W ciągu ostatnich 2 tygodni przez media przetoczyła się  histeryczna, można by rzec,  fala informacji na temat nowej ustawy wprowadzajacej możliwość występowania z tzw. pozwami zbiorowymi . Jest to bez wątpienia zupełnie nowe ryzyko dla różnych organizacji.

Pozwy zbiorowe swej pierwotnej zasady mają umożliwić wytaczanie wspólnego procesu przeciwko np. znienawidzonej firmie, najczęściej (domyślnie) wielkiej korporacji , która np. podstępnie zmusza nas do kupowania jej produktów

Pozwy zbiorowe czyli po amerykańsku class action są dobrze znane polskiej opinii publicznej, która swoją wiedzę na temat funkcjonowania własnego wymiaru sprawiedliwości czerpie  prosto z Hollywod ( pamiętne role Dżona Travolty czy Dżuli Roberts jako dzielnych poskromicieli złych korporacji).

Niewątpliwie wkrótce, ta skądinąd nieprosta konstrukcja prawna zostanie przystępnie zobrazowana w popularnym ludowym serialu science – fiction Anna Maria Wesołowska.

Ojczyzną ojczyzn pozwów zbiorowych są USA, a ich historia sięga 1849 roku, kiedy pojawiło się pierwsze uregulowanie tej kwestii .

Masowa historia class action rozpoczyna się w USA roku 1912, kiedy to potwierdzono, że sądy tamtejsze mają prawo wydać wyrok wiążący również dla nieobecnych powodów. Dzięki temu nabrało sens pozywanie właśnie wielkich korporacji o stosunkowo niewielkie jednostkowe kwoty, które jednakże pomnożone, tworzyły kwoty znacznie większe. Oczywiście pozew takowy może stanowić dramatyczne kwotowo zagrożenie dla pozwanego.

Co uważniejsi komentatorzy na fali ogórkowej dyskusji o class action w Polsce zauważają, oprócz niewątpliwej korzyści dla skrzywdzonych konsumentów pozwy zbiorowe stanowią pokusę dla sprytnych prawników do ich -wręcz – kreowania, w celu napędzania wpływu do swojej prawniczej kasy.
Bo jak fani wielkiego ekranu z pewności zauważą prawnicy pobierają opłaty za uzyskane odszkodowania, niemałe oczywiście.

Stąd w 2005 roku w USA uchwalono odpowiedni Class Action Fairness Act, który najogólniej mówiąc ma ukrócać ciągoty prawników do nieustannego nękania co bogatszych przedsiębiorstw.

Nasz wiejski ustawodawca (jakoś się to dziwnie zrymowało ) zaadoptował na polskim gruncie autorską odmianę class action.
Trudno oczywiście dzisiaj przesądzić jak się ona przyjmie i jakie będą jej skutki.
W polskiej wersji class action pozywać będą mogli jedynie ci, którzy do grupy pozwanych ( min. 10 – u) aktywnie przystąpią. Jest to tzw. pozew rzekomy w odróżnieniu od tzw. pozwów prawdziwych rodem z USA.

Co interesujące, w polskim rozwiązaniu wszczęcie postępowania nie wyłącza możliwości dochodzenia takich samych roszczeń, dotyczących tej samej kwestii, przez inne podmioty, które nie wstąpiły do grupy. Inaczej niż w USA, gdzie temat zdaje się kończy się definitywnie. Zagrożenie nękaniem jest tu oczywiste.

Ponadto roszczenia w rodzimych pozwach zbiorowych nie muszą dotyczyć odszkodowania, a “jedynie” ustalenia odpowiedzialności. O odszkodowanie  można występować w oddzielnym procesie.
Tak, zdaje się, zdecydowali właśnie dzielni Powodzianie zdecydowani pozwać własne państwo, że nie uchroniło ich przed powodzią. Tak czy inaczej my czyli państwo wygramy.
Być może więc jak zauważa (karkołomnie) Redakcja, pozwy zbiorowe zastąpią wkrótce instytucję wyborów powszechnych. Zamiast kartki wyborczej – pozew. Ot i mamy oryginalne, jak zawsze, rozwiązanie.

Porzuciwszy ten wątek folklorystyczny trzeba zauważyć, że z wprowadzeniem class action Dużym ( ale nie tylko dużym ) przedsiębiorcom przybywa trudne jeszcze do oszacowani zagrożenie. Jak duże – pokaże praktyka.

Ciekawy jest również, kompletnie niezauważony wątek kolejnego poszerzenia kognicji letko już przeładowanych naszych sądów, która to zaczyna się od sprawy o obsikanie płotu przez psa sąsiada i kończy choćby na pozwaniu własnego Państwa  z czego dzielni Rodacy, jak wieszczy Redakcja Bloga, z pewności chętnie i masowo skorzystają.

Jak zauważył niedawno pewien znajomy sędzia, w czasie ostatnich upałów musiał sam kupować wodę mineralną, która popijał w zatłoczonym pokoiku dzielonym z kolegą, siedząc na zapobiegliwe przyniesionym z domu krześle ( tanie, służbowe się rozleciało ) przed przyniesionym z domu ekranem LCD (luksus w co niektórych polskich sądach). Nieprawdopodobne, nie wydarzyło się w Burkina Faso, a jednak autentyczne.
Przy okazji, taki  np. raport fundacji FOR donosi, że polski sędzia – rekordzista w pewnym sądzie rejonowym ma już w tzw. referacie ponad 1100 spraw. Pewnie z lenistwa i braku umiejętności szybkiego czytania nie wydaje 30 wyroków dziennie…

Jako kontrastową ciekawostę podam, że w USA wypłatą  niewielkich często jednostkowych odszkodowań,  w przypadku  pozwów konsumenckich class action , zwykle wypłacanych w formie bonów towarowych, zarządza właśnie administracja sądowa.
Rzecz nie do wyobrażenia i przeprowadzenia biorąc pod uwagę mizerię organizacyjną i techniczą rodzimych sądów, traktownych konsekwentnie przez naszych Władców jako ósme koło o wozu.

No cóż:  na koń (w tym wypadku amerykańskiego mustanga) siędziem, i jakoś to będzie….

Dodaj komentarz

Be the First to Comment!

Notify of
avatar
wpDiscuz