zarządzanie ryzykiem

Home zarządzanie ryzykiem

Kurze ryzyko i śmierć orangutana

0

Kurze ryzyko i śmierć orangutana>>>
Nie jem jajek. To znaczy nie w ogóle. Bardzo lubię jajka, ko, ko, ko. Od pewnego czasu nie jem jajek z tak zwanego chowu klatkowego.
Wiedziałem od pewnego czasu, że coś jest tu nie tak. Ale kiedy zobaczyłem na You Tube film pokazujący przerażające, straszliwe, nieludzkie , bestialskie warunki tych hodowli i co się robi z kurami dostarczającymi najtańszej i najpopularniejszej u nas wersji jajek, powiedziałem dosyć.


Moi dziadkowie, gdzie w dzieciństwie na wsi spędziłem niejedne wakacje, nigdy tak nie traktowali zwierząt, które ich żywiły, bo tak jest świat zbudowany, jakby kto wytykał mi szaleństwo.Wiadomo, są droższe ale dzisiaj wolałbym nie jeść żadnych, choć zapewne bezwiednie wciąż konsumuję te klatkowe w wielu produktach, nawet o tym nie wiedząc. Ale dobre i to.

Świadomość konsumencka a jeszcze wyżej Społeczna Odpowiedzialność Biznesu, Corporate Social Responsibility. Puste słowa, przez wielu wyśmiewane.

Ale z radością zauważmy, że już teraz nawet w Polsce największe sieci handlowe dostrzegają, że coraz więcej konsumentów nie chce dręczenia zwierząt, nie chce masowej produkcji taniego żarcia, które potem wyrzuca się w tysiącach ton do kibla.
Czy firmy robią to dla Społecznej Odpowiedzialności, czy po prostu dla kasy i większego ROE.? Jest mi to obojętne. Chociaż nie wątpię, że w sieciach handlowych pracują przede wszystkim normalni ludzie, którzy nie chcą robić biznesu na ludzkiej czy zwierzęcej krzywdzie. Stąd choćby Good Agricultural Practice, z olbrzymim zarządzaniem ryzykiem, o którym pisaliśmy kiedyś na Ryzykonomii.

Ja bardzo lubię zwierzęta, szczerze mówiąc bardziej niż niejednego człowieka.
Lubię orangutany, które masowo giną na plantacjach palm kokosowych. Tam produkujeorangutan się hektolitry oleju kokosowego na potrzeby przemysłu spożywczego i kosmetycznego.
Wycina się w szaleńczym, samobójczym pędzie płuca naszej planety. Po to, aby masowo produkować olej zrazu nie aż tak szkodliwy, po utwardzeniu, rakotwórczy, co potwierdzają nawet agendy unijne. Jest w płatkach, chipsach, kremach, lodach, czekoladach, wszędzie.
Ale i rodzice milusińskich zaczynają kapować, że to co słodkie nie oznacza dobre i zdrowe. Weźmy głośną ostatnio sprawę producenta brązowej masy na chlebek , flagowego produktu koncernu. Kremik ten zawiera pono 30% tego rakotwórczego świństwa, Mniam?

Społeczna Odpowiedzialność, to chyba przeczucie biznesu, że bezwględna eksploatacja ludzi i natury (w sumie to to samo) generuje nowe ryzyka i jeżeli, się na nie nie odpowie, zrobi to konkurencja. Albo regulator, albo sama matka natura, nie jestem zwolennikiem mitów a’la Gaja czy Avatar, ale to bezwzględny mściciel.

Jest globalne ocieplenie czy go nie ma ? Wolimy wungiel i kominy i smog, czy innowacje i nowe technologie? Które ryzyka wolimy dla nas i dla naszych dzieci?

Pożar ! Pożar ! Pożar !

0

Powiem szczerze, mam taką sąsiadkę, starsza panią i ona chyba specjalnie mnie nie lubi, no może tylko się do mnie nie uśmiecha. Ale jak kiedyś w jej mieszkaniu zaczął wyć alarm i także przeciwpożarowy, to powiedziała z uznaniem – byłem jedyną osobą w dużym budynku, która zeszła i się zainteresowała. A sąsiedzi – nic. Wyje, to wyje i niech sobie wyje. Co nam do tego?
A przecież mógł być pożar, włamanie. A kogo to obchodzi?

Pożar, pożar, pożar ! 

Straszne słowo, nawet na wodzie pamiętam onegdaj w moim niedoszłym marynarskim życiu, też mi do głowy wbijano. Statek jest z metalu, ale jak się zapali, to ho-ho. Nie ma nic gorszego, niż pożar na statku. Albo w budynku, albo w biurze, albo w fabryce, portugalskim lesie, wieżowcu Grenfell w Londynie.

Nie udajemy, że jesteśmy specjalistami w Ryzykonomii od ppoż, ale od zarządzania ryzykiem, od budowania kultury ryzyka, owszem. A czym innym jest zapobieganie i walka z ogniem? Właśnie zarządzaniem ryzykiem.
I dlatego zawsze na wykładach, szkoleniach, konsultacjach dla klientów, o takim pradawnym ryzyku wspominamy. A wspominamy dlatego, że ludzie o dziwo o tym zagrożeniu stosunkowo mało myślą, taka prawda. Wydaje im się, że jak powieszą plany przeciwpożarowe i gaśnice, wykupią ubezpieczenie ( a właśnie, jakie?) to mają sprawę pożaru załatwioną. No, nie mają.

Bo choćby założę się, w większości przypadków nie zastanawiają się co naprawdę o tym ryzyku wiedzą ich pracownicy, co oni sami wiedzą o jego następstwach, nie tylko tych „zniszczeniowych”. Bo z tym często nawet łatwiej, ale co wiedzą o następstwach biznesowych, finansowych, sprzedażowych, reputacyjnych.

Jedno z moich ulubionych pytań do słuchaczy dla zilustrowania niskiej kultury ryzyka, słabej odporności na ryzyko „w ogóle” jest: czy macie Państwo w domu gaśnicę? Albo, jeżeli komuś się nie podoba: ilu z Państwa po przybyciu do pokoju hotelowego zapoznaje się z planem dróg ewakuacyjnych? Podobnie na stadionie, w innych pomieszczeniach?

W Polsce rocznie jest coś ponad 180 000 pożarów, z tego kilka tysięcy w przeróżnych biznesach, które zwykle po takim zdarzeniu kończą swoją działalność.
Czy jesteście odpowiednio przygotowani na to ryzyko? Czy potraficie nim zarządzać po stronie przyczyn i skutków? Oto pytania, które należy sobie zadawać codziennie.
Nie musisz zarządzać ryzykiem. Przetrwanie nie jest obowiązkowe.

Raz w roku to za mało

2
raz

Raz w roku to za mało >>>
Wiele jest barier skutecznego zarządzania ryzykiem w organizacjach. Ale największe wyzwania stawiają przed nami te przeszkody, które są związane z nawykami, przyzwyczajeniami, a może i przesądami.

Nie ma, więc jest

Kiedy już więc po wielomiesięcznych bojach uda nam się przekonać zarząd i szeregowych pracowników, że ryzyko „jest” (bo często „nie ma”), zaczynają się „schody”. I tu, jednym z ciekawszych pytań, które pojawiają się na owych „schodach” do sukcesu zarządzania ryzykiem jest: jak często mamy zarządzać ryzykiem?
Oczywiście, łatwo odpowiedzieć, że „nieustannie” i tu wszyscy chętnie się zgadzają. Ale jeżeli podrążymy i zapytamy jak często ryzyko ma być identyfikowane, analizowane i zapisywane, znowu pojawia się opór „materii”.
Może, by tak raz na pół roku? A może, postawimy sobie takie wyzwanie, że raz na kwartał? No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli, że częściej? Kto miałby czas na taką biurokrację? Tu idzie produkcja i sprzedaż! I tak urzeczywistnia się ta starta mądrość ludowa, która mówi, że „zarządzanie ryzykiem jest ważne, po prostu nie mamy na to czasu!”.
Oczywiście, można przekonywać zarządy i samych pracowników, że ryzyko nie czeka do początku kolejnego kwartału. A nawet wskazywać, że może się złośliwie ujawnić już o ósmej pięć następnego dnia, kiedy nasze właśnie zatwierdzone rejestry ryzyka spokojnie czekają na następny kwartalny, a może i semi-roczny przegląd. Doświadczenie uczy jednak, że taka argumentacja słabo działa.

Ryzyko chadza, gdzie chce

Raczej więc usłyszymy, że sprobujemy na razie rzadziej, a jak ryzyka nie dopasują się do naszego rozkładu, to zaczniemy się im przyglądać częściej. I już na początku wdrażania procesu, w organizację płynie sygnał: spokojnie, nie śpieszy się, mamy czas !
Czy aby na pewno mamy? Potem się pali, gwałtu rety, przecież mamy ten cały proces, tyle mówiliście i szkoliliście, i proszę nie działa! Po co nam to całe zarządzanie ryzykiem w ogóle potrzebne?! Samosprawdzająca się przepowiednia.
O co więc chodzi z tym nieustannym, codziennym zarządzaniem ryzykiem? I czy w ogóle jest to możliwe?
Tu przychodzi mi na myśl rozmowa z Grantem Purdym, australijskim ekspertem od zarządzania ryzykiem, miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w prowadzonym przez niego szkoleniu. Grant, to jeden z autorów standardu ISO 31000, znany na świecie mówca i konsultant „w temacie” zarządzania ryzykiem. A wcześniej również menadżer ryzyka w BHP Billiton, największym na świecie koncernie wydobywczym, zatrudniającym ponad 41000 ludzi. Oczywiście ryzyk przy takiej działaności nie brakuje.
Tamże Grant opowiadał nam, słuchaczom takie ciekawostki, jak ta że dział zarządzania ryzykiem liczył w BHP Billiton w porywach do kilku osób. A o ryzyku dyskutowało się nie raz do roku, ale na każdym (sic) spotkaniu kierowników, w każdej kopalni na świecie.

TE 5 minut

I to jest właśnie rozwiązanie tej prostej zagadki. Zarządzanie ryzykiem nie oznacza, nie musi oznaczać, a nawet często nie powinno oznaczać, wypełniania kolejnych formularzy. Ba, to właśnie wypełnianie kolejnych formularzy, papierowych czy elektronicznych, jest często przysłowiowym gwoździem do trumny wielu innowacji w zarządzaniu, także zarządzaniu ryzykiem.
No więc wyjaśnijmy: zdrowe, potrzebne, zarządzanie ryzykiem powinno mieć formę TYCH właśnie pięciu minut (albo i więcej jeżeli potrzeba) poświęconych mówieniu TYLKO o zagrożeniach i szansach. Stojących przed waszym projektem, zadaniem, budową, zespołem, brygadą. Tu i teraz. Wyrażone w słowach, które wszyscy uczestnicy rozumieją, co nie oznacza nie obleczonych w terminologię i specyficzny język mówienia o ryzyku. Którego skądinąd, jak wszystkiego należy się nauczyć.
Takie spotkanie może trwać pięć minut i dwadzieścia pięć, a jeżeli trzeba jeszcze krócej. Pamiętam taki film o pewnym generale odpowiedzialnym za logistykę operacji Pustynna Burza. Małe piwo to przerzucenie ćwierć miliona ludzi ze sprzętem i coca cola na drugi koniec świata. Ów generał już w stanie spoczynku został skrzętnie przechwycony przez dużą amerykańską korporację, oczywiście do logistyki. W korporacji wprowadzał ciekawe wzorce sprawdzone w US Army. Choćby organizację krótkich treściwych spotkań, bo w wojsku nikt nie ma przecież czasu na ględzenie. Spotkania z ex generałem odbywały się dodatkowo na stojąco, co swoją drogą miałoby dla wielu zaprawionych w piciu kawy i jedzeniu ciasteczek pracowników walor zdrowotny. No więc, na takim spotkaniu kierowników był jasno określony czas wypowiedzi. I każdy uczestnik jeżeli nie miał nic do zakomunikowania mógł powiedzieć „pas”.

Pisz i czytaj – raz !

Podobnie można wyobrazić sobie omawianie ryzyk. Pięć minut przy każdym spotkaniu zespołu. Krótkie raporty według uzgodnionego schematu i „pas”, jeżeli nie mamy nic do powiedzenia.
I to jest właśnie to, codzienne, nieustające zarządzanie ryzykiem. Tak trudne do zaakceptowania przez kierowników z wydrukowaną w podświadomości wizją długich i nudnych narad, zakończonych raportami, których nikt nie czyta.

NIMTOF, EGAP i Koniec Historii

0
Koniec historii

Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że menadżerowie i politycy, kiedy jest koniunktura i biznes rośnie uważają, że będzie to trwało wiecznie, a kiedy jest słabo wszystko dołuje, że to już za chwileczkę się kończy.

No więc, mamy o wiele więcej podobnych efektów behawioralnych w zachowaniu decydentów, żeby użyć terminu a’la Kahneman.
Jak to: Everything is Going According to Plan, Not in My Terms of Office, czy przesławny Koniec Historii, cała zupełnie nietrafiona i empirycznie obalona teza, ze już będzie płasko a nie sinusoidalnie, że wszystko już się skończyło. Będzie coraz cieplejsza woda w kranie.

Dziwić może takie nastawienie, które wszechunosi się tu i owdzie i na świecie, bo trąci jakimś odlotem rozsądku, zupełnym niedostrzeganiem i naiwnością jak zmienny i w rzeczywistości skotłowany mamy dzisiaj świat.

Podstawowe problemy pozostają nierozwiązane, budżety niezrównoważone, rosną ekstremizmy, a na pewno nie zostały nigdy, albo w ogóle, albo tyci-tyci, zaadresowane fundamentalne przyczyny problemów. Długi Grecji nie zostały spłacone i nie zniknęły a bieda na świecie jest jeszcze biedniejsza. Make world great again pozostaje deklaracją podążania w niewiadomym kierunku, choć z obietnicą, że jest to już kierunek zapoznany.
W kraju jak do tej pory mamy potężny problem z innowacyjnością, oświata i szkolnictwo wyższe słabują, naszą przewagą konkurencyjną pozostaje tania siła robocza oraz jabłka i truskawki.

Otoczenie makro też wciąż pozostawia wiele do życzenia, choć koniunktura jest i bardzo dobrze, ale jak to zawsze w kapitalizmie, do czasu. Geopolityka rozciąga się w burzowych chmurach już na bliskim horyzoncie, grają werble wiatru historii, choć niewprawnemu uchu może się wydawać że to dźwięki kan-kana.

Na poziomie firm pewnie te same percepcje: jakoś to będzie, póki co idzie dobrze, zarządzanie ryzykiem jest ważne, tylko nie mamy na to czasu, ryzyko się może wydarzy tylko nie za mojej kadencji… Historia się nie skończyła, już za chwile wraca, a przetrwanie wciąż pozostaje nieobowiązkowe…

Koniec Historii Koniec Historii Koniec Historii 

Nowe COSOII już jest

0
Nowe COSOII

Nowe COSOII Zarządzanie ryzykiem korporacyjnym, struktura ramowa już jest. Jak P.T. Czytelnicy naszego jedynego takiego, nie wahamy się powiedzieć, w Polsce portalu o zarządzaniu ryzykiem, pamiętają Redakcja Ryzykonomii już od lat (tak, tak) pisze, popularyzuje i mówi o standardach COSO. I na mównicach i katedrach i szkoleniach i przy wdrożeniach biznesowych…

Jeżeli też w Ryzykonomii pogrzebiecie, to znajdziecie nasze wcześniejsze artykuły dotyczące COSO, ale już tego COSOII starszego. Bo, jak też już donosiliśmy od jakiś ca. 2 lat trwały prace światowe nad modernizacją „starego” COSOII, przy czy zauważamy już wcześniej „uwspółcześnione” COSO I Kontrola wewnętrzna.
Przy okazji ośmielamy się postawić tezę, że zrozumienie dla Kontroli wewnętrznej jest w Polsce jeszcze mniejsze niż dla zarządzania ryzykiem. I wciąż zawęża się do kontroli finansowej. Oczywiście audytorzy gromko zakrzykną A PRZECIEŻ ! No, nie chcemy się tu znęcać jak sam audyt w wielu aspektach naszego życia wygląda. Historia zatacza koło, oj słabo, słabiutko, samo pisane raportów z audytu nie wystarcza, przydałoby się jeszcze jakieś ich wdrożenie realne. Ale zostawmy to…

No więc, pewnie zapytacie jaki jest ten nowy COSOII? Różnymi draftami i wersjami dysponowaliśmy już w Redakcji Zagranicznej Ryzykonomii już dawno. Przeglądaliśmy i czytaliśmy licząc że solidnie prześwietlimy, mając pewność CO tam się w końcu urodziło….
Tak czy inaczej od razu wam się rzuci, że zniknęła gdzieś sławna costka, sześcian COSO choć w zamian mamy całą masę innych piktogramów i schematów ideowych, hm. Ale to oczywiście sprawa mniej ważna. Być może jednak po latach doświadczeń z wdrażaniem zarządzania ryzykiem ważne naprawdę będą deklaracje autorów, którzy stwierdzają, że:

Zarządzanie ryzykiem to nie funkcja albo departament. To kultura organizacyjna, umiejętności i praktyki, które organizacja integruje w procesie tworzenia strategii i jej realizacji…”

Albo

„Zarządzania ryzykiem nie polega na tworzeniu list ryzyk…”

Albo (znowu hi, hi kochani audytorzy…)

„Zarządzanie ryzykiem adresuje więcej niż Internal control..”

Oczywiście jest jeszcze więcej o apetycie na ryzyko, czego akurat nigdy Ryzykonomia nie wspierała, jako rzecz niepraktyczną. I paru innych kwestiach do, których w zasadzie będziemy nawiązywać. W zasadzie, bo po latach mamy w Ryzykonomii takie dziwne przemyślenia, kogo to wszystko naprawdę obchodzi. Zgoda, są corpo jest wiele firm, ale my tego klimatu zarządzania ryzykiem, budowania całościowej kultury organizacyjnej jakoś nie widzimy, w każdym razie z przykładami pozytywnymi dość słabo, jednostkowo. A czas leci i jak widać świat odjeżdża…
A propos ciekawe, który teraz COSO stosować, jak ten nowy oczywiście przetłumaczony na polski nie jest. Chyba czytać Ryzykonomię, ha, ha. Dobrze, będziemy do tematu wracać bo mamy miękkie serce ze złota i szaleństwo w rozumie, prawie jak jakaś siłaczka, o zgrozo…

Dla porządku dodamy, że oficjalny komunikat o nowym relizie COSO II ujawniono 6 Septembra A.D. Obecnego, a więc sprawa jest, jako się rzekło, mosterdzieje świeża….
Stay tuned.

Nowe COSOII Nowe COSOII  Nowe COSOII Nowe Nowe COSOII

Rewizja standardów ERM w Ubezpieczeniowej

0

Artykuł ukazał się w Gazecie Ubezpieczeniowej nr 18(942)/2017

Standardy zarządzania ryzykiem, to mówiąc najprościej sprawdzone i powszechnie znane „sposoby” jak skutecznie i efektywnie wdrożyć w organizacji ten pełen wyzwań proces. Niejedna organizacja podejmując wysiłek zarządzania ryzykiem „sili się” na oryginalność. Wytwarza autorskie, uwzględniające „naszą specyfikę i potrzeby” rozwiązania. Te jednak, niejednokrotnie nic nie rozwiązują lub mogą nawet zrazić kierownictwo i pracowników do zarządzania ryzykiem.
A przecież nie ma potrzeby aby „wymyślać koło”. Istnieją gotowe, sprawdzone, powszechnie akceptowane i uznawane sposoby radzenia sobie z problemem. Są to właśnie standardy zarządzania ryzykiem.

Termin na termin

Termin „standardy” oznacza, że proponują one standardowe podejście do zarządzania ryzykiem, więc i tu poważna praca koncepcyjna również musi być wykonana. Standardy są jednak na tyle elastyczne i celowo tak napisane, aby odpowiadały na typowe potrzeby typowej organizacji. Wdrożenie ich daje wiele korzyści, w tym możliwość „chwalenia” się, że przedsiębiorstwo zarządza ryzykiem w powszechnie uznawany sposób. To dobra wiadomość, na którą coraz częściej zwracają uwagę partnerzy biznesowi, odbiorcy, banki i oczywiście ubezpieczyciele.
Oczywiście wdrożenie procesu, jak i samo zarządzanie ryzykiem mogą być dobre albo i złe, jak to w życiu. Ale zapewne już sama świadomość najważniejszych koncepcji i rozwiązań w zakresie zarządzania ryzykiem opisanych w standardach, zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu organizacji.
Warto tu jeszcze wyjaśnić, że standardy zarządzania ryzykiem są pisane przez praktyków i dla praktyków. Nie są to dokumenty powstające w zaciszach uniwersyteckich katedr, ale opracowania uzgadniane i szeroko dyskutowane w środowisku managerów, nie tylko ryzyka. Wystarczy spojrzeć na autorów najbardziej znanych standardów. To znani managerowie ryzyka, doradcy i członkowie board-ów, firmy audytorskie.
Nawiasem mówiąc w pewnym sensie umowy kapitałowe Bazylea i Solvency są, można zaryzykować takie twierdzenie, swojego rodzaju standardami zarządzania ryzykiem. To zresztą, jak się wydaje zarówno ich zaleta, jak i wada.

Zady i walety

Zaleta, bo wskazują zarządom banków i ubezpieczalni jak w „standardowy”, zgodny z oczekiwaniami regulatora sposób zarządzać ryzykiem, choćby przez spełnianie określonych wymogów kapitałowych. Wada, bo nie adresują one tak całościowo, jak czynią to standardy, wyzwań związanych z organizacją systemu i procesu zarządzania ryzykiem. Najwyraźniej same one do całościowego zarządzania ryzykiem nie wystarczą i instytucje finansowe i tak często sięgają po standardy zarządzania ryzykiem sensu stricto, takie jak COSO, czy ISO 31000. Dodatkowo, umowy kapitałowe, podobnie jak nawiązujące do nich regulacje wprowadzają własny specyficzny język i terminologię. W wielu punktach różny od tych, który możemy znaleźć w standardach zarządzania ryzykiem zaprojektowanych przecież dla wszystkich organizacji, nie tylko sektora finansowego. 
Szerzej można by się nawet zastanawiać, czy leżąca u zarania umów kapitałowych koncepcja „przymuszania” sektora finansowego do standardowego zarządzania ryzykiem była słuszna i się sprawdziła.

I, II, XXXXVIIV 

Bo, mamy kolejne odsłony „regulowanego” zarządzania ryzykiem (umowy I, II etc.) a kłopoty sektora są wciąż te same…
Najbardziej znane na świecie i najczęściej wdrażane standardy zarządzania ryzykiem to COSOII oraz ISO 31000, ten drugi ma również status PN, polskiej normy. Uwaga: nie podlega on jednak certyfikacji, choć jak wiadomo certyfikujących nie brakuje… Obydwa standardy są również dostępne w języku polskim.
Standard COSOII to zresztą starszy brat innego standardu bardzo ważnego dla finansistów i nie tylko, a mianowicie COSOI Internal Control. Poświęcony kontroli wewnętrznej rozumianej nowocześnie i całościowo rozumianej inaczej, nie wahamy się powiedzieć , niż w większości polskich przedsiębiorstw sektora niefinansowego.
COSOII jest, jak pokazują analizy najczęściej stosowany w skali globalnej. Między innymi dlatego że datuje się na rok 2004, kiedy ISO na 2009. Poza tym karierze COSO (na początku tego od kontroli wewnętrznej) sprzyjały rekomendacje amerykańskiego SEC-u, które wskazał nań jako narzędzie wspierające uzyskanie zgodności z sławnym SOX-em. Nic więc dziwnego, że spółki notowane na NYSE ochoczo i posłusznie go wdrażają.
ISO 31000 to standard bardziej popularny w Europie, w tym w Polsce. Tu trafia potencjalnie na „podatny grunt” także, z tego powodu, że bardzo wiele organizacji wdrażało już inne standardy z grupy ISO i stanowi on naturalne dopełnienie tak zwanego zintegrowanego systemu zarządzania.

Rewizja ogólna trwa…

Ale i standardy zarządzania ryzykiem, jak wszystko dzisiaj, szybko się starzeją i na koniec śpieszymy donieść że i COSO II, i ISO 31000 są w trakcie rewizji i trwa właśnie ogólnoświatowa dyskusja, jak najlepiej dostosować je do szybko zmieniających się wyzwań naszego ryzykownego świata. rewizja, rewizja, rewizja

 

8 lat Ryzykonomii !

1
8 lat ryzykonomii

8 lat Ryzykonomii! Okrągła roczniczka strzeliłam nam już parę dni temu to jest 21 października i… kto by to pomyślał ! 8 lat…niesienia ryzykonomii pod polskie strzechy, dachy fabryczne i korporacyjne pokrycia dachowe, żeby utrzymać się w konwencji.

A tu kilka liczb : 625 opublikowanych wpisów różnej tematyki, długości i zawartości !!!
Od analiz ryzyk różnych, przez budowanie procesu zarządzania ryzykiem, frejmworków i wyzwań wdrożeniowych. Standardy ISO 31000, COSO II, kontrola zarządcza, kontrola wewnętrzna, wszelkie możliwe odmiany zarządzania ryzykiem. Jakość, compliance, prawo, audyt, rewizja finansowa, modele obrony i odporności. Małe i wielkie firmy, krajowe i zagraniczne i sektor gov i non-profit też. Fabryki, handel, szpitale, urzędy, samochodowe, lotnicze i kosmiczne.

A wiedza ta przecież ciągle dostępna w naszym archiwum na stronie czy tagach w stopce portalu, jak tutaj (link)>>>
Ryzyka biznesowe wszystkie możliwe systematyczne i nie, operacyjne, finansowe, ludzkie i nieludzkie. Sporo tego.Na poważnie i na wesoło (mamy nadzieję) sytuacji ryzykowne z biznesu i z życia zwykłego wzięte. Relacje z wystąpień, konferencji, eventów krajowych i zagranicznych. Po polsku ale i angielsku czasami w zakładce oddzielnej na górze też.

Dziesiątki artykułów własnych z prasy “papierowej” i elektronicznej, mediów społecznościowych. Kilka e-booków powstałych na kanwie Ryzykonomii (wciąż do nabycia zresztą, nieustannie promocyjnie, choćby na empik.com). (Link) !

Wreszcie od pewnego czasu również Newsletter Ryzykonomii na razie bezpłatny a potem po 100 dolców za issue 😉 (żarty, żarty spokojnie…) , ktory ma już prawie 500 subskrybentów i szybko rośnie, tu się można zapisać tu, tu, tu…..

http://www.ryzykonomia.pl/newsletter/

Oczywiście pewna popularność jest, czemu nie miałoby być. Jesteśmy tu i ówdzie pozdrawiani przez naszych Czytelników, których większość, inna sprawa woli zostawać w cieniu, nie dyskutować i nie wyrażać swoich poglądów, choć czasami jakieś internetowe wyrazy poparcia byłby miłe. Ale inna sprawa Redakcja jest już dużymi chłopcami i zdaje sobie sprawę z kulturowych uwarunkowań, a to przecież ryzyka skądinąd i temat kapitałow społecznych. No więc, akurat tutaj mamy nadzieję, troszkę przyczyniliśmy się do podbudowania tej rachitycznej i zdeptywanej ostatnio zawzcięcie wątłej roślinki.

No, w końcu nieskromnie uważamy, że Redakcja ma się czym chwalić, bo takich blogów, portali w Polsce jest na policzenie na palcach i z taką historią długą tym bardziej. A ponad wszystko przecież pro publico bono i ot tak sobie, dla własnej satysfakcji, bo zawsze pogodnie, serio, serio radzę podejmującym podobne wyzwanie: róbcie to dla siebie i nie oczekujcie poklasku i pochwał specjalnych. This is not America… A przecież… piszemy i pewnie pisać będziemy Ryzykonomię dalej… choć kto wie, kto wie…

8 lat Ryzykonomii…Brawo MY ! Niech i tak będzie …

COSO 2.0 czyli zarządzanie ryzykiem w nowym wymiarze

0
COSO 2.0

COSO 2.0 >>>
Dział Szkoleń Ryzykonomii w osobie naszego eksperta dr Jerzego Podlewskiego dopiero wczoraj poprowadziliśmy szkolenie ze standardów COSO. A mianowicie Kontrola wewnętrzna i zarządzanie ryzykiem korporacyjnym. Słuchaczami byli biegli rewidenci, więc wymagający uczestnicy. A organizatorem Centrum Edukacji renomowanej Krajowej Izby Biegłych Rewidentów.

I… już dzisiaj przychodzi nam na myśl, żeby temat COSO skomentować, bo chociaż niezwykle ważny jest on przecież u nas słabo obecny. A nie powinno tak być.

O COSO zresztą na Ryzykonomii (która ma już przecież, o zgrozo prawie już osiem lat!
(pisaliśmy niejednokrotnie (na przykład tutaj w artykule o naukowym tytule “COSO !! do piersi Tuhaj-beja” link).

Standardy COSO podobnie jak kontrola wewnętrzna (w rozumieniu IC) i zarządzanie ryzykiem (audytowalne) są u nas jak wiadomo mało popularne, choć oczywiście pojawiają się w takich regulacjach jak nieodżałowana a wciąż wiecznie chodząca kontrola zarządcza czy w różnych rekomendacjach wciąż Komisji Nadzoru Finansowego. Na przykład w projekcie Rekomendacji H pojawią się tam jako “twardy” benchmark.

Jak jest tak jest i pewnie dużo lepiej nie będzie choć dzisiaj z pewnym rozbawieniem przeczytaliśmy na jakimś forum jak to funkcjonowanie komitetów audytu zmieni właśnie przyjęta przez sejm nowa Ustawa o biegłych rewidentach, firmach audytorskich i nadzorze publicznym.  Oczywiście, dla Komitetów Audytu standardy COSO powinny być oczywistą oczywistością, ale jak jest każdy koń widzi i stawiamy orzechy przeciw bananom, że nic tu się w ciągu najbliższych 123 lat nie zmieni. No, chyba, że… oby.

Ale opuszczając nasz rodzimy grajdołek, uważany za co poniektórych za pempek Galaktyki czytamy właśnie projekt zrewidowanego COSO II i musimy powiedzieć, nie wchodząc póki co w szczegóły, że będzie to duża jakościowa i może nawet merytoryczna zmiana. Nie wiemy jednak czy na lepsze.
Mamy wrażenie (piszemy dziś o wrażeniach, a na pewno wrócimy do szczegółów), że autorzy COSO II 2.0 jeszcze bardziej skomplikowali temat i dla zrozumienia zrewidowanego COSOII konieczne będzie zapoznanie się z  obecną wersją. Przykład: gdzie tam jest opisany prosto proces zarządzania ryzykiem? Nawet klasycznego sześcianiku, co by o nim nie mówić już nie ma. Są za to różne “trójwymiarowe” schematy, całe mnóstwo wykresów, choćby przy tłumaczeniu pomocnego skądinąd poj ecia profilu ryzyka.

I tak dalej. Wczytujemy się głębiej i będziemy nasze przemyślenia P.T. Czytelnikom Ryzykonomii relacjonować. A jakbyście chcieli w Waszej firmie zorganizować szkolenie z COSO dla swoich, walcie jak w dym, mówimy podobno z sensem, nienudno i na temat (więcej o naszych szkoleniach tutaj)

COSO 2.0 COSO 2.0 COSO 2.0

COSO 2.0

Manchester – United

0
Manchester

Straszny, nieprawdopodobnie barbarzyński zamach w Manchesterze. Trudno objąć rozumiem barbarzyństwo terrorystów i ludzi w ogóle opętanych szaleństwem zabijania. Dopiero  kiedy wojna puka do naszych drzwi zaczyna to do nas docierać. Choć wystarczy, że bombardowani są nasi sąsiedzi kilkaset kilometrów dalej, gdzie nie ma kamer, ludzie umierają z głodu kilkaset tysięcy kilometrów dalej są paleni, rżnięci maczetami, gwałceni. I już nas to nie interesuje. Show must go on, business as usual.

Terroryści sieją nienawiść. Może dziwnie zabrzmią te słowa dzisiaj, ale tak, o to im chodzi. Największą radością byłoby dla reżyserów tego szaleństwa gdyby już dzisiaj brytyjskie samoloty zbombardowały jakieś bliskowschodnie miasto. Gdyby słusznie rozśwcieczeni atakiem na ich dzieci mieszkańcy Manchesteru zaczęli wywlekać muzułmanów z domu palić ich mieszkania, gwałcić kobiety i zabijać dzieci.  To byłaby dla terrorystów i wszystkich bandytów świata najwspanialsza melodia.

Cywilizowany świat nie może jednak dać się wciągnąć w tę spiralę przemocy. Ale zemsta musi być też spełniona. Terroryści, ich pomocnicy i ich mocodawcy wdeptani w ziemię jak robaki, wystrzelani przez przychodzących w mroku operatorów sił specjalnych, spaleni pociskami spadającymi z wszechobecnych dronów i samolotów, zniszczeni, zgładzeni.

Dla Nas Polaków ten kolejny zamach powinien być wreszcie ostateczną nauczką. Trzeba być przygotowanym na ataki terrorystyczne, trzeba być przygotowanym na wojnę, trzeba być przygotowanym na klęski naturalne. Trzeba być przygotowanym na ryzyko. Nasze dzieci powinny się od małego uczyć jak zachować się w przypadku paniki, ataku terrorystycznego, pożaru.

I trzeba modlić się za ofiary tej strasznej tragedii. Manchester.