj, nie podskakuj, nie narzekaj ucz dzieci na prawych równowszeregu, mądrzejsi ich znajdą a  jak nie trudno,  pisał kiedyś wspomnienia z Drugiej wojny, że brytyjscy
żołnierze z ntegoś regimentu mieli takie zawołanie bojowe atakuj! niszcz! zabijaj !
W weekend wraz z spragnionymi rodakami wyruszamy w kierunku
plaż popularnego resortu, słoneczko pięknie przygrzewa, zimny łokieć, muzyczka w radiu, na drogach push, crash, smash, kto pierwszy dopadnie następnego skrzyżowania, objechać, najechać, zajechać (!!!) zniszczyć konkurencję do zajęcia grajdołka i … już jesteśmy szczęśliwi na plaży. Nachodzi nas w drodze objawienie halb tacho, odległość między samochodami „pół licznika” w rodzimej transkrypcji to pół licznika 2pi r
znaczy obwód tarczy licznika czyli ca. 20-30 cm i wszystko się zgadza, hosanna !
Ale o zaskoczenie na plaży – MÓR parawanów, co roku dłuższe
10-20-30 metrów, kochani plażowicze wygradzają po 100
m2 własnej plaży wara innymi od widoku morza i terenu
zajętego przez kaduka, nasze, nasze, nasze
Za plażę, w cień drzew wspominamy leniwie wreszcie nasz
Bestseller empik.com, biznes i ekonomia kategoria „Zombie atakują ! Zarządzanie ryzykiem po prostu”  dziś wyjątkowo na
drugim miejscu wśród 100 najlepszych, czyli przeglądarka nam się nie zepsuła, niech sobie pobędą parę chwil na pierwszych za chwilę, wracamy, Czytelników przybywa, wartowarto.
Mocarna, opalona klata, chłodzona delikatnym zefirkiem
pochyla się nad najnowszą ulubioną Gazetą Ubezpieczeniową tam o ciekawym PwC raporcie Insurance Banana Skins 2013 fajny tytuł, link tutaj, ryzyko dla sektora ubezpieczeniowego
jak skórki od banana, regulacje, regulacje, regulacje exe kwo 1 miejsce a przecież Solvency i Bazylea to cudowny lek z gabinetów eurokratów, czyż może nie ?!  a już na kolejnych miejscach (m.in.):
CZyTAjCIECzYTAJCIE!
Wyniki inwestycyjne 2 (przedtem 4)
Makro 3 (3)
Natkat 5 (5)
Jakość zarządzania ryzykiem 7 (15) !!!
Zarządzanie ryzykiem 8 (14) !!!!!
Kanały dystrybucji 11 (9) spada supply chain ? eeeeeeee….
Reputacja 14 (16)
Zarządzanie zmianą 15 (31) alecotowłaściwie jest nie lubimy
tego nieprocesowego ględzenia
Ład korporacyjny 17 (8)
a zarządzanie ryzykiem ? coś się nie zgadza
Media społecznościowe 21
(new !)
Terroryzm 27 (23) oj uważajcie, żeby…
Plaża, plaża, i po plaży a tu jeszcze chcą od nas artykulik
spory, dobrobyt, sfera realna, zarządzanie ryzykiem, ulrich beck straszy ryzykiem społeczeństwa Wszystkich, ech bracie, z szacunkiem, naukowo, niepowiemy, piszemy,
czytajcie, zostańcie z nami !

push ryzykonomia push ryzykonomia

Wejście NIK Kontrola zarządcza zarządzanie ryzyk

0
Wejście NIK

Wejście NIK. Trochę nas nie było Wytrwali Czytelnicy, ale przemierzamy kraj wzdłuż i w szeż, szerząc zarządzanie ryzykiem, kontrolę zarządczą i ERM w szczególności. Nieutrudzenie i z niepodważalnym zaangażowaniem.
Ale znów przysiadamy do klawiatury żeby żmudnie żąć niezżęte, nieprzebyte łany niewiedzy o zarządzaniu. Wiadomo nam oczywiście,  że okres okołoświąteczny nie sprzyja myśleniu o ryzyku. Ale i około-świąt ryzyka nie brakuje. O czym zresztą piszemy w kolejnym, jeszcze nieukazanym numerze naszej ulubionej Gazety Ubezpieczeniowej. 
Do poruszonych w ostatnim artykule Euroryzyk FERMy jeszcze zaraz wrócimy, tymczasem obowiązek nas woła. Żeby zaadresować temat statusu bliskiego nam zarządzania ryzykiem w sektorach publicznych. O którego to stanie wypowiedział się znowóż, całkiem niedawno NIK (link).
Materiał filmowy warty jest obejrzenia i….

…nie będziemy go specjalnie komentować, bo i tak myślimy, że Czytelnicy sami go ocenią. Nie jesteśmy też  przekonani, mówiąc oględnie (a jak Czytelnik zauważył z natury nie jesteśmy oględni), czy jest tu namacalna analiza wymagana każdym standardem zarządzania ryzykiem.

 Ciekawe też i widzimy pierwsze jaskółki, że co  poniektórzy audytorzy rozsądnie zaczynają rozumieć że audyt to jedno a zarządzanie to inna funkcja i choć ich łączenie może budzić pokusy to taki mariarz nie wiadomo dokąd prowadzi.

Szczególnie, że choć wielu się tak wydaje, aż tak proste to całe zarządzanie ryzykiem nie jest.
Pisaliśmy też na Blogu wielokrotnie, że Czarnych Łabędzi wcale tak wiele nie ma i wielką ilość ryzyk, przy stosownej analizie da się łatwo przewidzieć i zarządzić nimiż.
Oglądajcie więc i analizujcie, a na dzisiaj – tyle.
Zostańcie z podtrzymanymi przekaźnikami. Nie odbieżajcie od przyłączeń ! 
Za chwilę więcej Ryzykonomii!

Wejście NIK Wejście NIK Wejście NIK

Outsourcing zarządzania ryzykiem ?

0
outsourcing zarządzania ryzykiem

Jak nie miażdżymy paradygmatów zarządzania ryzykiem, jak w ostatnim artykule, to przeglądamy sobie różne źródła i źródełka dotyczące zarządzania ryzykiem; nawet czasami mamy wrażenie, że jak na tutejsze zaawansowanie risk manadżmentu jesteśmy „overskilled” jak powiedziano pewnemu znajomemu emigrantowi, którego posadzili w kasie, a chował w zanadrzu za duże „skillsy” i doświadczenie. Ale przyznajemy, szybko się tam na nim poznali i… Ale to już zupełnie inna historia. A i u nas idzie uliczny wiatr zmian, czujemy w powietrzu rosnące zainteresowanie ryzykiem wystarczy choćby spojrzeć w szklane okienko i zaraz widać, że wielkim ludziom, jak mawiał poeta, rosną skrzydła i…. tak dalej,  ha, ha.
No więc porzuciwszy te porobocze (bo właśnie jesteśmy po robocie) docinki wpadliśmy gdzieś przypadkiem na takie oto źródełko o outsourcingu (link), gdzie porusza się temat nurtujący na pewno niejednego z tysięcy Czytelników Ryzykonomii, a mianowicie: jak tu nie będąc mega wielką firmą zorganizować sobie risk manadżment.

Tak, outsourcing może być częścią odpowiedzi na to pytanie, zamiast tworzenia „z kopyta”  własnych komórek zarządzania ryzykiem i  mnożenia etatów i kosztów ku radości ZUSa.
Tak,  jeżeli nie jesteście mega korporacją budowanie risk manadżmentu w oparciu o zewnętrzną siłę „merytoryczną” może i musi w dzisiejszych kryzysowych czasach (choć jak zapodano tu i ówdzie „kryzys już się skończył”)  sensowną alternatywą.

Oczywiście trzeba zauważyć, że small biznes amerykański i polski to co najmniej różnica trzech zer w bilansie i Pi and eLu . Ale – tym bardziej. Sami pracujemy tu i ówdzie, nawet jeżeli nie jako risk manager „na godziny” to jako doradca pomagający zdeterminowanym zarządom przygotować strukturę zarządzania ryzykiem w organizacji, odpowiednie polityki i procedury, przeszkolić ludzi, poprowadzić Warsztaty Identyfikacji Ryzyka.
Nie udajemy, że się tu nie reklamujemy jako Interim Risk Managerowie, bo prawdopodobnie część co bardziej przemyślnych Czytelników już to odkryła (sic!) ale, zostawiwszy na boku naszą nieskromną prywatę, takie działanie ma sens i kosztowy i,  nazwijmy go, merytoryczny.
Klasycznym błędem „pierwszych kroków” wdrażania ERM-u  może być po-uczestniczenie w jednym, dwóch szkoleniach i nabycie przekonania, że już, już wiemy wszystko. Nawet potrafimy mapę ryzyka namalować. (A ten dyskusyjny koncept mamy już, nawiasem mówiąc, od pewnego czasu na naszym anty-paradygmatowym celowniku w Redakcji….)

Kliknij !

Prawdziwa wiedza, to truizm, tkwi w szczegółach i doświadczeniu, a tego się od ręki nie zdobywa. Stąd też i na świcie popularność różnych doradców, całkiem zasłużona zazwyczaj, choć znowu mamy wrażenie i „zadanie domowe” jest przez tamtejszych doradców odrabiane znacznie solidniej. Wystarczy choćby wejść na różne „zachodnie” fora dyskusyjne jakie tam spory i dyskusje się prowadzi, kiedy u nas – cisza, tak jakby wszyscy-wszystko wiedzieli. Albo – co gorsza – bali się powiedzieć. A kto pyta nie błądzi przecież. O dostępności pisanych źródeł o ERM w naszych bibliotekach czy czytelniach (tak, są i u nas czytelnie, z zakurzonymi woluminami) nie wspominając…

Wreszcie co naszym zdaniem jest olbrzymią korzyścią outsourcingu (także przeliczalną i na koszty i na czas)  pozwala łatwo „kupić” wiedzę i zorientować się co naprawdę firma/organizacja potrzebuje. Nie bez powodu znany na świecie kej study wdrażania ERM-u  z Hydro One wspomina, że po próbach oparcia się wyłącznie na outourcingu  zdecydowano się na prowadzenie dalszych prac przez już wyedukowane własne kadry, choć wciąż wykorzystywano wiedzę doradców zewnętrznych. I dobrze. Można i tak byle sensownie. I o to chodzi. I wilk syty i owca syta.
I to by było na tyle, o risk manadżmentowym outsourcing  na dziś.

 outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem outsourcing zarządzania ryzykiem

100 000 na Bushi-do

0
100000 ryzykonomii

Aniśmy się obejrzeli, a tu „Ryzykonomii” puknęło ponad 100 000 wyświetleń, prawie już 4 lata się trudzimy pro publico bono niosąc kaganiec nowoczesnego zarządzania spragnionemy Narodowi pomni, że jak mawiał Poeta: „Jak bedłki tak spragniony ryzykonomii ginie Naród…” 

Co najmniej kilkatysięcy Czytelników z Polski (i nie tylko) wraca na nasze łamy, jak mówią statystyki,  to nam dodaje sił i samozaparcia, i może nawet kiedyś dostaniemy medal z ziemniaka od Czynników, gdyż jak wiemy, gdzie jak gdzie ale w nadwiślanskim kraju ceni się profesjonalizm i gruntowną wiedzę.
No, może się nieledwie się zapędzamy z tymi komplementami i tematów ryzykonomicznych  do roztrząsywania i dzielania na czworo na łamach naszych
troche pozostaje. Weźmy takie ryzyka śmieciowe, które się nam na horyzoncie szykują. Nikt najwyraźniej żadnych specjalnych analiz ryzyka co do śmieć -problemu nie przygotował choćby najgruntowniejszych kalkulacji „ile śmiecia do zebrania naprawdę jest” i chyba po raz kolejny temat „wyjdzie w praniu” szczgólnie, że jak wiemy „jeszcze nigdy nie było tak – żeby jakoś nie było”. 
Trochę porażające są te wiecznie żywe narodowe mądrości zarządcze, wyraźnie anty-ryzykonomiczne, i nas by być może porażały i gdybyśmy od czasu do czasu, choć życzylibyśmy sobie pewnie częściej, nie otrzymywali wyrazów szczerej sympatii i uznania za pisanie tego – co piszemy.

CZYTAJ RYZYKONOMIĘ !!!

Ale tak – czy inaczej jako starzy samurajowie rozumiemy, że Bushi-do, droga wojownika jest drogą niełatwości, a i pisanie podobnie jak navigare „necesse est”.

I dlatego już za chwilę zapraszamy na kolejne odsłony Ryzykonomii, już to ciągnące poruszoną właśnie w listach od Czytelników tematykę Kontroli wewnętrznej (COSO tu nowe pomysły właśnie ogłosiło dobre-niedobre ?), już to o nowych mega strategiach „na lata”, które nam najmędrsze umysły wyszykowują, już to o tysiącach innych, nigdy nie brakujących ryzykonomicznych problemach i problemikach….
Zostańcie z nami na następne 100 000 (a może nawet 101….) wyświetleń.
 100000 ryzykonomii
 100000 ryzykonomii  100000 ryzykonomii

100000 ryzykonomii

Dręczymy po łikendowo

0
dręczymy

Już nie raz deklarowaliśmy, że nienawidzimy szczerze ideji”długiego łikendu”.. z odczuwanego przymusu społecznego odpoczywania akurat wtedy jak i z niestosownościzamykania na kluczyk kraju na dorobku, w ogonie rozwiniętych, na cały tydzień. Dodamy  tylko, że owych „świąt” około łikendowych nikt specjalnie nie świętuje a wszystko jest kolejnym pretekstem do ogólno narodowego palenia węgla drzewnego i kiełbasianej wyżerki. Ale tak już najwyraźniej musi być, póki co pienia w mediach
„na temat zamilkły, nawet echa 75 tradycyjnie zabitych na drogach już nikogo nie dziwią, bo wiadomo, że to

wszystko wina „złych” „pijanych” kierowców, a sami jeździmy
„ szybko, ale ostrożnie” i wszystkiemu są „winne drogi”.

Nawiasem mówiąc zaraz po niedawnym tragicznym najechaniu na trolejbus w Gdyni przez ciężarówkę ( z zdemontowanymi częściowo hamulcami jak donoszą,
niepotwierdzone, media),
Zobacz !!!

sami czytaliśmy jaki podniósł się na forach raban, kiedy ktoś zażądał dodatkowych fotoradarów w niebezpiecznym
miejscu. Zgroza!

Ale taka reakcja „dobrych” kierowców nie powinna specjalnie
dziwić, jak i nie dziwi nas informacja (tym razem telewizyjna) o tramwajarzach zarabiających po 4-5 tysiaków w warszawskich tramwajach (znając choćby sytuację polskiej nauki, tej która jeszcze nie wyjechała) i całych rodzinach,
teściowych i konkubinach wożonych za darmo, kiedy my tu w ankietach na blogu zarobki risk manadżerów
w Polsce sekujemy. O tempora, o mores !
Z mediów różnych dowiadujemy się jeszcze, że orzeł był tak
naprawdę z gastronomicznej plasteliny, a nie czekolady oraz, że ambasador wcale nie jest wujkiem Marcina ale, całe szczęście, zegarki były prawdziwe, choć pożyczone.
Porzuciwszy te daremne rozważania, choć nie bez widoków wówczas na bloggerską popularność, jak Piecyk czy Tasia K., w przejściu do kolejnych ryzykonomicznych bajań  i rozważań uzupełniamy naszą zakładkę „Cytaty” (na górze
bloga) o może nie ściśle związany ale „zarządczy” i kryzysowy cytat:
Grupy organizujące publiczne akcje protestacyjne są (w tym)
dużo bardziej doświadczone niż osoby i organizacje odpowiedzialne za zarządzanie tymi protestami. 
Sam Rosenfeld, Densus Group
 A – jak kiedyś wspominaliśmy – jesteśmy otwarci na
wasze kwotacje ryzykonomiczne. Ślijcie śmiało. Zostańcie z nami. Czytajcie nas !

Komitet Zarządzania Ryzykiem: pro i con

Komitet Zarządzania Ryzykiem

Komitet Zarządzania Ryzykiem>>>

merytorycznie, mała dygresja etymologiczna, językowa. Tak myślimy, że słowo „komitet” zostało w języku polskim z dawien nieźle skompromitowanie i jakie by zgromadzenie tym
terminem nie określać, już budzi nienajlepsze skojarzenia. Ale od jego stosowania
nie da się uciec bo skądinąd, wciąż brzmi poważnie i niemal urzędowo, a i w „international
business englisz”  różne committee powszechnie funkcjonują.

Dzisiaj jednak podejmiemy
się pokrótce odpowiedzi na niełatwe a często zadawane pytanie:

Czy my w naszej firmie w ogóle
jakiś Komitet Ryzyka musimy powoływać ???

Otóż, odpowiedź jest
prosta, jak zawsze: To zależy. Bo są i pro i kontra.

Oczywiście powoływanie kolejnego komitetu do spraw czegokolwiek nigdy nie spotyka się z entuzjazmem, brzmi
drętwo i jakoś dziwnie się kojarzy. I to jest zasadny argument antybiurokratyczny.

Tym bardziej, że w spółkach giełdowych czy innych „jednostkach zainteresowania publicznego” powoływany Komitet Audytu. Bo tak chce Ustawa o biegłych rewidentach (zawsze w głowę zachodzimy dlaczego
akurat tam KA wsadzono, ale mniejsza).  Tamże
wśród zadań ryzykonomicznych zapisano, że Komitet Audytu, jako część ciała
radonadzorczego „czuwa”  nad
funkcjonowaniem w spółce systemu kontroli wewnętrznej i zarządzania ryzykiem. „Czuwa”,
a więc nie „zarządza”.  A w ogóle ten akapit Ustawy o BR  przenika jakby, tak to
wyczuwamy, wola ustawodawcy, żeby wśród zadań KA  najważniejsze było pilnowanie wiarygodności sprawozdań finansowych.
Wagi zagadnienia nie umniejszając, to zarządzanie ryzykiem jakby się tam na doczepkę pojawia. Już o tym pisaliśmy zresztą, że jest w ustawie mowa o czuwaniu nad systemami, których nie ma obowiązku
stworzyć, ale nie o tym dzisiaj.

Średnio to czuwanie Komitetów Audytu najwyraźniej w praktyce działa a i jak choćby donosi ostatnio w raportach COSO, coraz
częściej „na zachodzie” mówi się o konieczności ewolucji KA właśnie w Komitety
Ryzyka czyli – jesteśmy „w domu”.

 

Tymczasem jednak na ochotnicze
powoływanie Komitetów Ryzyka w Radach Nadzorczych, szczególnie, że nie
zadekretowane żadną ustawą bym nie liczył.

 

Może więc inaczej należy
postawić pytanie: czy Komitet Ryzyka powoływać w firmie oprócz KA, jako ciało
poza RN . I tu Redakcja Bloga Ryzykonomia skłania się do odpowiedzi
pozytywnej…. ale z pewnymi zastrzeżeniami:

 

A są one następujące:

– Komitet Ryzyka powołuje
się w firmie, której kultura organizacyjna, stopień skomplikowania operacji i wielkość uzasadnia jego
powołanie,
– pełni realną funkcję
koordynacyjno – doradczą, decyduje ale nie kasuje ryzyk
– w jego składzie
przeważają menedżerowie z realnym „powerem” decyzyjny,
– idealnie jeżeli uczestniczy
w nim ktoś z zarządu i/ lub wysoki menedżer z realnym dostępem do zarządu,
– idealnie jeżeli raz na
jakiś czas uczestniczy w nim Prezes/CEO,
– efektywność i potrzeba
funkcjonowania takiego komitetu jest realnie oceniana,
– jeżeli miałby być izba
refleksji i wyżerania cząsteczek – kasujemy,
– pewnie powinien mu przewodniczyć risk manager (jeżeli jest) albo koordynator

Dobrze jest też wymyślić
dla komitetu inną, mniej historycznie obciążoną nazwę.
Może Grupa ds. Ryzyka (SGR) albo Zespół
Ryzykonomiczny, albo ….

 

A jakie jest Twoje zdanie
?

Prażeni słońcem smagani wiatrkiem

0
prażeni ryzykonomią
Jak już wspominaliśmy naszym Wytrwałym P.T. Czytelnikom
bloga musimy jeszcze trochę odłożyć łamanie risk managementowych paradygmatówbo mamy jeszcze zlecenie na napisanie Bardzo Naukowego Artykułu na konferencję „o
dobrobycie” we wrześniu i jako nieuleczalny ryzyzkomaniak przedłożyliśmy sobie karkołomne zadanie zderzenia „Państwa Dobrobytu” popularnego Welfare State z ryzykiem i
zarządzaniem ryzykiem;  wogóle to lubimy takie koncepcje słoń a sprawa polska, ryzyko a sprawa polska, ryzyko a sprawa cyrkowa (o, o tym wkrótce będzie) itp. itd. Bo na ryzyku się akurat znamy, a nie jak dajmy na to drudzy, na wszystkim.
Treści rzeczonego, artykułu o roboczym tytule „Zarządzanie ryzykiem jako warunek dobrobytu”   nie zdradzając, już teraz w  rezultacie kwerendy przede wszystkim zagranicznych

materiałów (bo gdzie inne są?…) od razu zwaliła się na nas kupa rozważań nt. „welfer a sprawa ryzyka”, „społeczeństwo
a ryzyko” , „bogactwo a ryzyko”, „politka gospodarcza, społeczna, zatrudnienia, taka siaka, owaka a ryzyko”…..

Taki Beck na przykład wnosi twardo, że mamy dzisiaj do czynienia bardziej z dystrybucją ryzyka zamiast z dystrybucją bogactwa, risk society, społeczeństwo ryzyka się wytwarza, a skutkiem tego….
I znowu nachodzi nas kac choć nie moralny ale raczej poznawczy, że strasznie się w Cywilizacji wszyscy zastanawiają: jaka jest rola ryzyka i co z nim robić, dokąd ten świat zmierza i jak tym wszystkim zarządzać (?) , ale to jest właśnie Moi Mili myślenie
strategiczne i myślenie o przyszłości które zawsze kształtowało Świat i odróżnia człowieka od maupy.  W społeczeństwach
małorozwiniętych rozważania takie traktuje się jako mało istotne, niepraktyczne jarzenia jajogłowych, i pewnie wielu wciąż się wydaje, że Historię kształtował Wołodia Traktorzysta a nie Nitzche czy na przykład Keynes, którzy najwyraźniej nie byli przecież „praktykami”.
Z tym „praktycznym” epitetem to zresztą sami się nieraz spotykamy, ponad 20 lat w biznesie nie wystacza, ale zawsze też powtarzamy że nie ma praktyki bez teorii i vice versa i trzeba dogłębi poznać ryzyko, proces i standard, żeby wszystko to sensownie i „praktycznie” poukładać.
Myślenie jako takie nigdy, z zasady nie było czynnością „praktyczną”.... i nawet nam się ta maksyma podoba, może ją zapiszemy w naszym konciuku ryzyko-cytatów powyżej, który zresztą stale uzupełniamy i zapraszamy do zgłaszania nowych przez Czytelników także.
Tak tak bez refleksji co się na tym zmieniającym świecie dzieje (niechby choć w wakacje) zmierzamy jak baran pędzący na murowaną ścianę, choć inna sprawa, przejrzeliśmy znowu pewną Bardzo Ważną rodzimą Strategię „Rozwoju” i nawet nam się nie chce o tym pisać o czym i czyją, zwykły zestaw tabelek „gdzie to jesteśmy”  (jak zawsze gdzieś daleko) i jak ważne są innowacje i nauka i jak zwykle żadnego jasnego Planu, analizy ryzyka wogóle, ani ożywczej samodzielnej myśli: jak to wszystko zrobić?
Póki co donosimy, że nieustannie staramy się animować
naszą obecność na różnych multimedialnych forach. A to:
Na Facebooku – Dołączcie do Nas !
Na Golden Line – grupa „Zarządzanie ryzykiem w sektorze publicznym JSFP”; już ma 79 członków i są świeże dyskusje
Na Linked In łaczymy się chętnie z innymi ryzykomaniakiami,
A nawet update-ujemy się regularnie ma Twitterze jakby kto chciał Ćwierk !
A, jeszcze ciekawe, bo w pierwszym tygodniu nowego miesiąca aż trzy nasze e-booki, do których podstępnie wiedzie ten link, znalazły się w pierwszej setce rankingu empik.com biznes i ekonomia i z tej popularności
przeczuwamy, że zaraz do nas zadzwonią Czynniki po strategiczną refleksję nad ryzykiem i kiedyś otrzymamy wreszcie Order z ziemniaka.
O czym wciąż w letnim nastroju i klimacie donosimy prażonym słońcem ale i mamy nadzieję smaganym ożywczym powiewem naszym P.T. Czytelnikom.

Jak nie byłem na Jennifer Lopez

Jak nie byłem na Jennifer Lopez

Jak nie byłem na Jennifer Lopez>>>

Pełne wyzwań i podróży jest życie Risk Managera….
I dlatego właśnie wróciłem z podróży służbowej  „w Polskę” gdzie objaśniałem tajniki ryzykonomii zamiast w ostatni czwartek…podziwiać wokal i układy taneczne Jennifer Lopez na bursztynowej gdańskiej Ergo Arenie. Niezwłocznie

wyjaśniam: nie, żebym stosowany bilet wystał utrudzony w kolejce, to dzięki pewnemu
znajomemu Dobroczyńcy (O dzięki ci, Wielki i Mądry Dobroczyńco, jesteś Dobry i Mądry!) otrzymałem stosowne bilety. Ale wyszło – jak wyszło, służba nie drużba, ryzykonomia nie znosi próżni, carpe diem i klienta, więc przebieg wydarzenia znam jedynie z relacji wydelegowanej delegacji rodzinnej. Żadne się tam – o ile wiemy – szczególne ryzyka coś 20 tysięcznym mega evencie nie objawiły….co nie znaczy że ryzykonomicznie
rzecz biorąc żadnych ryzyk z wydarzeniem nie możemy powiązać.
….Możemy, i nie zawiedziemy Cię , spragniony ryzyk Czytelniku.
Otóż przychodzi mi na myśl przegląd po-projektowy.
Jest to Project manadżmentowa koncepcja zakładająca
konieczność oceny na ile cele projektu zostały osiągnięte ale już po de facto zakończeniu projektu. Co to ma wspólnego z koncertem a raczej ze

stadionem ?
Tak się ostatnio przyglądamy wyścigom miast-posiadaczy po-eurowych
stadionów o ściągnięcie różnych megagwiazd i eventów. Oczywiście chodzi o to, żeby nadać bardziej trwały ekonomicznie sens wydatkowania gigantycznych środków na budowę stadionów. Oczywiście sukces euro12stadionów wcześniej odtrąbiono, ale przecież ryzyko się na Euro nie skończyło, ale nawet jak myślimy się zaczęło.
Czy aby,  nie  przydałby się przegląd po-projektowy, a może i po-projektową analiza ryzyk?
Już nie analiza ryzyk typu: „czy się pojawią talibowie z bombami” ale „jakie ryzyka zagrażają
dalszej egzystencji tych imponujących obiektów”?.
Tak sobie rozmyślałem o ryzykach po-projektowych  zamiast
oglądać Panią Lopez jadąc przez Polskę po niedokończonych autostradach i wiele
innych pomysłów o kolejnych artykułach na bloga mnie naszło ale o tym już
wkrótce, za chwilę …..